10/12/2020

„Wielkie zarazy ludzkości” – Maciej Rosalak

Nie ocenia się książki po okładce. Jednak czasami potrafi ona przykuć wzrok i zaciekawić na tyle, by po książkę sięgnąć. Tak było w przypadku Wielkich zaraz ludzkości autorstwa Macieja Rosalaka. Z okładki spogląda na czytelnika słynna Dziewczyna z perłą Jana Vermeera w… Maseczce.

Trzeba przyznać, że w związku z panującą na świecie pandemią, w ostatnich miesiącach pojawia się mnóstwo publikacji naukowych i beletrystycznych o około wirusowej i epidemicznej tematyce. Z zasady wszystkie je omijam. Wystarczająco dużo słucham o pandemii zewsząd. W książkach szukam odskoczni, czegoś innego. Publikacji Macieja Rosalaka postanowiłam jednak dać szansę. Nie żałuję, bo to bardzo ciekawa pozycja.

Książka, jak sugeruje tytuł, traktuje o epidemiach rozmaitych chorób zakaźnych nękających ludzkość, od starożytności, po współczesność. Autor jest z wykształcenia historykiem i bardzo rzetelnie podszedł do tematu. Wielkie zarazy ludzkości to intrygująca podróż przez historię chorób zakaźnych i ich roli w dziejach świata. O epidemii dżumy czy hiszpanki słyszał, co nieco niemal każdy, ale o tych bardziej odległych wiekowo, wie z pewnością niewielu.

Ja dowiedziałam się z książki bardzo wiele ciekawych rzeczy. Poszerzyłam zarówno swoją wiedzę historyczną, jak i około medyczną. Jednym z najciekawszych rozdziałów był dla mnie rozdział początkowy, poświęcony epidemiom w starożytności i medycynie w starożytnym Egipcie. Muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaszokowana tym, jak bardzo była ona rozwinięta i to na wiele wieków przed Hipokratesem.

Z kolejnych rozdziałów dowiedzieć się można między innymi, co nieco o zarazie ateńskiej, procesie pasteryzacji, Robercie Kochu i prątkach gruźlicy oraz Aleksandrze Macedońskim. Mnóstwo tu ciekawostek, o których wcześniej nie wiedziałam, a z historią nie jestem wcale „na bakier”.

Książkę czyta się dobrze. Ilustrują ją ciekawe grafiki, a prezentowana wiedza poparta jest odwołaniami do źródeł historycznych i innych publikacji naukowych.

Styl i język są proste i myślę, że będą zrozumiałe dla każdego, a jednak muszę przyznać, że lektura trochę mi się dłużyła. Miejscami odnosiłam wrażenie, że autor niektóre informacje upycha w książce na siłę, jakby miał problem z ich funkcjonalną selekcją i byłam nieco przytłoczona nadmiarem danych historycznych. Ale to tylko moje subiektywne odczucie.

Znalazłam też w tekście kilka drobnych nieścisłości. Ponadto niektóre osobiste komentarze autora trochę mnie drażniły, jednak całościowo oceniam książkę, jako dobrą i ciekawą. Polecam ją wszystkim, którzy przerażeni są sytuacją panującą aktualnie na świecie. Ja dzięki Rosalakowi nabrałam nieco zdrowego dystansu do obecnych wydarzeń i całej koronawirusowej rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. Nie pierwsza to epidemia w dziejach świata i pewnie nie ostatnia. Epidemie były, są i będą.

Moja ocena: 4/6

Książkę otrzymałam do recenzji w ramach współpracy z portalem „Na kanapie”

20/08/2020

„Błękitni” – Maria Rodziewiczówna

Lubię czasem sięgnąć po wiekowe już lektury. Tym razem mój wybór padł na pozytywistyczną powieść Marii Rodziewiczówny Błękitni. Jest to króciutki utwór, ale obfituje w wiele motywów i wątków. Gatunkowo zaliczany jest do romansu, choć moim zdaniem to przede wszystkim powieść społeczno-obyczajowa, choć owszem, wątek romansowy się pojawia.

