01/08/2020

„Poczekajka” – Katarzyna Michalak

Książki Katarzyny Michalak cieszą się dużą popularnością. Wzbudzają jednak również sporo kontrowersji na przeróżnych grupach dyskusyjnych poświęconych literaturze i czytelnictwu. Jedni je uwielbiają, inni wprost przeciwnie, nie szczędząc pod adresem autorki i jej twórczości gorzkich słów. Mając chęć przeczytać tym razem coś lekkiego i niewymagającego, sięgnęłam po Poczekajkę. Wreszcie nadarzyła się okazja, by wyrobić sobie własne zdanie o piórze pani Michalak.

Główną bohaterką książki jest Patrycja – dwudziestokilkuletnia weterynarz z Warszawy. Pewnego dnia postanawia spakować manatki i przenosi się na małą wieś na Zamojszczyźnie – totalne zadupie, gdzie „diabeł mówi dobranoc”. Tam dość szybko znajduje pracę w pobliskim ogrodzie zoologicznym i osiada na dłużej, postanawiając przy tym, wyczekiwać na swojego wyśnionego księcia na białym koniu.

Sięgając po Poczekajkę nastawiłam się na czytadło. Naprawdę nie oczekiwałam wiele. Chciałam by było lekko, przyjemnie i… W zasadzie tyle. Jak się okazuje, oczekiwałam w tym wypadku zbyt wiele. Lekko było – owszem. Przyjemnie – niestety nie. Było za to idiotycznie. Z tej powieści wieje głupotą. Ale przejdźmy do meritum.

Cała książka mnie niesamowicie irytowała, a już najbardziej główna bohaterka. Niby to dorosła, wykształcona kobieta, a wykreowana została na wybitnie uwstecznioną, naiwną, słodką idiotkę o nieprawdopodobnie wąskich horyzontach myślowych. Jest szalenie infantylna w swoich wypowiedziach i zachowaniu. Na mnie sprawiała wrażenie rozkapryszonej, głupiutkiej nastolatki. No bo, jaki normalny, wykształcony człowiek, po wyższych studiach, rzuca wszystko, na czele z dobrą posadą w stolicy i wyjeżdża na wieś zabitą dechami tylko dlatego, że miał jakąś wizję i wahadełko tak kazało? Dramat!

Na osobną uwagę zasługuje wątek profesji Patrycji. O opiece nad zwierzętami w zoo sama wiem stosunkowo niewiele, ale wystarczająco, by czytając o poczynaniach młodej pani weterynarz i jej podejściu do żywego inwentarza wielokrotnie złapać się za głowę. Już pomijam kwestię adekwatności konkretnych zabiegów, jako takich. Ten wątek zostawię bardziej obeznanym w temacie. Dla mnie samo podejście głównej bohaterki do jej pacjentów woła o pomstę do nieba. Jestem tym zniesmaczona, a moje zniesmaczenie potęguje fakt, że autorka jest weterynarzem z wykształcenia. Jeśli jej wiedza i podejście są tożsame z tą, którą prezentuje Patrycja, to Boże uchowaj od takiego weterynarza!

Ponieważ główna bohaterka przeprowadza się ze stolicy na wieś, sporo uwagi poświęcone zostaje też temu wątkowi. I tutaj moje kolejne zastrzeżenie pod adresem książki. Wieś w Poczekajce, jak i jej mieszańcy ukazani zostali w sposób bardzo stereotypowy, a wręcz krzywdzący. Niemal wszyscy nowi sąsiedzi Patrycji to osoby prymitywne, ograniczone, niemające pojęcia o życiu i świecie.

Nie podobał mi się również humor. Miało być zabawnie, ale nie jest. Wszystkie niby humorystyczne wstawki są wymuszone. Autorka ewidentnie sili się na śmieszność, ale niestety kompletnie jej to nie wychodzi. Z miejsca wyczuwa się sztuczność tych dowcipów, a to sprawia, że nie tylko nie bawią one czytelnika, ale wręcz irytują i doprowadzają do szału. Cały ten humor pozostawia, bowiem wiele do życzenia nie tylko pod względem jakościowym, ale też ilościowym. Jest go po prostu za dużo. Michalak miała ewidentnie problem ze znalezieniem umiaru i wyważeniem między scenami poważnymi i zabawnymi. Skutkiem tego zamiast dowcipu i subtelnej ironii mamy tu wręcz groteskę. Naprawdę kiepsko to wyszło.

