„Julia” – Anne Fortier

juliaLubię dramaty Szekspira między innymi za to, że są ponadczasowe. Kolejne pokolenia twórców, nie tylko pisarzy, wciąż nawiązują do szekspirowskiej spuścizny. Nawiązań i rozmaitych reinterpretacji jest na tyle dużo, że czasem odnoszę wrażenie, iż kultura, szczególnie współczesna, przetworzyła już dzieła Szekspira na wszelkie możliwe sposoby, zwłaszcza zaś Romea i Julię; sam motyw ich miłości stał się po prostu oklepany. Dlatego na ogół z rezerwą podchodzę do książek, w których takie nawiązania są częste i wyraźne. Przecież to wszystko już było!

Ostatnio zatęskniłam trochę za Szekspirem. Nie miałam jednak ochoty na klasykę, ambitną literaturę. Chciałam tym razem przeczytać coś lżejszego. Zdecydowałam się więc na Julię autorstwa Anne Fortier, którą BiblioNETka od dłuższego już czasu wymieniała na pierwszej stronie listy polecanych mi książek. Po przeczytaniu mogę śmiało powiedzieć, że biblioNETkowy system rekomendacji po raz kolejny mnie nie zawiódł.

Główną bohaterką jest Julie Jacobs. Ona i jej siostra Janice są z pochodzenia Włoszkami, ale po śmierci rodziców trafiają pod opiekę ciotki mieszkającej w Ameryce. Gdy ta również umiera, okazuje się, że cały jej majątek przypada w udziale Janice. Julie otrzymuje tylko pewien list oraz kluczyk do skrytki jednego ze sieneńskich banków, gdzie rzekomo znajduje się to, co zostawiła dla niej matka. Młoda kobieta udaje się więc do Sieny, wyobrażając sobie, że czeka tam na nią majątek. Zamiast niego znajduje jedynie kilka drobiazgów. Między innymi plik starych listów i mocno sfatygowany egzemplarz Romea i Julii… Skonfundowana bohaterka postanawia poznać dokładnie tajemniczą rodzinną historię i znaleźć odpowiedzi na liczne nurtujące ją pytania. Dokąd zaprowadzą ją poszukiwania? Czego dowie się o swoim pochodzeniu i rodzinie?

Julia to znakomita powieść, stanowiąca pod względem gatunkowym swoistą mieszankę; thriller po trosze romantyczny, a po trosze historyczny. Dominują tu dwa wątki: romantyczny i kryminalny. Akcja zaś toczy się na dwóch płaszczyznach: współcześnie i w średniowieczu. Co chwilę przeskakujemy w czasie. Początkowo mi się to nie spodobało. Raczej nie przepadam za książkami, w których narracja prowadzona jest dwutorowo. Przeważnie nie mogę się wtedy skupić na lekturze. Ciągła zmiana mnie rozprasza. Zwykle faworyzuję jedną część i na niej skupiam się bardziej, kosztem tej drugiej. Tym razem, o dziwo, dałam się porwać bez reszty. Fortier poprowadziła obie narracje bardzo starannie i umiejętnie. Przejścia od jednej do drugiej są płynne, niemal niezauważalne. Podczas lektury błyskawicznie zapomniałam o moich uprzedzeniach. Za to - ogromny plus.

Przechodząc pomiędzy współczesnością i czternastym wiekiem, towarzyszymy na przemian dwóm Juliom. Wspomnianej już głównej bohaterce i jej średniowiecznej protoplastce. Tej, która - jak się okazuje - była pierwowzorem bohaterki Szekspirowskiego dramatu. Przy okazji poznajemy alternatywną, stworzoną w wyobraźni autorki, historię powstania Romea i Julii. Każdy rozdział rozpoczyna się jakimś cytatem z Szekspira. Wersja wydarzeń zaproponowana przez Anne Fortier jest zupełnie inna od oficjalnej, ale została przedstawiona w taki sposób, że kilkakrotnie miałam wrażenie, iż ona właśnie jest tą prawdziwą. Autorce prawie udało się mnie wykiwać. I za to kolejny duży plus. Bardzo wysoko cenię pisarzy, którzy umieją tak wodzić czytelnika za nos, że ten zaczyna się zastanawiać, co jest prawdą, a co fikcją.

