20/01/2021

„Arabska żona” – Tanya Valko

Od dawna bardzo interesuję się odległymi kulturami. Szczególnie fascynuje mnie świat arabski z jego tradycjami i religią. Dlatego też lekturę arabskiej sagi autorstwa Polki ukrywającej się pod pseudonimem Tanya Valko, miałam w planach od dawna. Zwłaszcza po tym, gdy dowiedziałam się, że autorka sama wiele lat mieszkała w krajach arabskich.

Główną bohaterką Arabskiej żony – pierwszego tomu sagi arabskiej – jest Dorota. Świętując swoje osiemnaste urodziny poznaje w barze młodego, przystojnego doktoranta pochodzącego z Libii – Ahmeda Salimi. Dziewczyna z miejsca się zakochuje, a potem wypadki toczą się bardzo szybko: ciąża, szybki ślub, wyjazd do kraju męża.

Na początku bardzo drażniła mnie właśnie Dorota. Wychowywana tylko przez matkę, żyjąca w małej hermetycznej miejscowości, gdzie wszyscy się znają i lubią wszystko na swój temat wiedzieć. Wykreowana została bardzo stereotypowo: na głupiutką i naiwną panienkę, która niewiele wie i niewiele potrafi. Jak dla mnie dość mocno przerysowana to postać, a przez to nieco sztuczna i dość mocno irytująca.

Mimo irytującej głównej bohaterki i jej czasem kompletnie irracjonalnych z punktu widzenia myślącego człowieka zachowań, książka podobała mi się. Przedstawiona w niej historia jest fikcją literacką, ale bazuje ona na osobistych obserwacjach autorki i różnych autentycznych historiach przez nią zasłyszanych.

Arabska żona to książka pod wieloma względami bardzo prawdziwa i przejmująca. W moim odczuciu bardzo dobrze został w niej ukazany problem rasizmu w Polsce, szczególnie w małych miejscowościach, oraz mentalność tychże.

Dzięki książce poznajemy też nieco Libię. Jej kuchnię, kulturę, mentalność i zwyczaje mocno uwarunkowane przez religię muzułmańską, a w szczególności model wielodzietnej, wielopokoleniowej rodziny, w której wszyscy trzymają się razem i starają się wspólnie spędzać jak najwięcej czasu. W Libii też Ahmed zmienia się diametralnie. Pokazuje swoje prawdziwe oblicze i to staje się pretekstem do ukazania wielu problemów, jakie mogą się pojawić w związkach mieszanych, a które wynikają z różnic kulturowych i religijnych.

Akcja jest wartka i bardzo dużo się dzieje. To czyni książkę wciągającą i ciekawą, choć czasami ma się wrażenie, że autorka nieco przesadziła z ilością zaskakujących wydarzeń. Jednak mimo niedociągnięć Arabską żonę czyta się szybko i z przyjemnością. Napisana jest w sposób prosty i lekki, mimo niejednokrotnie trudnych tematów, w niej poruszanych i dramatycznych wydarzeń będących udziałem bohaterów.

Pierwszy tom arabskiej sagi ma swoje wady, jednak mimo to lektura była dla mnie przyjemna i ciekawa. Z pewnością zagłębię się w kolejne tomy i poznam dalsze losy Doroty, urwane tutaj w wyjątkowo dramatycznym punkcie.

Moja ocena: 5/6

Książkę zgłaszam do wyzwania Trójka e-pik

27/12/2020

„Książka o śmieciach” – Stanisław Łubieński

Co ciekawego można napisać o śmieciach? Z przekonaniem, że niewiele w ogóle i niewiele ponadto, co sama już wiem, sięgnęłam po Książkę o śmieciach Stanisława Łubieńskiego. Może jednak mnie czymś zaskoczy? Ostatecznie do lektury przekonała mnie pozytywna recenzja na jednym z zaprzyjaźnionych blogów literackich.

Czym właściwie są śmieci? Dla autora tej książki jest to każda rzecz, która stanowi efekt uboczny działalności człowieka; jego życia i funkcjonowania. Innymi słowy jest to efekt wszechobecnej konsumpcji. W tym pojęciowym „worku” mieści się bardzo wiele, to jasne. Do niedawna nie miałam jednak pojęcia jak wiele.

