„Julia” – Anne Fortier

juliaLubię dramaty Szekspira między innymi za to, że są ponadczasowe. Kolejne pokolenia twórców, nie tylko pisarzy, wciąż nawiązują do szekspirowskiej spuścizny. Nawiązań i rozmaitych reinterpretacji jest na tyle dużo, że czasem odnoszę wrażenie, iż kultura, szczególnie współczesna, przetworzyła już dzieła Szekspira na wszelkie możliwe sposoby, zwłaszcza zaś Romea i Julię; sam motyw ich miłości stał się po prostu oklepany. Dlatego na ogół z rezerwą podchodzę do książek, w których takie nawiązania są częste i wyraźne. Przecież to wszystko już było!

Ostatnio zatęskniłam trochę za Szekspirem. Nie miałam jednak ochoty na klasykę, ambitną literaturę. Chciałam tym razem przeczytać coś lżejszego. Zdecydowałam się więc na Julię autorstwa Anne Fortier, którą BiblioNETka od dłuższego już czasu wymieniała na pierwszej stronie listy polecanych mi książek. Po przeczytaniu mogę śmiało powiedzieć, że biblioNETkowy system rekomendacji po raz kolejny mnie nie zawiódł.

Główną bohaterką jest Julie Jacobs. Ona i jej siostra Janice są z pochodzenia Włoszkami, ale po śmierci rodziców trafiają pod opiekę ciotki mieszkającej w Ameryce. Gdy ta również umiera, okazuje się, że cały jej majątek przypada w udziale Janice. Julie otrzymuje tylko pewien list oraz kluczyk do skrytki jednego ze sieneńskich banków, gdzie rzekomo znajduje się to, co zostawiła dla niej matka. Młoda kobieta udaje się więc do Sieny, wyobrażając sobie, że czeka tam na nią majątek. Zamiast niego znajduje jedynie kilka drobiazgów. Między innymi plik starych listów i mocno sfatygowany egzemplarz Romea i Julii… Skonfundowana bohaterka postanawia poznać dokładnie tajemniczą rodzinną historię i znaleźć odpowiedzi na liczne nurtujące ją pytania. Dokąd zaprowadzą ją poszukiwania? Czego dowie się o swoim pochodzeniu i rodzinie?

Julia to znakomita powieść, stanowiąca pod względem gatunkowym swoistą mieszankę; thriller po trosze romantyczny, a po trosze historyczny. Dominują tu dwa wątki: romantyczny i kryminalny. Akcja zaś toczy się na dwóch płaszczyznach: współcześnie i w średniowieczu. Co chwilę przeskakujemy w czasie. Początkowo mi się to nie spodobało. Raczej nie przepadam za książkami, w których narracja prowadzona jest dwutorowo. Przeważnie nie mogę się wtedy skupić na lekturze. Ciągła zmiana mnie rozprasza. Zwykle faworyzuję jedną część i na niej skupiam się bardziej, kosztem tej drugiej. Tym razem, o dziwo, dałam się porwać bez reszty. Fortier poprowadziła obie narracje bardzo starannie i umiejętnie. Przejścia od jednej do drugiej są płynne, niemal niezauważalne. Podczas lektury błyskawicznie zapomniałam o moich uprzedzeniach. Za to - ogromny plus.

Przechodząc pomiędzy współczesnością i czternastym wiekiem, towarzyszymy na przemian dwóm Juliom. Wspomnianej już głównej bohaterce i jej średniowiecznej protoplastce. Tej, która - jak się okazuje - była pierwowzorem bohaterki Szekspirowskiego dramatu. Przy okazji poznajemy alternatywną, stworzoną w wyobraźni autorki, historię powstania Romea i Julii. Każdy rozdział rozpoczyna się jakimś cytatem z Szekspira. Wersja wydarzeń zaproponowana przez Anne Fortier jest zupełnie inna od oficjalnej, ale została przedstawiona w taki sposób, że kilkakrotnie miałam wrażenie, iż ona właśnie jest tą prawdziwą. Autorce prawie udało się mnie wykiwać. I za to kolejny duży plus. Bardzo wysoko cenię pisarzy, którzy umieją tak wodzić czytelnika za nos, że ten zaczyna się zastanawiać, co jest prawdą, a co fikcją.

