„Jesień młodości” – Miriam Akavia

jesienmlodosciJesień młodości to krótka, ale bardzo treściwa opowieść plasująca się na granicy literatury faktu i beletrystyki. Akcja rozgrywa się w czasach holokaustu, a bohaterami są ludzie stojący u progu dorosłości. Nie jest to w stu procentach autentyczna relacja autorki z jej własnych przeżyć, lecz wymyślona przez nią historia. Faktem jest jednak, iż wykorzystała wydarzenia, które faktycznie miały miejsce w jej życiu, a osoby, o których mówi, istniały naprawdę: to członkowie rodziny i ludzie z bliskiego otoczenia Miriam Akavii.

W utworze fikcja przeplata się cały czas z rzeczywistością. Choć w tym wypadku mamy do czynienia z wymyśloną historią, nie można powiedzieć, że Jesień młodości pozbawiona jest autentyzmu. Autorka wie doskonale, o czym pisze, bo sama jest Żydówką. Urodziła się i wychowała w Krakowie. Przeżyła holokaust i mimo wielu ciężkich przejść wyszła z pożogi cało. Już po zakończeniu wojny, w 1946 roku wyemigrowała do Izraela i tam żyje i mieszka do dziś. Jest honorową przewodniczącą Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Izraelskiej i podejmuje wiele inicjatyw mających na celu ocieplenie stosunków polsko-izraelskich.

Jak już wspomniałam, bohaterami książki Akavii są przede wszystkim ludzie młodzi. Nie bez powodu. Autorka na ich przykładzie ukazała olbrzymi dramat młodego pokolenia Żydów w dobie holokaustu. Udało jej się w utworze zawrzeć wszystkie rozterki i bolączki, z którymi ci musieli się wówczas borykać. Umiejętnie oddała nastrój grozy i opisała niezwykłą determinację, jaką wykazywali ludzie stojący u progu dorosłości w walce o przetrwanie oraz nadzieję. Ponadto udało jej się przekazać tę specyficzną – zwłaszcza u młodych – chęć życia, która czasami była wszystkim, co się miało i co pozwalało żyć, a także przetrwać. Niekiedy także ta młodzieńcza chęć życia była ponad wszystkim, dając wciąż nadzieję i siły do walki. Walki o siebie w obliczu tak brutalnej rzeczywistości holokaustu.

Dziś, w czasach pokoju, wielu wchodzących właśnie w dorosłość czuje zagubienie i pragnie ze wszystkich sił odnaleźć swoje miejsce w świecie. I często okazuje się, że nie jest to wcale takie łatwe. Bohaterowie książki Miriam Akavii czuli to samo. Tylko czasy były inne. Złe. Okrutne. Zwłaszcza dla nich, naznaczonych piętnem żydowskiego pochodzenia. O ile ciężej musiało być im? O ile bardziej byli zagubieni od tych dzisiejszych młodych? Możemy tylko próbować to sobie wyobrazić. W jeszcze innym wymiarze Jesień młodości to dobrze skonstruowana panorama najróżniejszych postaw, jakie ludzie przyjmowali wobec rzeczywistości holokaustu ze wszystkimi charakterystycznymi dla niej okrucieństwami.

Pod kątem stricte literackim ta pozycja nie jest żadnym fenomenem, w każdym razie dla mnie. Można by nawet powiedzieć, że na tle innych zaliczających się do tego typu literatury wypada raczej przeciętnie. Jak powszechnie wiadomo, sam wątek zagłady przedstawicieli wyznania mojżeszowego był już w literaturze podejmowany mnóstwo razy, więc w pewnym sensie jest to książka, jakich wiele. Niemniej jednak ta pozycja mimo wszystko się wyróżnia i jest inna od całej reszty. Właśnie przez tę młodość, tak cudownie uchwyconą i opisaną. Bo to ona jest tu na pierwszym planie. Nie przypominam sobie żadnej innej książki, która zawierałaby tak dogłębną analizę sytuacji młodego pokolenia w obliczu nie tyle samej wojny, co właśnie konkretnie holokaustu. A takich utworów, w których mowa o zagładzie Żydów, przeczytałam już niezliczoną liczbę. Dlatego właśnie uważam, że w pewien sposób Jesień młodości jest wyjątkowa i warto ją przeczytać.

