21/05/2021

„Mój życiorys polonistyczny z historią w tle” – Henryk Markiewicz, Barbara Łopieńska

Literatura była w moim życiu od zawsze i od lat dziecinnych zajmowała w nim ważne miejsce. Już w gimnazjum wiedziałam, że chcę iść na polonistykę i jako dorosła marzenie to spełniłam. Wybierając zawód kierowałam się pasją i zainteresowaniami. Za głosem pasji poszedł w życiu również profesor Henryk Markiewicz – wybitny polonista, powszechnie szanowany w środowisku naukowym literaturoznawca. To właśnie po jego autobiografię w formie wywiadu prowadzonego przez Barbarę Łopieńską, sięgnęłam niedawno.

Profesor Henryk, a właściwie Herman Markiewicz, od najmłodszych lat wykazywał się szczególnymi zdolnościami w zakresie historii i języka polskiego. Jego autobiografia, bo tym w istocie jest Mój życiorys polonistyczny z historią w tle, nieustannie krąży wokół polszczyzny, literatury i historii. To dosłownie życiorys polonistyczny. Poznajemy w nim życie, rodzinę i codzienność słynnego akademika. Dowiadujemy się o różnych epizodach z jego życia i działalności politycznej.

Mój życiorys polonistyczny z historią w tle, to ciekawa opowieść o życiu prywatnym i zawodowym, o pasji, która stałą się pracą i o pracy, która jest pasją. O historii, tej mikro i tej makro. Czyta się ją lekko, ale i niespiesznie. Nie brakuje w niej zarówno humoru, jak i momentów trudnych. Cieszę się, że mogłam poznać tę historię. Czuję swego rodzaju bliskość z profesorem. Bardzo ciekawie czyta się o życiu kogoś, kogo do tej pory znało się i kojarzyło z artykułów naukowych czytanych na studiach i podręczników akademickich. Myślę, że po przeczytaniu tego wywiadu-autobiografii mój szacunek i podziw dla wiedzy Henryka Markiewicza i jego samego zdecydowanie wzrósł.

Dobra to lektura. Prosta, nieskomplikowana, pozbawiona sensacyjnych wydarzeń, czy jakichś zwrotów akcji, ale dla mnie istotna. Cieszę się, że mam ją za sobą. Polecam osobom, które chciałyby sobie przybliżyć postać wybitnego literaturoznawcy i autora podręczników. Człowieka, który życie poświęcił swojej pasji i, który pasję uczynił swoim życiem.

Kiedyś ktoś powiedział mi, że „pasja się zawsze obroni”. Wierzę w to mocno i życiorys Markiewicza jest tego dowodem.

Moja ocena: 4/6

15/05/2021

„Spowiedź Goebbelsa” – Christopher Macht

Od dawna już interesuję się drugą wojną światową. Lubię też czytać biografie, dlatego kiedy natrafiłam na Spowiedź Goebbelsa, niepublikowane dotąd zapiski z rozmów, które z Ministrem Propagandy Trzeciej Rzeszy prowadził jego osobisty asystent Richard Weissman, byłam pewna, że to książka dla mnie i koniecznie muszę ją przeczytać.

Zacznę od tego, że nie całkiem jest dla mnie jasne, w jaki sposób autor książki wszedł w posiadanie zapisków wspomnianych rozmów. Wspomina o tym wprawdzie, co nieco w posłowiu, ale zdaje mi się to dosyć naciągana historia, choć mogę być w błędzie. Same rozmowy brzmią według mnie bardzo autentycznie.

Z wywiadu wyłania się postać człowieka zakochanego w nazizmie, Hitlerze i przede wszystkim samym sobie. Człowieka przekonanego o własnej nieomylności, szczególnej misji do spełniania oraz całkowicie zaślepionego ideologią, której zaprzedał się bez reszty. Aż trudno uwierzyć, że można do tego stopnia dać się omotać jakiejś ideologii?

Poraziły mnie beztroska, swoboda i lekkość, z jaką Goebbels opowiadał o swojej pracy na rzecz Hitlera i szerzenia propagandy. Zaszokowała otwartość, gdy opowiadał o nazistowskich zbrodniach, czy wreszcie o planach samobójstwa i zabójstwa sześciorga własnych dzieci. Ta lektura mierzi i wbija w fotel jednocześnie. Nie mam wątpliwości, że Joseph Goebbels miał osobowość narcystyczną. Takiego wywiadu mógł udzielić tylko człowiek z takim zaburzeniem.