Czytanie Julii trochę przypominało mi jazdę kolejką górską. To dzięki wartkiej akcji, która obfituje w liczne zwroty i pędzi na łeb na szyję, nie pozwalając ani na chwilę oderwać się od lektury, a także dzięki serii zaskakujących zdarzeń. Nic nie jest tu takie, jakim się wydaje, a intryga kryminalna odznacza się wysokim stopniem skomplikowania. Została starannie przemyślana i poprowadzona.

Kolejnym atutem powieści jest niepowtarzalny, uroczy klimat. Ma ona w sobie coś magicznego, czarującego. Fabuła jest niebanalna. Autorka miała na nią bardzo oryginalny pomysł, który udało jej się zrealizować z pełnym sukcesem. Julia momentami bawi, momentami wzrusza, a przez cały czas trzyma w napięciu.

Język na ogół jest potoczny, szczególnie w dialogach, i niezwykle emocjonalny. Pewnie nie każdemu przypadnie do gustu. Sama nie jestem fanką zbyt emocjonalnego stylu, ale tutaj jakoś zupełnie mnie on nie raził. Nie powiem, żeby był zaletą, ale wpasował się w całość na tyle, że nie uznaję go też za wadę. W pewnym sensie nawet dobrze współgra z pędzącą na złamanie karku akcją.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym atucie tej powieści, który zwiększa przyjemność jej czytania, mianowicie o opisach Sieny, gdzie rozgrywa się akcja. Są one liczne, drobiazgowe, bardzo sugestywne, realistyczne i malownicze. Pojawiają się też wzmianki o historii miasta. Czytając miałam wrażenie, jakbym tam była osobiście. To zdecydowanie sprzyjało całkowitemu zatraceniu się w lekturze.

Drobnym mankamentem, o którym muszę wspomnieć, jest kreacja głównej bohaterki. To dwudziestokilkuletnia kobieta, jednak uważam, że zdecydowanie zbyt naiwna jak na osobę w tym wieku. Momentami jej zachowanie, postępowanie było w moich oczach nieco infantylne. Niemniej jednak te drobne wady giną w morzu zalet i nie rzutują na moją ostateczną ocenę książki.

Julię czytałam z ogromną przyjemnością i dużym zainteresowaniem. Jest utrzymana na bardzo wysokim, jak na ten typ literatury, poziomie. W każdym razie moim zdaniem. Oryginalna, przemyślana, wciągająca i pasjonująca. Polecam ją tym, którzy lubią niebanalne czytadła i połączenie kryminału z romansem.

Moja ocena: 6/6

„Jesienna miłość” – Nicholas Sparks

jesiennamiloscMoje pierwsze literackie spotkanie ze Sparksem wypadło przeciętnie. Jako że jego dorobek pisarski jest dosyć bogaty, postanowiłam nie oceniać autora na podstawie tej jednej tylko książki i sięgnęłam po kolejną. Tym razem padło na Jesienną miłość.

Narratorem jest tu pięćdziesięcioletni mężczyzna, Landon Carter. Opowiada on czytelnikowi historię, która przytrafiła mu się, gdy miał lat zaledwie kilkanaście. Był bogatym i nieco rozpuszczonym dzieciakiem, wiodącym beztroskie, rozrywkowe życie. Pewnego dnia, z braku innej możliwości, zdecydował się zaprosić na bal swoją koleżankę z klasy, Jamie Sullivan, córkę miejscowego pastora. Dziewczyna zdecydowanie wyróżniała się na tle rówieśników. Była spokojna, miła, uczynna, zaangażowana społecznie, nie lubiła imprezować. Pierwsze miejsce w jej życiu zajmował Bóg. Stanowiła więc zupełne przeciwieństwo Landona. Nieoczekiwanie dla samego siebie chłopak zakochał się w Jamie i znajomość, zamiast zakończyć się równie szybko, jak się zaczęła, miała dalszy ciąg. Jednak nie wszystkie niespodzianki, które tym dwojgu zgotował los, należały do przyjemnych.

Lektura tej powieści wzbudziła we mnie mieszane odczucia, choć bilans jest zdecydowanie ujemny. To książka napisana sprawnie, dość dobrym językiem i stylem. Niemniej płaszczyzna językowa nie jest pozbawiona wad. Przede wszystkim raziła mnie przesadna egzaltacja i pojawiające się nagminnie pseudo-poetyckie sformułowania. Nie są one szczególnie złe, a niekiedy wręcz całkiem przyzwoite, przeważnie jednak wywoływały we mnie wrażenie pewnej sztuczności. Zupełnie jakby ktoś chciał za wszelką cenę przydać możliwie najwięcej poetyckości tekstowi. Nie wiem, czy winnym takiego stanu rzeczy jest autor, czy może tłumacz (Andrzej Szulc). Niestety nie do końca się to udało.

