04/12/2019

„Cyfrowa twierdza” – Dan Brown

Cyfrowa twierdza, to literacki debiut Dana Browna i druga jego książka, po którą zdecydowałam się sięgnąć. Wcześniej czytałam Kod Leonarda da Vinci i byłam zachwycona. Postanowiłam wtedy, że koniecznie muszę przeczytać inne pozycje tego autora. W końcu nadszedł ten czas.

O czym jest książka? Amerykański wywiad skonstruował genialny komputer, który podobno potrafi złamać każdy szyfr. Pewnego dnia jednak okazuje się, że cudowna maszyna z jednym algorytmem nie może sobie dać rady. To dla rządowej agencji odpowiedzialnej za bezpieczeństwo narodowe oznacza katastrofę. Tymczasem twórca rzeczonego algorytmu grozi, że go upubliczni i szantażuje agentów, a przy tym bawi się z nimi w kotka i myszkę. Do akcji wkracza matematyczka Susan Fletcher. Ma bardzo mało czasu i bardzo dużo do stracenia.

Muszę przyznać, że mam dość ambiwalentne uczucia w stosunku do tej książki. Z jednej strony całkiem niezła (biorąc pod uwagę, że to debiut, to naprawdę niezła), a z drugiej… Mam jednak, co do niej trochę zastrzeżeń.

Akcja bardzo długo się rozkręca. Na początku książka jest po prostu nudna. Czekałam i czekałam w napięciu, aż coś się wreszcie zacznie dziać, no bo przecież już powinno i… Nic. W takim pełnym napięcia oczekiwaniu na właściwą akcję i postępującym znudzeniu upłynęła mi lektura kilku pierwszych rozdziałów. Nie mam jednak w zwyczaju porzucania zaczętych książek, więc brnęłam dalej. I dobrze! Bo w pewnym momencie akcja się rozkręca i naprawdę, dzieje się.

Fabuła, – kiedy akcja już się wreszcie rozkręci – staje się zaskakująca i niekiedy kompletnie nieprzewidywalna, a lektura dostarcza naprawdę wielu emocji. W pewnym momencie złapałam się na tym, że czytam „na wyścigi”, jakby ktoś mnie popędzał, jakbym ścigała się z czasem, zupełnie jak Susan Fletcher, tak bardzo byłam ciekawa, co będzie dalej. Napięcie rośnie wprost proporcjonalnie do ilości przeczytanych stron, a finał jest wręcz dramatyczny.

Z plusów: bardzo podobały mi się różne zaszyfrowane zagadki wplecione w fabułę. Czytelnik też ma okazję do wysilenia szarych komórek i rozwiązywania ich razem z bohaterami książki. I tutaj muszę pochwalić tłumacza (Piotr Amsterdamski), który kolokwialnie mówiąc, odwalił kawał dobrej roboty, bo część z tych zagadek musiało być naprawdę trudno przełożyć na język polski, a jednak się udało. Chapeu bas!

Zdecydowanym minusem, z mojego punktu widzenia jest fachowa terminologia, a raczej jej ilość. Zrobiła ona na mnie spore wrażenie i sama w sobie mogłaby być nawet ogromnym atutem książki, ale, tego jest po prostu za dużo i ja, jako osoba niezbyt biegła w informatyce i nie szczególnie obeznana w zakresie technologii komputerowych, chwilami czułam się przytłoczona nadmiarem fachowych sformułowań. Nie rozumiejąc sporej ich części miałam nieustannie wrażenie, że coś mi umyka… Ale może po prostu nie jest to książka dla mnie?

Zetknęłam się również z głosami informatyków i osób bardziej technicznie obeznanych, mówiącymi, że wiele podanych w książce informacji dotyczących komputerów i ich działania, jest po prostu błędnych, albo z dzisiejszego punktu widzenia po prostu przestarzałych. Możliwe. Mnie trudno to ocenić, ale pamiętajmy o tym, że książka w oryginale została wydana w 1998 roku, a pierwsze polskie wydanie datowane jest na 2004 rok. Wówczas rozwój technologii był na zupełnie innym poziomie niż dziś. Inny też był dostęp do informacji.

