24/10/2020

„W stronę Swanna” – Marcel Proust

W stronę Swanna to pierwszy tom quasi-autobiograficznego cyklu zatytułowanego W poszukiwaniu straconego czasu, napisanego przez francuskiego pisarza, Marcela Prousta. Streszczenie fabuły jest zadaniem niemal niewykonalnym. To książka bardzo emocjonalna, osobista, intymna. Utkana z emocji, przeżyć, obserwacji świata, refleksji i introspekcji, a także głębokiej autoanalizy. To opowieść o życiu, czasie, własnej duszy i innych ludziach.

Ta książka jest jedną wielką refleksją nad naturą życia, czasu i wspomnień. Jest hołdem złożonym ulotności chwili i wspomnieniom, dla snucia których, przyczynkiem staje się smak magdalenki zanurzonej w herbacie. Tak niewiele trzeba, by wywołać lawinę wspomnień, myśli, obrazów i uczuć.

„Być może nieruchomość rzeczy, które nas otaczają, została im narzucona przez naszą pewność, że są właśnie tym, niczym innym, przez usztywnienie naszego o nich myślenia”. [1]

Opowieść Prousta snuje się niespiesznie. Jest poetycka, głęboka, subtelna, wysmakowana. Ukazuje indywidualną rzeczywistość jednostki; wewnętrzny świat przeżyć głównego bohatera. Pełna jest finezyjnych opisów i głębokich, nieoczywistych metafor. To prawdziwa literacka uczta.

„Fakty nie przenikają do świata naszych wierzeń, nie rodzą ich ani nie burzą; mogą im uporczywie zaprzeczać, nie osłabiając ich”. [2]

Na kartach powieści pojawia się mnóstwo uczuć. Jest miłość i tęsknota, są wartości społeczne i różne wobec nich przyjmowane postawy ludzkie. Jest coś magicznego w sposobie obserwacji otoczenia przez głównego bohatera i fanatyzmie, z jakim pisze o drobiazgach. Snuć tak nadzwyczajną opowieść o tym, co zwyczajne, może tylko prawdziwy mistrz pióra i dla mnie Proust jest nim bez wątpienia, bo tu, to, co banalne, urasta do rangi magicznego.

„Nasze gusty nie mają wartości absolutnej, […] wszystko jest kwestią przynależności do danej epoki czy klasy, polega na modach, z których najbardziej tandetne tyleż są warte, co te uznawane ze najbardziej wytworne”. [3]

W stronę Swanna to nie tylko podróż przez wspomnienia, czas i własne wnętrze. To także podróż po życiorysach różnych osób, na poły przypadkowych, z których każda jednak odciska się w pamięci głównego bohatera w sposób wyjątkowy. Każda ukazana zostaje pod różnymi kątami widzenia i funkcjonuje w sobie tylko właściwy sposób, tak w pamięci bohatera, jak i poza nią.

„Nawet ze zwyczajnego, realistycznego punktu widzenia krainy, których pożądamy, zajmują w naszym prawdziwym życiu w każdej chwili więcej miejsca niż te, w których rzeczywiście się znajdujemy”. [4]

Proustowskie dzieło jest też w dużej mierze skarbnicą wiedzy na temat obyczajowości i przywar wyższych sfer XIX-wiecznej Francji. Dla mnie – frankofilki od wczesnych lat – informacje te były bardzo cenne. Nie wspominając już o tym, że język, styl i sposób narracji sprawiały, że zatracałam się w lekturze zupełnie, przeżywając prawdziwie intelektualną rozkosz. Niektóre zdania czytałam po wielokroć, wciąż do nich wracając.

Polecam spotkanie z twórczością Prousta wszystkim, którzy cenią sobie powieści głębokie, subtelne, wysmakowane; tym, którzy lubią prozę wymagającą, nieoczywistą, wymykającą się wszelkim znanym, utartym schematom. Na pewno nie jest to dzieło dla każdego. Sięgając po W stronę Swanna czytelnik musi być gotów na wiele kompromisów, jednak… Warto. Ja jestem piórem Prousta urzeczona i cieszę się, że w końcu dana mi było rozsmakować się w tej prozie.