Atutem Jesiennej miłości jest niewątpliwie to, że czyta się ją szybko, chociaż porusza tematy niełatwe, takie jak smutek czy choroba. Osoby, które łatwo i często się wzruszają, prawdopodobnie kilka razy podczas lektury uronią łezkę, bo powieść momentami jest niemiłosiernie ckliwa. Dla mnie aż do przesady. Do obrzydzenia wręcz. Poza tym autor dość dobrze poradził sobie z nakreśleniem i zanalizowaniem emocji i uczuć będących udziałem dwójki głównych bohaterów. Niestety emocje te są, moim zdaniem, przesadnie wyeksponowane. Zupełnie niepotrzebnie.

Historia Jamie i Landona jest właściwie dosyć banalna i w znacznym stopniu przewidywalna. W dużej mierze jest to wina sposobu kreacji bohaterów. Oboje są przerysowani, tak jednoznaczni, że aż nierealni i to się natychmiast rzuca w oczy. Jamie zostala ukazana jako chodzący anioł. Nie ma żadnych wad. Dosłownie. Jest po prostu doskonała pod każdym względem. To strasznie irytujące. Nie lubię aż tak jednoznacznych bohaterów, a już zwłaszcza takich chodzących ideałów, jak Jamie. Jeśli chodzi o Landona, sprawy mają się trochę lepiej. Jest on bohaterem dynamicznym, który w toku akcji przechodzi wewnętrzną przemianę: dojrzewa, zmienia nastawienie do pewnych kwestii. Mimo to jednak on również jest mało rzeczywisty, a koleje jego losu przewidywalne niemal od pierwszych stron.

W powieści można dopatrzyć się również pewnego rodzaju przesłania. Sparks przypomina nam, jakie wartości naprawdę liczą się w życiu, co jest ważne i czym powinniśmy się kierować w postępowaniu, w podejmowaniu wyborów.

Oceniając Jesienną miłość jako całość, muszę stwierdzić, że jest to zwykłe czytadło. Mdłe, schematyczne. Pod wieloma względami podobne do wielu utworów napisanych wcześniej i później. Po tej lekturze stwierdzam, że nadal nie jest dla mnie jasny fenomen popularności Sparksa i powszechny zachwyt nad jego twórczością. Ja tego zachwytu zdecydowanie nie podzielam.

Dodam tu jeszcze, niejako na marginesie, że przed przeczytaniem Jesiennej miłości widziałam jej ekranizację. Filmowa wersja nosi tytuł Szkoła uczuć. Podobała mi się zdecydowanie bardziej od książki, ale również nie zachwyciła mnie szczególnie. Niewykluczone, że wrażenia filmowe łagodzą w jakimś stopniu moją ocenę literackiego pierwowzoru. Starałam się nie patrzeć na tę powieść przez pryzmat jej ekranowej adaptacji, ale przyznaję, że nie było to dla mnie wcale takie łatwe.

Moja ocena: 1,5/6

„Jesień młodości” – Miriam Akavia

jesienmlodosciJesień młodości to krótka, ale bardzo treściwa opowieść plasująca się na granicy literatury faktu i beletrystyki. Akcja rozgrywa się w czasach holokaustu, a bohaterami są ludzie stojący u progu dorosłości. Nie jest to w stu procentach autentyczna relacja autorki z jej własnych przeżyć, lecz wymyślona przez nią historia. Faktem jest jednak, iż wykorzystała wydarzenia, które faktycznie miały miejsce w jej życiu, a osoby, o których mówi, istniały naprawdę: to członkowie rodziny i ludzie z bliskiego otoczenia Miriam Akavii.

W utworze fikcja przeplata się cały czas z rzeczywistością. Choć w tym wypadku mamy do czynienia z wymyśloną historią, nie można powiedzieć, że Jesień młodości pozbawiona jest autentyzmu. Autorka wie doskonale, o czym pisze, bo sama jest Żydówką. Urodziła się i wychowała w Krakowie. Przeżyła holokaust i mimo wielu ciężkich przejść wyszła z pożogi cało. Już po zakończeniu wojny, w 1946 roku wyemigrowała do Izraela i tam żyje i mieszka do dziś. Jest honorową przewodniczącą Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Izraelskiej i podejmuje wiele inicjatyw mających na celu ocieplenie stosunków polsko-izraelskich.

