„Bóg. Życie i twórczość” – Szymon Hołownia

bogzycieiLubię Szymona Hołownię. Jako publicysta, prezenter telewizyjny, dziennikarz robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ponadto zaimponował mi tym, że nie boi się mówić otwarcie w mediach, iż jest człowiekiem wierzącym. Z moich obserwacji wynika, że dziś dla wielu jest to temat drażliwy… Gdy odkryłam, że pan Hołownia jest również autorem kilku książek, w których porusza kwestie związane z religią katolicką, postanowiłam, że jakąś przeczytam. Tym bardziej że spotkałam się już z wieloma pochlebnymi opiniami na ich temat.

Mój wybór padł na tytuł: Bóg. Życie i twórczość. Dlaczego akurat ten? Bo zapowiadał się na biografię Boga. W każdym razie tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Tego nie mogłam przegapić, choć nie ukrywam, że w pierwszej chwili pomyślałam sobie, iż autor najwyraźniej zbzikował, kolokwialnie mówiąc. No, bo przecież historia zna już całe rzesze takich, którzy mieli podobne zamiary. I co? I właśnie nic. Powstały na przestrzeni dziejów na ten temat niezliczone pisma, książki, książeczki i księgi, których autorzy próbowali poznać, szczegółowo opisać i wytłumaczyć absolut-Boga. Koncepcji tyle, ilu autorów, ale tak naprawdę dalej tkwimy w punkcie wyjścia, a filozofowie i teologowie wciąż mają co robić.

Jak i czy sprawdził się Szymon Hołownia jako „biograf” Boga? Nie mogę na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Skłamałabym mówiąc, że w ogóle sobie nie poradził, ale nie mogę również bez zastrzeżeń powiedzieć, że sobie poradził.

Książka oscyluje wokół najważniejszych aspektów funkcjonowania Boga w świecie. Hołownia poddaje swego rodzaju analizie boże poczynania na przestrzeni dziejów. Od stworzenia świata właściwie aż do czasów współczesnych. Dalej interpretuje je w kontekście ludzkich doświadczeń zdobytych w ciągu wielu stuleci. Dzieli się przy tym z czytelnikiem własnymi refleksjami na dany temat, ukazując swój punkt widzenia. Dalej zaprasza także nas do tego, abyśmy poszukiwali swojej drogi, która pomoże nam odkryć, doświadczyć Boga „na własnej skórze”. Droga ta – zdaniem autora – dla każdego jest inna.

Szymon Hołownia to człowiek niewątpliwie bardzo oczytany. Udowodnił to zamieszczając w swojej książce, pod koniec każdego – najmniejszego nawet – rozdzialiku, liczne odwołania do literatury fachowej, stricte teologicznej, która osobom szczególnie zainteresowanym danym zagadnieniem pozwoli poszerzyć wiedzę na jego temat. Tyle w kwestii zalet.

Czytając nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Hołownia próbuje być momentami śmieszny za wszelką cenę. Tylko jakoś kiepsko mu to wychodzi. Poczucie humoru, jakie przebija z kart książki, jest dość specyficzne i dla mnie mocno naciągane. Niestety. Już bym nawet była skłonna przejść nad tym do porządku dziennego, gdyby nie język i styl, do których też mam spore zastrzeżenia. Autor cały czas posługuje się językiem bardzo nowoczesnym, powiedziałabym, że wręcz typowo młodzieżowym slangiem. Styl jest bardzo „na luzie”. Dla mnie – za bardzo. Czyżby chęć szpanowania? Za dużo w tym ostentacji i sztuczności.

Nie podoba mi się sposób, w jaki Szymon Hołownia opowiada o religii. Permanentne luzactwo w połączeniu z obecnymi niemal na każdym kroku sformułowaniami zaczerpniętymi z fachowej literatury daje w dużej mierze coś, co można nazwać pseudo-intelektualnym bełkotem. Nie przemawia to do mnie. Ja doskonale rozumiem, że autor jest człowiekiem ambitnym i jako osoba wierząca chciał przedstawić ważne dla wielu jemu podobnych kwestie w sposób przystępny dla przeciętnego zjadacza chleba, pozbawiony górnolotnego intelektualizmu. Jednak uważam, że wyszło mu to marnie. Przedobrzył. Bardzo chciał, żeby wyszło prosto, a jednocześnie rzetelnie. Niestety na chęciach się skończyło. Z tego powodu książkę na ogół czyta się topornie. Zdarzają się wyjątkowo fragmenty, kiedy autor przez chwilę nie próbuje być zabawny – i wtedy jest lepiej.