Język powieści jest iście młodzieżowy, co w połączeniu z infantylizmem głównej bohaterki sprawia, że zastanawiam się, do jakiej grupy docelowej właściwie jest adresowana ta powieść. Jeśli do dorosłych kobiet, to chyba tylko tych (z góry przepraszam wszystkie zagorzałe wielbicielki prozy pani Michalak), o niskim ilorazie inteligencji. Bardziej bym raczej obstawiała nastoletnie dziewczęta, które nie całkiem jeszcze wyrosły z wiary w alternatywne, magiczne światy i wciąż skrycie marzą o księciu na białym koniu.

Styl także pozostawia wiele do życzenia. Przywodzi na myśl pierwsze młodzieńcze opowiadania pisane „na kolanie”. Przede wszystkim jest bardzo chaotyczny, denerwujący i ewidentnie niewypracowany. Fabuła jest przegadana. Mnóstwo momentów jest zwyczajnie naciąganych, a wątków zbędnych. Widać tu brak większego zamysłu autorskiego, a nawet ogólnej koncepcji jak to wszystko ogarnąć. Ot, choćby tytuły rozdziałów są strasznie długie. Nawet w formie zdań wielokrotnie złożonych. Koszmarek.

Książki nie polecam. To czytadło i zasadniczo na to byłam nastawiona od samego początku. Problem w tym, że jest czytadłem wyjątkowo niskich lotów i nawet jak na tę kategorię prezentuje się niezwykle marnie. Osobiście oczekuję, że nawet lekkie i niezobowiązujące książki będą prezentowały pewien poziom. I to wcale nie chodzi o nie wiadomo, co. Wystarczy, by nie były durne i nie raziły zanadto językiem czy stylem. Poczekajka moich oczekiwań niestety nie spełniła. Wiem, co prawda, że to jedna z pierwszych książek autorki, wydana w 2008 roku, ale nawet jak na debiut jest po prostu marna. Pozostaje mi mieć nadzieję, że po latach autorka się poprawiła, ale sprawdzać tego nie mam zamiaru.

Moja ocena: 1/6

Książkę zgłaszam do wyzwania Zatytułuj się 4

24/07/2020

„Paryż. Fotoprzewodnik” – Alastair Horne

Ci, którzy trochę mnie już znają, doskonale wiedzą o tym, że jestem ogromną frankofilką. Od lat nastoletnich uwielbiam Francję i wszystko, co francuskie. W Paryżu byłam już trzykrotnie i ciągle mi mało. Więc, gdy tylko napotkałam fotoprzewodnik poświęcony francuskiej stolicy, autorstwa Alastaira Horne’a, rzuciłam się na niego niczym wygłodniała hiena. Nie do końca wiedziałam, czy to dobra decyzja, bo z racji mojego frankofilstwa, a co za tym idzie posiadania sporej wiedzy o Francji i Paryżu, jestem na ogół niezwykle krytyczna wobec wszelkich publikacji im poświęconych. Coraz mniej z nich jest mnie w stanie czymś zaskoczyć; czy to ciekawostką historyczną, kulturową, czy informacją turystyczną dotąd mi nieznaną. Natomiast, kiedy nie odkrywam ani nie dowiaduję się niczego nowego, czuję rozczarowanie. A jak było tym razem?