Czytanie Julii trochę przypominało mi jazdę kolejką górską. To dzięki wartkiej akcji, która obfituje w liczne zwroty i pędzi na łeb na szyję, nie pozwalając ani na chwilę oderwać się od lektury, a także dzięki serii zaskakujących zdarzeń. Nic nie jest tu takie, jakim się wydaje, a intryga kryminalna odznacza się wysokim stopniem skomplikowania. Została starannie przemyślana i poprowadzona.

Kolejnym atutem powieści jest niepowtarzalny, uroczy klimat. Ma ona w sobie coś magicznego, czarującego. Fabuła jest niebanalna. Autorka miała na nią bardzo oryginalny pomysł, który udało jej się zrealizować z pełnym sukcesem. Julia momentami bawi, momentami wzrusza, a przez cały czas trzyma w napięciu.

Język na ogół jest potoczny, szczególnie w dialogach, i niezwykle emocjonalny. Pewnie nie każdemu przypadnie do gustu. Sama nie jestem fanką zbyt emocjonalnego stylu, ale tutaj jakoś zupełnie mnie on nie raził. Nie powiem, żeby był zaletą, ale wpasował się w całość na tyle, że nie uznaję go też za wadę. W pewnym sensie nawet dobrze współgra z pędzącą na złamanie karku akcją.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym atucie tej powieści, który zwiększa przyjemność jej czytania, mianowicie o opisach Sieny, gdzie rozgrywa się akcja. Są one liczne, drobiazgowe, bardzo sugestywne, realistyczne i malownicze. Pojawiają się też wzmianki o historii miasta. Czytając miałam wrażenie, jakbym tam była osobiście. To zdecydowanie sprzyjało całkowitemu zatraceniu się w lekturze.

Drobnym mankamentem, o którym muszę wspomnieć, jest kreacja głównej bohaterki. To dwudziestokilkuletnia kobieta, jednak uważam, że zdecydowanie zbyt naiwna jak na osobę w tym wieku. Momentami jej zachowanie, postępowanie było w moich oczach nieco infantylne. Niemniej jednak te drobne wady giną w morzu zalet i nie rzutują na moją ostateczną ocenę książki.

Julię czytałam z ogromną przyjemnością i dużym zainteresowaniem. Jest utrzymana na bardzo wysokim, jak na ten typ literatury, poziomie. W każdym razie moim zdaniem. Oryginalna, przemyślana, wciągająca i pasjonująca. Polecam ją tym, którzy lubią niebanalne czytadła i połączenie kryminału z romansem.

Moja ocena: 6/6

„Doktorzy” – Erich Segal

doktorzyErich Segal to jeden z moich ulubionych autorów. Wielu zapewne zna go jako świetnego scenarzystę. Dla mnie jednak na zawsze pozostanie przede wszystkim pisarzem. Tym, który podbił moje serce powieścią Akty wiary. Od niej zaczęła się nasza literacka znajomość. Później przyszła kolej na pozostałe jego książki. Przeczytałam wszystkie. Nie każda przypadła mi do gustu, na przykład recenzowana już tutaj, najmłodsza w dorobku Segala, Bez sentymentów. Doktorów zostawiłam sobie na sam koniec. Co mogę na ich temat powiedzieć? Cóż. Pośród wszystkich powieści tego autora tylko dwie, moim zdaniem, zasługują bezapelacyjnie na miano arcydzieł. Są to Akty wiary i Doktorzy właśnie.

Ich akcja toczy się na przestrzeni dwudziestu lat, od roku 1958 aż do 1978. Fabuła opowiada o losach piątki bohaterów, którzy pod koniec lat pięćdziesiątych rozpoczynają studia medyczne na Harvardzie. Różnią się od siebie charakterem i sposobem postrzegania świata. Każde z nich ma nieco inny życiowy cel i wyznaje nieco inną hierarchię wartości. Czytelnik towarzyszy im przez cały okres ich studiów, a później śledzi ich losy od początków praktyki lekarskiej do momentu, gdy wszyscy są już lekarzami z całkiem sporym bagażem doświadczeń. Zarówno zawodowych, jak i życiowych.

