07/10/2020

„Jazda na rydwanie” – Julian Hardy

Jazda na rydwanie to opasłe, niespełna dziewięciuset stronicowe tomiszcze. Przybliżenie fabuły stanowi dla mnie nie lada wyzwanie, bo jest to powieść wielowątkowa, łącząca w sobie elementy kilku gatunków literackich. To po trosze thriller, po trosze powieść przygodowa i łotrzykowska, a po trosze jeszcze romans z niemałą dawką erotyki.

Głównego bohatera – Roberta Meissnera – poznajemy w 1938 roku, kiedy ma osiemnaście lat. Wychowywany jest przez matkę; samotną, apodyktyczną i wyjątkowo toksyczną kobietę. Chłopak nie ma łatwego życia. Relacja z matką pozostawia wiele do życzenia, a w relacjach z rówieśnikami wcale nie jest lepiej. Chłopak, jest szkolnym kozłem ofiarnym. Uchodzi za nieudacznika i łamagę. Jest niejako z góry na przegranej pozycji, ponieważ nie jest zbyt bogaty. Wstąpienie do wojska okaże się momentem decydującym dla całego jego przyszłego życia. Przeżyje mnóstwo przygód podróżując po całej Europie i nie tylko, a jego życie znacząco się odmieni i będzie obfitowało w wiele zawirowań i zmiennych kolei losu.

Akcja powieści dzieje się w latach 1938-1974. Zahacza dość mocno o ówczesne wydarzenia polityczne w Polsce i na świecie. O dziwo mi to nie przeszkadzało, choć zwykle wątki polityczne niesamowicie mnie nużą. Nie przepadam za tą tematyką.

Obok polityki mamy również dużo informacji o charakterze historycznym i społeczno-obyczajowym. Szacunek dla autora, bo naprawdę popisał się wiedzą i świetnie przedstawił szeroko rozumiane realia XX-wiecznego świata. Bardzo podobały mi się pouczające i ciekawe przypisy odnoszące się do wplecionych w fabułę realnych wątków historycznych. Dzięki nim nie tylko poszerzałam wiedzę o historii XX-wiecznej Europy, ale i łatwiej było mi oddzielić literacką fikcję od rzeczywistości.

Bogaty świat przedstawiony, dylematy moralne, wielowątkowa fabuła, poprowadzona z rozmachem, ale i dbałością o wewnętrzną spójność akcja, która trzyma w napięciu to niewątpliwe atuty tej powieści. Jednak Jazda na rydwanie ma również swoje wady.

Bohaterowie to w większości postaci bardzo wyraziste, starannie wykreowane i silnie zindywidualizowane. Jednak dość mocno irytował mnie główny bohater. Jego postępowanie i umysł przez cały czas wymykały się wszelkim schematom i zaskakiwały. I z jednej strony to dobrze. Z drugiej jednak, czasami odnosiłam wrażenie, że do pewnych wniosków dochodzi nie wiadomo skąd. Nie zawsze potrafiłam się wczuć w jego perspektywę i zrozumieć ją, co jest dla mnie dość ważne z perspektywy czytelnika.

W pewnym sensie Jazda na rydwanie to także powieść inicjacyjna. Opowiada, bowiem o dojrzewaniu i przemianie głównego bohatera. Tak wewnętrznej jak i zewnętrznej, bo z zahukanego, biednego chłoptasia i nieudacznika staje się bogatym, wpływowym i pewnym siebie mężczyzną. Jednak nie wszystkie elementy, które złożyły się na jego przemianę brzmią dla mnie przekonująco. Mam tutaj mocno mieszane odczucia.

Drażniły mnie też sceny erotyczne, a ściślej mówiąc ich szczegółowość i ilość. Moim zdaniem pojawiały się, bowiem w nadmiarze. Czytelnik za każdym razem z najdrobniejszymi szczegółami poznaje arkana seksualnego pożycia Roberta i wszystkich jego miłosnych podbojów. Ponieważ zaś główny bohater w tej dziedzinie nie próżnuje, jest po temu sporo okazji. Mówią, że lepszy niedosyt niż przesyt. Tutaj mam zdecydowanie przesyt. Gdybym miała ochotę na taką ilość erotycznych wstawek, sięgnęłabym po coś z półki z literaturą erotyczną właśnie.

Podsumowując. Jazda na rydwanie to książka, która ma równie wiele wad, co zalet. Czyta się ją szybko, obfituje w wiele ciekawych wątków. Napisana jest prostym językiem, porusza wiele ważnych życiowych kwestii i dylematów moralnych. Jeśli ktoś lubi wielowątkowe powieści z mocno zarysowanym tłem historyczno-obyczajowym, to warto przeczytać. Jeśli nie będziecie oczekiwać zbyt wiele, nie będziecie rozczarowani.