Jak już wspomniałam, bohaterami książki Akavii są przede wszystkim ludzie młodzi. Nie bez powodu. Autorka na ich przykładzie ukazała olbrzymi dramat młodego pokolenia Żydów w dobie holokaustu. Udało jej się w utworze zawrzeć wszystkie rozterki i bolączki, z którymi ci musieli się wówczas borykać. Umiejętnie oddała nastrój grozy i opisała niezwykłą determinację, jaką wykazywali ludzie stojący u progu dorosłości w walce o przetrwanie oraz nadzieję. Ponadto udało jej się przekazać tę specyficzną – zwłaszcza u młodych – chęć życia, która czasami była wszystkim, co się miało i co pozwalało żyć, a także przetrwać. Niekiedy także ta młodzieńcza chęć życia była ponad wszystkim, dając wciąż nadzieję i siły do walki. Walki o siebie w obliczu tak brutalnej rzeczywistości holokaustu.

Dziś, w czasach pokoju, wielu wchodzących właśnie w dorosłość czuje zagubienie i pragnie ze wszystkich sił odnaleźć swoje miejsce w świecie. I często okazuje się, że nie jest to wcale takie łatwe. Bohaterowie książki Miriam Akavii czuli to samo. Tylko czasy były inne. Złe. Okrutne. Zwłaszcza dla nich, naznaczonych piętnem żydowskiego pochodzenia. O ile ciężej musiało być im? O ile bardziej byli zagubieni od tych dzisiejszych młodych? Możemy tylko próbować to sobie wyobrazić. W jeszcze innym wymiarze Jesień młodości to dobrze skonstruowana panorama najróżniejszych postaw, jakie ludzie przyjmowali wobec rzeczywistości holokaustu ze wszystkimi charakterystycznymi dla niej okrucieństwami.

Pod kątem stricte literackim ta pozycja nie jest żadnym fenomenem, w każdym razie dla mnie. Można by nawet powiedzieć, że na tle innych zaliczających się do tego typu literatury wypada raczej przeciętnie. Jak powszechnie wiadomo, sam wątek zagłady przedstawicieli wyznania mojżeszowego był już w literaturze podejmowany mnóstwo razy, więc w pewnym sensie jest to książka, jakich wiele. Niemniej jednak ta pozycja mimo wszystko się wyróżnia i jest inna od całej reszty. Właśnie przez tę młodość, tak cudownie uchwyconą i opisaną. Bo to ona jest tu na pierwszym planie. Nie przypominam sobie żadnej innej książki, która zawierałaby tak dogłębną analizę sytuacji młodego pokolenia w obliczu nie tyle samej wojny, co właśnie konkretnie holokaustu. A takich utworów, w których mowa o zagładzie Żydów, przeczytałam już niezliczoną liczbę. Dlatego właśnie uważam, że w pewien sposób Jesień młodości jest wyjątkowa i warto ją przeczytać.

Moja ocena: 4/6

„Jezioro Niebiańskie” – John Dalton

jezioroniebianskieGłównym bohaterem powieści jest nieco fanatyczny, jak się zdaje, amerykański duchowny, Vincent Saunders. Pewnego dnia przybywa on na Tajwan, aby tam prowadzić działalność misyjną. Początkowo napotyka wiele trudności. Lokalowych, finansowych, językowych i kulturowych. Miejscowa ludność nastawiona jest do niego i jego nauk bardzo sceptycznie. Potem jednak stosunek do nowego przybysza poprawia się. Vincent na misji udziela darmowych lekcji angielskiego połączonych z ewangelizacją. Obejmuje również posadę nauczyciela w jednej z miejscowych szkół. Kiedy wydaje się już, że zaczyna się aklimatyzować w nowym otoczeniu, wszystko się komplikuje za sprawą pewnego incydentu. Vincent przyjmuje też propozycję od miejscowego bogacza, pana Gwa, który zleca mu przywiezienie z Chin do Wietnamu jego ukochanej. Oczywiście za odpowiednią opłatą. Co przyniesie ta podróż? Czy wszystko pójdzie zgodnie z planem?

Wiele spodziewałam się po tej książce. Liczyłam na pasjonującą opowieść psychologiczną i obyczajową, na dobrze podaną porcję wiedzy o sytuacji społeczno-politycznej w Wietnamie i Chinach pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, bo na to się zapowiadało. Dodatkowo miałam też nadzieję na ciekawą opowieść o próbie przystosowania się i odnalezienia w zupełnie obcej kulturze. Nic z tego. Zawiodłam się, i to mocno.