Moja ocena: 4/6

„Żegnaj Afryko” – Corinne Hofmann

zegnajafrykoJuż czytając Białą Masajkę byłam niezmiernie ciekawa, jak potoczyły się dalej losy autorki. Uciekła z Kenii, wróciła z córeczką do Szwajcarii i co? Przecież kilka lat wcześniej porzuciła wszystko. Utraciła nawet szwajcarskie obywatelstwo. Nie miała zupełnie nic i czekało ją – po raz kolejny zresztą – rozpoczęcie wszystkiego od zera. Sytuacja patowa i tym trudniejsza, że Corinne musiała zatroszczyć się nie tylko o siebie, ale i o swoją kilkuletnią córkę. Jak udało się jej od nowa ułożyć sobie życie w ojczyźnie? Odpowiedź na te pytania przyniosła książka Żegnaj Afryko.

Sięgnęłam po Żegnaj Afryko bez wahania i nie ukrywam, że miałam w stosunku do niej dość duże oczekiwania. Niestety muszę powiedzieć, że się zawiodłam i to na wielu płaszczyznach.

Nigdy nie liczyłam na to, że Żegnaj Afryko dostarczy mi tyle samo emocji co Biała Masajka, ale mimo wszystko miałam nadzieję, że podczas lektury jakieś emocje towarzyszyć mi będą. Tymczasem kontynuacja bestsellera pani Hofmann nie dostarcza ich wcale. Wynika to z faktu, że o wielu sytuacjach, które były niewątpliwie ciekawe, autorka wspomina jedynie pobieżnie w kilku raptem zdaniach. Szkoda, bo jestem pewna, że gdyby zdecydowała się poświęcić pewnym wątkom nieco więcej uwagi, zamiast traktować je po macoszemu, książka wiele by zyskała.

W kontynuacji Białej Masajki Corinne Hofmann opowiada między innymi o tym, jak wyglądał jej powrót do cywilizacji. Mogłoby się wdawać, że po opuszczeniu buszu powrót do Szwajcarii, gdzie się wychowała, do cywilizacji, nie będzie niczym trudnym. Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że nawet powrót do tego, co znajome może wywołać szok kulturowy, i że do cywilizacji też trzeba się powoli i stopniowo przyzwyczajać, nawet jeżeli już wcześniej żyło się w wysoko rozwiniętym kraju. Sądziłam też, że skoro autorka wyrwała się z Afryki, to będzie chciała zerwać wszelkie więzi łączące ją z tym kontynentem. Tymczasem jest wręcz przeciwnie. Corinne cały czas szuka kontaktu z Afryką, myśli o kraju męża…

Książka nie jest beznadziejna. Jest umiarkowanie ciekawa, czyta się ją jako tako, ale niestety z pierwszą częścią nie ma jej co porównywać. Ma wiele wad, których nie sposób nie zauważyć i dla większości czytelników Białej Masajki będzie z pewnością rozczarowaniem. Bo o ile Biała Masajka ma w sobie „to coś” i powstała z potrzeby serca, spontanicznie (czy jak to nazwać), Żegnaj Afryko jest pozycją napisaną ewidentnie pod publiczkę. Można to zauważyć bez trudu. Ten fakt aż bije po oczach. Książka ma swoje walory, owszem, ale nie podlega dyskusji, że pisana była „na siłę”. To się po prostu wyczuwa podczas czytania, a można także wywnioskować analizując postępowanie autorki…

Podczas lektury Hofmann niejednokrotnie wzbudzała we mnie irytację swoimi poczynaniami. Nie raz i nie dwa odnosiłam wrażenie, że zachwyca się samą sobą, tym, jaka jest wspaniała, jak świetnie sobie poradziła z uporządkowaniem swojego życia, z rozpoczęciem wszystkiego od zera. Niestety, nie oszukujmy się, pani Corinne zdecydowanie najwięcej zawdzięcza w tym wypadku szczęśliwym zbiegom okoliczności, których w jej życiu od powrotu do Szwajcarii było niemało. Nie mówię, że sobie nie zawdzięcza nic, ale zdecydowanie ma kobieta po prostu „więcej szczęścia niż rozumu”. Takie jest moje zdanie.