Tym razem zamiast rozczarowania spotkało mnie oczarowanie, choć muszę przyznać, że pierwsze wrażenie było lekko rozczarowujące. Zapowiadano mi fotoprzewodnik. Pomyślałam, więc, że to będzie jakieś sporych rozmiarów albumowe tomiszcze. Musiałam mieć wyjątkowo głupią minę, gdy wydobyłam książkę z koperty formatu A5 (książka, jako taka jest jeszcze ciut mniejsza). Moja pierwsza myśl? „Phi! Co to ma być? Mogłam sobie odpuścić”. Ale gdy tylko zajrzałam do środka, musiałam zrugać samą siebie. Pamiętajcie! Nie ocenia się książki po okładce! Po rozmiarze też nie.

Choć format fotoprzewodnika jest niepozorny, to Alastair Horne spisał się na medal. Zdjęć jest naprawdę mnóstwo. Wszystkie są piękne. Barwne, ciekawe, wyraźne i dobrze wykadrowane, choć niewielkie. Na każdym z nich, nawet najmniejszym, dokładnie widać to, co ma być widać. Poza tym podoba mi się prosty, ale przydatny z punktu widzenia turysty, podział zdjęć na mini rozdzialiki pod względem tematycznym. Ułatwia to z pewnością poznawanie samego miasta z perspektywy turysty, ale także porządkuje informacje na jego temat.

Każde zdjęcie zostało starannie dobrane i podpisane. Krótko i zwięźle. Jednym, czasami dwoma zdaniami. Niby nic. No i ile informacji można zawrzeć w dwuzdaniowych opisach? Ze zdziwieniem i zadowoleniem odkryłam, że całkiem sporo. Opis pod każdą fotografią, to ciekawostka, lub inna informacja o danym miejscu, o paryskiej codzienności, kulturze, zwyczajach mieszkańców czy historii miasta. Alastair Horne bardzo szybko udowodnił mi, że przy całym moim frankofilstwie wielu rzeczy jeszcze o Paryżu nie wiem i mnóstwo ciekawych miejsc przeoczyłam podczas swoich dotychczasowych wizyt w mieście świateł. Koniecznie muszę to wszystko kiedyś nadrobić i już wiem, że w kolejnej podróży fotoprzewodnik Horne’a będzie mi towarzyszył.

Fotoprzewodnik to – jak sama nazwa wskazuje – połączenie albumu fotograficznego z przewodnikiem turystycznym. Zanim zajrzałam do środka, nie byłam przekonana, że w przypadku tej publikacji się to uda. Mały format, mnóstwo zdjęć… Albumem można to nazwać, ale mocno powątpiewałam, że przewodnikiem również. A jednak i tu się myliłam. Nie tylko dlatego, że w opisach pod zdjęciami znaleźć można mnóstwo ciekawych informacji o samym mieście i miejscach, które warte są odwiedzenia tak samo, a może nawet bardziej jak słynna wieża Eiffela, choć nie są aż tak popularne. Mały format sprzyja wędrowaniu z książką po mieście. Poza tym okładka jest miękka, ale zarazem dobrze usztywniona, dzięki czemu cała książka jest giętka, elastyczna. Można ją delikatnie wygiąć lub ścisnąć, tak by dopasowała się do wolnego miejsca w plecaku czy nawet większej kieszeni kurtki, bez uszczerbku dla samej książki.

Podsumowując. Jestem pod wrażeniem tego malutkiego, niepozornego albumiku i przewodnika w jednym. Naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył. Znów zatęskniłam za Paryżem, a nawet uroniłam łezkę i już zabieram się za planowanie kolejnej wycieczki, choć nie mam zielonego pojęcia, kiedy możliwa będzie realizacja tych planów, a wszystko wskazuje na to, że naprawdę nieprędko.

Moja ocena: 6/6

Książkę otrzymałam do recenzji w ramach współpracy z portalem „Na kanapie”

19/07/2020

„Syreny” – Anna Langner

Rzadko sięgam po prozę współczesnych polskich autorek. Ale czasem się zdarza. W ogóle literaturę stricte kobiecą czytuję rzadko. Od czasu do czasu – w kategorii tak zwanego „odmóżdżacza”, zapychacza czasu, kiedy mam ochotę poczytać, ale potrzeba mi czegoś lżejszego: lektury nieskomplikowanej, niewymagającej ode mnie jako czytelnika. Prostej, nawet banalnej. Toteż Syreny wydawały mi się idealną okazją na przetrwanie kilku ciężkich, chorobowych dni, naznaczonych trawiącą mnie gorączką oraz ogólnie fatalnym samopoczuciem, niesprzyjających wytężaniu szarych komórek. No i miałam okazję poznać twórczość kolejnej polskiej autorki.