Autor z wykształcenia jest ornitologiem. W pierwszym odruchu miałam, więc wątpliwość, czy jest w stanie rzetelnie przedstawić problematykę śmieci i śmiecenia. Otóż jest. I po części jego zawód mu to ułatwia, bo pisząc o wpływie śmieci na środowisko naturalne, bardzo wiele uwagi poświęca ptakom. Nie sądziłam, że przyroda aż tak cierpi na skutek ludzkiej nieodpowiedzialności i rzucania śmieci gdzie popadnie…

Książka o śmieciach to wieloaspektowy, rzetelny reportaż o problemie, jakim są śmieci i ci, którzy nieumiejętnie oraz nieodpowiedzialnie się z nimi obchodzą. To z jednej strony opowieść o odpadach, a z drugiej głęboka refleksja nad konsumpcjonizmem, kulturą przesytu i jednorazowości. To studium ludzkiej mentalności. Bo przyzwyczailiśmy się śmiecić. Pozbywamy się naszych śmieci gdzie bądź. Jeśli jesteśmy porządni, to starannie je segregujemy, ale mało, kto zastanawia się, co dzieje się z nimi dalej. Łubieński postanowił to sprawdzić. I tym sposobem sporo uwagi poświęca również całemu przemysłowi śmieciowemu – zarówno temu lokalnemu, jak i globalnemu. Wskazuje na szereg problemów związanych ze skalą zaśmiecenia środowiska. Mówi o recyklingu, o tym jak działają przedsiębiorstwa zajmujące się naszymi odpadami komunalnymi czy elektrośmieciami. Przytacza statystyki, opowiada o własnych doświadczeniach i obserwacjach.

Autor zdaje sobie sprawę z własnej niemocy, a także z pewnych niedostatków wiedzy. Nie stara się pozować na wszechwiedzącego. Jest w jego wywodzie dużo troski i pokory rzetelnego badacza. O tym jak jest pisze bez ubarwiania. Nie boi się przyznać do swojej frustracji i bezsilności w tym zakresie, w jakim omawiana problematyka po prostu jego samego przerasta. Ponadto cechuje się niezwykłą spostrzegawczością i zaangażowaniem w zgłębianiu tematu. Przedstawił omawiane zagadnienia krótko, ale starannie i wieloaspektowo, a to bardzo ważne, bo ekologia to problem złożony. Jego wywód, choć bardzo osobisty i szczery, pozbawiony jest natrętnego moralizatorstwa i zadęcia.

Polecam tę książkę, bo zaskakuje. Poszerza perspektywę, zmusza do refleksji: nad własnym postępowaniem i nad kulturą, w której żyjemy, a także nad procesami społecznymi, którym chcąc nie chcąc podlegamy i ulegamy. Mam taką zakładkę do książki z napisem: „Bardzo wiele książek należy przeczytać po to, by uświadomić sobie, jak mało się wie”. Te słowa idealnie pasują do Książki o śmieciach.

Moja ocena: 3,5/6

Książkę otrzymałam do recenzji w ramach współpracy z portalem „BiblioNETka”

10/12/2020

„Wielkie zarazy ludzkości” – Maciej Rosalak

Nie ocenia się książki po okładce. Jednak czasami potrafi ona przykuć wzrok i zaciekawić na tyle, by po książkę sięgnąć. Tak było w przypadku Wielkich zaraz ludzkości autorstwa Macieja Rosalaka. Z okładki spogląda na czytelnika słynna Dziewczyna z perłą Jana Vermeera w… Maseczce.

Trzeba przyznać, że w związku z panującą na świecie pandemią, w ostatnich miesiącach pojawia się mnóstwo publikacji naukowych i beletrystycznych o około wirusowej i epidemicznej tematyce. Z zasady wszystkie je omijam. Wystarczająco dużo słucham o pandemii zewsząd. W książkach szukam odskoczni, czegoś innego. Publikacji Macieja Rosalaka postanowiłam jednak dać szansę. Nie żałuję, bo to bardzo ciekawa pozycja.