Kolejną wadą i rzeczą, która bardzo utrudniała mi skupienie się na rozwoju fabuły są moim zdaniem zbyt krótkie rozdziały. Miałam czasem wrażenie, jakby autor sam nie do końca wiedział jak tę kwestię ogarnąć i wyznaczał granice rozdziałów na chybił trafił, tworząc mnóstwo bezsensownych mini rozdzialików. Wiele z nich można by spokojnie połączyć w jeden większy rozdział i efekt byłby – moim zdaniem – zdecydowanie lepszy.

Mimo swoich zasadniczych wad Cyfrowa twierdza jest z mojego punktu widzenia naprawdę ciekawa. Skłoniła mnie do głębszej refleksji nad tym, do czego prowadzi, czy też może prowadzić rozwój nowych technologii i jak wiele powinno się zachować rozmysłu i ostrożności stawiając kolejne kroki w tym zakresie.

Czy polecam Cyfrową twierdzę? Nie wiem. Zdecydujcie sami. Wydaje mi się, że może przypaść do gustu osobom z zacięciem matematycznym. Albo takim jak ja – informatycznym żółtodziobom, które czasem mają ochotę na tematykę odmienną od tej, ku której zwykle się skłaniają.

Moja ocena: 3,5/6

27/11/2019

„Bociany przylatują zimą” – Iwona Jurczenko-Topolska

Od dawna już interesuję się tematem adopcji. Nie raz sama myślałam o tym, żeby w przyszłości stworzyć rodzinę dla jakiegoś dziecka, któremu nie było dane zaznać miłości rodzicielskiej. Dlatego też, gdy natrafiłam na książkę Iwony Jurczenko-Topolskiej Bociany przylatują zimą, od razu postanowiłam ją przeczytać. Autorka i jej mąż Krzysztof zdecydowali się na adopcję trójki rodzeństwa.

W książce zostały szczegółowo opisane perypetie Topolskich związane z adopcją; dylematy adopcyjnych rodziców i wyzwania, którym muszą oni stawić czoła. Czytając dowiadujemy się jak wygląda adopcja od strony formalnej i poznajemy wszystkie jej etapy, ale nie tylko. Przyglądamy się również wcale niełatwemu procesowi budowania rodziny. Proces ten jest tym trudniejszy, że adoptowane przez Topolskich rodzeństwo: siedmioletnia Ania, pięcioletni Paweł i trzyletni Dominik, to dzieci z patologicznej rodziny, zaniedbane dosłownie pod każdym możliwym względem.

Iwona Jurczenko-Topolska opowiada o trudach i radościach adopcyjnego rodzicielstwa. Opisuje pierwsze miesiące wspólnego życia i wspólną codzienność. Pisze o dzieciach: ich rozwoju, zachowaniu, trudach związanych z adaptacją w nowej rzeczywistości. O tym jak wielką wagę w budowaniu relacji z nimi mają drobne gesty. Ponadto ukazuje również wewnętrzne dylematy rodzica adopcyjnego: wątpliwości i wyzwania, przed jakimi staje. Opowiada o dojrzewaniu do rodzicielstwa i poznawaniu siebie.

Lektura ta uświadamia jak ogromna odpowiedzialność spoczywa na adopcyjnych rodzicach. Autorka podkreśla także to, że w kontakcie z dziećmi, zwłaszcza tymi po przejściach, potrzeba czasu i zrozumienia, a oprócz tego każde dziecko wymaga indywidualnego podejścia, bo to, co sprawdziło się w przypadku jednego, wcale nie musi się sprawdzić w przypadku drugiego. Mówi też jasno o tym, że miłość do dzieci nie zawsze jest prosta, ale nie oznacza to, że niemożliwa. W książce nie brak też humoru i autoironii. Można w niej znaleźć opisy wielu zabawnych i wzruszających sytuacji z codziennego życia rodziny Topolskich. Czasami czytając śmiałam się w głos, a czasami łza się w oku zakręciła.

