04/06/2021

„Wyścigi” – Joanna Chmielewska

Moje pierwsze spotkanie z prozą Joanny Chmielewskiej, przez niektórych zwanej górnolotnie Królową Polskiego Kryminału odbyło się jeszcze w czasach szkolnych. Nie wypadło wtedy najlepiej, bo nie przypasował mi humor autorki i jeszcze kilka innych rzeczy, o których dziś już nawet nie pamiętam. Tym razem, po latach, zdecydowałam się dać jej twórczości jeszcze jedną szansę za sprawą pewnego wyzwania czytelniczego, w którym biorę udział. Niestety między mną, a piórem pani Chmielewskiej ponownie nie zaiskrzyło. Zupełnie nie. Ale przejdźmy do meritum…

Joanna i jej przyjaciele są fanami wyścigów konnych, którzy z pasją grywają hazardowo obstawiając wyniki gonitw. Główna bohaterka, jako stała bywalczyni toru wyścigowego na warszawskim Służewcu pewnego dnia, przechadzając się po okolicy odnajduje w pobliżu ciało zamordowanego dżokeja. Czynnie współpracując z policją zaczyna prowadzić własne śledztwo mające na celu rozwikłanie zagadki morderstwa i rzecz jasna uchwycenie sprawcy.

Osią, otoczką, idée fixe towarzyszącą fabule jest tematyka wyścigów konnych i związanego z nimi hazardu. Intryga kryminalna? Niby jakaś jest, tylko, że nie sposób się nią cieszyć i na niej skupić (a starałam się bardzo), bo ginie ona w żargonie zapalonych koniarzy, który całkowicie zdominował i po prostu zabił tę książkę. Po prostu, co za dużo to nie zdrowo. Autorka chyba nie zna tego powiedzenia.

Pierwszą rzeczą i właściwie jedyną, która rzuca się w oczy w Wyścigach jest ogromna wiedza autorki na ten temat wyścigów konnych właśnie. Jak udało mi się dowiedzieć, było to – nomen omen – konik Chmielewskiej. Rozumiem pasję, chęć popisania się wiedzą i oddania klimatu towarzyszącego wyścigom, ale na litość boską! We wszystkim trzeba znać umiar! Triple, kwinty, ściany, zamykanie trójkątów… Poległam w przedbiegach, nic z tego nie rozumiejąc, tymczasem tylko o tym jest przez całą książkę, a intryga kryminalna ledwo majaczy gdzieś w tle i z trudem przedziera się do umysłu czytelnika przez hałdy fachowej terminologii. Wprawdzie gdzieś na początku autorka tłumaczy niby wszystkie te terminy i skomplikowane zasady, ale wszystkie te wyjaśnienia uleciały mi z głowy już parę stron dalej. Przez jakiś czas naiwnie wierzyłam, że jakoś to ogarnę. Nic z tego.

Przez nadmiar wstawek wyścigowych książkę czytało się niesamowicie opornie. Szło mi to „jak krew z nosa”. Nie dość, że odwracały uwagę od intrygi kryminalnej, to po prostu męczyły. Równie dobrze mogłabym tę książkę czytać w obcym języku. Wynudziłam się podczas lektury i zmuszałam, by doczytać ją do końca. Udało mi się tego dokonać, co poczytuję za dowód na posiadanie ukrytych skłonności masochistycznych.

Bohaterowie niby barwni i ciekawi, ale ulatują z pamięci równie szybko jak cała reszta i również giną w wyścigowym żargonie.

W mojej ocenie Wyścigi to tak naprawdę książka poświęcona pasji i emocjom związanym z obstawianiem wyników wyścigów konnych. Nic więcej. Zmęczyła mnie ona i wynudziła śmiertelnie. Ponadto nie odpowiadał mi styl dowcipu autorki i cały czarny humor.

Zdecydowanie nie jestem targetem dla tej książki i mam wrażenie, że niewielu znajdzie się takich, którzy nim będą. Chmielewskiej już podziękuję. Definitywnie i bez żalu. W tym wypadku do dwóch razy sztuka. Ciąg dalszy nie nastąpi.