Moja ocena: 6/6
_____
[1] Marcel Proust, W stronę Swanna, tłum. Krystyna Rodowska, wyd. Officyna 2018, s. 35.
[2] Tamże, s. 182.
[3] Tamże, s. 282.
[4] Tamże, s. 426.

Książkę otrzymałam do recenzji w ramach współpracy z portalem „BiblioNETka”

17/04/2020

„Jedz, módl się, kochaj” – Elizabeth Gilbert

Elizabeth Gilbert, to kobieta, która w wieku trzydziestu lat miała niemal wszystko. Solidne wykształcenie, męża, intratną posadę i własne cztery kąty. A jednak to jej nie wystarczało. Postanowiła rozwieść się z mężem. Nie czuła się, bowiem ani szczęśliwa, ani spełniona. Wręcz przeciwnie – była nieustannie przybita, towarzyszyły jej smutek i lęk. Wciąż czegoś jej brakowało i pragnęła zmian. Pewnego dnia zdecydowała się, więc rzucić wszystko i wyruszyć w świat. Udała się w roczną podróż, podczas której odwiedziła Włochy, Indie i Indonezję, a książka Jedz, módl się, kochaj, to zapis jej doświadczeń, wrażeń i refleksji z podróży.

Zapowiadała się naprawdę świetna lektura. Okazała się natomiast szmirą, jakich mało. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czytałam tak słabą i przede wszystkim tak nudną książkę.

Zacznijmy od głównej bohaterki, a zarazem autorki. Działała mi na nerwy już od pierwszy stron. Drażniły mnie jej poglądy, podejście, zachowanie, decyzje. I zapewniam – wcale nie dlatego, że brak mi tolerancji, czy empatii… Elizabeth to zapatrzona w siebie egoistka. Cechuje ją skrajnie hedonistyczne podejście do życia. Lubi sobie dogadzać na każdym kroku, a przy tym odznacza się niebywałym narcyzmem i zachowuje się tak, jakby była pępkiem świata. Obcowanie z jej tokiem myślenia i stylem narracji, to wyjątkowo irytujące i wyczerpujące doświadczenie. Ta książka miała być przyjemną i lekką lekturą, a tymczasem naprawdę zmęczyła mnie psychicznie.

Jedz, módl się, kochaj w założeniu miała być książką o poszukiwaniu siebie. Spodziewałam się, więc wielu życiowych refleksji. Niestety na założeniu i moich zawiedzionych oczekiwaniach się skończyło. Owszem, autorka niby dzieli się z czytelnikiem swoimi przemyśleniami. Pisze o nich z patosem usilnie starając się przedstawić je, jako bardzo głębokie i wzniosłe. Tyle, że – delikatnie mówiąc – słabo jej to wychodzi. Jej przemyślenia są pseudo życiowe i w gruncie rzeczy porażająco płytkie. Miałam wrażenie, że czytam zapiski znerwicowanej, rozhisteryzowanej i całkowicie rozchwianej emocjonalnie nastolatki, a nie dorosłej, wykształconej kobiety.

Styl Gilbert jest po prostu tragiczny. Jej wywody to niespójna, kompletnie chaotyczna paplanina o wszystkim i o niczym. Widać, że autorka bardzo się starała, by brzmiało to inteligentnie, ale niestety nie brzmi. W kółko powtarza to samo. Całościowo narracja tej książki to jeden wielki bełkot – dużo słów, lecz mało treści. Chyba miało być lekko i z humorem, ale wyszło prostu infantylnie i żałośnie.

Ponadto – od strony technicznej – do szału doprowadzały mnie króciutkie rozdzialiki. Ciężko je nazwać rozdziałami. Były one przesadnie krótkie, a przy tym wydzielone zupełnie bez ładu i składu. Dosłownie miałam wrażenie, że początek i koniec każdego z nich wyznaczała jakaś maszyna losująca. Podział ten jest, według mnie, kompletnie niefunkcjonalny, nielogiczny i do tego rozprasza.

