14/09/2020

„Podpalacz” – Wojciech Chmielarz

Już od dawna chciałam poznać twórczość Wojciecha Chmielarza. Na temat jego książek widuję nieustannie tak wiele sprzecznych opinii, że sama już kompletnie nie wiedziałam, co o nich sądzić i czego się spodziewać. Postanowiłam, że któregoś dnia wyrobię sobie wreszcie własne zdanie. Nie ułatwiał tego mój niezbyt przychylny stosunek do współczesnej polskiej prozy. W końcu jednak, za sprawą jednego z wyzwań czytelniczych, w którym biorę udział, dałam się skusić pierwszemu tomowi cyklu o komisarzu Mortce.

Na warszawskim Ursynowie, w domu niegdysiejszej celebrytki, Klaudii Klau, wybucha pożar. Jej mąż ginie, a ona ledwo uchodzi z życiem z płomieni i zostaje ciężko poparzona. Strażacy uważają, że było to podpalenie. Wszystko wskazuje na to, że w mieście grasuje podpalacz. Sprawie tej przyjrzy się bliżej komisarz Jakub Mortka.

Muszę przyznać, że główny bohater to bardzo ciekawa persona. Wzbudzał we mnie masę sprzecznych uczuć. Zawodowo to świetny policjant, który zna się na swoim fachu jak mało, kto. Prywatnie idiota i rozwodnik, który choć bardzo się stara, nie najlepiej zdaje się wywiązywać z obowiązków rodzicielskich względem dwóch, pozostających na co dzień pod opieką byłej żony, synów. To człowiek ambitny i zdeterminowany w dążeniu do celu, ale przy okazji też nader często głupio uparty. Choć w znacznej mierze irytujący, niepokorny i nieco sztampowy, to jednak przekonujący w swojej niedoskonałości, a przez to prawdziwy.

Fabuła jest dobrze skonstruowana, a intryga kryminalna od początku do końca bardzo ciekawa. Przebieg zbrodni i sposób prowadzenia śledztwa jest opisany w sposób spójny i logiczny. Pojawia się mnóstwo hipotez i ciekawych tropów, które okazują się prowadzić donikąd. Ponadto Chmielarz potrafi sugestywnie oddać dramatyzm opisywanej sytuacji. Całość jest napisana sprawie. Czyta się to bardzo lekko i przyjemnie, a samo zakończenie sprawiło, że mnie zatkało. Było dla mnie kompletnie nieoczekiwane i zaskakujące. Po prostu majstersztyk. Zabrakło mi, co prawda szerszego wyjaśnienia, jak doszło do rozwikłania zagadki, ale mimo wszystko rozwiązanie tej historii przemawia do mnie w swoim ostatecznym kształcie. Jedyne, drobne zastrzeżenie, jakie mam do fabuły jako takiej, to zbyt duża ilość szczęśliwych zbiegów okoliczności i przypadków.

Podpalacz to powieść mocno osadzona w polskiej rzeczywistości. Wydaje mi się, że Chmielarz dość dobrze sportretował środowisko policji kryminalnej i przedstawił realia pracy policjantów, policyjnego profilera, prokuratora czy patologa. Z drugiej jednak strony jednocześnie ukazał to środowisko w sposób dość stereotypowy, co już mniej mi się podobało. I tak, na przykład, wszyscy, łącznie z prokuratorem, chodzą niemal wiecznie skacowani, naburmuszeni i nieustannie na coś narzekają.

„Mieszkasz w Polsce, chłopie, tutaj, jak ktoś ma okazję wpakować cię w szambo, to zrobi to dla samej radości patrzenia, jak się w nim taplasz”. [1]

Jeśli chodzi o wady, to drażnił mnie tu nadmiar przekleństw. Jestem w stanie zaakceptować ich niewielką ilość, a czasem nawet uznać funkcjonalność ich zastosowania, jednak w Podpalaczu pojawiały się według mnie stanowczo zbyt często. Zwłaszcza na początku odnosiłam wrażenie, że bohaterowie, a zwłaszcza komisarz Mortka, nie potrafią zbudować zdania bez choćby jednego wulgaryzmu.

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Chmielarza uważam za udane, choć niepozbawione drobnych zgrzytów. Bilans jednak wychodzi na plus i myślę, że w przyszłości sięgnę jeszcze po jakąś książkę autora.