Moja ocena: 1/6

Książkę zgłaszam do wyzwania Trójka e-pik

14/09/2020

„Podpalacz” – Wojciech Chmielarz

Już od dawna chciałam poznać twórczość Wojciecha Chmielarza. Na temat jego książek widuję nieustannie tak wiele sprzecznych opinii, że sama już kompletnie nie wiedziałam, co o nich sądzić i czego się spodziewać. Postanowiłam, że któregoś dnia wyrobię sobie wreszcie własne zdanie. Nie ułatwiał tego mój niezbyt przychylny stosunek do współczesnej polskiej prozy. W końcu jednak, za sprawą jednego z wyzwań czytelniczych, w którym biorę udział, dałam się skusić pierwszemu tomowi cyklu o komisarzu Mortce.

Na warszawskim Ursynowie, w domu niegdysiejszej celebrytki, Klaudii Klau, wybucha pożar. Jej mąż ginie, a ona ledwo uchodzi z życiem z płomieni i zostaje ciężko poparzona. Strażacy uważają, że było to podpalenie. Wszystko wskazuje na to, że w mieście grasuje podpalacz. Sprawie tej przyjrzy się bliżej komisarz Jakub Mortka.

Muszę przyznać, że główny bohater to bardzo ciekawa persona. Wzbudzał we mnie masę sprzecznych uczuć. Zawodowo to świetny policjant, który zna się na swoim fachu jak mało, kto. Prywatnie idiota i rozwodnik, który choć bardzo się stara, nie najlepiej zdaje się wywiązywać z obowiązków rodzicielskich względem dwóch, pozostających na co dzień pod opieką byłej żony, synów. To człowiek ambitny i zdeterminowany w dążeniu do celu, ale przy okazji też nader często głupio uparty. Choć w znacznej mierze irytujący, niepokorny i nieco sztampowy, to jednak przekonujący w swojej niedoskonałości, a przez to prawdziwy.

Fabuła jest dobrze skonstruowana, a intryga kryminalna od początku do końca bardzo ciekawa. Przebieg zbrodni i sposób prowadzenia śledztwa jest opisany w sposób spójny i logiczny. Pojawia się mnóstwo hipotez i ciekawych tropów, które okazują się prowadzić donikąd. Ponadto Chmielarz potrafi sugestywnie oddać dramatyzm opisywanej sytuacji. Całość jest napisana sprawie. Czyta się to bardzo lekko i przyjemnie, a samo zakończenie sprawiło, że mnie zatkało. Było dla mnie kompletnie nieoczekiwane i zaskakujące. Po prostu majstersztyk. Zabrakło mi, co prawda szerszego wyjaśnienia, jak doszło do rozwikłania zagadki, ale mimo wszystko rozwiązanie tej historii przemawia do mnie w swoim ostatecznym kształcie. Jedyne, drobne zastrzeżenie, jakie mam do fabuły jako takiej, to zbyt duża ilość szczęśliwych zbiegów okoliczności i przypadków.

Podpalacz to powieść mocno osadzona w polskiej rzeczywistości. Wydaje mi się, że Chmielarz dość dobrze sportretował środowisko policji kryminalnej i przedstawił realia pracy policjantów, policyjnego profilera, prokuratora czy patologa. Z drugiej jednak strony jednocześnie ukazał to środowisko w sposób dość stereotypowy, co już mniej mi się podobało. I tak, na przykład, wszyscy, łącznie z prokuratorem, chodzą niemal wiecznie skacowani, naburmuszeni i nieustannie na coś narzekają.

„Mieszkasz w Polsce, chłopie, tutaj, jak ktoś ma okazję wpakować cię w szambo, to zrobi to dla samej radości patrzenia, jak się w nim taplasz”. [1]

Jeśli chodzi o wady, to drażnił mnie tu nadmiar przekleństw. Jestem w stanie zaakceptować ich niewielką ilość, a czasem nawet uznać funkcjonalność ich zastosowania, jednak w Podpalaczu pojawiały się według mnie stanowczo zbyt często. Zwłaszcza na początku odnosiłam wrażenie, że bohaterowie, a zwłaszcza komisarz Mortka, nie potrafią zbudować zdania bez choćby jednego wulgaryzmu.

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Chmielarza uważam za udane, choć niepozbawione drobnych zgrzytów. Bilans jednak wychodzi na plus i myślę, że w przyszłości sięgnę jeszcze po jakąś książkę autora.

