„Julia” – Anne Fortier

juliaLubię dramaty Szekspira między innymi za to, że są ponadczasowe. Kolejne pokolenia twórców, nie tylko pisarzy, wciąż nawiązują do szekspirowskiej spuścizny. Nawiązań i rozmaitych reinterpretacji jest na tyle dużo, że czasem odnoszę wrażenie, iż kultura, szczególnie współczesna, przetworzyła już dzieła Szekspira na wszelkie możliwe sposoby, zwłaszcza zaś Romea i Julię; sam motyw ich miłości stał się po prostu oklepany. Dlatego na ogół z rezerwą podchodzę do książek, w których takie nawiązania są częste i wyraźne. Przecież to wszystko już było!

Ostatnio zatęskniłam trochę za Szekspirem. Nie miałam jednak ochoty na klasykę, ambitną literaturę. Chciałam tym razem przeczytać coś lżejszego. Zdecydowałam się więc na Julię autorstwa Anne Fortier, którą BiblioNETka od dłuższego już czasu wymieniała na pierwszej stronie listy polecanych mi książek. Po przeczytaniu mogę śmiało powiedzieć, że biblioNETkowy system rekomendacji po raz kolejny mnie nie zawiódł.

Główną bohaterką jest Julie Jacobs. Ona i jej siostra Janice są z pochodzenia Włoszkami, ale po śmierci rodziców trafiają pod opiekę ciotki mieszkającej w Ameryce. Gdy ta również umiera, okazuje się, że cały jej majątek przypada w udziale Janice. Julie otrzymuje tylko pewien list oraz kluczyk do skrytki jednego ze sieneńskich banków, gdzie rzekomo znajduje się to, co zostawiła dla niej matka. Młoda kobieta udaje się więc do Sieny, wyobrażając sobie, że czeka tam na nią majątek. Zamiast niego znajduje jedynie kilka drobiazgów. Między innymi plik starych listów i mocno sfatygowany egzemplarz Romea i Julii… Skonfundowana bohaterka postanawia poznać dokładnie tajemniczą rodzinną historię i znaleźć odpowiedzi na liczne nurtujące ją pytania. Dokąd zaprowadzą ją poszukiwania? Czego dowie się o swoim pochodzeniu i rodzinie?

Julia to znakomita powieść, stanowiąca pod względem gatunkowym swoistą mieszankę; thriller po trosze romantyczny, a po trosze historyczny. Dominują tu dwa wątki: romantyczny i kryminalny. Akcja zaś toczy się na dwóch płaszczyznach: współcześnie i w średniowieczu. Co chwilę przeskakujemy w czasie. Początkowo mi się to nie spodobało. Raczej nie przepadam za książkami, w których narracja prowadzona jest dwutorowo. Przeważnie nie mogę się wtedy skupić na lekturze. Ciągła zmiana mnie rozprasza. Zwykle faworyzuję jedną część i na niej skupiam się bardziej, kosztem tej drugiej. Tym razem, o dziwo, dałam się porwać bez reszty. Fortier poprowadziła obie narracje bardzo starannie i umiejętnie. Przejścia od jednej do drugiej są płynne, niemal niezauważalne. Podczas lektury błyskawicznie zapomniałam o moich uprzedzeniach. Za to - ogromny plus.

Przechodząc pomiędzy współczesnością i czternastym wiekiem, towarzyszymy na przemian dwóm Juliom. Wspomnianej już głównej bohaterce i jej średniowiecznej protoplastce. Tej, która - jak się okazuje - była pierwowzorem bohaterki Szekspirowskiego dramatu. Przy okazji poznajemy alternatywną, stworzoną w wyobraźni autorki, historię powstania Romea i Julii. Każdy rozdział rozpoczyna się jakimś cytatem z Szekspira. Wersja wydarzeń zaproponowana przez Anne Fortier jest zupełnie inna od oficjalnej, ale została przedstawiona w taki sposób, że kilkakrotnie miałam wrażenie, iż ona właśnie jest tą prawdziwą. Autorce prawie udało się mnie wykiwać. I za to kolejny duży plus. Bardzo wysoko cenię pisarzy, którzy umieją tak wodzić czytelnika za nos, że ten zaczyna się zastanawiać, co jest prawdą, a co fikcją.