W Doktorach sportretowane zostało środowisko medyczne. Jednak lekarze to przede wszystkim ludzie. I jako takich stara się ich pokazać Segal. Ta powieść mówi więc o ludziach. Tych, którzy zdecydowali się związać swoje życie z medycyną i nierzadko musieli wiele poświęcić, aby osiągnąć cel, jaki sobie wyznaczyli. Autor porusza też wiele tematów i problemów uniwersalnych. Sporo uwagi poświęca procesowi dojrzewania jednostki. Pozwala czytelnikowi podjąć refleksje nad sensem życiowych niepowodzeń i trudności, jakie napotkać może każdy, kto w życiu dąży do jakiegoś celu. Mówi o licznych wzlotach i upadkach, a także o miłości, przyjaźni i wielu innych zagadnieniach bliskich wszystkim.

W tej książce Segal ukazuje całościowo specyfikę zawodu lekarza. Zwraca baczną uwagę na wszystkie jego aspekty, blaski i cienie towarzyszące jego wykonywaniu. Nie pomija niczego. Ta wnikliwość mnie urzekła. Obraz środowiska medycznego w Doktorach jest niezwykle realistyczny. Na wrażenie autentyzmu złożyła się z pewnością także rozległa wiedza medyczna pisarza. Uważam, że to czyni tę powieść naprawdę wyjątkową i jest w moich oczach jednym z największych jej atutów.

Pisząc o medycynie i lekarzach, nie można marginalizować zagadnień etycznych. Autor o tym nie zapomniał i wielokrotnie mobilizuje czytelnika do głębokiej refleksji na ten temat. Zmusza do udzielenia sobie odpowiedzi na wiele trudnych i często zwyczajnie niewygodnych pytań, dotyczących człowieczeństwa oraz szeroko pojętej moralności. Pretekstem do tego są nie tylko kwestie medyczne, ale także umiejętnie wpleciony w fabułę wątek holokaustu. Krótki, ale niezwykle wymowny. Pojawia się także problem rasizmu.

Doktorzy to dzieło wielowątkowe i pasjonujące. Niezwykle głębokie, niestroniące od tematów poważnych i trudnych. Można by odnieść wrażenie, że czynią one powieść wyjątkowo ciężką i poważną. Nic bardziej mylnego. Czyta się ją niezwykle szybko i z przyjemnością, bo autor posługuje się stylem dość lekkim i przystępnym. Jest w niej także sporo humorystycznych dialogów. Sama akcja natomiast została starannie przemyślana i poprowadzona. I nie ma obawy, że czytelnik się w niej zagubi, choć wątków jest wiele, a fabuła obfituje w nieprzewidziane zdarzenia. To kolejne olbrzymie zalety tej powieści i dowody, że jest ona utworem wyjątkowym, głęboko przemyślanym i dojrzałym.

Następnym niezaprzeczalnym atutem Doktorów są, moim zdaniem, wyśmienicie oddane emocje bohaterów. Wszystkie zostały starannie i sugestywnie przedstawione, z całą intensywnością i podłożem oraz przemianami w ich obrębie zachodzącymi. Dzięki temu czytelnik jeszcze bardziej wciąga się w lekturę i nie jest w stanie się od niej oderwać, a wiele z uczuć doświadczanych przez postacie staje się jego osobistym udziałem.

Uważam, że Doktorzy to prawdziwe arcydzieło. Wyjątkowa, poruszająca, niezwykle głęboka powieść obyczajowa. Ponadczasowa, ambitna i zmuszająca do refleksji, z dużą dozą realizmu i szczyptą humoru. A przy tym po prostu dobrze napisana. To dzieło niezwykle dojrzałe.