Książka przeplatana jest zapiskami z dzienników Ministra Propagandy Trzeciej Rzeszy i innymi materiałami źródłowymi, między innymi zdjęciami, które świetnie ilustrują i w moich oczach uwiarygadniają cały wywiad. Mimo niełatwej tematyki Spowiedź Goebbelsa czyta się łatwo i na swój sposób przyjemnie, choć nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w kontekście poruszanej tematyki słowo to jest wyjątkowo nie na miejscu. A jednak…

Polecam książkę wszystkim, którzy chcieliby się, co nieco dowiedzieć o postaci Goebbelsa i kulisach funkcjonowania propagandowej machiny Trzeciej Rzeszy. Dla osób, które „siedzą w temacie”, książka nie wniesie pewnie wiele nowego, ale bez wątpienia warta jest uwagi.

Moja ocena: 4/6

Książkę otrzymałam do recenzji w ramach współpracy z portalem „Na kanapie”

Książkę zgłaszam do wyzwania Trójka e-pik

01/08/2020

„Poczekajka” – Katarzyna Michalak

Książki Katarzyny Michalak cieszą się dużą popularnością. Wzbudzają jednak również sporo kontrowersji na przeróżnych grupach dyskusyjnych poświęconych literaturze i czytelnictwu. Jedni je uwielbiają, inni wprost przeciwnie, nie szczędząc pod adresem autorki i jej twórczości gorzkich słów. Mając chęć przeczytać tym razem coś lekkiego i niewymagającego, sięgnęłam po Poczekajkę. Wreszcie nadarzyła się okazja, by wyrobić sobie własne zdanie o piórze pani Michalak.

Główną bohaterką książki jest Patrycja – dwudziestokilkuletnia weterynarz z Warszawy. Pewnego dnia postanawia spakować manatki i przenosi się na małą wieś na Zamojszczyźnie – totalne zadupie, gdzie „diabeł mówi dobranoc”. Tam dość szybko znajduje pracę w pobliskim ogrodzie zoologicznym i osiada na dłużej, postanawiając przy tym, wyczekiwać na swojego wyśnionego księcia na białym koniu.

Sięgając po Poczekajkę nastawiłam się na czytadło. Naprawdę nie oczekiwałam wiele. Chciałam by było lekko, przyjemnie i… W zasadzie tyle. Jak się okazuje, oczekiwałam w tym wypadku zbyt wiele. Lekko było – owszem. Przyjemnie – niestety nie. Było za to idiotycznie. Z tej powieści wieje głupotą. Ale przejdźmy do meritum.

Cała książka mnie niesamowicie irytowała, a już najbardziej główna bohaterka. Niby to dorosła, wykształcona kobieta, a wykreowana została na wybitnie uwstecznioną, naiwną, słodką idiotkę o nieprawdopodobnie wąskich horyzontach myślowych. Jest szalenie infantylna w swoich wypowiedziach i zachowaniu. Na mnie sprawiała wrażenie rozkapryszonej, głupiutkiej nastolatki. No bo, jaki normalny, wykształcony człowiek, po wyższych studiach, rzuca wszystko, na czele z dobrą posadą w stolicy i wyjeżdża na wieś zabitą dechami tylko dlatego, że miał jakąś wizję i wahadełko tak kazało? Dramat!

Na osobną uwagę zasługuje wątek profesji Patrycji. O opiece nad zwierzętami w zoo sama wiem stosunkowo niewiele, ale wystarczająco, by czytając o poczynaniach młodej pani weterynarz i jej podejściu do żywego inwentarza wielokrotnie złapać się za głowę. Już pomijam kwestię adekwatności konkretnych zabiegów, jako takich. Ten wątek zostawię bardziej obeznanym w temacie. Dla mnie samo podejście głównej bohaterki do jej pacjentów woła o pomstę do nieba. Jestem tym zniesmaczona, a moje zniesmaczenie potęguje fakt, że autorka jest weterynarzem z wykształcenia. Jeśli jej wiedza i podejście są tożsame z tą, którą prezentuje Patrycja, to Boże uchowaj od takiego weterynarza!