Książka obok licznych wad ma także dobre strony. Najbardziej spodobał mi się w niej szczegółowo opisany proces powstawania Białej Masajki. Moim zdaniem, to wątek bardzo ciekawy i właściwie jedyny, który nie został potraktowany w Żegnaj Afryko po macoszemu, a tak, jak powinien. Dowiadujemy się ze szczegółami wszystkiego o powstaniu i sukcesie Białej Masajki. Od pierwszej myśli, żeby napisać książkę, do jej światowego sukcesu. Zawsze mnie to interesowało, więc jestem usatysfakcjonowana.

Żegnaj Afryko nie ma w sobie nic szczególnego, ale mimo wszystko wciąga. Jest jednakże również świadectwem tego, iż czasami autorzy powinni poprzestać na pierwszym tomie swojego dzieła, zwłaszcza jeśli okazał się on sukcesem… Nie od dziś wiadomo, że „co za dużo, to niezdrowo” oraz że „lepszy niedosyt niż przesyt”.

Książki nie polecam ani nie odradzam. Jeśli ktoś czytał Biała Masajkę i lektura obudziła w nim ciekawość co do dalszych wydarzeń, to może przeczytać. Najpierw jednak zalecam wyzbycie się wszelkich oczekiwań, co by się przypadkiem gorzko nie rozczarować. To po prostu takie lekkie czytadło. Króciutkie. W sam raz na leniwe, letnie popołudnie.

Moja ocena: 2,5/6

„Szczęściara” – Alice Sebold

szczesciaraSzczęściara to niezwykle poruszająca i dramatyczna historia dziewczyny, która w wieku osiemnastu lat została napadnięta i brutalnie zgwałcona. Nikt nie słyszał, gdy wołała o pomoc. Ta książka to nie tylko opowieść o gwałcie, ale także o wszystkim, co było potem. O poszukiwaniach gwałciciela, procesie, ale przede wszystkim o długim i trudnym dochodzeniu do siebie. Nie fizycznym, lecz psychicznym.

Zapiski te są głęboko wstrząsające. Wpływ na to mają zdecydowanie bardzo drobiazgowe opisy, autorka bowiem nie pozwala sobie na pominięcie żadnego, najdrobniejszego nawet szczegółu. Jednakże nie tylko ta drobiazgowość sprawia, że opowieść przesycona jest tak ogromnym napięciem. Wynika to przede wszystkim z faktu, że Szczęściara jest historią autobiograficzną – stanowi zapis przeżyć autorki.

Jak już wspomniałam, Sebold opisuje krok po kroku nie tylko gwałt, ale także cały długotrwałą i trudną walkę o schwytanie i ukaranie przestępcy, o własną tożsamość i szczęście, o powrót do normalności. Nie jest to łatwe, bo jak tu przejść do porządku dziennego nad tym, że jest się ofiarą gwałtu? Nie trzeba być geniuszem, żeby jasno odpowiedzieć sobie na to pytanie – nie da się po prostu. Rany fizyczne szybko się goją, ale psychiczne albo dopiero po wielu latach, albo – co też się często zdarza – nigdy. A nawet jeśli się zagoją, to zawsze pozostawiają po sobie blizny, które w mniejszym lub większym stopniu determinują całe dalsze życie skrzywdzonego człowieka.

Przyznam szczerze, że bardzo trudno jest mi oceniać tę książkę. No bo jak tu oceniać czyjeś życie i postępowanie? Tym bardziej jeśli chodzi o przeżycia tak osobiste, o sprawę tak trudną i delikatną jak gwałt. Tak naprawdę się nie da. I przede wszystkim chyba nie powinno się. Owszem – można myśleć: „gdybym była na jej miejscu”. Tylko po co? Czy to w ogóle coś da? Wątpię. Bo, moim zdaniem, nie można być nigdy na sto procent pewnym, co by się samemu zrobiło w podobnej sytuacji. Wszak w momentach ekstremalnych każdy funkcjonuje chyba nieco inaczej. Poza tym, jak to się mówi, „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Dlatego właśnie nie mam zamiaru szczegółowo analizować i oceniać opisywanych w książce wydarzeń.