Jak już wspominałam, Jedz, módl się, kochaj, to opowieść o podróżach do Włoch, Indii i Indonezji. Wątków stricte podróżniczych jednak jest w książce jak na lekarstwo. Autorka skupia się głownie na sobie. Część pierwsza, poświęcona Włochom, to właściwie tylko nieustające zachwyty nad włoską kuchnią. W szczególności nad makaronem. I to by było na tyle. Część druga, w której mowa o Indiach jest najbardziej męcząca. Elizabeth opisuje swój pobyt w indyjskiej aśramie. Sekciarskie klimaty, medytacje, medytacje i jeszcze raz medytacje. A potem medytacje o medytacjach. I… Właściwie to nic więcej z tego rozdziału nie pamiętam. No i w końcu Indonezja. Tu już coś zaczyna się dziać. Na tle poprzednich części, ta jest nawet, nawet. Powoli zaczyna dać się to czytać. Ale szału nadal nie ma. A co tam było w tej Indonezji? Elizabeth tam była. A poza tym? No… Ciężko powiedzieć.

Zdarza się, co prawda, że czytając, natkniemy się tu i ówdzie na zdawkowe, kilkuzdaniowe informacje kulturowe, ale są one mało ciekawe i bardzo encyklopedyczne. Mam wrażenie, że autorka dosłownie wzięła do ręki jakąś encyklopedię i przepisała z niej jakiś fragment do swojej książki, bo wypadałoby jednak coś na ten temat powiedzieć, a ona od siebie nie ma do powiedzenia nic.

Przez niemal pięćset stron nie działo się zupełnie nic. Książka jest nudna jak flaki w oleju. Do tego przegadana i ogromnie przereklamowana. Jestem z siebie dumna, że dobrnęłam do końca i nie porzuciłam jej w trakcie, choć wielokrotnie miałam taki zamiar. Czuję się jednak oszukana. Zapowiadało się na klimatyczną historię o poszukiwaniu siebie, pełną życiowych refleksji i podróżniczych smaczków, a co dostałam? Naiwną historyjkę, w której prawdziwość, nawiasem mówiąc, trudno uwierzyć. Do tego kiczowatą, pozbawioną jakiegokolwiek klimatu i głębi, która zamiast poruszyć i zachwycać, przede wszystkim nudzi, wkurza i niebywale męczy, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Książki, rzecz jasna nie polecam. Chyba, że ktoś lubi pseudo życiowe, naiwne historyjki o wszystkim i o niczym, pełnie nieuzasadnionego patosu. Jedyny plus mogę przyznać za wyjątkowo trafnie dobrany tytuł. Bowiem dokładnie mówi, o czym jest książka. Wiem, że autorka opublikowała kolejną część swoich perypetii, ale nie mam zamiaru się z nią zapoznawać. Szkoda mi czasu.

Na podstawie tej historii powstał film o tym samym tytule, wyreżyserowany przez Ryana Murphy’ego. Główną rolę zagrała Julia Roberts. Sama jeszcze go nie oglądałam, ale szczerze mówiąc, jestem bardzo ciekawa tej adaptacji.

Moja ocena: 1,5/6

20/12/2013

„Jesień młodości” – Miriam Akavia

Jesień młodości to krótka, ale bardzo treściwa opowieść plasująca się na granicy literatury faktu i beletrystyki. Akcja rozgrywa się w czasach holokaustu, a bohaterami są ludzie stojący u progu dorosłości. Nie jest to w stu procentach autentyczna relacja autorki z jej własnych przeżyć, lecz wymyślona przez nią historia. Faktem jest jednak, iż wykorzystała wydarzenia, które faktycznie miały miejsce w jej życiu, a osoby, o których mówi, istniały naprawdę: to członkowie rodziny i ludzie z bliskiego otoczenia Miriam Akavii.

W utworze fikcja przeplata się cały czas z rzeczywistością. Choć w tym wypadku mamy do czynienia z wymyśloną historią, nie można powiedzieć, że Jesień młodości pozbawiona jest autentyzmu. Autorka wie doskonale, o czym pisze, bo sama jest Żydówką. Urodziła się i wychowała w Krakowie. Przeżyła holokaust i mimo wielu ciężkich przejść wyszła z pożogi cało. Już po zakończeniu wojny, w 1946 roku wyemigrowała do Izraela i tam żyje i mieszka do dziś. Jest honorową przewodniczącą Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Izraelskiej i podejmuje wiele inicjatyw mających na celu ocieplenie stosunków polsko-izraelskich.