Ponieważ główna bohaterka przeprowadza się ze stolicy na wieś, sporo uwagi poświęcone zostaje też temu wątkowi. I tutaj moje kolejne zastrzeżenie pod adresem książki. Wieś w Poczekajce, jak i jej mieszańcy ukazani zostali w sposób bardzo stereotypowy, a wręcz krzywdzący. Niemal wszyscy nowi sąsiedzi Patrycji to osoby prymitywne, ograniczone, niemające pojęcia o życiu i świecie.

Nie podobał mi się również humor. Miało być zabawnie, ale nie jest. Wszystkie niby humorystyczne wstawki są wymuszone. Autorka ewidentnie sili się na śmieszność, ale niestety kompletnie jej to nie wychodzi. Z miejsca wyczuwa się sztuczność tych dowcipów, a to sprawia, że nie tylko nie bawią one czytelnika, ale wręcz irytują i doprowadzają do szału. Cały ten humor pozostawia, bowiem wiele do życzenia nie tylko pod względem jakościowym, ale też ilościowym. Jest go po prostu za dużo. Michalak miała ewidentnie problem ze znalezieniem umiaru i wyważeniem między scenami poważnymi i zabawnymi. Skutkiem tego zamiast dowcipu i subtelnej ironii mamy tu wręcz groteskę. Naprawdę kiepsko to wyszło.

Język powieści jest iście młodzieżowy, co w połączeniu z infantylizmem głównej bohaterki sprawia, że zastanawiam się, do jakiej grupy docelowej właściwie jest adresowana ta powieść. Jeśli do dorosłych kobiet, to chyba tylko tych (z góry przepraszam wszystkie zagorzałe wielbicielki prozy pani Michalak), o niskim ilorazie inteligencji. Bardziej bym raczej obstawiała nastoletnie dziewczęta, które nie całkiem jeszcze wyrosły z wiary w alternatywne, magiczne światy i wciąż skrycie marzą o księciu na białym koniu.

Styl także pozostawia wiele do życzenia. Przywodzi na myśl pierwsze młodzieńcze opowiadania pisane „na kolanie”. Przede wszystkim jest bardzo chaotyczny, denerwujący i ewidentnie niewypracowany. Fabuła jest przegadana. Mnóstwo momentów jest zwyczajnie naciąganych, a wątków zbędnych. Widać tu brak większego zamysłu autorskiego, a nawet ogólnej koncepcji jak to wszystko ogarnąć. Ot, choćby tytuły rozdziałów są strasznie długie. Nawet w formie zdań wielokrotnie złożonych. Koszmarek.

Książki nie polecam. To czytadło i zasadniczo na to byłam nastawiona od samego początku. Problem w tym, że jest czytadłem wyjątkowo niskich lotów i nawet jak na tę kategorię prezentuje się niezwykle marnie. Osobiście oczekuję, że nawet lekkie i niezobowiązujące książki będą prezentowały pewien poziom. I to wcale nie chodzi o nie wiadomo, co. Wystarczy, by nie były durne i nie raziły zanadto językiem czy stylem. Poczekajka moich oczekiwań niestety nie spełniła. Wiem, co prawda, że to jedna z pierwszych książek autorki, wydana w 2008 roku, ale nawet jak na debiut jest po prostu marna. Pozostaje mi mieć nadzieję, że po latach autorka się poprawiła, ale sprawdzać tego nie mam zamiaru.