Podziwiam autorkę za odwagę i determinację. Życie z brzemieniem gwałtu, walka o sprawiedliwość, o samą siebie, o powrót do normalności, stanięcie twarzą w twarz z gwałcicielem i opowiadanie o tym wszystkim, co przeszła, po wielokroć na różnych etapach śledztwa, niewątpliwie kosztowały ją wiele wysiłku. Przebrnęła przez to. Okazała się na tyle silna i uparta, że nie poddała się w połowie drogi, tak jak – o czym wspomina w swojej książce – robi to większość dziewczyn w podobnej sytuacji. Na dodatek po latach zebrała się w sobie i opublikowała swoje wspomnienia, które pewnie niejednej osobie po przejściach podsunęły myśl: „ona się pozbierała, wiec dlaczego ja nie mogę”?

Jest to pozycja z gatunku tych, po których przeczytaniu zupełnie inaczej patrzy się na świat i ludzi. To książka zdecydowanie dobra i cenna. Bardzo życiowa, prawdziwa. Nic nie jest w niej „na siłę”.

Polecam. Zwłaszcza jeśli ktoś lubi takie historie pisane przez życie.

Moja ocena: 4/6

„Biała Masajka” – Corinne Hofmann

bialamasajkaTo opowieść o kobiecie ze Szwajcarii, właścicielce dobrze prosperującej firmy. Wraz ze swoim narzeczonym wybrała się ona na urlop do Kenii. Tam poznała Masaja imieniem Lketinga, w którym zakochała się od pierwszego wejrzenia. Pod wpływem tego uczucia postanowiła rzucić wszystko w diabły, aby być z Lketingą. Osiągnęła swój cel i wraz z ukochanym rozpoczęła życie w jego rodzinnej, masajskiej wiosce. W buszu. Niewiarygodne? A jednak to prawda! Coś takiego właśnie przeżyła Corinne Hofmann – autorka Białej Masajki.

Zauroczona Lketingą Corinne pod wpływem silnego uczucia zdecydowała się zrezygnować ze wszystkiego, by rozpocząć zupełnie nowe życie, skrajnie odmienne od tego, które prowadziła do tej pory. Zostawia wszystko, aby rozpocząć życie w afrykańskim buszu. Spędziła tam cztery lata, uczestnicząc w życiu masajskiej społeczności i próbując uczynić życie tubylców nieco bardziej cywilizowanym. Stawiła czoło różnicom kulturowym. Mieszkała w chacie z krowiego łajna, ciężko pracowała wraz z innymi kobietami z wioski. W tamtych warunkach urodziła i wychowywała córeczkę. Niestety po czterech latach w związku jej i Lketingi zaczęło się dziać nie najlepiej. Pod pretekstem wyjazdu na kilkutygodniowy urlop do Szwajcarii i odwiedzin u matki uciekła od męża, aby jeszcze raz rozpocząć nowe życie – na powrót w Szwajcarii.

Można nazwać Corinne Hofmann głupią, szaloną, naiwną, ale trzeba jej oddać, że jest niezwykle odważna. Ja za nic w świecie nie odważyłabym się tak po prostu zrezygnować ze wszystkiego i przenieść się do Afryki, aby żyć w jednym z tamtejszych plemion, a już na pewno nie wytrzymałabym tam czterech lat. Mimo wszystko Hoffman bardzo mi zaimponowała. Czym? Tym, że pokazała, iż potrafi z determinacją walczyć o to, czego pragnie. To cenne. I nieważne w tym momencie, że generalnie rzecz biorąc, postąpiła głupio i naiwnie.

W książce bardzo podobały mi się liczne opisy Afryki, plemiennych obyczajów, zasad, różnic kulturowych. Dzięki tej pozycji można się dowiedzieć naprawdę wielu ciekawych rzeczy na temat Kenii i plemienia Samburu. No i, co najważniejsze, są to informacje z pierwszej ręki.