Moja ocena: 4/6

_____
[1] Wojciech Chmielarz, Podpalacz, wyd. Marginesy 2018, s. 211.

Książkę zgłaszam do wyzwania Trójka e-pik

17/06/2015

„Morderstwo w Orient Expresie” – Agatha Christie

morderstwoworientexpresieKrólowej Kryminału, Agathy Christie, z pewnością nikomu nie trzeba przedstawiać. Nazwisko to znane jest nie tylko fanom gatunku i wielbicielom talentu nieżyjącej już pisarki, lecz także tym, którzy na co dzień po kryminały nie sięgają. Nie ma chyba mola książkowego, który by nie potrafił wymienić tytułu choćby jednej z jej powieści. Ja do tej pory znałam twórczość Christie wyłącznie z relacji innych. W końcu doszłam do wniosku, że czas najwyższy, aby to zmienić i wyrobić sobie własne zdanie na jej temat. Sięgnęłam po jedno najpopularniejszych dzieł pisarki: Morderstwo w Orient Expresie.

Pewnej nocy wypełniony pasażerami pociąg utyka w śnieżnej zaspie. Okazuje się, że wcześniej zamordowano jednego z pasażerów. Nie ulega wątpliwości, iż morderca nadal znajduje się w pociągu. Ale kto nim jest? Dlaczego dopuścił się zbrodni? Tę skomplikowaną (o wiele bardziej, niż mogłoby się wydawać) zagadkę postanawia wyjaśnić podróżujący tymże pociągiem detektyw – Herkules Poirot. Nie będzie to jednak wcale proste, bo każdy z pasażerów opowiada inną wersję wydarzeń…

Nie ukrywam, że sięgając po jeden z najpopularniejszych utworów Królowej Kryminału, liczyłam na bardzo wiele. Po lekturze muszę jednak z żalem i nie bez pewnych wyrzutów sumienia wyznać, iż czuję się rozczarowana. Dorobek literacki Agathy Christie jest ogromny, nie zamierzam na podstawie tego wrażenia mówić, że jest złą pisarką. Nie zwykłam skreślać osobistości jej pokroju, z tak bogatym dorobkiem, na podstawie jednej, dwóch, nawet trzech książek. Niemniej tę konkretną pozycję uważam za przeciętną.

Zacznę od końca. Od tego, co podobało mi się najbardziej. Zakończenie jest, moim zdaniem, świetne. Zaskakujące. W równej mierze dla bohaterów, co dla czytelnika. Za samą intrygę także plus. Taką mogła stworzyć tylko Królowa Kryminałów. Gdybym to ja była na miejscu książkowego detektywa, w życiu bym nie rozwikłała tej zagadki. Raz czy dwa podchwyciłam jakiś trop, ale błyskawicznie okazywało się, że jest mylny. Dosyć szybko dotarło do mnie, że na detektywa się nie nadaję i zaniechałam dalszych dociekań, pozwalając się prowadzić narratorowi.

Niestety. Ciekawa i nieprzewidywalna intryga, choć niezaprzeczalnie najważniejsza w powieści kryminalnej, to nie wszystko. Autorka gmatwa niemiłosiernie, co się tylko da. Prowadzi nas jednym tropem, by za chwilę pokazać, że jest on niewłaściwy. Potem drugim i następnym. Z punktu widzenia fabuły i samej zagadki te zawikłania wydają się jak najbardziej na miejscu. Być może więc ktoś zarzuci mi, że czepiam się bez powodu. Ja jednak uważam, że trochę tego wszystkiego za dużo. A co za dużo, to niezdrowo. Pisarka trochę przedobrzyła, jak na mój gust. Mniej więcej w połowie książki pogubiłam się zupełnie i kompletnie nie wiedziałam już nie tylko na jakim etapie obecnie znajduje się śledztwo, ale także kto jest kim wśród bohaterów i co poszczególne postacie łączy, a co dzieli. Totalny chaos. Być może właśnie o to autorce chodziło, aby wprawić czytelnika w maksymalną konsternację. Nie wiem. Ja w każdym razie nie potrafię ocenić tego pozytywnie.