Książka, jak sugeruje tytuł, traktuje o epidemiach rozmaitych chorób zakaźnych nękających ludzkość, od starożytności, po współczesność. Autor jest z wykształcenia historykiem i bardzo rzetelnie podszedł do tematu. Wielkie zarazy ludzkości to intrygująca podróż przez historię chorób zakaźnych i ich roli w dziejach świata. O epidemii dżumy czy hiszpanki słyszał, co nieco niemal każdy, ale o tych bardziej odległych wiekowo, wie z pewnością niewielu.

Ja dowiedziałam się z książki bardzo wiele ciekawych rzeczy. Poszerzyłam zarówno swoją wiedzę historyczną, jak i około medyczną. Jednym z najciekawszych rozdziałów był dla mnie rozdział początkowy, poświęcony epidemiom w starożytności i medycynie w starożytnym Egipcie. Muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaszokowana tym, jak bardzo była ona rozwinięta i to na wiele wieków przed Hipokratesem.

Z kolejnych rozdziałów dowiedzieć się można między innymi, co nieco o zarazie ateńskiej, procesie pasteryzacji, Robercie Kochu i prątkach gruźlicy oraz Aleksandrze Macedońskim. Mnóstwo tu ciekawostek, o których wcześniej nie wiedziałam, a z historią nie jestem wcale „na bakier”.

Książkę czyta się dobrze. Ilustrują ją ciekawe grafiki, a prezentowana wiedza poparta jest odwołaniami do źródeł historycznych i innych publikacji naukowych.

Styl i język są proste i myślę, że będą zrozumiałe dla każdego, a jednak muszę przyznać, że lektura trochę mi się dłużyła. Miejscami odnosiłam wrażenie, że autor niektóre informacje upycha w książce na siłę, jakby miał problem z ich funkcjonalną selekcją i byłam nieco przytłoczona nadmiarem danych historycznych. Ale to tylko moje subiektywne odczucie.

Znalazłam też w tekście kilka drobnych nieścisłości. Ponadto niektóre osobiste komentarze autora trochę mnie drażniły, jednak całościowo oceniam książkę, jako dobrą i ciekawą. Polecam ją wszystkim, którzy przerażeni są sytuacją panującą aktualnie na świecie. Ja dzięki Rosalakowi nabrałam nieco zdrowego dystansu do obecnych wydarzeń i całej koronawirusowej rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. Nie pierwsza to epidemia w dziejach świata i pewnie nie ostatnia. Epidemie były, są i będą.

Moja ocena: 4/6

Książkę otrzymałam do recenzji w ramach współpracy z portalem „Na kanapie”

07/10/2020

„Jazda na rydwanie” – Julian Hardy

Jazda na rydwanie to opasłe, niespełna dziewięciuset stronicowe tomiszcze. Przybliżenie fabuły stanowi dla mnie nie lada wyzwanie, bo jest to powieść wielowątkowa, łącząca w sobie elementy kilku gatunków literackich. To po trosze thriller, po trosze powieść przygodowa i łotrzykowska, a po trosze jeszcze romans z niemałą dawką erotyki.

Głównego bohatera – Roberta Meissnera – poznajemy w 1938 roku, kiedy ma osiemnaście lat. Wychowywany jest przez matkę; samotną, apodyktyczną i wyjątkowo toksyczną kobietę. Chłopak nie ma łatwego życia. Relacja z matką pozostawia wiele do życzenia, a w relacjach z rówieśnikami wcale nie jest lepiej. Chłopak, jest szkolnym kozłem ofiarnym. Uchodzi za nieudacznika i łamagę. Jest niejako z góry na przegranej pozycji, ponieważ nie jest zbyt bogaty. Wstąpienie do wojska okaże się momentem decydującym dla całego jego przyszłego życia. Przeżyje mnóstwo przygód podróżując po całej Europie i nie tylko, a jego życie znacząco się odmieni i będzie obfitowało w wiele zawirowań i zmiennych kolei losu.