Moja ocena: 6/6

„Przeminęło z wiatrem” – Margaret Mitchell

przeminelozwiatrem Przeminęło z wiatrem to jedna z tych książek, o których słyszał z pewnością każdy. Powstała w pierwszej połowie dwudziestego wieku, a opowiada o wydarzeniach jeszcze wcześniejszych. Margaret Mitchell zabiera nas do amerykańskiego stanu Georgia w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Stamtąd pochodzi główna bohaterka utworu - Scarlett O’Hara, która na początku powieści liczy sobie ledwie kilkanaście lat. Jest córką miejscowego plantatora bawełny, dziewczyną niebywale dumną, zadziorną, upartą i mściwą. Zawsze wie, czego chce i nie spocznie, dopóki tego nie dostanie. Gdy obiekt jej uczuć, Ashley Wilkes, staje z inną przed ołtarzem, postanawia ukarać go w osobliwy sposób: mianowicie wychodzi za mąż za brata jego wybranki. Po zaślubinach obaj panowie wyruszają na front, by wziąć udział w toczącej się wojnie secesyjnej. Mąż głównej bohaterki niebawem ginie, a ona zostaje młodą wdową. Obok siebie ma znienawidzoną Melanię Wilkes, która nie dość, że jest kompletnie nieświadoma awersji ze strony szwagierki, to jeszcze sama darzy ją ogromną sympatią. Jak ukształtują się dalsze losy tych dwóch kobiet i innych bohaterów z ich otoczenia? Jedno jest pewne - będą burzliwe i zaskakujące.

Fabuła powieści obejmuje wiele lat i składa się z wielu wątków. Znajdziemy tu motywy miłości, nienawiści, przyjaźni, straty i wiele, wiele innych. Bohaterowie doświadczają radości, smutków, niespodzianek i rozczarowań. Akcja to jest wartka i dynamiczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów, to zwalnia i wydaje się snuć leniwie.

Autorka porusza istotne i uniwersalne problemy, co bez wątpienia jest ogromnym atutem powieści. Mówi o dojrzewaniu, wzlotach i upadkach, stawianiu czoła najrozmaitszym przeciwnościom losu. Przeminęło z wiatrem to po prostu samo życie i trudno uwierzyć, że nie ono stworzyło przedstawioną tu historię, a jedynie wyobraźnia autorki.

Silne wrażenie autentyzmu, jakie towarzyszy czytelnikowi podczas lektury, wynika z doskonale nakreślonego tła historycznego. Mitchell wyśmienicie oddała ówczesne realia społeczno-polityczne. Opisała przebieg wojny secesyjnej oddając dramatyzm sytuacji, w jakiej znaleźli się żołnierze, właściciele ziemscy, niewolnicy, kobiety. Wszystko zostało opowiedziane tak, że ma się wrażenie, jakby wydarzenia, o których mowa w książce były osobistym udziałem pisarki, a przedstawieni przez nią bohaterowie - żywymi ludźmi, których spotkała na swojej drodze. Widać, że Mitchell doskonale znała historię i wiedziała, o czym pisze. Nie zapomniała także o ówczesnych obyczajach, a nawet przyrodzie. Dokładnie i wiarygodnie pokazała życie codzienne ludzi w tamtym okresie i obowiązującą wówczas etykietę, a także specyficznie niekiedy pojmowaną moralność. Wszystko to przedstawiła po prostu po mistrzowsku. Opisy są nie tylko szczegółowe, ale i sugestywne, niezależnie od tego, czego dotyczą. Silnie pobudzały moją wyobraźnię, malując w niej wyraźne, barwne obrazy, a to uważam za ogromną zaletę.

Wrażenie autentyczności wzmaga kreacja bohaterów. W Przeminęło z wiatrem występuje ich naprawdę wielu, ale nie sposób znaleźć dwóch takich samych czy nawet szczególnie do siebie podobnych pod względem charakterologicznym. Każda z postaci jest zupełnie inna, ma sobie tylko właściwy sposób bycia czy postępowania. Przy tym wszystkie są niesamowicie wyraziste. Indywidualizacja bohaterów silnie zaznacza się również w języku, jakim się posługują, w stylu ich wypowiedzi. Z ust prostej, spokojnej, dobrej, przyjaźnie do wszystkich nastawionej Melanii zawsze płyną słowa pełne życzliwości i ciepła. Wiecznie niezadowolona, egoistyczna i rozpieszczona Scarlett nie stroni od złośliwości czy ironii.