Jak już wspomniałam, bohaterami książki Akavii są przede wszystkim ludzie młodzi. Nie bez powodu. Autorka na ich przykładzie ukazała olbrzymi dramat młodego pokolenia Żydów w dobie holokaustu. Udało jej się w utworze zawrzeć wszystkie rozterki i bolączki, z którymi ci musieli się wówczas borykać. Umiejętnie oddała nastrój grozy i opisała niezwykłą determinację, jaką wykazywali ludzie stojący u progu dorosłości w walce o przetrwanie oraz nadzieję. Ponadto udało jej się przekazać tę specyficzną – zwłaszcza u młodych – chęć życia, która czasami była wszystkim, co się miało i co pozwalało żyć, a także przetrwać. Niekiedy także ta młodzieńcza chęć życia była ponad wszystkim, dając wciąż nadzieję i siły do walki. Walki o siebie w obliczu tak brutalnej rzeczywistości holokaustu.

Dziś, w czasach pokoju, wielu wchodzących właśnie w dorosłość czuje zagubienie i pragnie ze wszystkich sił odnaleźć swoje miejsce w świecie. I często okazuje się, że nie jest to wcale takie łatwe. Bohaterowie książki Miriam Akavii czuli to samo. Tylko czasy były inne. Złe. Okrutne. Zwłaszcza dla nich, naznaczonych piętnem żydowskiego pochodzenia. O ile ciężej musiało być im? O ile bardziej byli zagubieni od tych dzisiejszych młodych? Możemy tylko próbować to sobie wyobrazić. W jeszcze innym wymiarze Jesień młodości to dobrze skonstruowana panorama najróżniejszych postaw, jakie ludzie przyjmowali wobec rzeczywistości holokaustu ze wszystkimi charakterystycznymi dla niej okrucieństwami.

Pod kątem stricte literackim ta pozycja nie jest żadnym fenomenem, w każdym razie dla mnie. Można by nawet powiedzieć, że na tle innych zaliczających się do tego typu literatury wypada raczej przeciętnie. Jak powszechnie wiadomo, sam wątek zagłady przedstawicieli wyznania mojżeszowego był już w literaturze podejmowany mnóstwo razy, więc w pewnym sensie jest to książka, jakich wiele. Niemniej jednak ta pozycja mimo wszystko się wyróżnia i jest inna od całej reszty. Właśnie przez tę młodość, tak cudownie uchwyconą i opisaną. Bo to ona jest tu na pierwszym planie. Nie przypominam sobie żadnej innej książki, która zawierałaby tak dogłębną analizę sytuacji młodego pokolenia w obliczu nie tyle samej wojny, co właśnie konkretnie holokaustu. A takich utworów, w których mowa o zagładzie Żydów, przeczytałam już niezliczoną liczbę. Dlatego właśnie uważam, że w pewien sposób Jesień młodości jest wyjątkowa i warto ją przeczytać.

Moja ocena: 4/6

20/07/2012

„Żegnaj Afryko” – Corinne Hofmann

Już czytając Białą Masajkę byłam niezmiernie ciekawa, jak potoczyły się dalej losy autorki. Uciekła z Kenii, wróciła z córeczką do Szwajcarii i co? Przecież kilka lat wcześniej porzuciła wszystko. Utraciła nawet szwajcarskie obywatelstwo. Nie miała zupełnie nic i czekało ją – po raz kolejny zresztą – rozpoczęcie wszystkiego od zera. Sytuacja patowa i tym trudniejsza, że Corinne musiała zatroszczyć się nie tylko o siebie, ale i o swoją kilkuletnią córkę. Jak udało się jej od nowa ułożyć sobie życie w ojczyźnie? Odpowiedź na te pytania przyniosła książka Żegnaj Afryko.

Sięgnęłam po Żegnaj Afryko bez wahania i nie ukrywam, że miałam w stosunku do niej dość duże oczekiwania. Niestety muszę powiedzieć, że się zawiodłam i to na wielu płaszczyznach.