Do rozwiązania zagadki przybliżamy się powoli i stopniowo. Powieść napisana jest przystępnie, ale akcja snuje się leniwie, wlecze się ku końcowi jakby chciała, a nie mogła. Kolejnym minusem są krótkie rozdziały. Zdecydowanie za krótkie. Niewymownie mnie to irytowało i rozpraszało jeszcze bardziej moją uwagę, potęgując tylko i tak już silne poczucie konsternacji, zagubienia i wrażenie totalnego chaosu. Wszystko razem sprawiało, że niekiedy nudziłam się i przysypiałam, a kilkakrotnie miałam nawet ochotę zarzucić lekturę. Mimo wszystko jednak dobrnęłam do ostatniej strony i cieszę się, bo pod koniec nawet się wciągnęłam. A samo zakończenie mocno mnie zaszokowało i oceniam je jak najbardziej pozytywnie. Szacunek dla tych, którym uda się przewidzieć je wcześniej.

Bohaterowie budzą we mnie bardzo ambiwalentne uczucia. Każdego z nich mamy okazję poznać dokładnie dzięki takiej, a nie innej konstrukcji fabuły, narracji. Autorka ukazała nam ich osobowość, sposób bycia, myślenia, motywy postępowania. Niestety, robią oni na mnie wrażenie postaci sztucznych i w gruncie rzeczy mało wyrazistych. Niczym nie zaskakują. Nie sprawiają też wrażenia, jakby byli z krwi i kości. A szkoda.

Poza tym zabrakło mi w tym wszystkim emocji. Nawet jeśli jest o nich mowa, nie da się ich wyczuć. Ja wiem, dwudziestowieczna powieść detektywistyczna Christie to nie thriller. I doskonale to rozumiem. Thrillera nie oczekiwałam. Ale mimo wszystko brakowało mi tej szczypty emocji. Zdaję sobie jednak sprawę, że u Christie chodzi przede wszystkim o kryminalną intrygę, a nie o uczucia. Mimo kilku zastrzeżeń, nie mogę odmówić autorce nieprawdopodobnej wyobraźni i zmysłu kryminalnego. Jedno i drugie zdecydowanie zasługuje tu na podziw. Pisarka niezaprzeczalnie miała analityczny, wybitny umysł, czy może raczej zmysł. W powieści przeprowadziła szczegółową i dogłębną analizę zbrodni.

Podsumowując, Morderstwo w Orient Expresie nie wywarło na mnie piorunującego wrażenia. Intryga kryminalna sama w sobie jest genialna i już po przeczytaniu tej jednej pozycji nie mam wątpliwości, że na miano Królowej Kryminału Agatha Christie zasługuje. Niestety zmyślnie skonstruowana intryga to nie wszystko, przynajmniej dla mnie. Tutaj czegoś mi zabrakło. Z pewnością sięgnę jeszcze kiedyś po inne powieści tej pisarki, ale bez pośpiechu. Zdecydowanie wolę Doyle’a…

Moja ocena: 3,5/6

04/03/2014

„Krzyk pośród nocy” – Mary Higgins Clark

krzykposrodnocyMary Higgins Clark jest uznaną amerykańską pisarką, która ma na swoim koncie już kilkadziesiąt powieści. Twórczość tej autorki cieszy się popularnością na całym świecie. Krzyk pośród nocy to pierwszy i jak na razie jedyny utwór z dorobku autorki, z którym miałam okazję się zapoznać. Czy wywarł na mnie pozytywne wrażenie? Tak.

Główną bohaterką książki jest Jenny McPartland, matka dwóch dziewczynek w wieku przedszkolnym. Po rozstaniu z mężem kobieta sama zajmuje się wychowaniem córek. Z trudem przychodzi jej pogodzenie roli samotnej matki z pracą zawodową. Mimo wszystko jednak, jakoś wiąże koniec z końcem. Pewnego dnia poznaje Ericha Krugera, nieprzeciętnie zdolnego malarza. Mężczyzna robi na niej bardzo dobre wrażenie. Jest szarmancki, przystojny i zamożny, a co najważniejsze, doskonale rozumie Jenny. Błyskawicznie zdobywa sobie nie tylko jej sympatię, ale i rękę. Kobieta z dnia na dzień rozpoczyna zupełnie nowe, zdawać by się mogło sielankowe, życie w rodzinnym domu męża. Wkrótce jednak dookoła zaczynają się dziać bardzo dziwne rzeczy. Wszystko wskazuje na to, że bohaterka jest nie do końca przy zdrowych zmysłach. Czy rzeczywiście?

