17/04/2020

„Jedz, módl się, kochaj” – Elizabeth Gilbert

Elizabeth Gilbert, to kobieta, która w wieku trzydziestu lat miała niemal wszystko. Solidne wykształcenie, męża, intratną posadę i własne cztery kąty. A jednak to jej nie wystarczało. Postanowiła rozwieść się z mężem. Nie czuła się, bowiem ani szczęśliwa, ani spełniona. Wręcz przeciwnie – była nieustannie przybita, towarzyszyły jej smutek i lęk. Wciąż czegoś jej brakowało i pragnęła zmian. Pewnego dnia zdecydowała się, więc rzucić wszystko i wyruszyć w świat. Udała się w roczną podróż, podczas której odwiedziła Włochy, Indie i Indonezję, a książka Jedz, módl się, kochaj, to zapis jej doświadczeń, wrażeń i refleksji z podróży.

Zapowiadała się naprawdę świetna lektura. Okazała się natomiast szmirą, jakich mało. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czytałam tak słabą i przede wszystkim tak nudną książkę.

Zacznijmy od głównej bohaterki, a zarazem autorki. Działała mi na nerwy już od pierwszy stron. Drażniły mnie jej poglądy, podejście, zachowanie, decyzje. I zapewniam – wcale nie dlatego, że brak mi tolerancji, czy empatii… Elizabeth to zapatrzona w siebie egoistka. Cechuje ją skrajnie hedonistyczne podejście do życia. Lubi sobie dogadzać na każdym kroku, a przy tym odznacza się niebywałym narcyzmem i zachowuje się tak, jakby była pępkiem świata. Obcowanie z jej tokiem myślenia i stylem narracji, to wyjątkowo irytujące i wyczerpujące doświadczenie. Ta książka miała być przyjemną i lekką lekturą, a tymczasem naprawdę zmęczyła mnie psychicznie.

Jedz, módl się, kochaj w założeniu miała być książką o poszukiwaniu siebie. Spodziewałam się, więc wielu życiowych refleksji. Niestety na założeniu i moich zawiedzionych oczekiwaniach się skończyło. Owszem, autorka niby dzieli się z czytelnikiem swoimi przemyśleniami. Pisze o nich z patosem usilnie starając się przedstawić je, jako bardzo głębokie i wzniosłe. Tyle, że – delikatnie mówiąc – słabo jej to wychodzi. Jej przemyślenia są pseudo życiowe i w gruncie rzeczy porażająco płytkie. Miałam wrażenie, że czytam zapiski znerwicowanej, rozhisteryzowanej i całkowicie rozchwianej emocjonalnie nastolatki, a nie dorosłej, wykształconej kobiety.

Styl Gilbert jest po prostu tragiczny. Jej wywody to niespójna, kompletnie chaotyczna paplanina o wszystkim i o niczym. Widać, że autorka bardzo się starała, by brzmiało to inteligentnie, ale niestety nie brzmi. W kółko powtarza to samo. Całościowo narracja tej książki to jeden wielki bełkot – dużo słów, lecz mało treści. Chyba miało być lekko i z humorem, ale wyszło prostu infantylnie i żałośnie.

Ponadto – od strony technicznej – do szału doprowadzały mnie króciutkie rozdzialiki. Ciężko je nazwać rozdziałami. Były one przesadnie krótkie, a przy tym wydzielone zupełnie bez ładu i składu. Dosłownie miałam wrażenie, że początek i koniec każdego z nich wyznaczała jakaś maszyna losująca. Podział ten jest, według mnie, kompletnie niefunkcjonalny, nielogiczny i do tego rozprasza.

Jak już wspominałam, Jedz, módl się, kochaj, to opowieść o podróżach do Włoch, Indii i Indonezji. Wątków stricte podróżniczych jednak jest w książce jak na lekarstwo. Autorka skupia się głownie na sobie. Część pierwsza, poświęcona Włochom, to właściwie tylko nieustające zachwyty nad włoską kuchnią. W szczególności nad makaronem. I to by było na tyle. Część druga, w której mowa o Indiach jest najbardziej męcząca. Elizabeth opisuje swój pobyt w indyjskiej aśramie. Sekciarskie klimaty, medytacje, medytacje i jeszcze raz medytacje. A potem medytacje o medytacjach. I… Właściwie to nic więcej z tego rozdziału nie pamiętam. No i w końcu Indonezja. Tu już coś zaczyna się dziać. Na tle poprzednich części, ta jest nawet, nawet. Powoli zaczyna dać się to czytać. Ale szału nadal nie ma. A co tam było w tej Indonezji? Elizabeth tam była. A poza tym? No… Ciężko powiedzieć.