Przenosimy się do Holszy – majątku arystokratycznego rodu Holszańskich. Na jego czele stoi stara, despotyczna księżna. Matka dwóch synów. Starszy – dotychczasowy pan na Holszy, niedawno zginął. Toteż do kraju, po latach wygnania, wraca młodszy – Lew Holszański, by przejąć schedę po zmarłym bracie. Jego matka ma nadzieję, że będzie mogła kierować jego życiem, jak jej się podoba. Niestety. Młody dziedzic nie podda się tak łatwo i będzie uparcie kroczył własną drogą. Przyjdzie mu stoczyć walkę o miłość i szczęście z rodziną, konwenansami, uprzedzeniami społecznymi i samym sobą. Czy wyjdzie z tej walki zwycięsko?

Maria Rodziewiczówna to pozytywistyczna pisarka. Była wielką społecznicą i jak wielu jej współczesnych w życiu i twórczości propagowała popularne wówczas idee pracy u podstaw i społecznego zaangażowania jednostki. Idee te dochodzą do głosu również w Błękitnych. Fabuła staje się pretekstem do ukazania wzrostu i rozwoju gospodarstw, czy pochylenia się nad nierównościami społecznymi. Jest tu też kładziony mocny nacisk na filantropię i działalność charytatywną. Ot – typowo pozytywistyczne klimaty. Autorka również bardzo dobrze ukazała w powieści zepsucie arystokracji; ich nadęcie, ignorancję, hipokryzję i patologiczny wręcz hedonizm. Wiarygodnie przedstawiła też obraz ówczesnego ziemiaństwa.

Błękitni to powieść dość przewidywalna, ale mimo to nienudna. Początek, co prawda był dość monotonny i ciężko było mi połapać się w postaciach oraz rozszyfrować, kto jest, kim, bo każdego tytułowano „książę” lub „księżna”. Jednak, kiedy już się połapałam i wczytałam, nie mogłam się oderwać.

Obok propagowania pozytywistycznych Rodziewiczówna pochyla się nad problemami takimi jak nieuchronność ludzkiego losu, mezalians, walka dobra ze złem, prawo człowieka do szczęścia, walka z konwenansami w imię wyższych wartości… Naprawdę dużo tutaj motywów i wątków, które przykuwają uwagę, wciągają w świat przedstawiony i czynią fabułę ciekawą, pomimo jej przewidywalności i schematyczności.

Wreszcie jest tu także bardzo ciekawie poprowadzony wątek przemiany głównego bohatera. Są też rodowe tajemnice, które razem z głównych bohaterem czytelnik odkrywa krok po kroku, dowiadując się, co rusz czegoś nowego, co całkowicie zmienia dotychczasowy obraz sytuacji.

Chociaż nie byłam ani razu zaskoczona rozwojem wydarzeń, książkę czytało mi się naprawdę dobrze. Ta lektura to był miło, a czasami nawet zabawnie spędzony czas, bo mimo wielu poważnych tematów i dramatycznych scen, momentami nie brak w niej również szczypty humoru.

Błękitni to powieść, która dziś już trochę trąci myszką, ale mimo to jest ciekawa i godna uwagi. Krótki, poczciwy, niczego sobie klasyk.

Moja ocena: 3,5/6

Książkę zgłaszam do wyzwań Zatytułuj się 4 oraz Trójka e-pik

05/05/2020

„Transsuma” – Roman Razorbak

Transsuma przyciągnęła mnie do siebie intrygującym tytułem, niepozorną okładką (kolorowe kropki na szarym tle) i opisem okładkowym (Novae Res 2020). Jakkolwiek w opisie tym wydawca szczerze informuje, czego należy się spodziewać po lekturze, to kompletnie nie tego się spodziewałam. Zupełnie inaczej sobie to wyobrażałam, choć opis ten jest wyjątkowo trafny. Jak to? A no – tak to!