Moja ocena: 1/6

Książkę zgłaszam do wyzwania Zatytułuj się 4

12/08/2015

„Przeminęło z wiatrem” – Margaret Mitchell

przeminelozwiatrem Przeminęło z wiatrem to jedna z tych książek, o których słyszał z pewnością każdy. Powstała w pierwszej połowie dwudziestego wieku, a opowiada o wydarzeniach jeszcze wcześniejszych. Margaret Mitchell zabiera nas do amerykańskiego stanu Georgia w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Stamtąd pochodzi główna bohaterka utworu – Scarlett O’Hara, która na początku powieści liczy sobie ledwie kilkanaście lat. Jest córką miejscowego plantatora bawełny, dziewczyną niebywale dumną, zadziorną, upartą i mściwą. Zawsze wie, czego chce i nie spocznie, dopóki tego nie dostanie. Gdy obiekt jej uczuć, Ashley Wilkes, staje z inną przed ołtarzem, postanawia ukarać go w osobliwy sposób: mianowicie wychodzi za mąż za brata jego wybranki. Po zaślubinach obaj panowie wyruszają na front, by wziąć udział w toczącej się wojnie secesyjnej. Mąż głównej bohaterki niebawem ginie, a ona zostaje młodą wdową. Obok siebie ma znienawidzoną Melanię Wilkes, która nie dość, że jest kompletnie nieświadoma awersji ze strony szwagierki, to jeszcze sama darzy ją ogromną sympatią. Jak ukształtują się dalsze losy tych dwóch kobiet i innych bohaterów z ich otoczenia? Jedno jest pewne – będą burzliwe i zaskakujące.

Fabuła powieści obejmuje wiele lat i składa się z wielu wątków. Znajdziemy tu motywy miłości, nienawiści, przyjaźni, straty i wiele, wiele innych. Bohaterowie doświadczają radości, smutków, niespodzianek i rozczarowań. Akcja to jest wartka i dynamiczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów, to zwalnia i wydaje się snuć leniwie.

Autorka porusza istotne i uniwersalne problemy, co bez wątpienia jest ogromnym atutem powieści. Mówi o dojrzewaniu, wzlotach i upadkach, stawianiu czoła najrozmaitszym przeciwnościom losu. Przeminęło z wiatrem to po prostu samo życie i trudno uwierzyć, że nie ono stworzyło przedstawioną tu historię, a jedynie wyobraźnia autorki.

Silne wrażenie autentyzmu, jakie towarzyszy czytelnikowi podczas lektury, wynika z doskonale nakreślonego tła historycznego. Mitchell wyśmienicie oddała ówczesne realia społeczno-polityczne. Opisała przebieg wojny secesyjnej oddając dramatyzm sytuacji, w jakiej znaleźli się żołnierze, właściciele ziemscy, niewolnicy, kobiety. Wszystko zostało opowiedziane tak, że ma się wrażenie, jakby wydarzenia, o których mowa w książce były osobistym udziałem pisarki, a przedstawieni przez nią bohaterowie – żywymi ludźmi, których spotkała na swojej drodze. Widać, że Mitchell doskonale znała historię i wiedziała, o czym pisze. Nie zapomniała także o ówczesnych obyczajach, a nawet przyrodzie. Dokładnie i wiarygodnie pokazała życie codzienne ludzi w tamtym okresie i obowiązującą wówczas etykietę, a także specyficznie niekiedy pojmowaną moralność. Wszystko to przedstawiła po prostu po mistrzowsku. Opisy są nie tylko szczegółowe, ale i sugestywne, niezależnie od tego, czego dotyczą. Silnie pobudzały moją wyobraźnię, malując w niej wyraźne, barwne obrazy, a to uważam za ogromną zaletę.

Wrażenie autentyczności wzmaga kreacja bohaterów. W Przeminęło z wiatrem występuje ich naprawdę wielu, ale nie sposób znaleźć dwóch takich samych czy nawet szczególnie do siebie podobnych pod względem charakterologicznym. Każda z postaci jest zupełnie inna, ma sobie tylko właściwy sposób bycia czy postępowania. Przy tym wszystkie są niesamowicie wyraziste. Indywidualizacja bohaterów silnie zaznacza się również w języku, jakim się posługują, w stylu ich wypowiedzi. Z ust prostej, spokojnej, dobrej, przyjaźnie do wszystkich nastawionej Melanii zawsze płyną słowa pełne życzliwości i ciepła. Wiecznie niezadowolona, egoistyczna i rozpieszczona Scarlett nie stroni od złośliwości czy ironii.

Emocje towarzyszące poszczególnym bohaterom w mgnieniu oka udzielają się także czytelnikowi. Postępowanie postaci również wywołuje podczas lektury najrozmaitsze stany emocjonalne. Dzięki temu od książki nie sposób się oderwać. Nieustannie ma się wrażenie, że jest się częścią świata przedstawionego. Kimś, kogo opisywane wydarzenia w jakiś sposób osobiście dotyczą.