Moja ocena: 4/6

_____
[1] Wojciech Chmielarz, Podpalacz, wyd. Marginesy 2018, s. 211.

Książkę zgłaszam do wyzwania Trójka e-pik

07/09/2020

„Przypowieści piękne brata Jakuba” – Zbigniew Jarek

Książka Zbigniewa Jarka, to mała, niepozorna broszurka zawierająca w sobie czterdzieści cztery króciutkie przypowieści filozoficzne, które nakierowują uwagę czytelnika na to, co w życiu naprawdę ważne. Każda traktuje o czymś innym, równie ważnym i istotnym. Mowa w nich o uniwersalnych wartościach, Bogu, relacjach międzyludzkich, stosunku do siebie i świata.

Przypowieści piękne brata Jakuba można traktować, jako książkę religijną, ale jest ona w swojej wymowie na tyle uniwersalna, że moim zdaniem będzie lekturą idealną dla każdego wierzącego człowieka, bez względu na wyznawaną przezeń religię, czy sposób postrzegania świata, jak i dla ateisty.

Jak już wspomniałam, objętościowo jest to lektura niewielka. Przeczytanie całości zajęło mi niewiele ponad pół godziny. Ale tu nie o ilość chodzi, a o jakość. Każda z przypowieści zajmuje mniej więcej jedną stronę formatu A5. Każda inspiruje również do przemyśleń; ważnych i głębokich, które gdyby je spisywać po każdej przypowieści z osobna, utworzyłyby tomiszcze daleko większe i całkiem opasłe. Każda z przypowieści to ziarenko, które autor rzuca na glebę naszej czytelniczej duszy i umysłu. Czy to ziarno zakiełkuje i jak obfity wyda w nas plon, to zależy już tylko od nas.

Tekst Przypowieści pięknych brata Jakuba przyswoiłam w niespełna godzinę. Przesłanie będę przyswajać wiele dni, jeśli nie tygodni. Wiem, że jest to książka, do której będę wracać. Z przyjemnością, otwartością i ciekawością tego, co tym razem dzięki niej odkryję. Bo nie jest to książka na raz. To książka, którą należy sobie dawkować. Zaznajamiać się z nią powoli, niespiesznie, smakując i rozważając każde słowo. Styl jest prosty i niewyszukany, ale w tej prostocie tkwi nieprawdopodobna siła przekazu. Dlatego teraz dopiero zacznie się dla mnie prawdziwa lektura tej książki. Zamierzam ją, bowiem przeczytać jeszcze (nie jeden) raz. Tym razem ograniczając się do jednej przypowiastki dziennie. Jestem pewna, że to książka z gatunku tych, w których z każdą lekturą odkrywa się coś nowego, a takie bardzo sobie cenię. Zajmują one szczególne miejsce w mojej biblioteczce i sercu.

Moim zdaniem publikacja Zbigniewa Jarka jest godna polecenia nie tylko zwykłemu czytelnikowi, ale również psychologom, pedagogom, katechetom i terapeutom. Poszczególne, zawarte w niej przypowieści znakomicie nadadzą się do zilustrowania zagadnień omawianych przez nich z uczniami w ramach katechezy, czy pacjentami w ramach zajęć terapeutycznych. To czterdzieści cztery niemal gotowe scenariusze na biblioterapię.

Moja ocena: 6/6

Za możliwość poznania książki serdecznie dziękuję autorowi.

31/08/2020

„Kwiaty na poddaszu” – Virginia Cleo Andrews

Sagi to jeden z moich ulubionych gatunków literackich. Po cykl Virginii Cleo Andrews o rodzinie Dollangerów chciałam sięgnąć już bardzo dawno, ale jakoś nie było okazji. Ta nadarzyła się dopiero w sierpniu, dzięki wyzwaniom czytelniczym, w których biorę udział na zaprzyjaźnionych blogach recenzenckich.

Kwiaty na poddaszu to pierwszy tom cyklu. Opowiada historię pewnego małżeństwa i ich czwórki dzieci. Gdy ojciec rodziny niespodziewanie ginie w wypadku samochodowym, matka pogrąża się w rozpaczy i depresji. Nie potrafi zatroszczyć się o sprawy bytowe, siebie i dzieci. Kiedy okazuje się, że rodzina ma długi, owdowiała matka kontaktuje się ze swoimi zamożnymi rodzicami, z którymi przed laty zerwała kontakt. Tamci wydziedziczyli ją. Czy teraz, w obliczu życiowej tragedii wyciągną oni pomocną dłoń do córki i wnucząt? Pozornie. Pozwalają im, bowiem na przyjazd do swojej wielkiej rezydencji – Foxworth Hall. Jednak to dopiero początek prawdziwej tragedii tej rodziny. A zwłaszcza dzieci, które zaraz po przyjeździe zostają uwięzione na poddaszu…