Krzyk pośród nocy to bardzo dobry horror i zarazem thriller psychologiczny, trzymający czytelnika w napięciu już od pierwszych stron. Napięcie to jest umiejętnie budowane i stopniowane. Przez cały czas powoli i sukcesywnie wzrasta, aż do osiągnięcia punktu kulminacyjnego i rozwiązania zagadki. Nastrój grozy, którym przesiąknięty jest utwór błyskawicznie udziela się czytającemu. Podczas niemal całej lektury towarzyszyło mi uczucie osaczenia i strach. Przyczyniał się do tego również prosty, ale niezwykle sugestywny i obrazowy język, jakim książka jest napisana.

Ogromnym atutem tej pozycji jest psychologizm. Autorka stworzyła bardzo wnikliwy portret psychologiczny głównej bohaterki. Doskonale opowiedziała wszystkie jej myśli i uczucia oraz ukazała motywy postępowania Jenny. Niestety kilkukrotnie odniosłam wrażenie, że zachowanie kobiety jest kompletnie irracjonalne, a przesłanki psychologiczne, które miały je uzasadniać były dla mnie lekko naciągane. Główna bohaterka strasznie mnie irytowała swoją naiwnością. Była zdecydowanie zbyt naiwna i to aż kłuło w oczy. Osobiście nie wierzę, że jakikolwiek dorosły człowiek, w jakiejkolwiek sytuacji, może wykazywać aż taką naiwność. Poza tym, obojętnie, co by się nie działo, kobieta ta ma zawsze, na wszystko jakieś wytłumaczenie. To właściwie drobny zgrzyt, delikatna rysa na i tak dobrze wykreowanej bohaterce, ale jednak rozpraszało mnie to i potwornie irytowało. Do tego stopnia, że kilka razy, zwłaszcza na początku czytania, miałam ochotę dać sobie spokój z lekturą. Ciekawość dalszych wydarzeń wzięła jednak górę i dobrze, że tak się stało.

Akcja utworu została umiejętnie poprowadzona i dopracowana w każdym szczególe. Rozgrywające się wydarzenia są przez cały czas dużym zaskoczeniem. Ledwie zaczynamy nabierać jakichś podejrzeń, co do dalszego rozwoju wypadków, czy zakończenia, a tu nagle autorka zaskakuje nas czymś, czego nie sposób było się spodziewać i zmuszeni jesteśmy porzucić dotychczasowy trop. Pisarka umiejętnie wodzi czytelnika za nos. Również na sam koniec, gdy wydaje nam się, że już wszystko jasne, że już wszystko wiemy, okazuje się, że zakończenie jest zupełnie zaskakujące, niespodziewane, ale i całkowicie logiczne. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tego zakończenia i uważam je za jeden z największych plusów książki.

Książkę tę pragnę gorąco polecić wszystkim lubiącym literaturę grozy i dobre, trzymające w napięciu kryminały, a także powieści psychologiczne. Książka nie jest pozbawiona kilku wyraźnych wad, o których już wspomniałam, ale mimo to jest moim zdaniem całkiem dobra.

Moja ocena: 4,5/6

05/01/2014

„Czerwony królik” – Tom Clancy

czerwonykrolikO zamachu, który miał miejsce trzynastego maja tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku w Rzymie, słyszał chyba każdy. Zginąć miał wtedy papież Jan Paweł II. Cudem uniknął śmierci. Choć od tamtego feralnego wydarzenia minęło już przeszło trzydzieści lat, a ten, który strzelał został ukarany, do dziś na wiele pytań dotyczących tego, co się wówczas stało nie znamy stuprocentowo pewnej odpowiedzi. Wciąż wiele jest teorii spiskowych i rożnych spekulacji na ten temat.

Tom Clancy w sensacyjnej powieści zatytułowanej Czerwony królik przedstawia właśnie jedną z wielu hipotez na temat przyczyn, przygotowań i sposobu przeprowadzenia zamachu na polskiego papieża. Lata osiemdziesiąte były okresem, gdy władzę w Polsce sprawowali komuniści. Karol Wojtyła dla ówczesnych rządzących był specyficznym zagrożeniem, trudnym do pokonania przeciwnikiem. Nie dość, że nie zgadzał się z polityką komunistów, to jeszcze miał odwagę i czelność mówić o tym głośno. Pewnego dnia bohater Czerwonego królika, Jack Ryan – oficer amerykańskiego wywiadu przebywający w Moskwie – otrzymał poufną wiadomość, z której wynikało, iż przedstawiciele władz ZSRR noszą się z zamiarem „uciszenia” głowy Kościoła raz na zawsze. Nie są jednak znane żadne bliższe szczegóły.