Uważam, że Bociany przylatują zimą to świetna i bardzo wartościowa książka. Moim zdaniem powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich tych, którzy zastanawiają się nad adopcją dziecka, bowiem wiele uświadamia i wydaje mi się, że może pomóc w podjęciu ostatecznej decyzji tym, którzy się jeszcze wahają. Bardzo brakuje takich książek jak ta. Dzięki niej adopcja przestaje być tematem tabu czy powodem do wstydu.

Książkę polecam całym sercem. Jedyne, co mnie w niej raziło, to niekiedy postawa autorki. Kilkukrotnie odniosłam wrażenie, jakby czuła się ona lepsza od innych. Drażniło mnie też szczycenie się rozległymi znajomościami. Ale to zaledwie drobna rysa na wizerunku książki. Mimo wszystko rodzina Topolskich wzbudziła moją ogromną sympatię i lektura ta na długo zapadnie mi w pamięć.

Moja ocena: 5,5/6

02/04/2019

„List w butelce” – Nicholas Sparks

Kolejne – trzecie już – spotkanie z twórczością Sparksa, to dla mnie rozczarowanie. Zresztą podobnie było za pierwszym i za drugim razem. Wówczas jednak, niezrażona, powiedziałam sobie, że do trzech razy sztuka i postanowiłam spróbować raz jeszcze, tym bardziej, że literacki dorobek autora jest dość pokaźny. Może dotychczas nie trafiłam na właściwą książkę? Po lekturze Listu w butelce, na który to tytuł tym razem padł mój wybór, zwątpiłam w to – jak mi się zdaje – definitywnie.

Tym razem sięgnęłam po pozycję niemalże kultową. Jest to historia o tym, jak pewnego dnia, dziennikarka Theresa Osborne znajduje na plaży list w butelce – list miłosny, adresowany przez niejakiego Garreta do jego ukochanej Catherine. Zafascynowana znaleziskiem Theresa postanawia dowiedzieć się więcej o autorze listu i odnaleźć go. Kiedy jej się to udaje, nie ujawnia mu jednak, że znalazła jego list do Catherine, która była, jak się okazuje, zmarłą żoną Garreta. Tymczasem między nim, a dziennikarką zaczyna kiełkować uczucie. Czy ta relacja ma szansę przetrwać? Co będzie, gdy główny bohater pozna prawdę?

Książka jest nudna i schematyczna. Mam wrażenie, że wszystkie powieści Sparksa pisane są „na jedno kopyto”, według ściśle określonego schematu. Ten zarzut jest często powtarzany przez krytyków jego pióra i muszę niestety dołączyć do ich grona przyznając im rację. Po trzech przeczytanych książkach widzę już ten schemat bardzo wyraźnie. Mamy tu charakterystyczne sparksowskie toposy: wielka miłość, jakiś dramat, tęsknota. Dalej: śmierć, utrata bliskiej osoby i – to znak firmowy autora – koniecznie antyhappyend.

Sięgając po List w butelce nie liczyłam na arcydzieło. Wiedziałam, że sięgam po czytadło. Liczyłam jednak na coś przynajmniej przeciętnego i zjadliwego, tymczasem ta książka mnie zmęczyła. Nie dość, że schematyczna, to jeszcze najzwyczajniej w świecie nudna jak flaki z olejem. Akcja wlecze się powoli jakby chciała, a nie mogła.