No więc przeczytałam. Rzekomo ciepłą i lekką opowieść na lato o przyjaźni i miłości; (tak gdzieś o niej wyczytałam). Yyyy… Serio? Jeśli to miał być żart, to wyjątkowo kiepski. Długo, oj długo nie otrząsnę się z szoku jaki przeżyłam. Nie mogę pojąć jak ktoś może to coś czytać, polecać, a nawet się tym zachwycać. I to nie chodzi o kwestię samego podobania się, bo ja naprawdę rozumiem, że gusta są różne i nie mam problemu z zaakceptowaniem tych, które są skrajnie odmienne od moich. Tutaj chodzi o wysoką szkodliwość społeczną Syren, jaką dostrzegam i jaka wprawiła mnie pierwotnie w osłupienie i niedowierzanie, a finalnie wywołała oburzenie i przerażenie.

Książka na portalach literackich zbiera generalnie wysokie oceny i dobre opinie, więc, jak dla mnie, wyjścia są dwa: albo stoją za tym pieniądze i wyjątkowy marketingowiec, który sprzedałby za miliony nawet powietrze w słoiku (to dla wydawcy chyba akurat dobrze, ale dla czytelnika niekoniecznie), albo społeczeństwo polskie nam idiocieje od siedzenia w domu i czyta „po łebkach” skupiając się na, może i rozrywkowej treści, ale kompletnie nie biorąc pod uwagę ogólnego przekazu, jaki ta pozycja ze sobą niesie… A przekaz ten jest w mojej ocenie głęboko szkodliwy.

Ale dlaczego uważam, że proza autorki (no może nie cała, ale Syren tyczy się to ewidentnie), jest taka szkodliwa społecznie? Żeby nie być gołosłowną i nie wyjść na nadąsaną hejterkę, oto – w telegraficznym skrócie moje zastrzeżenia. Ale najpierw, mała uwaga dla osób zapatrzonych w książki tej „pisarki” jak w obrazek oraz tych, którzy chcieliby jednak wyrobić sobie własne zdanie o jej „tfurczości”: mogą pojawić się delikatne spoilery.

Główna bohaterka to młodziutka, naiwna, niby dobrze ułożona dziewczyna. Jednak poziomem inteligencji, nie przekracza w mojej ocenie osoby mającej około lat dwunastu. Powyższe wnioskuję na podstawie sposobu wypowiedzi i myślenia, w oparciu o wiedzę z zakresu psychologii rozwojowej, którą posiadam – dzięki studiom pedagogicznym – w niemałym zakresie. Tymczasem Majka – bo tak pannica ma na imię – ukończyła już trzeci rok studiów. I to nie byle jakich, bo dziennikarskich, a to kierunek raczej wymagający. Choć na co dzień mieszka w Warszawie, wakacje spędza rokrocznie u wujostwa, w małej nadmorskiej miejscowości, dorabiając sobie w prowadzonej przez wujka lodziarni.

Już pierwszego dnia po przyjeździe panienka zostaje werbalnie zaatakowana przez nieznośnych, nowobogackich turystów, którym zwraca uwagę na zaśmiecanie lasu. Najpierw jest obiektem drwin i ogólnego śmiechu, a na koniec słyszy na swój temat jeszcze komentarze o podtekście seksualnym. Jest tym niby wkurzona, ale i zachwycona do tego stopnia, że zastanawiam się jakim cudem nie dostała orgazmu na miejscu. Będę to pytanie zadawać sobie zniesmaczona jeszcze kilkukrotnie podczas lektury. A może nawet kilkunastokrotnie.