Sięgnęłam po Czerwonego królika, bo miałam akurat ochotę na przeczytanie jakiejś sensacji, a o autorze słyszałam wiele pochlebnych głosów. Liczyłam na zapierającą dech w piersiach akcję, przemyślaną fabułę, napięcie, dreszczyk emocji, ciekawą teorię spiskową. Co dostałam? Nic z tego, na co liczyłam.

Książka jest niewiarygodnie nudna. To przede wszystkim. Liczy ponad pięćset stron, podczas gdy wszystko, co zostało w niej ujęte, zmieściłoby się na stu. Przez cały czas nic się nie dzieje. Nie ma praktycznie żadnej konkretnej akcji. Bohaterowie są statyczni i bezbarwni, kompletnie niedopracowani. Około trzy czwarte książki stanowi zapis luźnych rozmów, które prowadzą oni między sobą. Tematyka tych konwersacji nie ma jednak żadnego z związku z fabułą. Głównie są to pogawędki o sporcie, pogodzie i innych równie „ważnych” kwestiach tego typu. Po prostu koszmar! Podczas lektury, kolokwialnie mówiąc, szlag mnie trafiał. Nawet na moment akcja nie przyspieszała i nie stawała się ciekawsza. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek wcześniej miałam w rękach powieść sensacyjną, której fabuła byłaby do tego stopnia nudna.

Na dokładkę Czerwony królik jest pozycją potwornie tendencyjną, schematyczną i przewidywalną. Wszystko jest tu oczywiste na pierwszy rzut oka. Żadnego elementu zaskoczenia. Widać, że autor pisał na siłę, nie mając zupełnie weny i planu, jak to wszystko powinno wyglądać. Non stop mowa o tym samym. Żadnego urozmaicenia fabuły, podkręcenia tempa akcji. Nic.

Sam wątek zamachu na Jana Pawła II jest na tych przeszło pięciuset stronach potraktowany po macoszemu, choć teoretycznie powinien stanowić oś fabuły. Na teorii się jednak skończyło. Najpierw na ten temat znajdziemy ledwie kilka zdań, później długo, długo nic, aż w pewnym momencie – ni z gruszki, ni z pietruszki – dochodzi do zamachu. Świetnie. Tyle że z akcji nie wynika to w żaden sposób. Całkowicie brak jakiegokolwiek związku przyczynowo-skutkowego.

Idąc dalej, zauważyć trzeba, że ta powieść to hołd złożony stereotypom. Miałam wrażenie, że na ich propagowaniu, a niekiedy wręcz gloryfikowaniu skupia się autor. Dlaczego? Otóż podczas lektury nieustannie maluje nam się przed oczami obraz Rosjan, którzy zło mają we krwi dlatego, że są Rosjanami i Amerykanów, którzy są cudowni i wspaniali oraz wszystko robią zawsze najlepiej właśnie dlatego, że są Amerykanami. Momentami zastanawiałam się, czy Clancy nie napisał tej książki tylko po to, aby wyładować swoją niechęć do Rosjan i podkreślić swoją, jako Amerykanina, wyższość nad nimi. Nie wiem, ale trochę na to wygląda.

Czerwonym króliku autor starał się opisać państwo totalitarne. Przybliżyć jego ustrój, zasady i sposób funkcjonowania. I mógłby to nawet być całkiem spory atut. Ale niestety nie jest. Pod kątem samych informacji opis jest wprawdzie bardzo rzetelny i szczegółowy, ale równie nudny, rozwleczony i nieskładny jak cała książka. Choć ta nieskładność nie musi być wcale winą autora, może wynikać z niedostatecznych kompetencji językowych tłumacza (Jan Kraśko). Nie wiem, jak jest, bo nie porównywałam przekładu z oryginałem. Faktem pozostaje jednak, że czyta się to ciężko.

Czerwonego królika oczywiście nie polecam. To fiasko na całej linii. Chciałam znaleźć w tej powieści jakieś plusy. Próbowałam. Niestety okazało się to niemożliwe, bo zwyczajnie ich nie ma. Czas spędzony z nią uważam za stracony.

Moja ocena: 1/6