Zdarza się, co prawda, że czytając, natkniemy się tu i ówdzie na zdawkowe, kilkuzdaniowe informacje kulturowe, ale są one mało ciekawe i bardzo encyklopedyczne. Mam wrażenie, że autorka dosłownie wzięła do ręki jakąś encyklopedię i przepisała z niej jakiś fragment do swojej książki, bo wypadałoby jednak coś na ten temat powiedzieć, a ona od siebie nie ma do powiedzenia nic.

Przez niemal pięćset stron nie działo się zupełnie nic. Książka jest nudna jak flaki w oleju. Do tego przegadana i ogromnie przereklamowana. Jestem z siebie dumna, że dobrnęłam do końca i nie porzuciłam jej w trakcie, choć wielokrotnie miałam taki zamiar. Czuję się jednak oszukana. Zapowiadało się na klimatyczną historię o poszukiwaniu siebie, pełną życiowych refleksji i podróżniczych smaczków, a co dostałam? Naiwną historyjkę, w której prawdziwość, nawiasem mówiąc, trudno uwierzyć. Do tego kiczowatą, pozbawioną jakiegokolwiek klimatu i głębi, która zamiast poruszyć i zachwycać, przede wszystkim nudzi, wkurza i niebywale męczy, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Książki, rzecz jasna nie polecam. Chyba, że ktoś lubi pseudo życiowe, naiwne historyjki o wszystkim i o niczym, pełnie nieuzasadnionego patosu. Jedyny plus mogę przyznać za wyjątkowo trafnie dobrany tytuł. Bowiem dokładnie mówi, o czym jest książka. Wiem, że autorka opublikowała kolejną część swoich perypetii, ale nie mam zamiaru się z nią zapoznawać. Szkoda mi czasu.

Na podstawie tej historii powstał film o tym samym tytule, wyreżyserowany przez Ryana Murphy’ego. Główną rolę zagrała Julia Roberts. Sama jeszcze go nie oglądałam, ale szczerze mówiąc, jestem bardzo ciekawa tej adaptacji.

Moja ocena: 1,5/6

02/04/2019

„List w butelce” – Nicholas Sparks

Kolejne – trzecie już – spotkanie z twórczością Sparksa, to dla mnie rozczarowanie. Zresztą podobnie było za pierwszym i za drugim razem. Wówczas jednak, niezrażona, powiedziałam sobie, że do trzech razy sztuka i postanowiłam spróbować raz jeszcze, tym bardziej, że literacki dorobek autora jest dość pokaźny. Może dotychczas nie trafiłam na właściwą książkę? Po lekturze Listu w butelce, na który to tytuł tym razem padł mój wybór, zwątpiłam w to – jak mi się zdaje – definitywnie.

Tym razem sięgnęłam po pozycję niemalże kultową. Jest to historia o tym, jak pewnego dnia, dziennikarka Theresa Osborne znajduje na plaży list w butelce – list miłosny, adresowany przez niejakiego Garreta do jego ukochanej Catherine. Zafascynowana znaleziskiem Theresa postanawia dowiedzieć się więcej o autorze listu i odnaleźć go. Kiedy jej się to udaje, nie ujawnia mu jednak, że znalazła jego list do Catherine, która była, jak się okazuje, zmarłą żoną Garreta. Tymczasem między nim, a dziennikarką zaczyna kiełkować uczucie. Czy ta relacja ma szansę przetrwać? Co będzie, gdy główny bohater pozna prawdę?