Akcja powieści dzieje się w latach 1938-1974. Zahacza dość mocno o ówczesne wydarzenia polityczne w Polsce i na świecie. O dziwo mi to nie przeszkadzało, choć zwykle wątki polityczne niesamowicie mnie nużą. Nie przepadam za tą tematyką.

Obok polityki mamy również dużo informacji o charakterze historycznym i społeczno-obyczajowym. Szacunek dla autora, bo naprawdę popisał się wiedzą i świetnie przedstawił szeroko rozumiane realia XX-wiecznego świata. Bardzo podobały mi się pouczające i ciekawe przypisy odnoszące się do wplecionych w fabułę realnych wątków historycznych. Dzięki nim nie tylko poszerzałam wiedzę o historii XX-wiecznej Europy, ale i łatwiej było mi oddzielić literacką fikcję od rzeczywistości.

Bogaty świat przedstawiony, dylematy moralne, wielowątkowa fabuła, poprowadzona z rozmachem, ale i dbałością o wewnętrzną spójność akcja, która trzyma w napięciu to niewątpliwe atuty tej powieści. Jednak Jazda na rydwanie ma również swoje wady.

Bohaterowie to w większości postaci bardzo wyraziste, starannie wykreowane i silnie zindywidualizowane. Jednak dość mocno irytował mnie główny bohater. Jego postępowanie i umysł przez cały czas wymykały się wszelkim schematom i zaskakiwały. I z jednej strony to dobrze. Z drugiej jednak, czasami odnosiłam wrażenie, że do pewnych wniosków dochodzi nie wiadomo skąd. Nie zawsze potrafiłam się wczuć w jego perspektywę i zrozumieć ją, co jest dla mnie dość ważne z perspektywy czytelnika.

W pewnym sensie Jazda na rydwanie to także powieść inicjacyjna. Opowiada, bowiem o dojrzewaniu i przemianie głównego bohatera. Tak wewnętrznej jak i zewnętrznej, bo z zahukanego, biednego chłoptasia i nieudacznika staje się bogatym, wpływowym i pewnym siebie mężczyzną. Jednak nie wszystkie elementy, które złożyły się na jego przemianę brzmią dla mnie przekonująco. Mam tutaj mocno mieszane odczucia.

Drażniły mnie też sceny erotyczne, a ściślej mówiąc ich szczegółowość i ilość. Moim zdaniem pojawiały się, bowiem w nadmiarze. Czytelnik za każdym razem z najdrobniejszymi szczegółami poznaje arkana seksualnego pożycia Roberta i wszystkich jego miłosnych podbojów. Ponieważ zaś główny bohater w tej dziedzinie nie próżnuje, jest po temu sporo okazji. Mówią, że lepszy niedosyt niż przesyt. Tutaj mam zdecydowanie przesyt. Gdybym miała ochotę na taką ilość erotycznych wstawek, sięgnęłabym po coś z półki z literaturą erotyczną właśnie.

Podsumowując. Jazda na rydwanie to książka, która ma równie wiele wad, co zalet. Czyta się ją szybko, obfituje w wiele ciekawych wątków. Napisana jest prostym językiem, porusza wiele ważnych życiowych kwestii i dylematów moralnych. Jeśli ktoś lubi wielowątkowe powieści z mocno zarysowanym tłem historyczno-obyczajowym, to warto przeczytać. Jeśli nie będziecie oczekiwać zbyt wiele, nie będziecie rozczarowani.

Moja ocena: 3/6

Książkę otrzymałam do recenzji w ramach współpracy z portalem „Na kanapie”

Książkę zgłaszam do wyzwania Trójka e-pik

14/09/2020

„Podpalacz” – Wojciech Chmielarz

Już od dawna chciałam poznać twórczość Wojciecha Chmielarza. Na temat jego książek widuję nieustannie tak wiele sprzecznych opinii, że sama już kompletnie nie wiedziałam, co o nich sądzić i czego się spodziewać. Postanowiłam, że któregoś dnia wyrobię sobie wreszcie własne zdanie. Nie ułatwiał tego mój niezbyt przychylny stosunek do współczesnej polskiej prozy. W końcu jednak, za sprawą jednego z wyzwań czytelniczych, w którym biorę udział, dałam się skusić pierwszemu tomowi cyklu o komisarzu Mortce.

