„List w butelce” – Nicholas Sparks

Kolejne – trzecie już – spotkanie z twórczością Sparksa, to dla mnie rozczarowanie. Zresztą podobnie było za pierwszym i za drugim razem. Wówczas jednak, niezrażona, powiedziałam sobie, że do trzech razy sztuka i postanowiłam spróbować raz jeszcze, tym bardziej, że literacki dorobek autora jest dość pokaźny. Może dotychczas nie trafiłam na właściwą książkę? Po lekturze Listu w butelce, na który to tytuł tym razem padł mój wybór, zwątpiłam w to – jak mi się zdaje – definitywnie.

Tym razem sięgnęłam po pozycję niemalże kultową. Jest to historia o tym, jak pewnego dnia, dziennikarka Theresa Osborne znajduje na plaży list w butelce – list miłosny, adresowany przez niejakiego Garreta do jego ukochanej Catherine. Zafascynowana znaleziskiem Theresa postanawia dowiedzieć się więcej o autorze listu i odnaleźć go. Kiedy jej się to udaje, nie ujawnia mu jednak, że znalazła jego list do Catherine, która była, jak się okazuje, zmarłą żoną Garreta. Tymczasem między nim, a dziennikarką zaczyna kiełkować uczucie. Czy ta relacja ma szansę przetrwać? Co będzie, gdy główny bohater pozna prawdę?

Książka jest nudna i schematyczna. Mam wrażenie, że wszystkie powieści Sparksa pisane są „na jedno kopyto”, według ściśle określonego schematu. Ten zarzut jest często powtarzany przez krytyków jego pióra i muszę niestety dołączyć do ich grona przyznając im rację. Po trzech przeczytanych książkach widzę już ten schemat bardzo wyraźnie. Mamy tu charakterystyczne sparksowskie toposy: wielka miłość, jakiś dramat, tęsknota. Dalej: śmierć, utrata bliskiej osoby i – to znak firmowy autora – koniecznie antyhappyend.

Sięgając po List w butelce nie liczyłam na arcydzieło. Wiedziałam, że sięgam po czytadło. Liczyłam jednak na coś przynajmniej przeciętnego i zjadliwego, tymczasem ta książka mnie zmęczyła. Nie dość, że schematyczna, to jeszcze najzwyczajniej w świecie nudna jak flaki z olejem. Akcja wlecze się powoli jakby chciała, a nie mogła.

Wiele do życzenia pozostawia też warstwa językowa i stylistyczna utworu. Powieść jest potwornie ckliwa i przesłodzona, a w niektórych miejscach z kolei zbyt patetyczna i udramatyzowana. Jest to książka bardzo emocjonalna – zdecydowanie za bardzo. Ponadto w trakcie lektury czytelnika biją po oczach biją liczne literówki i błędy interpunkcyjne, co zdecydowanie nie przemawia na korzyść tej pozycji. Ja rozumiem, że to tylko czytadło, ale nawet od czytadła oczekuję pewnego poziomu. Nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy widzę niechlujnie wydane książki (wyd. Albatros 2015), a robiona „na kolanie” korekta (o ile w ogóle robiona w tym przypadku była, bo mam, co do tego poważne wątpliwości) właśnie o niechlujstwie świadczy i woła o pomstę do nieba.

Po tej lekturze utraciłam bezpowrotnie wszelkie złudzenia, co do tego, że być może dołączę kiedyś do grona zachwyconych piórem Sparksa czytelniczek. Tak się nie stanie, bo więcej szans on ode mnie nie dostanie. Fenomen jego popularności i poczytności jest dla mnie kompletnie niezrozumiały. Mnie ta twórczość nie oczarowała, a wręcz przeciwnie – bardzo rozczarowała.

Czy List w butelce ma jakieś zalety? Cóż. Wątpliwe, ale tak: ostatecznie, choć powieść jest nudna jak flaki w oleju, czytało się ją dosyć szybko. Uff! Historia ta, w ogólnym zarysie, ma w sobie również pewien godny uwagi potencjał. To, że nie został on w ogóle wykorzystany, a jedynie zmarnowany, to już zupełnie inna rzecz.

W 1999 roku książka została zekranizowana. Film wyreżyserował Luis Mándoki. W rolach głównych wystąpili: Robin Wright i Kevin Costner. Adaptacja jest z pewnością zdecydowanie bardziej znana niż sama książka i również można powiedzieć, że stała się już filmem kultowym. Miałam okazję ją obejrzeć. I ona mnie nie zachwyciła, ale nie będę się tutaj szerzej na ten temat rozpisywać. Powiem tylko tyle, iż uważam, że film jest w tym wypadku mimo wszystko lepszy od książki.

Moja ocena: 1,5/6