Wspomniawszy o kreacji postaci i umiejętności manipulowania emocjami odbiorcy, chciałabym na chwilę jeszcze pochylić się nad postacią głównej bohaterki. Denerwowała mnie ona niemiłosiernie. Od strony czysto technicznej stworzona została po mistrzowsku, ale to właśnie powodowało, że momentami źle mi się książkę czytało. Scarlett jest niesamowicie irytująca. Jej egoizm, wieczne chimery i niezadowolenie, sposób, w jaki odnosiła się do innych, poczucie wyższości i niedostępność oraz niekiedy zupełnie irracjonalne, wręcz infantylne postępowanie doprowadzały mnie wielokrotnie do furii, a wówczas poziom agresji wzrastał we mnie wprost proporcjonalnie do wyczerpywania się pokładów cierpliwości wobec tej bohaterki. Początkowo, jeszcze w trakcie lektury, uznałam to za skazę na niewątpliwym arcydziele stworzonym przez Mitchell. Dopiero później zrozumiałam, że właśnie te moje uczucia są niezbitym dowodem mistrzostwa pisarki. Scarlett miała być właśnie taka, a nie inna, i w tym poniekąd jej urok. Jeśli jej postawa we mnie – czytelniczce – wzbudzała tak silne, czasami wręcz skrajne emocje, znaczy to tylko, że cel autorki został osiągnięty. Przy całej mojej antypatii do Scarlett, nie potrafiłam nigdy odmówić jej odrobiny podziwu czy szacunku. W jakimś stopniu stała mi się szczególnie bliska. Choć z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że nigdy dotąd żaden bohater literacki nie budził we mnie uczuć tak ambiwalentnych, jak Scarlett O’Hara.

Przeminęło z wiatrem zostało napisane z niezwykłą błyskotliwością i pieczołowitością. Styl, jakim posługuje się Margaret Mitchell, charakteryzuje się niebywałą płynnością. Widać, że jest dojrzały, ukształtowany, wyrobiony. Dzięki temu stylowi, autentyzmowi, wyśmienicie nakreślonemu tłu społeczno-politycznemu i obyczajowemu, świetnie wykreowanym bohaterom i sugestywnym opisom powieść wciąga, fascynuje i na długo pozostaje w pamięci. Czyta się ją z prawdziwą przyjemnością i szybko, choć stron ma wiele.

Rewelacyjne arcydzieło Margaret Mitchell dostarcza mnóstwa emocji i wiedzy. Chwile spędzone z tą książką były dla mnie wspaniałe i polecam ją zdecydowanie. Z pewnością nie jest pozycją dla każdego, ale za to idealną na każdy czas. Zarówno na długie zimowe lub jesiennie wieczory, jak i na snujące się leniwie upalne, letnie dni.

Moja ocena: 6/6

15/05/2012

„Niania w Nowym Jorku” – Nicola Kraus, Emma McLaughlin

Niania w Nowym Jorku to opowieść o młodej dziewczynie, która pewnego dnia podejmuje pracę jako opiekunka do dziecka w jednej z bogatych nowojorskich rodzin. Jej pracodawcy – państwo X – są tak zajęci sobą, że w ogóle nie zwracają uwagi na swojego synka. Matka koncentruje się wyłącznie na sprawach takich jak makijaż, ubrania czy im podobne. Ojciec natomiast całe dnie spędza w firmie i poza nią niewiele go obchodzi. Dziecko tych dwojga – czteroletni Grayer – jest dla rodziców kosztownym w utrzymaniu dodatkiem do życia. Generalnie traktują go jak rzecz i poświęcają mu uwagę tylko wtedy, gdy mogą się nim w jakiś sposób pochwalić. Malec całe dnie spędza z nianią. Ona jest przy nim cały czas. Karmi go, ubiera, prowadzi do przedszkola i na dodatkowe zajęcia. Ona także układa go wieczorem do snu.

Do tej książki nastawiona byłam nawet dosyć pozytywnie, zważywszy na to, że uwielbiam dzieci, a zawód niani od zawsze mnie bardzo interesował – także ze względów osobistych. Nie spodziewałam się niczego genialnego, ale miałam nadzieję na dobrą, lub przynajmniej przeciętną, pozycję. Tymczasem bardzo się rozczarowałam. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ta książka stała się światowym bestsellerem. Dla mnie jest to totalna pomyłka i zarazem kolejny dowód, że na ogół na książki noszące miano bestsellerów rzucać się nie warto. To także jeden z tych przypadków, w których – dla mnie – film okazał się o wiele lepszy od książki.