Fabuła teoretycznie zapowiadała się całkiem nieźle. Niestety tylko teoretycznie. W praktyce to ponad sześciusetstronnicowy bełkot o wszystkim i o niczym. Rozwleczona jest do granic możliwości. Wszystko można było zmieścić bez trudu na zaledwie dwustu bądź trzystu stronach. Z pożytkiem zarówno dla czytelnika, jak i dla książki. Na dokładkę cała ta opowieść jest strasznie niespójna. To właściwie kilka mniejszych historii na siłę złączonych w jedną. Gdyby jeszcze były w miarę ciekawe, ale nie. Rażą banałem do tego stopnia, że aż brakuje słów. Może pod sam koniec, przez kilka stron akcja nabiera tempa i można powiedzieć, że coś tam zaczyna się dziać, jeśli porównamy to z całością. Odnoszę wrażenie, że proces twórczy przebiegał mniej więcej następująco: autor pisał, pisał o jednym i nagle się zorientował, że coś mu nie idzie, więc wymyślił nowy wątek i zaczął go rozwijać. Żeby nie musieć zaczynać całej roboty od nowa, połączył oba w tandetny sposób w jedno i tak dalej. Koszmar! Dawno nie czytałam książki tak nudnej i rozwleczonej.

Niniejsza publikacja z założenia, jak przypuszczam, miała być ciekawą i wielowątkową powieścią, w której główny wątek będą stanowiły refleksje związane z życiem na emigracji w kraju o zupełnie innej kulturze, tradycji, mentalności oraz odczucia z tą sytuacją związane. Niestety nic takiego w niej nie ma. Jest całkowicie wyzuta z jakichkolwiek emocji. Można jedynie znaleźć pewne mało przekonujące pseudo-refleksyjne wzmianki, które są niczym więcej, jak tylko żałosną imitacją głębszych przemyśleń. Nie mogę tego zupełnie zrozumieć i przeboleć zarazem, bo podobno Dalton sam wielokrotnie odwiedzał Chiny i przez lata mieszkał na Tajwanie. Należałoby więc sądzić, że od tej strony będzie wszystko w porządku. Nie jest. Dołóżmy do tego wyjątkowo toporny i prostacki styl i nic już mówić nie trzeba. Po prostu tragedia. Czytelników złaknionych informacji o azjatyckich realiach również spotka zawód, bo choć autor poświęca im wiele uwagi, robi to w sposób pozostawiający wiele do życzenia. Informacje nie brzmią wcale interesująco i sformułowane są dość nieprzystępnie.

Teraz czas przyjrzeć się bliżej głównemu bohaterowi. Mogłabym się rozpisywać, ale nie ma to sensu. Tutaj również nic specjalnego. Dorosły facet o mentalności nastolatka. Vincent miał chyba sprawiać wrażenie bohatera dynamicznego. Niestety nie sprawia. Teoretycznie zachodzi w nim jakaś przemiana, ale wątpliwa i niezupełnie na oczach czytelnika. Jego przemyślenia miały zapewne sprawiać wrażenie głębokich. Tymczasem są płytkie i pseudorefleksyjne.

Kolejnym nieporozumieniem jest dla mnie tytuł. W pewnym momencie co prawda mówi się o jeziorze, którego nazwę znajdziemy w tytule, ale owo jezioro ma się do całości jak kwiatek do kożucha, a znajdziemy o nim dosłownie kilka zdań.

Jezioro Niebiańskie jest, moim zdaniem, totalną pomyłką. Zupełnie nie rozumiem, na jakiej zasadzie ta książka została wydana. Stanowi dowód na to, że, parafrazując znane powiedzenie, „pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej”. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam równie tandetną pozycję jak ta. Na prawie siedemset stron ciekawych jest raptem kilkanaście. Muszę jednak przyznać, że odnajduję w niej echa pierwotnego zamysłu autorskiego, o czym już napomknęłam wcześniej. Niestety uważam, że ów zamysł w ogóle nie został zrealizowany, a jedynie na swój sposób zasygnalizowany.

Mam świadomość, że recenzowany przeze mnie tytuł to debiut literacki, więc oceniając próbowałam być wyrozumiała. Starałam się również docenić ten ledwo wyczuwalny, ale jednak jakoś zasygnalizowany w dziele zamysł autorski. Niestety tej pozycji nic nie jest w stanie uratować w moich oczach od najniższej noty. Nie polecam.

Moja ocena: 1/6