Czytanie Julii trochę przypominało mi jazdę kolejką górską. To dzięki wartkiej akcji, która obfituje w liczne zwroty i pędzi na łeb na szyję, nie pozwalając ani na chwilę oderwać się od lektury, a także dzięki serii zaskakujących zdarzeń. Nic nie jest tu takie, jakim się wydaje, a intryga kryminalna odznacza się wysokim stopniem skomplikowania. Została starannie przemyślana i poprowadzona.

Kolejnym atutem powieści jest niepowtarzalny, uroczy klimat. Ma ona w sobie coś magicznego, czarującego. Fabuła jest niebanalna. Autorka miała na nią bardzo oryginalny pomysł, który udało jej się zrealizować z pełnym sukcesem. Julia momentami bawi, momentami wzrusza, a przez cały czas trzyma w napięciu.

Język na ogół jest potoczny, szczególnie w dialogach, i niezwykle emocjonalny. Pewnie nie każdemu przypadnie do gustu. Sama nie jestem fanką zbyt emocjonalnego stylu, ale tutaj jakoś zupełnie mnie on nie raził. Nie powiem, żeby był zaletą, ale wpasował się w całość na tyle, że nie uznaję go też za wadę. W pewnym sensie nawet dobrze współgra z pędzącą na złamanie karku akcją.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym atucie tej powieści, który zwiększa przyjemność jej czytania, mianowicie o opisach Sieny, gdzie rozgrywa się akcja. Są one liczne, drobiazgowe, bardzo sugestywne, realistyczne i malownicze. Pojawiają się też wzmianki o historii miasta. Czytając miałam wrażenie, jakbym tam była osobiście. To zdecydowanie sprzyjało całkowitemu zatraceniu się w lekturze.

Drobnym mankamentem, o którym muszę wspomnieć, jest kreacja głównej bohaterki. To dwudziestokilkuletnia kobieta, jednak uważam, że zdecydowanie zbyt naiwna jak na osobę w tym wieku. Momentami jej zachowanie, postępowanie było w moich oczach nieco infantylne. Niemniej jednak te drobne wady giną w morzu zalet i nie rzutują na moją ostateczną ocenę książki.

Julię czytałam z ogromną przyjemnością i dużym zainteresowaniem. Jest utrzymana na bardzo wysokim, jak na ten typ literatury, poziomie. W każdym razie moim zdaniem. Oryginalna, przemyślana, wciągająca i pasjonująca. Polecam ją tym, którzy lubią niebanalne czytadła i połączenie kryminału z romansem.

Moja ocena: 6/6

„Doktorzy” – Erich Segal

doktorzyErich Segal to jeden z moich ulubionych autorów. Wielu zapewne zna go jako świetnego scenarzystę. Dla mnie jednak na zawsze pozostanie przede wszystkim pisarzem. Tym, który podbił moje serce powieścią Akty wiary. Od niej zaczęła się nasza literacka znajomość. Później przyszła kolej na pozostałe jego książki. Przeczytałam wszystkie. Nie każda przypadła mi do gustu, na przykład recenzowana już tutaj, najmłodsza w dorobku Segala, Bez sentymentów. Doktorów zostawiłam sobie na sam koniec. Co mogę na ich temat powiedzieć? Cóż. Pośród wszystkich powieści tego autora tylko dwie, moim zdaniem, zasługują bezapelacyjnie na miano arcydzieł. Są to Akty wiary i Doktorzy właśnie.

Ich akcja toczy się na przestrzeni dwudziestu lat, od roku 1958 aż do 1978. Fabuła opowiada o losach piątki bohaterów, którzy pod koniec lat pięćdziesiątych rozpoczynają studia medyczne na Harvardzie. Różnią się od siebie charakterem i sposobem postrzegania świata. Każde z nich ma nieco inny życiowy cel i wyznaje nieco inną hierarchię wartości. Czytelnik towarzyszy im przez cały okres ich studiów, a później śledzi ich losy od początków praktyki lekarskiej do momentu, gdy wszyscy są już lekarzami z całkiem sporym bagażem doświadczeń. Zarówno zawodowych, jak i życiowych.