Dostrzegam w tej książce niemal całkowity brak zgodności między formą a treścią. Jedno z drugim niesamowicie mi się gryzie. Podczas czytania strasznie mnie to rozpraszało i irytowało, dlatego książkę męczyłam dość długo. Nie oczekiwałam, że ta pozycja okaże się fachową teologiczną rozprawą. Gdybym miała ochotę na lekturę tego typu, co się czasem zdarza, sięgnęłabym zapewne po jedno z pism Doktorów Kościoła. Niemniej jednak jestem zawiedziona. Liczyłam na nieco więcej profesjonalizmu, nieco więcej wewnętrznej spójności wywodu. Tymczasem autor troszkę tutaj z tym jest na bakier. Spodziewałam się również, że treść będzie nieco bardziej konkretna. Próżne były moje nadzieje. Miało być przystępnie i prosto, a wyszło, zdaje mi się, prostacko i chaotycznie.

Trudno mi ocenić tę książkę. Sama w sobie jest dla mnie, jaka jest. Stanowi duże rozczarowanie. Po pierwsze – dlatego, że zupełnie czego innego spodziewałam się po Hołowni. Po drugie – dlatego, że wiele osób (zarówno wierzących, jak i nie) bardzo tę pozycję chwali. Nie chcę twierdzić, że autor jest złym pisarzem. Tym bardziej że to na razie jedyne jego dzieło, z którym się zapoznałam. Może inne są lepsze? Jeszcze nie wiem. Ta w każdym razie do mnie nie przemawia i wynudziłam się przy niej strasznie, choć były też fajne momenty… Należały one jednak do rzadkości.

Moja ocena: 2/6

„Biała Masajka” – Corinne Hofmann

bialamasajkaTo opowieść o kobiecie ze Szwajcarii, właścicielce dobrze prosperującej firmy. Wraz ze swoim narzeczonym wybrała się ona na urlop do Kenii. Tam poznała Masaja imieniem Lketinga, w którym zakochała się od pierwszego wejrzenia. Pod wpływem tego uczucia postanowiła rzucić wszystko w diabły, aby być z Lketingą. Osiągnęła swój cel i wraz z ukochanym rozpoczęła życie w jego rodzinnej, masajskiej wiosce. W buszu. Niewiarygodne? A jednak to prawda! Coś takiego właśnie przeżyła Corinne Hofmann – autorka Białej Masajki.

Zauroczona Lketingą Corinne pod wpływem silnego uczucia zdecydowała się zrezygnować ze wszystkiego, by rozpocząć zupełnie nowe życie, skrajnie odmienne od tego, które prowadziła do tej pory. Zostawia wszystko, aby rozpocząć życie w afrykańskim buszu. Spędziła tam cztery lata, uczestnicząc w życiu masajskiej społeczności i próbując uczynić życie tubylców nieco bardziej cywilizowanym. Stawiła czoło różnicom kulturowym. Mieszkała w chacie z krowiego łajna, ciężko pracowała wraz z innymi kobietami z wioski. W tamtych warunkach urodziła i wychowywała córeczkę. Niestety po czterech latach w związku jej i Lketingi zaczęło się dziać nie najlepiej. Pod pretekstem wyjazdu na kilkutygodniowy urlop do Szwajcarii i odwiedzin u matki uciekła od męża, aby jeszcze raz rozpocząć nowe życie – na powrót w Szwajcarii.

Można nazwać Corinne Hofmann głupią, szaloną, naiwną, ale trzeba jej oddać, że jest niezwykle odważna. Ja za nic w świecie nie odważyłabym się tak po prostu zrezygnować ze wszystkiego i przenieść się do Afryki, aby żyć w jednym z tamtejszych plemion, a już na pewno nie wytrzymałabym tam czterech lat. Mimo wszystko Hoffman bardzo mi zaimponowała. Czym? Tym, że pokazała, iż potrafi z determinacją walczyć o to, czego pragnie. To cenne. I nieważne w tym momencie, że generalnie rzecz biorąc, postąpiła głupio i naiwnie.

W książce bardzo podobały mi się liczne opisy Afryki, plemiennych obyczajów, zasad, różnic kulturowych. Dzięki tej pozycji można się dowiedzieć naprawdę wielu ciekawych rzeczy na temat Kenii i plemienia Samburu. No i, co najważniejsze, są to informacje z pierwszej ręki.

Co mnie wkurzało? Momentami sama Corinne. Ale mniejsza z tym. Mimo iż książka jest bardzo ciekawa, a historia Corinne Hofmann wciągająca i nietuzinkowa, lektura zajęła mi sporo czasu. To dlatego, że styl autorki pozostawia wiele do życzenia. Jest toporny, trudno przyswajalny, a chwilami wręcz zatrąca o grafomanię.