Emocje towarzyszące poszczególnym bohaterom w mgnieniu oka udzielają się także czytelnikowi. Postępowanie postaci również wywołuje podczas lektury najrozmaitsze stany emocjonalne. Dzięki temu od książki nie sposób się oderwać. Nieustannie ma się wrażenie, że jest się częścią świata przedstawionego. Kimś, kogo opisywane wydarzenia w jakiś sposób osobiście dotyczą.

Wspomniawszy o kreacji postaci i umiejętności manipulowania emocjami odbiorcy, chciałabym na chwilę jeszcze pochylić się nad postacią głównej bohaterki. Denerwowała mnie ona niemiłosiernie. Od strony czysto technicznej stworzona została po mistrzowsku, ale to właśnie powodowało, że momentami źle mi się książkę czytało. Scarlett jest niesamowicie irytująca. Jej egoizm, wieczne chimery i niezadowolenie, sposób, w jaki odnosiła się do innych, poczucie wyższości i niedostępność oraz niekiedy zupełnie irracjonalne, wręcz infantylne postępowanie doprowadzały mnie wielokrotnie do furii, a wówczas poziom agresji wzrastał we mnie wprost proporcjonalnie do wyczerpywania się pokładów cierpliwości wobec tej bohaterki. Początkowo, jeszcze w trakcie lektury, uznałam to za skazę na niewątpliwym arcydziele stworzonym przez Mitchell. Dopiero później zrozumiałam, że właśnie te moje uczucia są niezbitym dowodem mistrzostwa pisarki. Scarlett miała być właśnie taka, a nie inna, i w tym poniekąd jej urok. Jeśli jej postawa we mnie - czytelniczce - wzbudzała tak silne, czasami wręcz skrajne emocje, znaczy to tylko, że cel autorki został osiągnięty. Przy całej mojej antypatii do Scarlett, nie potrafiłam nigdy odmówić jej odrobiny podziwu czy szacunku. W jakimś stopniu stała mi się szczególnie bliska. Choć z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że nigdy dotąd żaden bohater literacki nie budził we mnie uczuć tak ambiwalentnych, jak Scarlett O’Hara.

Przeminęło z wiatrem zostało napisane z niezwykłą błyskotliwością i pieczołowitością. Styl, jakim posługuje się Margaret Mitchell, charakteryzuje się niebywałą płynnością. Widać, że jest dojrzały, ukształtowany, wyrobiony. Dzięki temu stylowi, autentyzmowi, wyśmienicie nakreślonemu tłu społeczno-politycznemu i obyczajowemu, świetnie wykreowanym bohaterom i sugestywnym opisom powieść wciąga, fascynuje i na długo pozostaje w pamięci. Czyta się ją z prawdziwą przyjemnością i szybko, choć stron ma wiele.

Rewelacyjne arcydzieło Margaret Mitchell dostarcza mnóstwa emocji i wiedzy. Chwile spędzone z tą książką były dla mnie wspaniałe i polecam ją zdecydowanie. Z pewnością nie jest pozycją dla każdego, ale za to idealną na każdy czas. Zarówno na długie zimowe lub jesiennie wieczory, jak i na snujące się leniwie upalne, letnie dni.

Moja ocena: 6/6

„Morderstwo w Orient Expresie” – Agatha Christie

morderstwoworientexpresieKrólowej Kryminału, Agathy Christie, z pewnością nikomu nie trzeba przedstawiać. Nazwisko to znane jest nie tylko fanom gatunku i wielbicielom talentu nieżyjącej już pisarki, lecz także tym, którzy na co dzień po kryminały nie sięgają. Nie ma chyba mola książkowego, który by nie potrafił wymienić tytułu choćby jednej z jej powieści. Ja do tej pory znałam twórczość Christie wyłącznie z relacji innych. W końcu doszłam do wniosku, że czas najwyższy, aby to zmienić i wyrobić sobie własne zdanie na jej temat. Sięgnęłam po jedno najpopularniejszych dzieł pisarki: Morderstwo w Orient Expresie.