W Doktorach sportretowane zostało środowisko medyczne. Jednak lekarze to przede wszystkim ludzie. I jako takich stara się ich pokazać Segal. Ta powieść mówi więc o ludziach. Tych, którzy zdecydowali się związać swoje życie z medycyną i nierzadko musieli wiele poświęcić, aby osiągnąć cel, jaki sobie wyznaczyli. Autor porusza też wiele tematów i problemów uniwersalnych. Sporo uwagi poświęca procesowi dojrzewania jednostki. Pozwala czytelnikowi podjąć refleksje nad sensem życiowych niepowodzeń i trudności, jakie napotkać może każdy, kto w życiu dąży do jakiegoś celu. Mówi o licznych wzlotach i upadkach, a także o miłości, przyjaźni i wielu innych zagadnieniach bliskich wszystkim.

W tej książce Segal ukazuje całościowo specyfikę zawodu lekarza. Zwraca baczną uwagę na wszystkie jego aspekty, blaski i cienie towarzyszące jego wykonywaniu. Nie pomija niczego. Ta wnikliwość mnie urzekła. Obraz środowiska medycznego w Doktorach jest niezwykle realistyczny. Na wrażenie autentyzmu złożyła się z pewnością także rozległa wiedza medyczna pisarza. Uważam, że to czyni tę powieść naprawdę wyjątkową i jest w moich oczach jednym z największych jej atutów.

Pisząc o medycynie i lekarzach, nie można marginalizować zagadnień etycznych. Autor o tym nie zapomniał i wielokrotnie mobilizuje czytelnika do głębokiej refleksji na ten temat. Zmusza do udzielenia sobie odpowiedzi na wiele trudnych i często zwyczajnie niewygodnych pytań, dotyczących człowieczeństwa oraz szeroko pojętej moralności. Pretekstem do tego są nie tylko kwestie medyczne, ale także umiejętnie wpleciony w fabułę wątek holokaustu. Krótki, ale niezwykle wymowny. Pojawia się także problem rasizmu.

Doktorzy to dzieło wielowątkowe i pasjonujące. Niezwykle głębokie, niestroniące od tematów poważnych i trudnych. Można by odnieść wrażenie, że czynią one powieść wyjątkowo ciężką i poważną. Nic bardziej mylnego. Czyta się ją niezwykle szybko i z przyjemnością, bo autor posługuje się stylem dość lekkim i przystępnym. Jest w niej także sporo humorystycznych dialogów. Sama akcja natomiast została starannie przemyślana i poprowadzona. I nie ma obawy, że czytelnik się w niej zagubi, choć wątków jest wiele, a fabuła obfituje w nieprzewidziane zdarzenia. To kolejne olbrzymie zalety tej powieści i dowody, że jest ona utworem wyjątkowym, głęboko przemyślanym i dojrzałym.

Następnym niezaprzeczalnym atutem Doktorów są, moim zdaniem, wyśmienicie oddane emocje bohaterów. Wszystkie zostały starannie i sugestywnie przedstawione, z całą intensywnością i podłożem oraz przemianami w ich obrębie zachodzącymi. Dzięki temu czytelnik jeszcze bardziej wciąga się w lekturę i nie jest w stanie się od niej oderwać, a wiele z uczuć doświadczanych przez postacie staje się jego osobistym udziałem.

Uważam, że Doktorzy to prawdziwe arcydzieło. Wyjątkowa, poruszająca, niezwykle głęboka powieść obyczajowa. Ponadczasowa, ambitna i zmuszająca do refleksji, z dużą dozą realizmu i szczyptą humoru. A przy tym po prostu dobrze napisana. To dzieło niezwykle dojrzałe.