Wiele do życzenia pozostawia też warstwa językowa i stylistyczna utworu. Powieść jest potwornie ckliwa i przesłodzona, a w niektórych miejscach z kolei zbyt patetyczna i udramatyzowana. Jest to książka bardzo emocjonalna – zdecydowanie za bardzo. Ponadto w trakcie lektury czytelnika biją po oczach biją liczne literówki i błędy interpunkcyjne, co zdecydowanie nie przemawia na korzyść tej pozycji. Ja rozumiem, że to tylko czytadło, ale nawet od czytadła oczekuję pewnego poziomu. Nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy widzę niechlujnie wydane książki (wyd. Albatros 2015), a robiona „na kolanie” korekta (o ile w ogóle robiona w tym przypadku była, bo mam, co do tego poważne wątpliwości) właśnie o niechlujstwie świadczy i woła o pomstę do nieba.

Po tej lekturze utraciłam bezpowrotnie wszelkie złudzenia, co do tego, że być może dołączę kiedyś do grona zachwyconych piórem Sparksa czytelniczek. Tak się nie stanie, bo więcej szans on ode mnie nie dostanie. Fenomen jego popularności i poczytności jest dla mnie kompletnie niezrozumiały. Mnie ta twórczość nie oczarowała, a wręcz przeciwnie – bardzo rozczarowała.

Czy List w butelce ma jakieś zalety? Cóż. Wątpliwe, ale tak: ostatecznie, choć powieść jest nudna jak flaki w oleju, czytało się ją dosyć szybko. Uff! Historia ta, w ogólnym zarysie, ma w sobie również pewien godny uwagi potencjał. To, że nie został on w ogóle wykorzystany, a jedynie zmarnowany, to już zupełnie inna rzecz.

W 1999 roku książka została zekranizowana. Film wyreżyserował Luis Mándoki. W rolach głównych wystąpili: Robin Wright i Kevin Costner. Adaptacja jest z pewnością zdecydowanie bardziej znana niż sama książka i również można powiedzieć, że stała się już filmem kultowym. Miałam okazję ją obejrzeć. I ona mnie nie zachwyciła, ale nie będę się tutaj szerzej na ten temat rozpisywać. Powiem tylko tyle, iż uważam, że film jest w tym wypadku mimo wszystko lepszy od książki.

Moja ocena: 1,5/6

08/10/2018

„I więcej nic nie pamiętam” – Adina Blady-Szwajger

Książek ukazujących niewyobrażalne okrucieństwo i tragizm drugiej wojny światowej czy holokaustu, napisano już całe mnóstwo. Ponieważ od dawna interesuję się tą tematyką, wiele z nich przeczytałam. Były to zarówno książki popularnonaukowe, pisane przez historyków, jak i osobiste relacje tych, którzy doświadczyli hitlerowskiego okrucieństwa na własnej skórze i po wojnie zdecydowali się o tym opowiedzieć. Za każdym razem te relacje głęboko mnie poruszały i mroziły mi krew w żyłach. Każda z nich była inna, choć zarazem wiele było do siebie pod pewnymi względami podobnych. Jednak relacja Adiny Blady-Szwajger zdecydowanie wyróżnia się na tle przeczytanych przeze mnie dotychczas publikacji tego typu. I więcej nic nie pamiętam to opowieść o tych, których często pomija się pisząc o drugiej wojnie światowej – o dzieciach. O dzieciństwie naznaczonym piętnem bezdusznej i brutalnej wojennej rzeczywistości.

Autorka, z pochodzenia Żydówka, w chwili, gdy wybuchła wojna, była ambitną, zaledwie dwudziestoparoletnią kobietą, świeżo upieczoną mężatką, studentką medycyny, z głową pełną życiowych planów, które niestety zweryfikowała wojna. Kilka miesięcy po jej wybuchu, w marcu 1940 roku, rozpoczęła pracę, jako pediatra w warszawskim Szpitalu Dziecięcym Bersohnów i Baumanów. W książce opisuje wojenne realia widziane z perspektywy lekarza pediatry.

