„Jazda na rydwanie” – Julian Hardy
Jazda na rydwanie to opasłe, niespełna dziewięciuset stronicowe tomiszcze. Przybliżenie fabuły stanowi dla mnie nie lada wyzwanie, bo jest to powieść wielowątkowa, łącząca w sobie elementy kilku gatunków literackich. To po trosze thriller, po trosze powieść przygodowa i łotrzykowska, a po trosze jeszcze romans z niemałą dawką erotyki.
Głównego bohatera – Roberta Meissnera – poznajemy w 1938 roku, kiedy ma osiemnaście lat. Wychowywany jest przez matkę; samotną, apodyktyczną i wyjątkowo toksyczną kobietę. Chłopak nie ma łatwego życia. Relacja z matką pozostawia wiele do życzenia, a w relacjach z rówieśnikami wcale nie jest lepiej. Chłopak, jest szkolnym kozłem ofiarnym. Uchodzi za nieudacznika i łamagę. Jest niejako z góry na przegranej pozycji, ponieważ nie jest zbyt bogaty. Wstąpienie do wojska okaże się momentem decydującym dla całego jego przyszłego życia. Przeżyje mnóstwo przygód podróżując po całej Europie i nie tylko, a jego życie znacząco się odmieni i będzie obfitowało w wiele zawirowań i zmiennych kolei losu.
Akcja powieści dzieje się w latach 1938-1974. Zahacza dość mocno o ówczesne wydarzenia polityczne w Polsce i na świecie. O dziwo mi to nie przeszkadzało, choć zwykle wątki polityczne niesamowicie mnie nużą. Nie przepadam za tą tematyką.
Obok polityki mamy również dużo informacji o charakterze historycznym i społeczno-obyczajowym. Szacunek dla autora, bo naprawdę popisał się wiedzą i świetnie przedstawił szeroko rozumiane realia XX-wiecznego świata. Bardzo podobały mi się pouczające i ciekawe przypisy odnoszące się do wplecionych w fabułę realnych wątków historycznych. Dzięki nim nie tylko poszerzałam wiedzę o historii XX-wiecznej Europy, ale i łatwiej było mi oddzielić literacką fikcję od rzeczywistości.
Bogaty świat przedstawiony, dylematy moralne, wielowątkowa fabuła, poprowadzona z rozmachem, ale i dbałością o wewnętrzną spójność akcja, która trzyma w napięciu to niewątpliwe atuty tej powieści. Jednak Jazda na rydwanie ma również swoje wady.
Bohaterowie to w większości postaci bardzo wyraziste, starannie wykreowane i silnie zindywidualizowane. Jednak dość mocno irytował mnie główny bohater. Jego postępowanie i umysł przez cały czas wymykały się wszelkim schematom i zaskakiwały. I z jednej strony to dobrze. Z drugiej jednak, czasami odnosiłam wrażenie, że do pewnych wniosków dochodzi nie wiadomo skąd. Nie zawsze potrafiłam się wczuć w jego perspektywę i zrozumieć ją, co jest dla mnie dość ważne z perspektywy czytelnika.
W pewnym sensie Jazda na rydwanie to także powieść inicjacyjna. Opowiada, bowiem o dojrzewaniu i przemianie głównego bohatera. Tak wewnętrznej jak i zewnętrznej, bo z zahukanego, biednego chłoptasia i nieudacznika staje się bogatym, wpływowym i pewnym siebie mężczyzną. Jednak nie wszystkie elementy, które złożyły się na jego przemianę brzmią dla mnie przekonująco. Mam tutaj mocno mieszane odczucia.
Drażniły mnie też sceny erotyczne, a ściślej mówiąc ich szczegółowość i ilość. Moim zdaniem pojawiały się, bowiem w nadmiarze. Czytelnik za każdym razem z najdrobniejszymi szczegółami poznaje arkana seksualnego pożycia Roberta i wszystkich jego miłosnych podbojów. Ponieważ zaś główny bohater w tej dziedzinie nie próżnuje, jest po temu sporo okazji. Mówią, że lepszy niedosyt niż przesyt. Tutaj mam zdecydowanie przesyt. Gdybym miała ochotę na taką ilość erotycznych wstawek, sięgnęłabym po coś z półki z literaturą erotyczną właśnie.
Podsumowując. Jazda na rydwanie to książka, która ma równie wiele wad, co zalet. Czyta się ją szybko, obfituje w wiele ciekawych wątków. Napisana jest prostym językiem, porusza wiele ważnych życiowych kwestii i dylematów moralnych. Jeśli ktoś lubi wielowątkowe powieści z mocno zarysowanym tłem historyczno-obyczajowym, to warto przeczytać. Jeśli nie będziecie oczekiwać zbyt wiele, nie będziecie rozczarowani.
Moja ocena: 3/6
Książkę otrzymałam do recenzji w ramach współpracy z portalem „Na kanapie”
Książkę zgłaszam do wyzwania Trójka e-pik
Pięcioletni Jack i jego mama mieszkają w niewielkim pokoju. Pokój jest dla niego całym światem. Tam się urodził i spędził całe swoje dotychczasowe, pięcioletnie życie. Dla jego mamy jest więzieniem, w którym przetrzymywana jest od lat wbrew swojej woli i regularnie gwałcona. Stary Nick – jak chłopiec nazywa sprawcę tych nieszczęść – wzbudza w Jacku paniczny strach. Gdy przychodzi, chłopiec ukrywa się w szafie. Matka Jacka starała się ze wszystkich sił stworzyć synkowi namiastkę normalności w tych trudnych warunkach. Na swój sposób jej się to udało. Jednak misternie stworzony przez nią świat jest kruchy. Jack dorasta. Pokój przestaje mu wystarczać. Zaczyna zadawać pytania… Jedyną szansą jest ucieczka, ale ta jest właściwie niemożliwa. Jaki los czeka tę dwójkę?
Już od dawna chciałam poznać twórczość Wojciecha Chmielarza. Na temat jego książek widuję nieustannie tak wiele sprzecznych opinii, że sama już kompletnie nie wiedziałam, co o nich sądzić i czego się spodziewać. Postanowiłam, że któregoś dnia wyrobię sobie wreszcie własne zdanie. Nie ułatwiał tego mój niezbyt przychylny stosunek do współczesnej polskiej prozy. W końcu jednak, za sprawą jednego z wyzwań czytelniczych, w którym biorę udział, dałam się skusić pierwszemu tomowi cyklu o komisarzu Mortce.
Książka Zbigniewa Jarka, to mała, niepozorna broszurka zawierająca w sobie czterdzieści cztery króciutkie przypowieści filozoficzne, które nakierowują uwagę czytelnika na to, co w życiu naprawdę ważne. Każda traktuje o czymś innym, równie ważnym i istotnym. Mowa w nich o uniwersalnych wartościach, Bogu, relacjach międzyludzkich, stosunku do siebie i świata.
Sagi to jeden z moich ulubionych gatunków literackich. Po cykl Virginii Cleo Andrews o rodzinie Dollangerów chciałam sięgnąć już bardzo dawno, ale jakoś nie było okazji. Ta nadarzyła się dopiero w sierpniu, dzięki wyzwaniom czytelniczym, w których biorę udział na zaprzyjaźnionych blogach recenzenckich.