W ten sposób docieramy do pierwszego z kilku zatrważających morałów tej książki, który przewijał się będzie konsekwentnie przez całą lekturę i mniej lub bardziej ostentacyjnie wybrzmiewał z jej kart non stop. Morał ten brzmi następująco: agresja werbalna o podtekście seksualnym jest dla kobiety seksi, nawet jeśli ją to wkurza. Morał drugi? Im bardziej kobieta się od faceta opędza, tym bardziej chce, żeby w rzeczywistości ten ją przeleciał, a na pewno ma „motyle w podbrzuszu”. No i morał trzeci – najbardziej chyba wstrząsający jak dla mnie. Puszczalstwo za pieniądze jest fajne i nie jest puszczalstwem, jeśli, jako kobieta, od początku stawiasz sprawę jasno i pozostawiasz sobie wolność wyboru w kwestiach tego, czy ostatecznie dasz się kolesiowi wyruchać, czy nie i (o ile do tego dojdzie), to oczywiście na twoich zasadach…

Ta powieść mnie szokuje i przeraża. I to nie chodzi o podobanie się, tylko o szkodliwość społeczną takiego przekazu jaki z książki się wylewa. Adresowana jest ona przede wszystkim – mam wrażenie – do młodych dorosłych. Po przeczytaniu jej rozumiem już, dlaczego tyle młodych kobiet pozwala sobie na agresję werbalną o podtekście seksualnym, uważając, że tak być musi i, że to normalne. Stało się dla mnie jasne, dlaczego gro młodych dziewczyn wierzy w to, że bez obleśnych komentarzy (nawet jeśli nie zawsze są im one w smak) nie ma podrywu… I, że nie można na takowe nic powiedzieć, bo jeszcze cię wezmą za „sztywniarę”… Dramat!

Jeśli młode wchodzące w dorosłość dziewczyny i ledwie dorosłe kobiety czytają z wypiekami na twarzy takie książki, jak Syreny, to nie dziwię się, że w którymś momencie wyrabiają w sobie przekonanie, że bycie traktowaną przez mężczyzn wyłącznie jako obiekt seksualny i nic więcej, jest dla nich szczytem afirmacji ich kobiecości… I nie dziwię się, że taki stan rzeczy jest postrzegany jako coraz bardziej normalny, także przez same kobiety, skoro publikuje się książki pokroju Syren, stanowiące wyraźną gloryfikację puszczalstwa i szeroko pojętego sponsoringu, okrzykując je przy tym bestsellerami! Bo, wiecie co? Sponsoring, to w ogóle jest the best! I jak umiesz sobie „ogarnąć” gościa, który chce ci płacić za towarzystwo, to jesteś równa i mega zaradna babka! I na pewno wszyscy ci zazdroszczą, bo to znaczy, że jesteś kimś!

O tempora! O mores! Jestem tą książką zdruzgotana, zniesmaczona, wstrząśnięta i przerażona… Całym sercem nie polecam. Anna Langner Syrenami udowodniła, że pisać każdy może, ale nie każdy powinien.

Moja ocena: 1/6

11/07/2020

„Pan Ibrahim i kwiaty Koranu” – Éric-Emmanuel Schmitt

Uwielbiam twórczość Schmitta za jej uniwersalność, lekki styl, prosty język i jednocześnie ogromną siłę przekazu. Jego książki są generalnie krótkie, ale przy tym nieprawdopodobnie treściwe. Podejmuje w nich ważne tematy życiowe w niekonwencjonalny sposób, ale zawsze ze smakiem, wyczuciem, delikatnością.

Pan Ibrahim i kwiaty Koranu to powiastka specyficzna. Z jednej strony bardzo „schmittowa” pod względem elementów charakterystycznych dla twórczości autora, a z drugiej lekko kontrowersyjna i na swój sposób inna. Kontrowersyjność, to – przynajmniej dla mnie – coś nowego w przypadku tego pisarza. Do momentami niełatwej tematyki i pewnej dozy niekonwencjonalności w sposobie jej przedstawiania zdążyłam już przywyknąć. Ale szczypta kontrowersji? To coś nowego. Już pierwsze zdanie wprawiło mnie w osłupienie.