Fabuła książki jest jednocześnie prawdopodobna i absurdalna. Prawdopodobna, bo wszystkie opisane w niej okrucieństwa i wynaturzenia, potencjalnie mogłyby się wydarzyć w realnym życiu. Z drugiej jednak strony ciężko uwierzyć w to, że ktoś mógłby być tak okrutny, jak to ma miejsce w książce. Jednak historia zna wiele, równie mrocznych, podobnych przypadków. Niestety.

Generalnie książka jest według mnie bardzo dobra. Jednak mam wobec niej mieszane odczucia. Zwłaszcza względem przywołanej już fabuły. Jest w niej sporo niespójności i naciągania faktów, a tego nie lubię bardzo. Cenię sobie, jeśli w świecie przedstawionym wszystko „trzyma się kupy”, kolokwialnie mówiąc. Myślę, że gdyby nie ten mankament, byłabym skłonna przyznać nawet maksymalną notę. Te nieścisłości nie są wprawdzie jakieś wielkie. To drobiazgi. Tylko, że – jak to mówią – „diabeł tkwi w szczegółach”.

Mimo pewnych zgrzytów Kwiaty na poddaszu niesamowicie mnie wciągnęły. Do tego stopnia, że zacząwszy czytać późnym wieczorem, skończyłam nad ranem. Choć fabuła szokuje, to pomyślana jest fenomenalnie. Jest kontrowersyjna i ciekawa, ale i niepozbawiona wad. To nie jest też lektura ambitna. Wręcz przeciwnie. Czytadło, ale zapadające w pamięć i głęboko poruszające oraz skłaniające do refleksji nad naturą człowieka i tym, do czego człowiek może być zdolny. Nawet najbliższy.

Język pozostawia trochę do życzenia. Jest prosty, niewyszukany, momentami lekko niezręczny. Jednak myślę sobie, że do pewnego stopnia mógł to być celowy zabieg. Autorka, bowiem skupia się głównie na ukazaniu losów trzymanego pod kluczem rodzeństwa – ich perypetii i przemyśleń. Trudno od zaszczutych, brutalnie pozbawionych możliwości rozwoju i normalnego funkcjonowania, pozostawione same sobie dzieci, oczekiwać nie wiadomo jak wyszukanego języka, czy rozbudowanych, głębokich wypowiedzi.

Książka została dwukrotnie zekranizowana. Po raz pierwszy w 1987 roku (reż. Jeffrey Bloom) i drugi w 2014 roku (reż. Deborah Chow). Pierwszej ekranizacji absolutnie nie polecam. Trudno o większe wypaczenie i spłycenie treści książki. Pozbyto się tam wielu kluczowych dla fabuły scen, kompletnie wypaczając sens utworu. Gra aktorska też pozostawia wiele do życzenia. Natomiast adaptacja z 2014 roku jest według mnie świetna. Uważam, że obsada tym razem została fantastycznie dobrana, a wersja ta znacznie lepiej współgra z treścią książki.

Lekturę polecam. To czytadło, ale takie, które zostanie we mnie z pewnością na dłużej. Wstrząsnęło mną i skłoniło do licznych refleksji nad naturą człowieka.

Moja ocena: 5,5/6

Książkę zgłaszam do wyzwań Zatytułuj się 4 oraz Trójka e-pik

20/08/2020

„Błękitni” – Maria Rodziewiczówna

Lubię czasem sięgnąć po wiekowe już lektury. Tym razem mój wybór padł na pozytywistyczną powieść Marii Rodziewiczówny Błękitni. Jest to króciutki utwór, ale obfituje w wiele motywów i wątków. Gatunkowo zaliczany jest do romansu, choć moim zdaniem to przede wszystkim powieść społeczno-obyczajowa, choć owszem, wątek romansowy się pojawia.

Przenosimy się do Holszy – majątku arystokratycznego rodu Holszańskich. Na jego czele stoi stara, despotyczna księżna. Matka dwóch synów. Starszy – dotychczasowy pan na Holszy, niedawno zginął. Toteż do kraju, po latach wygnania, wraca młodszy – Lew Holszański, by przejąć schedę po zmarłym bracie. Jego matka ma nadzieję, że będzie mogła kierować jego życiem, jak jej się podoba. Niestety. Młody dziedzic nie podda się tak łatwo i będzie uparcie kroczył własną drogą. Przyjdzie mu stoczyć walkę o miłość i szczęście z rodziną, konwenansami, uprzedzeniami społecznymi i samym sobą. Czy wyjdzie z tej walki zwycięsko?