Moja ocena: 6/6

„Przeminęło z wiatrem” – Margaret Mitchell

przeminelozwiatrem Przeminęło z wiatrem to jedna z tych książek, o których słyszał z pewnością każdy. Powstała w pierwszej połowie dwudziestego wieku, a opowiada o wydarzeniach jeszcze wcześniejszych. Margaret Mitchell zabiera nas do amerykańskiego stanu Georgia w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Stamtąd pochodzi główna bohaterka utworu - Scarlett O’Hara, która na początku powieści liczy sobie ledwie kilkanaście lat. Jest córką miejscowego plantatora bawełny, dziewczyną niebywale dumną, zadziorną, upartą i mściwą. Zawsze wie, czego chce i nie spocznie, dopóki tego nie dostanie. Gdy obiekt jej uczuć, Ashley Wilkes, staje z inną przed ołtarzem, postanawia ukarać go w osobliwy sposób: mianowicie wychodzi za mąż za brata jego wybranki. Po zaślubinach obaj panowie wyruszają na front, by wziąć udział w toczącej się wojnie secesyjnej. Mąż głównej bohaterki niebawem ginie, a ona zostaje młodą wdową. Obok siebie ma znienawidzoną Melanię Wilkes, która nie dość, że jest kompletnie nieświadoma awersji ze strony szwagierki, to jeszcze sama darzy ją ogromną sympatią. Jak ukształtują się dalsze losy tych dwóch kobiet i innych bohaterów z ich otoczenia? Jedno jest pewne - będą burzliwe i zaskakujące.

Fabuła powieści obejmuje wiele lat i składa się z wielu wątków. Znajdziemy tu motywy miłości, nienawiści, przyjaźni, straty i wiele, wiele innych. Bohaterowie doświadczają radości, smutków, niespodzianek i rozczarowań. Akcja to jest wartka i dynamiczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów, to zwalnia i wydaje się snuć leniwie.

Autorka porusza istotne i uniwersalne problemy, co bez wątpienia jest ogromnym atutem powieści. Mówi o dojrzewaniu, wzlotach i upadkach, stawianiu czoła najrozmaitszym przeciwnościom losu. Przeminęło z wiatrem to po prostu samo życie i trudno uwierzyć, że nie ono stworzyło przedstawioną tu historię, a jedynie wyobraźnia autorki.

Silne wrażenie autentyzmu, jakie towarzyszy czytelnikowi podczas lektury, wynika z doskonale nakreślonego tła historycznego. Mitchell wyśmienicie oddała ówczesne realia społeczno-polityczne. Opisała przebieg wojny secesyjnej oddając dramatyzm sytuacji, w jakiej znaleźli się żołnierze, właściciele ziemscy, niewolnicy, kobiety. Wszystko zostało opowiedziane tak, że ma się wrażenie, jakby wydarzenia, o których mowa w książce były osobistym udziałem pisarki, a przedstawieni przez nią bohaterowie - żywymi ludźmi, których spotkała na swojej drodze. Widać, że Mitchell doskonale znała historię i wiedziała, o czym pisze. Nie zapomniała także o ówczesnych obyczajach, a nawet przyrodzie. Dokładnie i wiarygodnie pokazała życie codzienne ludzi w tamtym okresie i obowiązującą wówczas etykietę, a także specyficznie niekiedy pojmowaną moralność. Wszystko to przedstawiła po prostu po mistrzowsku. Opisy są nie tylko szczegółowe, ale i sugestywne, niezależnie od tego, czego dotyczą. Silnie pobudzały moją wyobraźnię, malując w niej wyraźne, barwne obrazy, a to uważam za ogromną zaletę.

Wrażenie autentyczności wzmaga kreacja bohaterów. W Przeminęło z wiatrem występuje ich naprawdę wielu, ale nie sposób znaleźć dwóch takich samych czy nawet szczególnie do siebie podobnych pod względem charakterologicznym. Każda z postaci jest zupełnie inna, ma sobie tylko właściwy sposób bycia czy postępowania. Przy tym wszystkie są niesamowicie wyraziste. Indywidualizacja bohaterów silnie zaznacza się również w języku, jakim się posługują, w stylu ich wypowiedzi. Z ust prostej, spokojnej, dobrej, przyjaźnie do wszystkich nastawionej Melanii zawsze płyną słowa pełne życzliwości i ciepła. Wiecznie niezadowolona, egoistyczna i rozpieszczona Scarlett nie stroni od złośliwości czy ironii.

Emocje towarzyszące poszczególnym bohaterom w mgnieniu oka udzielają się także czytelnikowi. Postępowanie postaci również wywołuje podczas lektury najrozmaitsze stany emocjonalne. Dzięki temu od książki nie sposób się oderwać. Nieustannie ma się wrażenie, że jest się częścią świata przedstawionego. Kimś, kogo opisywane wydarzenia w jakiś sposób osobiście dotyczą.

