„Kod Leonarda da Vinci” – Dan Brown

kodleonardadavinciO tej pozycji słyszałam już mnóstwo razy. Zresztą chyba trudno o kogoś, kto o niej nie słyszał. Niemniej jednak bardzo długo wahałam się, zanim ostatecznie wzięłam Kod Leonarda da Vinci do ręki. Złożyło się na to kilka różnych czynników. W końcu jednak sięgnęłam po tę powieść. Zachęciła mnie ogólnie dobre zdanie o Danie Brownie, fakt, że pozycję tę już od lat rekomendowała mi BiblioNETka, no i jeszcze jedno: miejsce akcji – Paryż. Jednym słowem, moja ślepa miłość do Francji wygrała. I nie żałuję.

O czym jest Kod Leonarda da Vinci? Kustosz paryskiego Luwru zostaje zamordowany. Podejrzenia padają na znawcę symboliki religijnej – Roberta Langdona oraz wnuczę zabitego. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności udaje im się przechytrzyć policję. Zmarły pozostawił im szereg zagadek, które muszą rozwiązać, aby odkryć w końcu tę jedną, najważniejszą. Rozpoczynają poszukiwania.

Zaczęłam czytać wieczorem i czytałam do piątej rano dnia następnego, robiąc jedynie przymusowe krótkie przerwy. To jest to! Po pierwsze, wciąga już od pierwszej strony. Brown genialnie potrafi stworzyć nastrój i wywołać u czytelnika wrażanie osaczenia. Zupełnie jakby się było tuż obok bohaterów. Emocjonalnie przeżywałam wszystkie ich lęki, obawy, niepewności. Lubię to. Lubię, kiedy autor chwyta mnie w sidła. Kiedy wydaje mi się, że już wiem, na pewno wiem co będzie dalej. I kiedy już chcę się o to zakładać, okazuje się, że nie wiem zupełnie nic! Czegoś takiego potrafi dokonać tylko mistrz.

Zazwyczaj razi mnie, wręcz doprowadza do szału, gdy dla potrzeb fabuły autor manipuluje faktami, posuwając się w tym wręcz do granicy absurdu, byle wszystko pasowało. Dan Brown zrobił właśnie coś takiego, ale o dziwo, w tym przypadku mnie to nie razi. Jestem skłonna mu wybaczyć, ponieważ podbił moje serce nieprawdopodobną wyobraźnią i pomysłowością. I na dodatek, wbrew pozorom, zrobił to bardzo przekonująco… Do tego stopnia, że chociaż mam świadomość, iż chodzi o zwykłą fikcję literacką, rozmaite hipotezy dotyczące chrześcijaństwa i Kościoła, o których Brown mówi, pasują idealne i mają wszelkie pozory wiarygodności. Gdybym miała nieco mniej oleju w głowie i ogólnej wiedzy, zapewne bym się na nie nabrała. Może właśnie dlatego tyle wokół tej książki kontrowersji.

Podsumowując: powieść świetna. Wciąga, intryguje, zaskakuje. Ani przez moment nie nuży. Polecam. Trzeba tylko pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, że mamy do czynienia z fikcją literacką, a po drugie, że ta książka to złodziej czasu. Czyta się ją bardzo lekko i szybko. To był mój pierwszy Brown, ale kolejny już czeka w kolejce.

Na koniec się przyczepię. Muszę. Zachodzę w głowę, jak ktoś kto potrafi tak świetnie manipulować faktami, może wypisywać np. takie brednie, że z paryskiego Luwru można sobie wyjść tak po prostu, wyskakując przez okno w toalecie?! Ja rozumiem, to fikcja literacka – ale niech ona będzie na jakimś poziome. Nawet jeśli chodzi o drobiazgi. Tym bardziej że to akurat Brown potrafi osiągnąć z łatwością, co udowodnił na przykładzie zmyślonych teorii dotyczących chrześcijaństwa. I już pomijam fakt, że w Luwrze jest cały szereg zabezpieczeń rożnego rodzaju. W końcu to nie byle jakie muzeum, ale największe na świecie. Powiecie, że szukam dziury w całym. Być może, ale jestem czytelniczką wybredną i od mistrza wymagam doskonałości w każdym calu, dopracowania. Także, a może przede wszystkim, w najdrobniejszych szczegółach.

Moja ocena: 6/6