Moja ocena: 3/6

Książkę otrzymałam do recenzji w ramach współpracy z portalem „Na kanapie”

Książkę zgłaszam do wyzwania Trójka e-pik

05/05/2020

„Transsuma” – Roman Razorbak

Transsuma przyciągnęła mnie do siebie intrygującym tytułem, niepozorną okładką (kolorowe kropki na szarym tle) i opisem okładkowym (Novae Res 2020). Jakkolwiek w opisie tym wydawca szczerze informuje, czego należy się spodziewać po lekturze, to kompletnie nie tego się spodziewałam. Zupełnie inaczej sobie to wyobrażałam, choć opis ten jest wyjątkowo trafny. Jak to? A no – tak to!

Do monastycznego klasztoru trafia młody A. Zdaje się, że ma powołanie. Ale tak naprawdę próbuje uciec od świata i samego siebie. Przeżywa kryzys tożsamości, który ma nadzieję zagłuszyć poprzez modlitwę i podporządkowanie się surowym regułom klasztornego życia, przywdziewając habit mnicha. Targany jest wieloma wewnętrznymi rozterkami, które, zamiast zniknąć, dzięki pewnemu wydarzeniu i spotkaniu zaczną się namnażać, a wewnętrzny kryzys głównego bohatera będzie się pogłębiał ze strony na stronę. Jaki to kryzys? Czym jest spowodowany? Tego już nie zdradzę.

Książka od pierwszych stron mocno mnie wciągnęła. Momentami narracja jest bardzo poetycka. Czytając śledzimy uważnie rozterki A. Jego rozmaite, liczne refleksje i wewnętrzne zmagania. Przemyślenia te często są głębokie i poruszające, przedstawione właśnie bardzo poetycko. Zaś innym razem bezsensowne, nielogiczne, chaotyczne i pełne sprzeczności. Z każdą kolejną stroną stają się coraz bardziej niedorzeczne i odrealnione moim zdaniem, ale jednak są jakoś na swój sposób wartościowe, bo mimo wszystko ukazują w pewien sposób, jak funkcjonuje umysł człowieka w kryzysie tożsamości.

Razorbak posługuje się stylem bardzo specyficznym. Jego język jest jednocześnie poetycki i obrazoburczy. Wyszukany i prostacki. Wzruszający i bluźnierczy. Czytając doświadczałam różnych, bardzo skrajnych emocji. Od zachwytu po wstręt i obrzydzenie. Narracja zaś jest momentami chaotyczna, ale obok wrażenia chaosu ma się jednocześnie poczucie, że autor nad nim panuje. I ten miejscowy narracyjny chaos odpowiada poniekąd świetnie stanom mentalnym bohatera. Tak więc to i wada, i zaleta jednocześnie.

Na pewno podziwiam u autora świadomość językową. To, jak miesza pojęcia, jak żongluje słowami, sprawiając, że bluźnierstwo brzmi niekiedy jak poezja, a poetycki niby frazes kryje w sobie jad. Może się to podobać lub nie. Ale to sztuka umieć tak wyeksploatować język: tak podporządkować go sobie i potrzebom swojego pióra, jak zrobił to Razorbak.

Nie wiem, co sądzić o tej książce. Jest jednocześnie dobra i beznadziejna. Bo to wszystko zależy, jak na nią spojrzeć. To, jaką perspektywę patrzenia przyjmiemy, będzie miało wpływ na ocenę. Lektura Transsumy to gwałt dokonany na moim umyśle. Gwałt intelektualny i mentalny. Wywołała we mnie uczucie potwornego psychicznego zmęczenia, które narastało wraz z każdą przeczytaną stroną. Sprawiła, że czuję się psychicznie zbrukana i wstrząśnięta, ale i poruszona. Chcę o niej jak najszybciej zapomnieć, ale ciągle o niej myślę i przypominam sobie różne jej fragmenty.

Transsuma to książka pełna sprzeczności. Tak jak główny bohater powieści. I również wiele sprzecznych odczuć wywołała we mnie. Ale może właśnie o to chodziło, by czytelnik poczuł się po trosze tak, jak czuł się A.? Rozdarty pomiędzy dwoma sprzecznościami? Przyjmując taką perspektywę – autor spisał się na medal.

Podsumowując: napisałam, że książka jest pełna sprzeczności na każdej płaszczyźnie – tak językowej, jak i fabularnej, narracyjnej. I taka też będzie moja ocena. Bo nie może być inna. Gdyby była jednoznaczna, byłaby połowiczna. Książkę więc polecam serdecznie, sugerując, że bezpieczniej będzie trzymać się od niej z daleka. Właśnie tak. Zaryzykujcie. Kto nie ryzykuje, ten nie żyje! A. też zaryzykował. Czy warto? Myślę, że książka nie daje jednoznacznej odpowiedzi i ja Wam jej też nie dam.

Moja ocena: 3,5/6