Nigdy nie liczyłam na to, że Żegnaj Afryko dostarczy mi tyle samo emocji co Biała Masajka, ale mimo wszystko miałam nadzieję, że podczas lektury jakieś emocje towarzyszyć mi będą. Tymczasem kontynuacja bestsellera pani Hofmann nie dostarcza ich wcale. Wynika to z faktu, że o wielu sytuacjach, które były niewątpliwie ciekawe, autorka wspomina jedynie pobieżnie w kilku raptem zdaniach. Szkoda, bo jestem pewna, że gdyby zdecydowała się poświęcić pewnym wątkom nieco więcej uwagi, zamiast traktować je po macoszemu, książka wiele by zyskała.

W kontynuacji Białej Masajki Corinne Hofmann opowiada między innymi o tym, jak wyglądał jej powrót do cywilizacji. Mogłoby się wdawać, że po opuszczeniu buszu powrót do Szwajcarii, gdzie się wychowała, do cywilizacji, nie będzie niczym trudnym. Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że nawet powrót do tego, co znajome może wywołać szok kulturowy, i że do cywilizacji też trzeba się powoli i stopniowo przyzwyczajać, nawet jeżeli już wcześniej żyło się w wysoko rozwiniętym kraju. Sądziłam też, że skoro autorka wyrwała się z Afryki, to będzie chciała zerwać wszelkie więzi łączące ją z tym kontynentem. Tymczasem jest wręcz przeciwnie. Corinne cały czas szuka kontaktu z Afryką, myśli o kraju męża…

Książka nie jest beznadziejna. Jest umiarkowanie ciekawa, czyta się ją jako tako, ale niestety z pierwszą częścią nie ma jej co porównywać. Ma wiele wad, których nie sposób nie zauważyć i dla większości czytelników Białej Masajki będzie z pewnością rozczarowaniem. Bo o ile Biała Masajka ma w sobie „to coś” i powstała z potrzeby serca, spontanicznie (czy jak to nazwać), Żegnaj Afryko jest pozycją napisaną ewidentnie pod publiczkę. Można to zauważyć bez trudu. Ten fakt aż bije po oczach. Książka ma swoje walory, owszem, ale nie podlega dyskusji, że pisana była „na siłę”. To się po prostu wyczuwa podczas czytania, a można także wywnioskować analizując postępowanie autorki…

Podczas lektury Hofmann niejednokrotnie wzbudzała we mnie irytację swoimi poczynaniami. Nie raz i nie dwa odnosiłam wrażenie, że zachwyca się samą sobą, tym, jaka jest wspaniała, jak świetnie sobie poradziła z uporządkowaniem swojego życia, z rozpoczęciem wszystkiego od zera. Niestety, nie oszukujmy się, pani Corinne zdecydowanie najwięcej zawdzięcza w tym wypadku szczęśliwym zbiegom okoliczności, których w jej życiu od powrotu do Szwajcarii było niemało. Nie mówię, że sobie nie zawdzięcza nic, ale zdecydowanie ma kobieta po prostu „więcej szczęścia niż rozumu”. Takie jest moje zdanie.

Książka obok licznych wad ma także dobre strony. Najbardziej spodobał mi się w niej szczegółowo opisany proces powstawania Białej Masajki. Moim zdaniem, to wątek bardzo ciekawy i właściwie jedyny, który nie został potraktowany w Żegnaj Afryko po macoszemu, a tak, jak powinien. Dowiadujemy się ze szczegółami wszystkiego o powstaniu i sukcesie Białej Masajki. Od pierwszej myśli, żeby napisać książkę, do jej światowego sukcesu. Zawsze mnie to interesowało, więc jestem usatysfakcjonowana.

Żegnaj Afryko nie ma w sobie nic szczególnego, ale mimo wszystko wciąga. Jest jednakże również świadectwem tego, iż czasami autorzy powinni poprzestać na pierwszym tomie swojego dzieła, zwłaszcza jeśli okazał się on sukcesem… Nie od dziś wiadomo, że „co za dużo, to niezdrowo” oraz że „lepszy niedosyt niż przesyt”.