Wspomniawszy o kreacji postaci i umiejętności manipulowania emocjami odbiorcy, chciałabym na chwilę jeszcze pochylić się nad postacią głównej bohaterki. Denerwowała mnie ona niemiłosiernie. Od strony czysto technicznej stworzona została po mistrzowsku, ale to właśnie powodowało, że momentami źle mi się książkę czytało. Scarlett jest niesamowicie irytująca. Jej egoizm, wieczne chimery i niezadowolenie, sposób, w jaki odnosiła się do innych, poczucie wyższości i niedostępność oraz niekiedy zupełnie irracjonalne, wręcz infantylne postępowanie doprowadzały mnie wielokrotnie do furii, a wówczas poziom agresji wzrastał we mnie wprost proporcjonalnie do wyczerpywania się pokładów cierpliwości wobec tej bohaterki. Początkowo, jeszcze w trakcie lektury, uznałam to za skazę na niewątpliwym arcydziele stworzonym przez Mitchell. Dopiero później zrozumiałam, że właśnie te moje uczucia są niezbitym dowodem mistrzostwa pisarki. Scarlett miała być właśnie taka, a nie inna, i w tym poniekąd jej urok. Jeśli jej postawa we mnie - czytelniczce - wzbudzała tak silne, czasami wręcz skrajne emocje, znaczy to tylko, że cel autorki został osiągnięty. Przy całej mojej antypatii do Scarlett, nie potrafiłam nigdy odmówić jej odrobiny podziwu czy szacunku. W jakimś stopniu stała mi się szczególnie bliska. Choć z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że nigdy dotąd żaden bohater literacki nie budził we mnie uczuć tak ambiwalentnych, jak Scarlett O’Hara.

Przeminęło z wiatrem zostało napisane z niezwykłą błyskotliwością i pieczołowitością. Styl, jakim posługuje się Margaret Mitchell, charakteryzuje się niebywałą płynnością. Widać, że jest dojrzały, ukształtowany, wyrobiony. Dzięki temu stylowi, autentyzmowi, wyśmienicie nakreślonemu tłu społeczno-politycznemu i obyczajowemu, świetnie wykreowanym bohaterom i sugestywnym opisom powieść wciąga, fascynuje i na długo pozostaje w pamięci. Czyta się ją z prawdziwą przyjemnością i szybko, choć stron ma wiele.

Rewelacyjne arcydzieło Margaret Mitchell dostarcza mnóstwa emocji i wiedzy. Chwile spędzone z tą książką były dla mnie wspaniałe i polecam ją zdecydowanie. Z pewnością nie jest pozycją dla każdego, ale za to idealną na każdy czas. Zarówno na długie zimowe lub jesiennie wieczory, jak i na snujące się leniwie upalne, letnie dni.

Moja ocena: 6/6

„Krzyk pośród nocy” – Mary Higgins Clark

krzykposrodnocyMary Higgins Clark jest uznaną amerykańską pisarką, która ma na swoim koncie już kilkadziesiąt powieści. Twórczość tej autorki cieszy się popularnością na całym świecie. Krzyk pośród nocy to pierwszy i jak na razie jedyny utwór z dorobku autorki, z którym miałam okazję się zapoznać. Czy wywarł na mnie pozytywne wrażenie? Tak.

Główną bohaterką książki jest Jenny McPartland, matka dwóch dziewczynek w wieku przedszkolnym. Po rozstaniu z mężem kobieta sama zajmuje się wychowaniem córek. Z trudem przychodzi jej pogodzenie roli samotnej matki z pracą zawodową. Mimo wszystko jednak, jakoś wiąże koniec z końcem. Pewnego dnia poznaje Ericha Krugera, nieprzeciętnie zdolnego malarza. Mężczyzna robi na niej bardzo dobre wrażenie. Jest szarmancki, przystojny i zamożny, a co najważniejsze, doskonale rozumie Jenny. Błyskawicznie zdobywa sobie nie tylko jej sympatię, ale i rękę. Kobieta z dnia na dzień rozpoczyna zupełnie nowe, zdawać by się mogło sielankowe, życie w rodzinnym domu męża. Wkrótce jednak dookoła zaczynają się dziać bardzo dziwne rzeczy. Wszystko wskazuje na to, że bohaterka jest nie do końca przy zdrowych zmysłach. Czy rzeczywiście?