„Kiedy skończyłem jedenaście lat, rozbiłem swoją świnkę skarbonkę i poszedłem na dziwki”. [1]

Pomyślałam sobie, że nieźle się zaczyna. Tym razem „grubo” panie Schmitt. A jednak nie powstrzymało mnie to pierwsze zdanie przed dalszą lekturą i całe szczęście! Bo bardziej kontrowersyjnie, już nie będzie, choć zaskakująco i ciekawie, to i owszem. Ale przejdźmy do fabuły.

Paryż, lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Momo – nasz jedenastoletni amator prostytutek, to dzieciak, który nie ma łatwego życia. Jest żydem. Mieszka z ojcem, który jedynie stwarza pozory tego, że wychowuje syna, podczas gdy, tak naprawdę, w ogóle się nim nie interesuje. Matka chłopca porzuciła rodzinę, gdy był on jeszcze mały. Momo jest, więc tak naprawdę dzieckiem ulicy. Jego dzieciństwo powoli się kończy, ale o dorosłości i dojrzałości nie ma zielonego pojęcia, bo brak mu odpowiedniego wzorca. Ale los stawia na jego drodze wiekowego pana Ibrahima – sklepikarza, muzułmanina zwanego w dzielnicy „starym Arabem”. Jest on tak naprawdę jedyną osobą, którą w rzeczywistości obchodzi los chłopca. Między nimi rozwinie się niezwykła przyjaźń, dla której wiek i różnice wyznaniowe nie będą miały znaczenia i, która zaważy na całym życiu chłopca.

Momo potrzebuje miłości i zrozumienia, a także – jak każdy dojrzewający człowiek na pewnym etapie swojego życia – wiary w coś, jakiegoś sensu i celu. O tym w dużej mierze jest ta książka. O poszukiwaniu własnego miejsca w świecie, dojrzewaniu i drodze do szczęścia. O tym, że zawsze możemy odmienić swoje życie, niezależnie od tego w jak trudnym jego punkcie się akurat znajdujemy. Naturalnie, wymaga to często naszej ciężkiej pracy, ale nie jest nieosiągalne, choć niekiedy, potrzebny jest nam również bodziec z zewnątrz w postaci innej osoby; kogoś, kto będzie wsparciem, przewodnikiem i drogowskazem. Dla Momo powiernikiem i mentorem staje się pan Ibrahim, który pewnego dnia zastępuje chłopakowi ojca. Między nimi rodzi się prawdziwa, głęboka przyjaźń i wzajemne zaufanie. Czasami bowiem, obcy człowiek, może stać się nam bliższy i cenniejszy dla nas niż ktokolwiek inny.

Momo początkowo niebywale mnie irytował. Irytujące było jego zachowanie, sposób myślenia, w ogóle cała jego kreacja. Przez pewien czas nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to postać przerysowana i dość sztuczna, a co za tym idzie kompletnie – dla mnie – nieprzekonująca. A już na pewno nie w stylu Schmitta. Dotychczas jego bohaterowie zawsze wydawali mi się autentyczni. Nie zawsze rozumiałam czy popierałam w duchu ich zachowania i wybory, ale nigdy nie sprawiali na mnie wrażenia sztucznych, a czytałam już kilka innych książek tego autora. Na szczęście moje początkowo negatywne odczucia pod adresem Momo, dość szybko się ulotniły.

Pan Ibrahim i kwiaty Koranu to opowieść krótka, piękna i prosta. Napisana lekko, ale przy tym przejmująca. I tak właśnie mi się ją czytało: lekko i z przejęciem. To ogrom treści zawarty w niewielu słowach. Całość zajmuje jakieś sześćdziesiąt stron w małym formacie. To jeden z powodów, dla których uwielbiam twórczość Schmitta. Za każdy razem czytając jego dzieła zastanawiam się, jak to możliwe, żeby w tak niewielu słowach przekazać tak wiele? Niezmiennie jestem pod ogromnym wrażeniem.