Pewnej nocy wypełniony pasażerami pociąg utyka w śnieżnej zaspie. Okazuje się, że wcześniej zamordowano jednego z pasażerów. Nie ulega wątpliwości, iż morderca nadal znajduje się w pociągu. Ale kto nim jest? Dlaczego dopuścił się zbrodni? Tę skomplikowaną (o wiele bardziej, niż mogłoby się wydawać) zagadkę postanawia wyjaśnić podróżujący tymże pociągiem detektyw – Herkules Poirot. Nie będzie to jednak wcale proste, bo każdy z pasażerów opowiada inną wersję wydarzeń…

Nie ukrywam, że sięgając po jeden z najpopularniejszych utworów Królowej Kryminału, liczyłam na bardzo wiele. Po lekturze muszę jednak z żalem i nie bez pewnych wyrzutów sumienia wyznać, iż czuję się rozczarowana. Dorobek literacki Agathy Christie jest ogromny, nie zamierzam na podstawie tego wrażenia mówić, że jest złą pisarką. Nie zwykłam skreślać osobistości jej pokroju, z tak bogatym dorobkiem, na podstawie jednej, dwóch, nawet trzech książek. Niemniej tę konkretną pozycję uważam za przeciętną.

Zacznę od końca. Od tego, co podobało mi się najbardziej. Zakończenie jest, moim zdaniem, świetne. Zaskakujące. W równej mierze dla bohaterów, co dla czytelnika. Za samą intrygę także plus. Taką mogła stworzyć tylko Królowa Kryminałów. Gdybym to ja była na miejscu książkowego detektywa, w życiu bym nie rozwikłała tej zagadki. Raz czy dwa podchwyciłam jakiś trop, ale błyskawicznie okazywało się, że jest mylny. Dosyć szybko dotarło do mnie, że na detektywa się nie nadaję i zaniechałam dalszych dociekań, pozwalając się prowadzić narratorowi.

Niestety. Ciekawa i nieprzewidywalna intryga, choć niezaprzeczalnie najważniejsza w powieści kryminalnej, to nie wszystko. Autorka gmatwa niemiłosiernie, co się tylko da. Prowadzi nas jednym tropem, by za chwilę pokazać, że jest on niewłaściwy. Potem drugim i następnym. Z punktu widzenia fabuły i samej zagadki te zawikłania wydają się jak najbardziej na miejscu. Być może więc ktoś zarzuci mi, że czepiam się bez powodu. Ja jednak uważam, że trochę tego wszystkiego za dużo. A co za dużo, to niezdrowo. Pisarka trochę przedobrzyła, jak na mój gust. Mniej więcej w połowie książki pogubiłam się zupełnie i kompletnie nie wiedziałam już nie tylko na jakim etapie obecnie znajduje się śledztwo, ale także kto jest kim wśród bohaterów i co poszczególne postacie łączy, a co dzieli. Totalny chaos. Być może właśnie o to autorce chodziło, aby wprawić czytelnika w maksymalną konsternację. Nie wiem. Ja w każdym razie nie potrafię ocenić tego pozytywnie.

Do rozwiązania zagadki przybliżamy się powoli i stopniowo. Powieść napisana jest przystępnie, ale akcja snuje się leniwie, wlecze się ku końcowi jakby chciała, a nie mogła. Kolejnym minusem są krótkie rozdziały. Zdecydowanie za krótkie. Niewymownie mnie to irytowało i rozpraszało jeszcze bardziej moją uwagę, potęgując tylko i tak już silne poczucie konsternacji, zagubienia i wrażenie totalnego chaosu. Wszystko razem sprawiało, że niekiedy nudziłam się i przysypiałam, a kilkakrotnie miałam nawet ochotę zarzucić lekturę. Mimo wszystko jednak dobrnęłam do ostatniej strony i cieszę się, bo pod koniec nawet się wciągnęłam. A samo zakończenie mocno mnie zaszokowało i oceniam je jak najbardziej pozytywnie. Szacunek dla tych, którym uda się przewidzieć je wcześniej.