Co mnie wkurzało? Momentami sama Corinne. Ale mniejsza z tym. Mimo iż książka jest bardzo ciekawa, a historia Corinne Hofmann wciągająca i nietuzinkowa, lektura zajęła mi sporo czasu. To dlatego, że styl autorki pozostawia wiele do życzenia. Jest toporny, trudno przyswajalny, a chwilami wręcz zatrąca o grafomanię.

Mimo wszystko uważam, że książka jest świetna i warta przeczytania. Nie przeczę jednak, że ma swoje wady.

Moja ocena: 5/6

„Tylko razem z córką” – Betty Mahmoody

tylkorazemzcorkaTo książka autobiograficzna. Amerykanka Betty Mahmoody jest postacią autentyczną. W latach osiemdziesiątych wyjechała wraz z mężem Irańczykiem i czteroletnią wówczas córeczką do Teheranu. Miały to być rodzinne, dwutygodniowe wakacje. Niestety po przyjeździe na miejsce kobieta dowiedziała się, że mąż nie ma zamiaru wracać do USA. Nie ma też zamiaru pozwolić na powrót żonie i córce, a żona Irańczyka nie ma prawa bez jego pozwolenia wyjechać. I tu zaczął się koszmar. Mężczyzna z dnia na dzień zmienił się z kochającego i czułego męża i ojca w bezwzględnego, despotycznego tyrana, a kobieta wraz z córeczką stała się jego niewolnicą i więźniem we własnym domu.

Książka opowiada o życiu w Iranie, dramatycznych doświadczeniach, walce o dobro swoje i dziecka. Autorka opisuje w niej wszystko ze szczegółami. Rozterki, bóle, problemy i trudności, z jakimi przyszło jej się borykać. Opowiada nie tylko o życiu tam, w zupełnie obcej kulturze, ale także o tym, jak starała się uciec z Iranu. Przy życiu trzymała ją tylko miłość do córeczki i pragnienie jej szczęścia.

Opowiadając o swoim życiu w Teheranie, autorka przybliża nam także tamtejsze realia, kulturę, obyczaje. Opisuje wszystko, co przeżyła i opowiada o swoich subiektywnych odczuciach dotyczących tamtych chwil, niemniej mimo to można powiedzieć, że jej spojrzenie na irańską kulturę jest obiektywne. Podziwiam. Mnie osobiście byłoby trudno o choćby minimalny obiektywizm, gdybym przeżyła to, co pani Mahmoody. Ona tymczasem wielokrotnie podkreśla, że w Iranie, jak w każdym innym kraju, są ludzie dobrzy i źli, i nie można nikogo dyskryminować ze względu na narodowość.

Książkę czyta się niezwykle szybko. Wciąga i nie pozwala się oderwać. Do końca trzyma w napięciu. Jest najlepszym dowodem na prawdziwość powszechnie znanych słów, że życie pisze najlepsze scenariusze. Niejednokrotnie można poczuć dreszczyk czy uronić łzę podczas poznawania losów autorki. Są to poruszające do głębi zapiski kobiety, która walczy z determinacją i która dla córki zrobi wszystko, która dla jej szczęścia i dobra jest gotowa na każde poświęcenie.

Poruszając trudny i zawsze aktualny temat tzw. małżeństw mieszanych, autorka pokazuje także, że pewne różnice kulturowe są niezwykle silne i niemożliwe do przezwyciężenia. Dlatego przed podjęciem decyzji o związaniu się z kimś, kto wychował się w zupełnie innej kulturze niż nasza i wyjechaniu do jego rodzinnego kraju powinniśmy się dziesięć razy upewnić, czy na pewno będziemy bezpieczni i czy jesteśmy gotowi żyć według takich, a nie innych zasad. I przede wszystkim powinniśmy wcześniej dobrze tę inną kulturę poznać. Dziś to nie problem. Możliwości jest wiele, są książki, jest Internet. a dzięki temu będziemy wiedzieli, czego możemy się spodziewać. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości nie warto ryzykować.

Moja ocena: 6/6