Maria Rodziewiczówna to pozytywistyczna pisarka. Była wielką społecznicą i jak wielu jej współczesnych w życiu i twórczości propagowała popularne wówczas idee pracy u podstaw i społecznego zaangażowania jednostki. Idee te dochodzą do głosu również w Błękitnych. Fabuła staje się pretekstem do ukazania wzrostu i rozwoju gospodarstw, czy pochylenia się nad nierównościami społecznymi. Jest tu też kładziony mocny nacisk na filantropię i działalność charytatywną. Ot – typowo pozytywistyczne klimaty. Autorka również bardzo dobrze ukazała w powieści zepsucie arystokracji; ich nadęcie, ignorancję, hipokryzję i patologiczny wręcz hedonizm. Wiarygodnie przedstawiła też obraz ówczesnego ziemiaństwa.

Błękitni to powieść dość przewidywalna, ale mimo to nienudna. Początek, co prawda był dość monotonny i ciężko było mi połapać się w postaciach oraz rozszyfrować, kto jest, kim, bo każdego tytułowano „książę” lub „księżna”. Jednak, kiedy już się połapałam i wczytałam, nie mogłam się oderwać.

Obok propagowania pozytywistycznych Rodziewiczówna pochyla się nad problemami takimi jak nieuchronność ludzkiego losu, mezalians, walka dobra ze złem, prawo człowieka do szczęścia, walka z konwenansami w imię wyższych wartości… Naprawdę dużo tutaj motywów i wątków, które przykuwają uwagę, wciągają w świat przedstawiony i czynią fabułę ciekawą, pomimo jej przewidywalności i schematyczności.

Wreszcie jest tu także bardzo ciekawie poprowadzony wątek przemiany głównego bohatera. Są też rodowe tajemnice, które razem z głównych bohaterem czytelnik odkrywa krok po kroku, dowiadując się, co rusz czegoś nowego, co całkowicie zmienia dotychczasowy obraz sytuacji.

Chociaż nie byłam ani razu zaskoczona rozwojem wydarzeń, książkę czytało mi się naprawdę dobrze. Ta lektura to był miło, a czasami nawet zabawnie spędzony czas, bo mimo wielu poważnych tematów i dramatycznych scen, momentami nie brak w niej również szczypty humoru.

Błękitni to powieść, która dziś już trochę trąci myszką, ale mimo to jest ciekawa i godna uwagi. Krótki, poczciwy, niczego sobie klasyk.

Moja ocena: 3,5/6

Książkę zgłaszam do wyzwań Zatytułuj się 4 oraz Trójka e-pik

10/08/2020

„Czytelniczka znakomita” – Alan Bennett

Pasje ubogacają nasze życie. Wykształcają w nas przeróżne umiejętności. Niekiedy sprawnościowe, czasem interpersonalne lub jeszcze inne. Nie rzadko też kształtują w pewien sposób nasz charakter. Pasja, jakakolwiek by nie była, zawsze ma na człowieka ogromny wpływ. Zdarza się też, że staje się swoistym nałogiem. Każdy, kto jakąś posiada, bez wątpienia zgodzi się ze mną w tym punkcie. Książka, którą ostatnio przeczytałam opowiada o pasji, którą podzielam i ja – o czytelnictwie.

Alan Bennett pokusił się o napisanie króciutkiej powieści, w której mimowolną ofiarą czytelniczej pasji staje się pewnego dnia nie kto inny, jak sama królowa Wielkiej Brytanii. Jak do tego doszło? Czysty przypadek. Spacerując wraz ze swoimi pieskami, natyka się na objazdową bibliotekę. Z czystej ciekawości postanawia wejść do środka. Decyduje się także, skoro już tam trafiła, na wypożyczenie książki, bo zapewne tak wypada. Nie wie jeszcze, że ta krótka chwila i decyzja niebawem odmienią całkowicie jej życie, a także postawią na głowie cały dwór, bo monarchini od tej pory odda się czytaniu bez reszty, co nie pozostanie bez wpływu na jej królewskie obowiązki, najbliższe otoczenie i personel pałacu. Ten ostatni wkrótce zaczyna knuć intrygi mające odwieść królową od czytelniczej pasji.