Bohaterowie budzą we mnie bardzo ambiwalentne uczucia. Każdego z nich mamy okazję poznać dokładnie dzięki takiej, a nie innej konstrukcji fabuły, narracji. Autorka ukazała nam ich osobowość, sposób bycia, myślenia, motywy postępowania. Niestety, robią oni na mnie wrażenie postaci sztucznych i w gruncie rzeczy mało wyrazistych. Niczym nie zaskakują. Nie sprawiają też wrażenia, jakby byli z krwi i kości. A szkoda.

Poza tym zabrakło mi w tym wszystkim emocji. Nawet jeśli jest o nich mowa, nie da się ich wyczuć. Ja wiem, dwudziestowieczna powieść detektywistyczna Christie to nie thriller. I doskonale to rozumiem. Thrillera nie oczekiwałam. Ale mimo wszystko brakowało mi tej szczypty emocji. Zdaję sobie jednak sprawę, że u Christie chodzi przede wszystkim o kryminalną intrygę, a nie o uczucia. Mimo kilku zastrzeżeń, nie mogę odmówić autorce nieprawdopodobnej wyobraźni i zmysłu kryminalnego. Jedno i drugie zdecydowanie zasługuje tu na podziw. Pisarka niezaprzeczalnie miała analityczny, wybitny umysł, czy może raczej zmysł. W powieści przeprowadziła szczegółową i dogłębną analizę zbrodni.

Podsumowując, Morderstwo w Orient Expresie nie wywarło na mnie piorunującego wrażenia. Intryga kryminalna sama w sobie jest genialna i już po przeczytaniu tej jednej pozycji nie mam wątpliwości, że na miano Królowej Kryminału Agatha Christie zasługuje. Niestety zmyślnie skonstruowana intryga to nie wszystko, przynajmniej dla mnie. Tutaj czegoś mi zabrakło. Z pewnością sięgnę jeszcze kiedyś po inne powieści tej pisarki, ale bez pośpiechu. Zdecydowanie wolę Doyle’a…

Moja ocena: 3,5/6

„Więzień nieba” – Carlos Ruiz Zafón

wiezienniebaWięzień nieba to kontynuacja słynnego na całym świecie cyklu o Cmentarzu Zapomnianych Książek, którego autorem jest hiszpański pisarz, Carlos Ruiz Zafón. W tej książce autor zabiera nas ponownie do barcelońskiej księgarni prowadzonej przez będącego już w podeszłym wieku pana Sempre i jego dorosłego syna Daniela, który zdążył założyć własną rodzinę. Wspólnie z ojcem i synem pracuje tam także ich wieloletni przyjaciel, Fermin Romero de Torres. Przede wszystkim historii jego życia poświęcona jest ta powieść. Jakie tajemnice kryje przeszłość Fermina? Czy wydarzenia sprzed lat wywrócą życie bohaterów do góry nogami? Czego Daniel dowie się o sobie samym przy okazji poznawania burzliwej i mrocznej historii życia swojego przyjaciela?

Ta książka, podobnie zresztą jak wszystkie inne dzieła autora, odznacza się niepowtarzalnym, lekko tajemniczym i złowrogim, ale także na swój sposób przyjemnym klimatem, który można uznać za charakterystyczny dla całej twórczości Zafóna. Jednocześnie jest to jednak powieść zupełnie inna niż przywoływany tu już Cień wiatru. W notce od tłumacza umieszczonej na początku możemy przeczytać, że nie powinno się porównywać ze sobą poszczególnych części cyklu. Zgadzam się z tym w zupełności, ale jednocześnie muszę przyznać, że bardzo trudno jest mi tego nie robić. Każda z części jest inna, ale przecież autor jest ten sam. Z jednej strony poszczególne tomy tworzą jedną całość, ale z drugiej nie są ze sobą powiązane na tyle ściśle, żeby nie można ich było czytać w dowolnej kolejności, nie czując się przy tym zagubionym.

Więzień nieba to lektura pasjonująca i genialna sama w sobie, choć w porównaniu do Cienia wiatru (nie mogę się oprzeć temu porównaniu) trochę jej brakuje. Przede wszystkim jest to lektura zupełnie inna. Tutaj główne skrzypce odgrywa przeszłość. Postacią pierwszoplanową jest Fermin, zaś wśród podejmowanych wątków dominują te historyczne i polityczne. Oczywiście nie są one jedynymi, ale zdecydowanie najbardziej znaczącymi.