Mimo wszystko uważam, że książka jest świetna i warta przeczytania. Nie przeczę jednak, że ma swoje wady.

Moja ocena: 5/6

„Bez sentymentów” – Erich Segal

bezsentymentówBez sentymentów, to moja już któraś z kolei powieść Segala. Gdy brałam tę książkę do ręki był on już od jakiegoś czasu w gronie moich ulubionych autorów. Już wówczas jego twórczość dość dobrze znałam i wysoko ceniłam, toteż po wyżej wspomniany tytuł sięgnęłam właściwie automatycznie. Opis na tylnej części okładki także brzmiał całkiem zachęcająco.

Początek fabuły osadzony został w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Głównymi bohaterami powieści są Nina i Elliot. Poznali się pracując w jednej z nowojorskich agencji teatralnych. Ona – młoda, ambitna, zdolna, kobieta sukcesu, wręcz skazana na sukces. On – nieśmiały, życiowy nieudacznik, którego nigdy nie opuszcza pech. Pewnego dnia zakochują się w sobie i pobierają się. Do pełni szczęścia brakuje im tylko dziecka. I właściwie już tu zaczynają się schody.

Sięgając po tę pozycję spodziewałam, się że – jak to zwykle bywa w przypadku utworów Segala – wciągnie mnie już od pierwszej strony, pozwoli spojrzeć w niezwykły sposób na zwykłe problemy, poruszy i jeszcze przez jakiś czas po przeczytaniu pozostanie w moich myślach. Niestety rozczarowałam się i to zdecydowanie negatywnie.

Pierwszy raz czytając utwór Segala zastanawiałam się po co właściwie on to opublikował? Nie wiem. Książka jakby zupełnie nie w stylu tego autora. Nie jest jakaś tragiczna, niemniej jednak niczym nie zaskakuje, nie wzbudza żadnych emocji, nie skłania do refleksji. A to ostatnie przecież jest jednym z charakterystycznych elementów jego pisarstwa. Ten deficyt dziwi mnie tym bardziej, że w innych swoich utworach Segal osiągał ten efekt znakomicie.

Utwory Segala generalnie mają to do siebie, że na zwyczajność pozwalają spojrzeć niezwyczajnie. O tym utworze tego powiedzieć nie można. Ta pozycja jest po prostu zwyczajna. Do przesady. Do znudzenia wręcz. Jest właściwie o niczym. Zwykli ludzie, zwykłe problemy – jak zwykle zresztą u Segala, ale tym razem brakowało mi tej otoczki, pozornej błahostki, o którą tak naprawdę wszystko by się rozbijało – tego kontekstu, który gdzieś tam zawsze u Segala był obecny.

Kolejną rzeczą, którą bardzo cenię sobie w książkach w ogóle, a u tego autora zwłaszcza jest sposób kreowania postaci – ich barwność, niejednoznaczność, dynamizm. Oprócz tego język – osiągane dzięki niemu: plastyczność obrazowania, nastrojowość, które tak jednoznacznie mi się z Segalem kojarzą. Próżno tego wszystkiego szukać w niniejszej publikacji. W moich oczach książka wiele na tym traci i przyznam szczerze, że kilkukrotnie już zastanawiałam się, czy Bez sentymentów napisał na pewno TEN Segal. Ciężko mi było w to uwierzyć. Ze wszystkich jego powieści ta jest zdecydowanie najgorsza.

Niemniej jednak pomimo znacznego rozczarowania i ogólnego nie najlepszego wrażenia, jakie wywarła na mnie ta powieść nie mogę nie wspomnieć o zaletach, jakie również dzieło to posiada, choć niestety te schodzą tu zdecydowanie na dalszy plan.

Bez sentymentów to króciutki utwór, a ponadto taki, który mimo wszystko bardzo szybko się czyta. W sam raz dla osób, które poszukają czegoś mało ambitnego i nie długiego, dla zabicia czasu. No i jakby nie spojrzeć ostatecznie odnajduję tu pierwiastek tej „segalowskiej świetności”, a mianowicie urzeka mnie – choć nie w tak wielkim stopniu jak zwykle – sposób podejmowania problemów ludzkich.

Tę książkę bardzo trudno było mi ocenić. Chyba w dużej mierze dlatego, że nie mogę nie patrzeć na nią w kontekście całego dorobku pisarskiego autora. Ocenę przyznałam po długim wahaniu i z bólem serca.

Moja ocena: 2/6