Czytelniczka znakomita to książka nietuzinkowa. Przezabawna, ciepła, z lekka obrazoburcza. Śmieszna, ale w żadnym wypadku nie prześmiewcza. To humor najwyższej klasy. Choć przedstawiona w niej historia, owładniętej czytelniczą pasją brytyjskiej królowej wydaje się nierealna, nosi jednak ona znamiona prawdopodobieństwa. Potencjalnie wszystko to, co przytrafia się bohaterce książki, mogłoby się rzeczywiście wydarzyć. To ogromna dawka wyważonego humoru. Przy czym wyważonego nie oznacza w żadnym wypadku wymuszonego.

Przyglądając się, jak Jej Wysokość powoli coraz bardziej pogrąża się w czytelniczej pasji, pozwalając by ta zawładnęła jej życiem i do pewnego stopnia również monarszym grafikiem, poznajemy jej myśli i prywatność. Czytane przez nią lektury wywołują w niej konkretne refleksje, które przewijają się na kartach książki, urozmaicając fabułę i stanowiąc niewątpliwy, dodatkowy walor. Myśli rodzące się w głowie Jej Królewskiej Mości, to myśli, które z pewnością towarzyszyły przynajmniej raz w życiu każdemu zapalonemu czytelnikowi. Dzięki temu powieść Bennetta nabiera wymiaru uniwersalnego i staje się pretekstem do refleksji nad czytelnictwem, jako takim oraz nad wpływem książek na człowieka.

Czytelniczka znakomita, choć zabawna i lekka, jest zatem także inteligentna i ma swoje przesłanie. Królowa dzięki popłynięciu z prądem czytelniczej pasji stała się bardziej empatyczna i otwarta na ludzi. Zaczęła także dostrzegać rzeczy, na które dotąd nie zwracała uwagi. Przypadek? Nie sądzę. Wszak od dawna mówi się, że książki uwrażliwiają, że są nauczycielami. Były nimi także dla niej.

Każdemu molowi książkowemu z pewnością nie raz zdarzyło się zatracić w lekturze do tego stopnia, że zapomniał o całym świecie. Przytrafiło się to także Jej Wysokości. Z pewnością wiecie jak to jest poświęcać na czytanie każdą wolną chwilę. Wykradać choćby kilka minut pomiędzy jednym obowiązkiem, a drugim. A symulowanie złego samopoczucia, by choć jeszcze chwilę dłużej móc pozostać w łóżku z książką? Muszę przyznać, że mnie zdarzyło się mieć taki grzeszek na sumieniu…

Jako nałogowa czytelniczka czasem mam wrażenie, że mania czytania jest uciążliwa dla mojego otoczenia. Bywam też rozczarowana niekiedy nikłą ilością czytelników i rokrocznie alarmującymi raportami Biblioteki Narodowej o stanie czytelnictwa w Polsce. Ponadto wielokrotnie doświadczyłam niezrozumienia ze strony osób nieczytających. „Jak ty możesz tyle czytać?” – zapytywali robiąc przy tym wielkie oczy lub tylko kiwali głowami, zwyczajnie nie dowierzając moim czytelniczym statystykom i uważając, że są one grubo naciągane, bo przecież „tak się nie da”. Znacie to? O podobnych cieniach czytelniczej pasji pisze Bennett w swojej powieści.

Myślę, że niejeden wytrawny czytelnik w nawykach zaczytanej królowej odnajdzie swoje własne. Można wówczas odczytać tę powieść, jako satyrę na niektóre nawyki moli książkowych właśnie. Wiele można z Czytelniczki znakomitej wysnuć morałów. Ale jeden jest nadrzędny i wysuwa się bezapelacyjnie na pierwszy plan; warto czytać! Poza tym nigdy nie jest za późno, aby odkryć swoją pasję i się w niej zatracić. Uwaga! Pasja grozi staniem się lepszym człowiekiem.

Czytelniczkę znakomitą polecam każdemu, kto ma ochotę na lekką, zabawną, ale jednocześnie inteligentną lekturę. A tak na marginesie dodam, że bardzo chciałabym wiedzieć, czy prawdziwa Elżbieta II wie o istnieniu tej powieści, czy zna jej treść i, jeśli tak, co o niej sądzi. Sam autor jest na Wyspach dość znany, o ile mi wiadomo.

Moja ocena: 5/6