Do monastycznego klasztoru trafia młody A. Zdaje się, że ma powołanie. Ale tak naprawdę próbuje uciec od świata i samego siebie. Przeżywa kryzys tożsamości, który ma nadzieję zagłuszyć poprzez modlitwę i podporządkowanie się surowym regułom klasztornego życia, przywdziewając habit mnicha. Targany jest wieloma wewnętrznymi rozterkami, które, zamiast zniknąć, dzięki pewnemu wydarzeniu i spotkaniu zaczną się namnażać, a wewnętrzny kryzys głównego bohatera będzie się pogłębiał ze strony na stronę. Jaki to kryzys? Czym jest spowodowany? Tego już nie zdradzę.

Książka od pierwszych stron mocno mnie wciągnęła. Momentami narracja jest bardzo poetycka. Czytając śledzimy uważnie rozterki A. Jego rozmaite, liczne refleksje i wewnętrzne zmagania. Przemyślenia te często są głębokie i poruszające, przedstawione właśnie bardzo poetycko. Zaś innym razem bezsensowne, nielogiczne, chaotyczne i pełne sprzeczności. Z każdą kolejną stroną stają się coraz bardziej niedorzeczne i odrealnione moim zdaniem, ale jednak są jakoś na swój sposób wartościowe, bo mimo wszystko ukazują w pewien sposób, jak funkcjonuje umysł człowieka w kryzysie tożsamości.

Razorbak posługuje się stylem bardzo specyficznym. Jego język jest jednocześnie poetycki i obrazoburczy. Wyszukany i prostacki. Wzruszający i bluźnierczy. Czytając doświadczałam różnych, bardzo skrajnych emocji. Od zachwytu po wstręt i obrzydzenie. Narracja zaś jest momentami chaotyczna, ale obok wrażenia chaosu ma się jednocześnie poczucie, że autor nad nim panuje. I ten miejscowy narracyjny chaos odpowiada poniekąd świetnie stanom mentalnym bohatera. Tak więc to i wada, i zaleta jednocześnie.

Na pewno podziwiam u autora świadomość językową. To, jak miesza pojęcia, jak żongluje słowami, sprawiając, że bluźnierstwo brzmi niekiedy jak poezja, a poetycki niby frazes kryje w sobie jad. Może się to podobać lub nie. Ale to sztuka umieć tak wyeksploatować język: tak podporządkować go sobie i potrzebom swojego pióra, jak zrobił to Razorbak.

Nie wiem, co sądzić o tej książce. Jest jednocześnie dobra i beznadziejna. Bo to wszystko zależy, jak na nią spojrzeć. To, jaką perspektywę patrzenia przyjmiemy, będzie miało wpływ na ocenę. Lektura Transsumy to gwałt dokonany na moim umyśle. Gwałt intelektualny i mentalny. Wywołała we mnie uczucie potwornego psychicznego zmęczenia, które narastało wraz z każdą przeczytaną stroną. Sprawiła, że czuję się psychicznie zbrukana i wstrząśnięta, ale i poruszona. Chcę o niej jak najszybciej zapomnieć, ale ciągle o niej myślę i przypominam sobie różne jej fragmenty.

Transsuma to książka pełna sprzeczności. Tak jak główny bohater powieści. I również wiele sprzecznych odczuć wywołała we mnie. Ale może właśnie o to chodziło, by czytelnik poczuł się po trosze tak, jak czuł się A.? Rozdarty pomiędzy dwoma sprzecznościami? Przyjmując taką perspektywę – autor spisał się na medal.

Podsumowując: napisałam, że książka jest pełna sprzeczności na każdej płaszczyźnie – tak językowej, jak i fabularnej, narracyjnej. I taka też będzie moja ocena. Bo nie może być inna. Gdyby była jednoznaczna, byłaby połowiczna. Książkę więc polecam serdecznie, sugerując, że bezpieczniej będzie trzymać się od niej z daleka. Właśnie tak. Zaryzykujcie. Kto nie ryzykuje, ten nie żyje! A. też zaryzykował. Czy warto? Myślę, że książka nie daje jednoznacznej odpowiedzi i ja Wam jej też nie dam.

Moja ocena: 3,5/6