Książka jest nudna i schematyczna. Mam wrażenie, że wszystkie powieści Sparksa pisane są „na jedno kopyto”, według ściśle określonego schematu. Ten zarzut jest często powtarzany przez krytyków jego pióra i muszę niestety dołączyć do ich grona przyznając im rację. Po trzech przeczytanych książkach widzę już ten schemat bardzo wyraźnie. Mamy tu charakterystyczne sparksowskie toposy: wielka miłość, jakiś dramat, tęsknota. Dalej: śmierć, utrata bliskiej osoby i – to znak firmowy autora – koniecznie antyhappyend.

Sięgając po List w butelce nie liczyłam na arcydzieło. Wiedziałam, że sięgam po czytadło. Liczyłam jednak na coś przynajmniej przeciętnego i zjadliwego, tymczasem ta książka mnie zmęczyła. Nie dość, że schematyczna, to jeszcze najzwyczajniej w świecie nudna jak flaki z olejem. Akcja wlecze się powoli jakby chciała, a nie mogła.

Wiele do życzenia pozostawia też warstwa językowa i stylistyczna utworu. Powieść jest potwornie ckliwa i przesłodzona, a w niektórych miejscach z kolei zbyt patetyczna i udramatyzowana. Jest to książka bardzo emocjonalna – zdecydowanie za bardzo. Ponadto w trakcie lektury czytelnika biją po oczach biją liczne literówki i błędy interpunkcyjne, co zdecydowanie nie przemawia na korzyść tej pozycji. Ja rozumiem, że to tylko czytadło, ale nawet od czytadła oczekuję pewnego poziomu. Nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy widzę niechlujnie wydane książki (wyd. Albatros 2015), a robiona „na kolanie” korekta (o ile w ogóle robiona w tym przypadku była, bo mam, co do tego poważne wątpliwości) właśnie o niechlujstwie świadczy i woła o pomstę do nieba.

Po tej lekturze utraciłam bezpowrotnie wszelkie złudzenia, co do tego, że być może dołączę kiedyś do grona zachwyconych piórem Sparksa czytelniczek. Tak się nie stanie, bo więcej szans on ode mnie nie dostanie. Fenomen jego popularności i poczytności jest dla mnie kompletnie niezrozumiały. Mnie ta twórczość nie oczarowała, a wręcz przeciwnie – bardzo rozczarowała.

Czy List w butelce ma jakieś zalety? Cóż. Wątpliwe, ale tak: ostatecznie, choć powieść jest nudna jak flaki w oleju, czytało się ją dosyć szybko. Uff! Historia ta, w ogólnym zarysie, ma w sobie również pewien godny uwagi potencjał. To, że nie został on w ogóle wykorzystany, a jedynie zmarnowany, to już zupełnie inna rzecz.

W 1999 roku książka została zekranizowana. Film wyreżyserował Luis Mándoki. W rolach głównych wystąpili: Robin Wright i Kevin Costner. Adaptacja jest z pewnością zdecydowanie bardziej znana niż sama książka i również można powiedzieć, że stała się już filmem kultowym. Miałam okazję ją obejrzeć. I ona mnie nie zachwyciła, ale nie będę się tutaj szerzej na ten temat rozpisywać. Powiem tylko tyle, iż uważam, że film jest w tym wypadku mimo wszystko lepszy od książki.

Moja ocena: 1,5/6

18/02/2014

„Jesienna miłość” – Nicholas Sparks

jesiennamiloscMoje pierwsze literackie spotkanie ze Sparksem wypadło przeciętnie. Jako że jego dorobek pisarski jest dosyć bogaty, postanowiłam nie oceniać autora na podstawie tej jednej tylko książki i sięgnęłam po kolejną. Tym razem padło na Jesienną miłość.

Narratorem jest tu pięćdziesięcioletni mężczyzna, Landon Carter. Opowiada on czytelnikowi historię, która przytrafiła mu się, gdy miał lat zaledwie kilkanaście. Był bogatym i nieco rozpuszczonym dzieciakiem, wiodącym beztroskie, rozrywkowe życie. Pewnego dnia, z braku innej możliwości, zdecydował się zaprosić na bal swoją koleżankę z klasy, Jamie Sullivan, córkę miejscowego pastora. Dziewczyna zdecydowanie wyróżniała się na tle rówieśników. Była spokojna, miła, uczynna, zaangażowana społecznie, nie lubiła imprezować. Pierwsze miejsce w jej życiu zajmował Bóg. Stanowiła więc zupełne przeciwieństwo Landona. Nieoczekiwanie dla samego siebie chłopak zakochał się w Jamie i znajomość, zamiast zakończyć się równie szybko, jak się zaczęła, miała dalszy ciąg. Jednak nie wszystkie niespodzianki, które tym dwojgu zgotował los, należały do przyjemnych.