Relacja Adiny Blady-Szwajger to bardzo osobista opowieść o próbie zachowania godności w rzeczywistości, która tej godności na każdym kroku urągała. O desperackiej próbie ocalenia człowieczeństwa w skrajnie nieludzkich warunkach. Ta książka wprost poraziła mnie swoim autentyzmem, a jednocześnie urzekła prostotą. Autorka opisuje wszystko w sposób prosty, bezpośredni i konkretny. Bez patosu. Nie przebiera w słowach. Jej relacja jest brutalnie dosadna i sądzę, że w dużej mierze dzięki temu tak autentyczna, tak mocno i głęboko zapadająca w pamięć.

Adina Blady-Szwajger bez ogródek i eufemizmów pisze o wojennych realiach widzianych oczami młodej kobiety, lekarki. Opowiada o swoim życiu, działalności konspiracyjnej i pracy w szpitalu. Dużo uwagi poświęca swoim małym pacjentom. Pisze o niewiarygodnej u dzieci mądrości, która chwyta za serce i niejednokrotnie wzrusza do łez. Zwłaszcza, gdy ze szczegółami opisuje śmierć widzianą ich oczami oraz ich nieprawdopodobnie dojrzałą i stoicką postawę wobec niej. Nie stroni również od tematów tabu, takich jak aborcje i eutanazje dokonywane wtedy – paradoksalnie – w imię ocalenia godności i człowieczeństwa. O trudnych wyborach moralnych, których w czasie wojny musiała dokonywać niemal nieustannie. Zresztą nie tylko ona. Często były to wybory między złym, a gorszym. Ale czy ktokolwiek dzisiaj ma prawo poddawać je ocenie? Nie wiem. Pisząc o tym, jak bliski jej człowiek dowiedział się, że dokonała aborcji, podsumowała swoją decyzję następująco:

A co miałam mu powiedzieć? Czy miałam mu wyjaśnić, że żyjemy w czasach, w których dzieci nie mają prawa się rodzić, bo wolno je rodzić tylko dla życia, a nie dla umierania? [1]

I więcej nic nie pamiętam, mimo ogromnej siły przekazu, potęgowanej dodatkowo mnóstwem zdjęć z prywatnego archiwum autorki, pod względem literackim pozostawia jednak, co nieco do życzenia. Historia zawarta w książce opowiedziana została dość chaotycznie. Jest urywana, pełna niedopowiedzeń i znaków zapytania. Odniosłam wrażenie, że autorka momentami zupełnie nie panuje tak tekstem. Jej wspomnienia są luźnie, niepoukładane, często wyrywkowe. Mówi o emocjach, ale bez emocji. Wiele wątków zaczyna i albo ich nie kończy, z powodu luk w pamięci, które powstały na skutek upływu czasu, albo powraca do nich znienacka, w momencie dla czytelnika zupełnie niespodziewanym, przerywając inny wątek. W konsekwencji, mimo, że książka jest dość krótka i napisana prostym językiem, trzeba naprawdę mocno skupić się na tekście, aby się w tej relacji nie zagubić. Niemniej autorka zdaje się być w pełni świadoma tych warsztatowych niedociągnięć.

Bo to wszystko są tylko słowa, a ja nie jestem literatem i nie umiem znaleźć słów, które krzyczą. Zresztą, to nie jest literatura. To jest relacja o tym, co było naprawdę. [2]

Adina Blady-Szwajger pierwotnie nie zamierzała dzielić się ze światem swoimi wspomnieniami. Przez długie lata liczyła, że zapomni o tym, co przeżyła i czego była świadkiem. Ostatecznie zdecydowała się na ich publikację, niemniej zrobiła to wyłącznie z poczucia moralnego obowiązku wobec tych, którym w przeciwieństwie do niej, nie udało się przeżyć. Czytając te wspomnienia wciąż zadawałam sobie pytanie, jak to możliwe, że to wszystko wydarzyło się naprawdę? Dorastając i żyjąc w czasach pokoju, ciężko to pojąć. Dzięki lekturom takim jak ta, człowiek zaczyna być naprawdę, z całego serca wdzięczny losowi, że nie musiał nic podobnego w życiu przechodzić. I oby to się nigdy nie zmieniło.