Na warszawskim Ursynowie, w domu niegdysiejszej celebrytki, Klaudii Klau, wybucha pożar. Jej mąż ginie, a ona ledwo uchodzi z życiem z płomieni i zostaje ciężko poparzona. Strażacy uważają, że było to podpalenie. Wszystko wskazuje na to, że w mieście grasuje podpalacz. Sprawie tej przyjrzy się bliżej komisarz Jakub Mortka.

Muszę przyznać, że główny bohater to bardzo ciekawa persona. Wzbudzał we mnie masę sprzecznych uczuć. Zawodowo to świetny policjant, który zna się na swoim fachu jak mało, kto. Prywatnie idiota i rozwodnik, który choć bardzo się stara, nie najlepiej zdaje się wywiązywać z obowiązków rodzicielskich względem dwóch, pozostających na co dzień pod opieką byłej żony, synów. To człowiek ambitny i zdeterminowany w dążeniu do celu, ale przy okazji też nader często głupio uparty. Choć w znacznej mierze irytujący, niepokorny i nieco sztampowy, to jednak przekonujący w swojej niedoskonałości, a przez to prawdziwy.

Fabuła jest dobrze skonstruowana, a intryga kryminalna od początku do końca bardzo ciekawa. Przebieg zbrodni i sposób prowadzenia śledztwa jest opisany w sposób spójny i logiczny. Pojawia się mnóstwo hipotez i ciekawych tropów, które okazują się prowadzić donikąd. Ponadto Chmielarz potrafi sugestywnie oddać dramatyzm opisywanej sytuacji. Całość jest napisana sprawie. Czyta się to bardzo lekko i przyjemnie, a samo zakończenie sprawiło, że mnie zatkało. Było dla mnie kompletnie nieoczekiwane i zaskakujące. Po prostu majstersztyk. Zabrakło mi, co prawda szerszego wyjaśnienia, jak doszło do rozwikłania zagadki, ale mimo wszystko rozwiązanie tej historii przemawia do mnie w swoim ostatecznym kształcie. Jedyne, drobne zastrzeżenie, jakie mam do fabuły jako takiej, to zbyt duża ilość szczęśliwych zbiegów okoliczności i przypadków.

Podpalacz to powieść mocno osadzona w polskiej rzeczywistości. Wydaje mi się, że Chmielarz dość dobrze sportretował środowisko policji kryminalnej i przedstawił realia pracy policjantów, policyjnego profilera, prokuratora czy patologa. Z drugiej jednak strony jednocześnie ukazał to środowisko w sposób dość stereotypowy, co już mniej mi się podobało. I tak, na przykład, wszyscy, łącznie z prokuratorem, chodzą niemal wiecznie skacowani, naburmuszeni i nieustannie na coś narzekają.

„Mieszkasz w Polsce, chłopie, tutaj, jak ktoś ma okazję wpakować cię w szambo, to zrobi to dla samej radości patrzenia, jak się w nim taplasz”. [1]

Jeśli chodzi o wady, to drażnił mnie tu nadmiar przekleństw. Jestem w stanie zaakceptować ich niewielką ilość, a czasem nawet uznać funkcjonalność ich zastosowania, jednak w Podpalaczu pojawiały się według mnie stanowczo zbyt często. Zwłaszcza na początku odnosiłam wrażenie, że bohaterowie, a zwłaszcza komisarz Mortka, nie potrafią zbudować zdania bez choćby jednego wulgaryzmu.

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Chmielarza uważam za udane, choć niepozbawione drobnych zgrzytów. Bilans jednak wychodzi na plus i myślę, że w przyszłości sięgnę jeszcze po jakąś książkę autora.

Moja ocena: 4/6

_____
[1] Wojciech Chmielarz, Podpalacz, wyd. Marginesy 2018, s. 211.

Książkę zgłaszam do wyzwania Trójka e-pik