Krzyk pośród nocy to bardzo dobry horror i zarazem thriller psychologiczny, trzymający czytelnika w napięciu już od pierwszych stron. Napięcie to jest umiejętnie budowane i stopniowane. Przez cały czas powoli i sukcesywnie wzrasta, aż do osiągnięcia punktu kulminacyjnego i rozwiązania zagadki. Nastrój grozy, którym przesiąknięty jest utwór błyskawicznie udziela się czytającemu. Podczas niemal całej lektury towarzyszyło mi uczucie osaczenia i strach. Przyczyniał się do tego również prosty, ale niezwykle sugestywny i obrazowy język, jakim książka jest napisana.

Ogromnym atutem tej pozycji jest psychologizm. Autorka stworzyła bardzo wnikliwy portret psychologiczny głównej bohaterki. Doskonale opowiedziała wszystkie jej myśli i uczucia oraz ukazała motywy postępowania Jenny. Niestety kilkukrotnie odniosłam wrażenie, że zachowanie kobiety jest kompletnie irracjonalne, a przesłanki psychologiczne, które miały je uzasadniać były dla mnie lekko naciągane. Główna bohaterka strasznie mnie irytowała swoją naiwnością. Była zdecydowanie zbyt naiwna i to aż kłuło w oczy. Osobiście nie wierzę, że jakikolwiek dorosły człowiek, w jakiejkolwiek sytuacji, może wykazywać aż taką naiwność. Poza tym, obojętnie, co by się nie działo, kobieta ta ma zawsze, na wszystko jakieś wytłumaczenie. To właściwie drobny zgrzyt, delikatna rysa na i tak dobrze wykreowanej bohaterce, ale jednak rozpraszało mnie to i potwornie irytowało. Do tego stopnia, że kilka razy, zwłaszcza na początku czytania, miałam ochotę dać sobie spokój z lekturą. Ciekawość dalszych wydarzeń wzięła jednak górę i dobrze, że tak się stało.

Akcja utworu została umiejętnie poprowadzona i dopracowana w każdym szczególe. Rozgrywające się wydarzenia są przez cały czas dużym zaskoczeniem. Ledwie zaczynamy nabierać jakichś podejrzeń, co do dalszego rozwoju wypadków, czy zakończenia, a tu nagle autorka zaskakuje nas czymś, czego nie sposób było się spodziewać i zmuszeni jesteśmy porzucić dotychczasowy trop. Pisarka umiejętnie wodzi czytelnika za nos. Również na sam koniec, gdy wydaje nam się, że już wszystko jasne, że już wszystko wiemy, okazuje się, że zakończenie jest zupełnie zaskakujące, niespodziewane, ale i całkowicie logiczne. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tego zakończenia i uważam je za jeden z największych plusów książki.

Książkę tę pragnę gorąco polecić wszystkim lubiącym literaturę grozy i dobre, trzymające w napięciu kryminały, a także powieści psychologiczne. Książka nie jest pozbawiona kilku wyraźnych wad, o których już wspomniałam, ale mimo to jest moim zdaniem całkiem dobra.

Moja ocena: 4,5/6

„Jesienna miłość” – Nicholas Sparks

jesiennamiloscMoje pierwsze literackie spotkanie ze Sparksem wypadło przeciętnie. Jako że jego dorobek pisarski jest dosyć bogaty, postanowiłam nie oceniać autora na podstawie tej jednej tylko książki i sięgnęłam po kolejną. Tym razem padło na Jesienną miłość.

Narratorem jest tu pięćdziesięcioletni mężczyzna, Landon Carter. Opowiada on czytelnikowi historię, która przytrafiła mu się, gdy miał lat zaledwie kilkanaście. Był bogatym i nieco rozpuszczonym dzieciakiem, wiodącym beztroskie, rozrywkowe życie. Pewnego dnia, z braku innej możliwości, zdecydował się zaprosić na bal swoją koleżankę z klasy, Jamie Sullivan, córkę miejscowego pastora. Dziewczyna zdecydowanie wyróżniała się na tle rówieśników. Była spokojna, miła, uczynna, zaangażowana społecznie, nie lubiła imprezować. Pierwsze miejsce w jej życiu zajmował Bóg. Stanowiła więc zupełne przeciwieństwo Landona. Nieoczekiwanie dla samego siebie chłopak zakochał się w Jamie i znajomość, zamiast zakończyć się równie szybko, jak się zaczęła, miała dalszy ciąg. Jednak nie wszystkie niespodzianki, które tym dwojgu zgotował los, należały do przyjemnych.