Mimo dużej dawki informacji politycznych i historycznych książkę czyta się o dziwo, i na szczęście, w tempie ekspresowym. Wciąga ona równie błyskawicznie i mocno jak pierwsza część cyklu, chociaż według mnie jest od niej minimalnie gorsza. Zaznaczam, minimalnie. Ja połknęłam ją w kilka godzin. Historia, którą serwuje nam tym razem autor jest pasjonująca, dostarcza wielu emocji i trzyma w napięciu. Nie brak jej również szczypty tajemniczości, subtelnych niedomówień, zaskakujących wydarzeń. Krótko mówiąc mieszana w pewnym sensie typowa dla Zafóna.

Jednym z największych atutów Więźnia nieba jest moim zdaniem plastyczne, niezwykle sugestywne obrazowanie. Zafón po raz kolejny udowodnił, że na tym polu nie ma sobie równych. Posługuje się piórem sprawnie, niczym pędzlem i za pomocą słów maluje w wyobraźni czytelnika obraz tego, o czym pisze na kartach swojej powieści. Czytając opisy miejsc odnosiłam wrażenie, że jestem w nich obecna razem z bohaterami. Wierzyłam, że istnieją lub istniały naprawdę. W tym kontekście pochwała należy się również tłumaczowi (Carlos Marrodán Casas), który wspaniale przełożył te opisy na język polski, nie tracąc w przekładzie nic z ich oryginalnego piękna.

Bohaterowie. Nadal wzbudzają sympatię. Niemniej jednak już nie tak wielką jak w Cieniu wiatru. Przede wszystkim są inni. Jakby było im trochę z tej cudownej niezwykłości, którą emanowali wcześniej. Zmienili się, dojrzeli. Niby nic dziwnego. Przybyło im wszak nie tylko lat, ale i życiowych doświadczeń. Niemniej sprawiają na mnie wrażenie trochę wyblakłych, niedopracowanych. Zostali wykreowani jakby troszkę mniej starannie i wyraziście. Nie oznacza to, że źle. Po prostu gorzej. Inaczej.

Utwór ten niesie ze sobą piękne, umiejętnie wplecione w fabułę, uniwersalne przesłanie. Opowiada o sile prawdziwej przyjaźni i miłości. O tym, do czego człowiek jest zdolny w imię miłości, czy też przyjaźni i do czego wartości te zobowiązują.

Dużym zaskoczeniem było dla mnie zakończenie. Tak naprawdę przyniosło ono ze sobą więcej pytań i wątpliwości niż konkretnych odpowiedzi. Autor jednak w dosyć jednoznaczny sposób daje czytelnikom do zrozumienia, że cała ta historia dopiero się zaczyna. No cóż… Czekam na jej zakończenie z niecierpliwością, ale i z pewnym niepokojem. Co mnie martwi? Obawiam się, że cykl ten może stać się jednym z wielu, które jako całość sporo tracą w oczach czytelników na skutek pisanych w nieskończoność, coraz to gorszych kontynuacji. Wierzę jednak, że Zafón jest pisarzem, który zna umiar i dobrze wie, kiedy przestać. Chcę wierzyć. Tak, jak już mówiłam, Więzień nieba to genialny utwór, ale mimo wszystko w moich oczach nie dorównuje on poziomem Cieniowi wiatru.

Książkę zdecydowanie polecam. Pewne, naprawdę drobne niedociągnięcia nie zmieniają faktu, że nadal jest ona genialna. Jestem pewna, że wiele osób będzie nią zachwyconych. Kieruję jedynie małą sugestię do fanów Zafóna, którzy spodziewają się po tej pozycji równie wielkich wrażeń jak po Cieniu wiatru. Nie nastawiajcie się na nic spektakularnego. Po prostu na świetną lekturę. Wówczas na pewno będziecie usatysfakcjonowani. Jeśli liczycie na drugi Cień wiatru, to możecie się rozczarować. Dzieło życia pisze się tylko jedno, a takim dla Zafóna jest Cień wiatru.

Moja ocena: 5/6