Ze stylem Schmitta kojarzą mi się: wyważenie i subtelność. Tutaj też ich nie zabrakło, choć pojawiła się również szczypta kontrowersji, o czym pisałam już wcześniej. Miejscami być może lekko naiwny optymizm i uwierająca rzeczywistość, przedstawiona w sposób nie do końca „schmittowy” nie odbierają jednak książce, jako takiej uroku i nie czynią jej w ogólnym rozrachunku mniej wartościową czy wymowną od innych jego pozycji. Przynajmniej według mnie.

Tak jak w innych swoich książkach, tak i w tej, autor przypomina nam pewne podstawowe i głęboko uniwersalne prawdy życiowe, o których w dzisiejszym, zabieganym świecie tak często zapominamy. To dobra opowiastka na chwilę zatrzymania się i refleksji.

Moja ocena: 4,5/6

_____
[1] Éric-Emmanuel Schmitt, Pan Ibrahim i kwiaty Koranu, tłum. Barbara Grzegorzewska, wyd. Znak 2004, s. 7.

05/07/2020

„Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej” – Sławomir Koper

Dwudziestolecie międzywojenne to epoka, która fascynowała mnie odkąd pamiętam. Zresztą był to najbogatszy chyba okres w dziejach polskiej kultury. To wtedy, po odzyskaniu przez nasz naród długo wyczekiwanej niepodległości i na chwilę przed wybuchem drugiej wojny światowej, niezwykle prężnie rozwijały się literatura, teatr, muzyka. Wtedy tworzyli jedni z najwybitniejszych polskich artystów, o których kolejne pokolenia uczyły się i uczą nadal ze szkolnych podręczników; Nałkowska, Witkacy, Bodo, Ordonówna, siostry Kossakówny, Przybyszewski i wielu innych. Nie trzeba być „specem” żeby kojarzyć te nazwiska. O nich opowiada Sławomir Koper w swojej książce Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej.

Autor wziął na warsztat nie tyle samych reprezentantów ówczesnych elit artystycznych, co całą epokę. Na kartach książki przedstawił, bowiem również konteksty historyczny i społeczno-obyczajowy, dobrze przy tym oddając niepowtarzalny klimat tamtych czasów i ogólne nastroje społeczne. Prywatne życie najgłośniejszych artystów dwudziestolecia to, zatem bez wątpienia motyw przewodni książki, ale nie jedyny.

Życie prywatne elit artystycznych w latach dwudziestych przenikało się w niektórych miejscach ze sferą publiczną. Miejscami takimi były na przykład kawiarnie literackie i kabarety, niemal nieustannie tętniące życiem. O tych bez wątpienia najsłynniejszych i najważniejszych dla polskiej kultury również sporo u Kopra przeczytamy.

Ówczesne elity artystyczne można by pod pewnymi względami śmiało przyrównać do dzisiejszych celebrytów. Sensacje, skandale, romanse, intrygi… Brzmi jakby znajomo – prawda? Dwudziestolecie międzywojenne wcale nie było wolne od podobnych afer. Ludzie zawsze interesowali się życiem swoich idoli. Ci natomiast, często – mniej lub bardziej świadomie – dostarczali opinii publicznej mnóstwo elektryzujących tematów. Koper przywołuje, więc również wybrane z nich i opisuje je.

Książkę czytało mi się bardzo szybko i z wielkim zaciekawieniem. To zbiór różnorodnych smaczków z epoki, ciekawostek i anegdotek, a także licznych fotografii – wszystkich w sepii. Uwielbiam takie klimaty. Znów – jak to już mi się nie raz wcześniej zdarzało – poczułam w sercu ukłucie żalu, że nie było mi dane żyć w tamtych czasach. Ach, jaka szkoda!