Książki nie polecam ani nie odradzam. Jeśli ktoś czytał Biała Masajkę i lektura obudziła w nim ciekawość co do dalszych wydarzeń, to może przeczytać. Najpierw jednak zalecam wyzbycie się wszelkich oczekiwań, co by się przypadkiem gorzko nie rozczarować. To po prostu takie lekkie czytadło. Króciutkie. W sam raz na leniwe, letnie popołudnie.

Moja ocena: 2,5/6

26/04/2012

„Szczęściara” – Alice Sebold

Szczęściara to niezwykle poruszająca i dramatyczna historia dziewczyny, która w wieku osiemnastu lat została napadnięta i brutalnie zgwałcona. Nikt nie słyszał, gdy wołała o pomoc. Ta książka to nie tylko opowieść o gwałcie, ale także o wszystkim, co było potem. O poszukiwaniach gwałciciela, procesie, ale przede wszystkim o długim i trudnym dochodzeniu do siebie. Nie fizycznym, lecz psychicznym.

Zapiski te są głęboko wstrząsające. Wpływ na to mają zdecydowanie bardzo drobiazgowe opisy, autorka bowiem nie pozwala sobie na pominięcie żadnego, najdrobniejszego nawet szczegółu. Jednakże nie tylko ta drobiazgowość sprawia, że opowieść przesycona jest tak ogromnym napięciem. Wynika to przede wszystkim z faktu, że Szczęściara jest historią autobiograficzną – stanowi zapis przeżyć autorki.

Jak już wspomniałam, Sebold opisuje krok po kroku nie tylko gwałt, ale także cały długotrwałą i trudną walkę o schwytanie i ukaranie przestępcy, o własną tożsamość i szczęście, o powrót do normalności. Nie jest to łatwe, bo jak tu przejść do porządku dziennego nad tym, że jest się ofiarą gwałtu? Nie trzeba być geniuszem, żeby jasno odpowiedzieć sobie na to pytanie – nie da się po prostu. Rany fizyczne szybko się goją, ale psychiczne albo dopiero po wielu latach, albo – co też się często zdarza – nigdy. A nawet jeśli się zagoją, to zawsze pozostawiają po sobie blizny, które w mniejszym lub większym stopniu determinują całe dalsze życie skrzywdzonego człowieka.

Przyznam szczerze, że bardzo trudno jest mi oceniać tę książkę. No bo jak tu oceniać czyjeś życie i postępowanie? Tym bardziej jeśli chodzi o przeżycia tak osobiste, o sprawę tak trudną i delikatną jak gwałt. Tak naprawdę się nie da. I przede wszystkim chyba nie powinno się. Owszem – można myśleć: „gdybym była na jej miejscu”. Tylko po co? Czy to w ogóle coś da? Wątpię. Bo, moim zdaniem, nie można być nigdy na sto procent pewnym, co by się samemu zrobiło w podobnej sytuacji. Wszak w momentach ekstremalnych każdy funkcjonuje chyba nieco inaczej. Poza tym, jak to się mówi, „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Dlatego właśnie nie mam zamiaru szczegółowo analizować i oceniać opisywanych w książce wydarzeń.

Podziwiam autorkę za odwagę i determinację. Życie z brzemieniem gwałtu, walka o sprawiedliwość, o samą siebie, o powrót do normalności, stanięcie twarzą w twarz z gwałcicielem i opowiadanie o tym wszystkim, co przeszła, po wielokroć na różnych etapach śledztwa, niewątpliwie kosztowały ją wiele wysiłku. Przebrnęła przez to. Okazała się na tyle silna i uparta, że nie poddała się w połowie drogi, tak jak – o czym wspomina w swojej książce – robi to większość dziewczyn w podobnej sytuacji. Na dodatek po latach zebrała się w sobie i opublikowała swoje wspomnienia, które pewnie niejednej osobie po przejściach podsunęły myśl: „ona się pozbierała, wiec dlaczego ja nie mogę”?

Jest to pozycja z gatunku tych, po których przeczytaniu zupełnie inaczej patrzy się na świat i ludzi. To książka zdecydowanie dobra i cenna. Bardzo życiowa, prawdziwa. Nic nie jest w niej „na siłę”.

Polecam. Zwłaszcza jeśli ktoś lubi takie historie pisane przez życie.

Moja ocena: 4/6