Czy polecam I więcej nic nie pamiętam? Zdecydowanie tak, choć z pewnością nie jest to książka dla każdego. Nie każdy będzie w stanie udźwignąć psychicznie ciężar tej lektury. Niemniej naprawdę warto po nią sięgnąć, choć jak już wspomniałam, ma swoje wady i czasami ciężko się ją czyta, nie tylko ze względu na przekaz, jaki w sobie zawiera. Jeśli ktoś interesuje się tematyką holokaustu czy drugiej wojny światowej, to mimo pewnych zastrzeżeń, zachęcam do lektury.

Moja ocena: 4,5/6

_____
[1] Adina Blady-Szwajger, I więcej nic nie pamiętam, wyd. Świat Książki 2010, s. 243.
[2] Tamże, s. 225.

03/01/2016

„Julia” – Anne Fortier

juliaLubię dramaty Szekspira między innymi za to, że są ponadczasowe. Kolejne pokolenia twórców, nie tylko pisarzy, wciąż nawiązują do szekspirowskiej spuścizny. Nawiązań i rozmaitych reinterpretacji jest na tyle dużo, że czasem odnoszę wrażenie, iż kultura, szczególnie współczesna, przetworzyła już dzieła Szekspira na wszelkie możliwe sposoby, zwłaszcza zaś Romea i Julię; sam motyw ich miłości stał się po prostu oklepany. Dlatego na ogół z rezerwą podchodzę do książek, w których takie nawiązania są częste i wyraźne. Przecież to wszystko już było!

Ostatnio zatęskniłam trochę za Szekspirem. Nie miałam jednak ochoty na klasykę, ambitną literaturę. Chciałam tym razem przeczytać coś lżejszego. Zdecydowałam się więc na Julię autorstwa Anne Fortier, którą BiblioNETka od dłuższego już czasu wymieniała na pierwszej stronie listy polecanych mi książek. Po przeczytaniu mogę śmiało powiedzieć, że biblioNETkowy system rekomendacji po raz kolejny mnie nie zawiódł.

Główną bohaterką jest Julie Jacobs. Ona i jej siostra Janice są z pochodzenia Włoszkami, ale po śmierci rodziców trafiają pod opiekę ciotki mieszkającej w Ameryce. Gdy ta również umiera, okazuje się, że cały jej majątek przypada w udziale Janice. Julie otrzymuje tylko pewien list oraz kluczyk do skrytki jednego ze sieneńskich banków, gdzie rzekomo znajduje się to, co zostawiła dla niej matka. Młoda kobieta udaje się więc do Sieny, wyobrażając sobie, że czeka tam na nią majątek. Zamiast niego znajduje jedynie kilka drobiazgów. Między innymi plik starych listów i mocno sfatygowany egzemplarz Romea i Julii… Skonfundowana bohaterka postanawia poznać dokładnie tajemniczą rodzinną historię i znaleźć odpowiedzi na liczne nurtujące ją pytania. Dokąd zaprowadzą ją poszukiwania? Czego dowie się o swoim pochodzeniu i rodzinie?

Julia to znakomita powieść, stanowiąca pod względem gatunkowym swoistą mieszankę; thriller po trosze romantyczny, a po trosze historyczny. Dominują tu dwa wątki: romantyczny i kryminalny. Akcja zaś toczy się na dwóch płaszczyznach: współcześnie i w średniowieczu. Co chwilę przeskakujemy w czasie. Początkowo mi się to nie spodobało. Raczej nie przepadam za książkami, w których narracja prowadzona jest dwutorowo. Przeważnie nie mogę się wtedy skupić na lekturze. Ciągła zmiana mnie rozprasza. Zwykle faworyzuję jedną część i na niej skupiam się bardziej, kosztem tej drugiej. Tym razem, o dziwo, dałam się porwać bez reszty. Fortier poprowadziła obie narracje bardzo starannie i umiejętnie. Przejścia od jednej do drugiej są płynne, niemal niezauważalne. Podczas lektury błyskawicznie zapomniałam o moich uprzedzeniach. Za to – ogromny plus.