Swego czasu, w jakiejś recenzji tej książki, umieszczonej na jednym z internetowych serwisów literackich, przeczytałam, że cała ta publikacja mocno bazuje na nieco sztucznie i na siłę podkręcanej przez autora atmosferze sensacji i skandalu, mając przy tym w sobie, co nieco ze współczesnych portali plotkarskich. Ciekawa to opinia i porównanie, ale zgodzę się z nią tylko po części. Jakkolwiek samo porównanie do portali plotkarskich uważam za świetne i niebywale trafne (sama zresztą w jednym z poprzednich akapitów nawiązałam do współczesnych celebrytów), tak osobiście nie odnajduję w wywodzie autora i jego sposobie ukazania realiów światka artystycznego epoki, znamion sztuczności.

Sławomir Koper posługuje się przystępnym językiem, a cała narracja utrzymana jest w lekko gawędziarskim tonie. Przedstawione w książce informacje i omówione szerzej fakty zostały poddane dość swobodnej i subiektywnej odautorskiej selekcji. Autor ma własny punkt widzenia na pewne kwestie, jednak nie narzuca czytelnikowi swoich ocen, a jedynie snuje domysły, sprytnie wplatając je w opowieść i prowokując czytelnika do myślenia i zajęcia własnego stanowiska wobec nich.

Od początku dało się wyczuć, że Koper ma swój pomysł na to, jak to wszystko ma wyglądać i konsekwentnie realizował go aż do samego końca. Na przykład prawie nigdy nie skupia się wprost na twórczości i biografii konkretnego artysty, a raczej na ogólnej atmosferze panującej wokół danej osoby – aurze ją otaczającej. Oczywiście nie znaczy to, że odniesień do tych dwóch pierwszych w tekście brakuje.

Jednak mimo całego mojego zachwytu nad Życiem prywatnym elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej, nie mogę nie wspomnieć o kilku wadach, które mocno mnie drażniły i wpłynęły w znacznym stopniu na moją ocenę niniejszej publikacji, jako całości. Po pierwsze, strasznie irytowały mnie zamieszczane często i gęsto potrójne wykrzykniki. Panie autorze, czy naprawdę nie lepiej poprzestać na jednym? Lub ewentualnie dorzucić: (sic!)? Mam wrażenie, że to by wyglądało i jakoś tak ładniej, i rzetelniej naukowo zarazem.

Rzetelności naukowej tyczą się również kolejne moje zarzuty. Bardzo nie podobał mi się brak przypisów, tym bardziej, że są miejsca w tekście, które aż się o to proszą. Nie jest to może stricte naukowa książka, ale jednak nosi znamiona takowej. Zresztą nawet, jako pozycja popularnonaukowa utrzymana w gawędziarskim tonie powinna pewne elementy zawierać. Do takich zaliczam przypisy. Na końcu książki znajduje się, co prawda zbiorcza bibliografia wskazująca na publikacje, z których korzystał autor, ale wielokrotnie brakowało mi konkretnych odniesień w tekście. Na domiar złego, autor nie zadbał także do końca o należyte wyodrębnienie przytaczanych cytatów, skutkiem, czego, czasami nie wiedziałam, która część zdania jest powołaniem się na cudzą wypowiedź, a która już odautorskim komentarzem bądź uzupełnieniem dla tejże. Denerwowało mnie to bardzo.

Kiedyś słyszałam, że Koprowi zarzucono plagiat w związku z niniejszą publikacją. Jednak cała ta afera ledwie obiła mi się o uszy i nigdy jakoś wnikliwie nie zgłębiałam tematu. Dlatego też, nie zamierzam w chwili obecnej zajmować stanowiska w związku ze sprawą. Wiem zdecydowanie za mało, by móc merytorycznie odnieść się do całego zamieszania. Nie zdziwiłabym się jednak, gdyby zarzewiem były tutaj wspomniane przeze mnie w poprzednim akapicie mankamenty.

Zachwyciłam się, ponarzekałam, a więc najwyższy czas na podsumowanie. Mimo pewnych zastrzeżeń Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej, jak najbardziej polecam. Szczególnie miłośnikom historii, kultury i dwudziestolecia międzywojennego. To naprawdę ciekawa i, bez względu na swoje wady, godna uwagi pozycja. Nawet dla laika.

Moja ocena: 4,5/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Trójka e-pik.