Zamieszczona na okładce nota wydawnicza informuje, że czeka mnie przyjemna i dowcipna lektura. Nie ubawiłam się jednak wcale. Może raz czy dwa uśmiechnęłam się lekko do siebie. I tyle. Nie znajduję tam nic szczególnie dowcipnego i również nie bardzo rozumiem, dlaczego właśnie takim epitetem opatrzono tę książkę. Cały czas miałam nieodparte wrażenie, że wszystkie zabawne sytuacje wprowadzane były na siłę i że pewnym scenom chciano przydać komizmu za wszelką cenę. W tej kwestii totalna klapa.

Sam pomysł napisania tej książki uważam za bardzo dobry. Jednakże ciekawy koncept to nie wszystko, bo żeby wypalił, trzeba mieć określone uzdolnienia, dysponować odpowiednimi środkami do jego realizacji. Autorkom – moim zdaniem – właśnie pewnych predyspozycji tu zabrakło. Przede wszystkim w zakresie języka i stylu, pozostawiają one bowiem wiele do życzenia. Styl jest bardzo chaotyczny, ciężkostrawny, ubogi i co gorsza, śmiertelnie nudny. Czasami też zdawało mi się, że czytam niezbyt uporządkowane urywki z pamiętnika jakiejś dwunastolatki. Sądzę, że przy odrobinie talentu dałoby się napisać to samo o wiele ciekawiej.

Fabuła Niani w Nowym Jorku to fikcja literacka, ale autorki stworzyły ją zainspirowane doświadczeniami, jakich dostarczyła im praca w tym fachu. To duży plus, jeśli autor wie, o czym pisze. Jednak czegoś mi tu brakowało. Sama do końca nie wiem, czego.

Kolejne zastrzeżenie dotyczy postaci. Mianowicie wszyscy bohaterowie – bez wyjątku – są przedstawieni bardzo stereotypowo. Ponadto są bardzo statyczni. Od początku do końca tacy sami. Ta stereotypowość sama w sobie nie jest zła i znajduję nawet dla niej pewne uzasadnienie, ale w tym wydaniu jest zdecydowanie za bardzo ostentacyjna i troszkę tutaj nie pasuje.

Teraz o plusach. Nie mają one większego znaczenia dla całości i pozostają w cieniu wad, jednak warto o nich wspomnieć. Bardzo podobało mi się to, że przed każdym rozdziałem jest cytat zaczerpnięty z jakiegoś innego utworu, który wprowadza nas w pewien sposób w tematykę, jaka ma być w danym rozdziale poruszana. Naprawdę fajny pomysł.

W szerszej perspektywie Niania w Nowym Jorku stanowi niezwykle dosadny portret amerykańskiego społeczeństwa. Pozwala spojrzeć na Amerykę nieco inaczej, niż większość patrzy na nią na co dzień. To niekoniecznie jest raj – jak zdawać by się mogło.

Podoba mi się też to, że autorki mimo wszystko dosyć dokładnie i całkiem przystępnie przedstawiły życie niani. Dzięki temu w książce można się nawet doszukać pewnego przesłania. Może nie zawsze trafi się na taką rodzinkę, jak bohaterka powieści, ale tak czy siak, praca opiekunki do dziecka – zwłaszcza pełnoetatowej – jest niezwykle ciężka i wymagająca. Pod wieloma względami. Dowodów na to na kartach książki znaleźć można niemało. Dlatego wszystkie dziewczyny zastanawiające się nad podjęciem pracy na przykład jako au pair gdzieś za granicą powinny dokładnie się zastanowić, zanim się ostatecznie zdecydują. Bo może się okazać, że wcale nie będzie tak kolorowo. A rodzice zatrudniający nianię dla swoich pociech po lekturze Niani w Nowym Jorku powinni dostrzec, jak wielkim skarbem jest dobra, wypełniająca z zaangażowaniem swoje obowiązki, opiekunka.

Podsumowując. Książka generalnie słaba. Pomysł jest, przesłanie jakieś też nawet na upartego da się znaleźć, ale reszta? Całokształt pozostawia niestety wiele do życzenia.

Moja ocena: 2,5/6