Lektura tej powieści wzbudziła we mnie mieszane odczucia, choć bilans jest zdecydowanie ujemny. To książka napisana sprawnie, dość dobrym językiem i stylem. Niemniej płaszczyzna językowa nie jest pozbawiona wad. Przede wszystkim raziła mnie przesadna egzaltacja i pojawiające się nagminnie pseudo-poetyckie sformułowania. Nie są one szczególnie złe, a niekiedy wręcz całkiem przyzwoite, przeważnie jednak wywoływały we mnie wrażenie pewnej sztuczności. Zupełnie jakby ktoś chciał za wszelką cenę przydać możliwie najwięcej poetyckości tekstowi. Nie wiem, czy winnym takiego stanu rzeczy jest autor, czy może tłumacz (Andrzej Szulc). Niestety nie do końca się to udało.

Atutem Jesiennej miłości jest niewątpliwie to, że czyta się ją szybko, chociaż porusza tematy niełatwe, takie jak smutek czy choroba. Osoby, które łatwo i często się wzruszają, prawdopodobnie kilka razy podczas lektury uronią łezkę, bo powieść momentami jest niemiłosiernie ckliwa. Dla mnie aż do przesady. Do obrzydzenia wręcz. Poza tym autor dość dobrze poradził sobie z nakreśleniem i zanalizowaniem emocji i uczuć będących udziałem dwójki głównych bohaterów. Niestety emocje te są, moim zdaniem, przesadnie wyeksponowane. Zupełnie niepotrzebnie.

Historia Jamie i Landona jest właściwie dosyć banalna i w znacznym stopniu przewidywalna. W dużej mierze jest to wina sposobu kreacji bohaterów. Oboje są przerysowani, tak jednoznaczni, że aż nierealni i to się natychmiast rzuca w oczy. Jamie zostala ukazana jako chodzący anioł. Nie ma żadnych wad. Dosłownie. Jest po prostu doskonała pod każdym względem. To strasznie irytujące. Nie lubię aż tak jednoznacznych bohaterów, a już zwłaszcza takich chodzących ideałów, jak Jamie. Jeśli chodzi o Landona, sprawy mają się trochę lepiej. Jest on bohaterem dynamicznym, który w toku akcji przechodzi wewnętrzną przemianę: dojrzewa, zmienia nastawienie do pewnych kwestii. Mimo to jednak on również jest mało rzeczywisty, a koleje jego losu przewidywalne niemal od pierwszych stron.

W powieści można dopatrzyć się również pewnego rodzaju przesłania. Sparks przypomina nam, jakie wartości naprawdę liczą się w życiu, co jest ważne i czym powinniśmy się kierować w postępowaniu, w podejmowaniu wyborów.

Oceniając Jesienną miłość jako całość, muszę stwierdzić, że jest to zwykłe czytadło. Mdłe, schematyczne. Pod wieloma względami podobne do wielu utworów napisanych wcześniej i później. Po tej lekturze stwierdzam, że nadal nie jest dla mnie jasny fenomen popularności Sparksa i powszechny zachwyt nad jego twórczością. Ja tego zachwytu zdecydowanie nie podzielam.

Dodam tu jeszcze, niejako na marginesie, że przed przeczytaniem Jesiennej miłości widziałam jej ekranizację. Filmowa wersja nosi tytuł Szkoła uczuć. Podobała mi się zdecydowanie bardziej od książki, ale również nie zachwyciła mnie szczególnie. Niewykluczone, że wrażenia filmowe łagodzą w jakimś stopniu moją ocenę literackiego pierwowzoru. Starałam się nie patrzeć na tę powieść przez pryzmat jej ekranowej adaptacji, ale przyznaję, że nie było to dla mnie wcale takie łatwe.

Moja ocena: 1,5/6