Lektura tej powieści wzbudziła we mnie mieszane odczucia, choć bilans jest zdecydowanie ujemny. To książka napisana sprawnie, dość dobrym językiem i stylem. Niemniej płaszczyzna językowa nie jest pozbawiona wad. Przede wszystkim raziła mnie przesadna egzaltacja i pojawiające się nagminnie pseudo-poetyckie sformułowania. Nie są one szczególnie złe, a niekiedy wręcz całkiem przyzwoite, przeważnie jednak wywoływały we mnie wrażenie pewnej sztuczności. Zupełnie jakby ktoś chciał za wszelką cenę przydać możliwie najwięcej poetyckości tekstowi. Nie wiem, czy winnym takiego stanu rzeczy jest autor, czy może tłumacz (Andrzej Szulc). Niestety nie do końca się to udało.

Atutem Jesiennej miłości jest niewątpliwie to, że czyta się ją szybko, chociaż porusza tematy niełatwe, takie jak smutek czy choroba. Osoby, które łatwo i często się wzruszają, prawdopodobnie kilka razy podczas lektury uronią łezkę, bo powieść momentami jest niemiłosiernie ckliwa. Dla mnie aż do przesady. Do obrzydzenia wręcz. Poza tym autor dość dobrze poradził sobie z nakreśleniem i zanalizowaniem emocji i uczuć będących udziałem dwójki głównych bohaterów. Niestety emocje te są, moim zdaniem, przesadnie wyeksponowane. Zupełnie niepotrzebnie.

Historia Jamie i Landona jest właściwie dosyć banalna i w znacznym stopniu przewidywalna. W dużej mierze jest to wina sposobu kreacji bohaterów. Oboje są przerysowani, tak jednoznaczni, że aż nierealni i to się natychmiast rzuca w oczy. Jamie zostala ukazana jako chodzący anioł. Nie ma żadnych wad. Dosłownie. Jest po prostu doskonała pod każdym względem. To strasznie irytujące. Nie lubię aż tak jednoznacznych bohaterów, a już zwłaszcza takich chodzących ideałów, jak Jamie. Jeśli chodzi o Landona, sprawy mają się trochę lepiej. Jest on bohaterem dynamicznym, który w toku akcji przechodzi wewnętrzną przemianę: dojrzewa, zmienia nastawienie do pewnych kwestii. Mimo to jednak on również jest mało rzeczywisty, a koleje jego losu przewidywalne niemal od pierwszych stron.

W powieści można dopatrzyć się również pewnego rodzaju przesłania. Sparks przypomina nam, jakie wartości naprawdę liczą się w życiu, co jest ważne i czym powinniśmy się kierować w postępowaniu, w podejmowaniu wyborów.

Oceniając Jesienną miłość jako całość, muszę stwierdzić, że jest to zwykłe czytadło. Mdłe, schematyczne. Pod wieloma względami podobne do wielu utworów napisanych wcześniej i później. Po tej lekturze stwierdzam, że nadal nie jest dla mnie jasny fenomen popularności Sparksa i powszechny zachwyt nad jego twórczością. Ja tego zachwytu zdecydowanie nie podzielam.

Dodam tu jeszcze, niejako na marginesie, że przed przeczytaniem Jesiennej miłości widziałam jej ekranizację. Filmowa wersja nosi tytuł Szkoła uczuć. Podobała mi się zdecydowanie bardziej od książki, ale również nie zachwyciła mnie szczególnie. Niewykluczone, że wrażenia filmowe łagodzą w jakimś stopniu moją ocenę literackiego pierwowzoru. Starałam się nie patrzeć na tę powieść przez pryzmat jej ekranowej adaptacji, ale przyznaję, że nie było to dla mnie wcale takie łatwe.

Moja ocena: 1,5/6