Przechodząc pomiędzy współczesnością i czternastym wiekiem, towarzyszymy na przemian dwóm Juliom. Wspomnianej już głównej bohaterce i jej średniowiecznej protoplastce. Tej, która – jak się okazuje – była pierwowzorem bohaterki Szekspirowskiego dramatu. Przy okazji poznajemy alternatywną, stworzoną w wyobraźni autorki, historię powstania Romea i Julii. Każdy rozdział rozpoczyna się jakimś cytatem z Szekspira. Wersja wydarzeń zaproponowana przez Anne Fortier jest zupełnie inna od oficjalnej, ale została przedstawiona w taki sposób, że kilkakrotnie miałam wrażenie, iż ona właśnie jest tą prawdziwą. Autorce prawie udało się mnie wykiwać. I za to kolejny duży plus. Bardzo wysoko cenię pisarzy, którzy umieją tak wodzić czytelnika za nos, że ten zaczyna się zastanawiać, co jest prawdą, a co fikcją.

Czytanie Julii trochę przypominało mi jazdę kolejką górską. To dzięki wartkiej akcji, która obfituje w liczne zwroty i pędzi na łeb na szyję, nie pozwalając ani na chwilę oderwać się od lektury, a także dzięki serii zaskakujących zdarzeń. Nic nie jest tu takie, jakim się wydaje, a intryga kryminalna odznacza się wysokim stopniem skomplikowania. Została starannie przemyślana i poprowadzona.

Kolejnym atutem powieści jest niepowtarzalny, uroczy klimat. Ma ona w sobie coś magicznego, czarującego. Fabuła jest niebanalna. Autorka miała na nią bardzo oryginalny pomysł, który udało jej się zrealizować z pełnym sukcesem. Julia momentami bawi, momentami wzrusza, a przez cały czas trzyma w napięciu.

Język na ogół jest potoczny, szczególnie w dialogach, i niezwykle emocjonalny. Pewnie nie każdemu przypadnie do gustu. Sama nie jestem fanką zbyt emocjonalnego stylu, ale tutaj jakoś zupełnie mnie on nie raził. Nie powiem, żeby był zaletą, ale wpasował się w całość na tyle, że nie uznaję go też za wadę. W pewnym sensie nawet dobrze współgra z pędzącą na złamanie karku akcją.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym atucie tej powieści, który zwiększa przyjemność jej czytania, mianowicie o opisach Sieny, gdzie rozgrywa się akcja. Są one liczne, drobiazgowe, bardzo sugestywne, realistyczne i malownicze. Pojawiają się też wzmianki o historii miasta. Czytając miałam wrażenie, jakbym tam była osobiście. To zdecydowanie sprzyjało całkowitemu zatraceniu się w lekturze.

Drobnym mankamentem, o którym muszę wspomnieć, jest kreacja głównej bohaterki. To dwudziestokilkuletnia kobieta, jednak uważam, że zdecydowanie zbyt naiwna jak na osobę w tym wieku. Momentami jej zachowanie, postępowanie było w moich oczach nieco infantylne. Niemniej jednak te drobne wady giną w morzu zalet i nie rzutują na moją ostateczną ocenę książki.

Julię czytałam z ogromną przyjemnością i dużym zainteresowaniem. Jest utrzymana na bardzo wysokim, jak na ten typ literatury, poziomie. W każdym razie moim zdaniem. Oryginalna, przemyślana, wciągająca i pasjonująca. Polecam ją tym, którzy lubią niebanalne czytadła i połączenie kryminału z romansem.

Moja ocena: 6/6