„Francuska ścieżka” – Waldemar Łysiak

francuskasciezkaO twórczości Waldemara Łysiaka słyszałam już nie raz. Zresztą trudno o nim nie słyszeć. Jest to postać nieszablonowa i dość kontrowersyjna: autor, wobec którego trudno być obojętnym. Wśród czytelników i krytyków wzbudza ambiwalentne emocje. Wystarczy poczytać recenzje jego książek na różnych portalach literackich, by się o tym przekonać. Jedni wychwalają jego pióro pod niebiosa, inni wręcz przeciwnie – nie szczędzą autorowi gorzkich słów wysuwając pod adresem jego dzieł najrozmaitsze zarzuty, jak choćby najczęstsze: prostacki styl, czy wulgarność.

Wiele recenzji dzieł Łysiaka już czytałam, ale sama jakoś nigdy nie miałam okazji zapoznać się z żadną z jego książek i nawet zbytnio się za nimi nie rozglądałam. Zawsze były „ważniejsze” tytuły, a Łysiak majaczył gdzieś w dalekiej podświadomości i długo pozostawał dla mnie jednym z tych pisarzy, których zna się jedynie z nazwiska, nie kojarząc ich zbytnio z żadnymi tytułami. Ten stan rzeczy trwałby zapewne po dziś dzień, gdyby przypadkiem, podczas wizyty w bibliotece nie mignął mi przed oczami tytuł Francuska ścieżka. Kocham Francję i wszystko, co z nią związane, więc przymiotnik zawarty w tytule podziałał na mnie jak magnes.

Francuska ścieżka to zbiór esejów o Francji właśnie. Dotyczą one różnych gałęzi szeroko pojętej kultury tego kraju – przede wszystkim literatury, historii, sztuki, ale nie tylko. Także mentalności Francuzów. Francuskiej przeszłości, jej echa i sposobu, w jaki pobrzmiewa ono w teraźniejszości francuskiego narodu. Nie są to zwykłe refleksje z podróży spisane przez podnieconego turystę. Nie są to reporterskie relacje. Eseje te zawierają uderzające swoją nieszablonowością i głębią spostrzeżenia człowieka, który pokochał Francję miłością szczerą, bezwarunkową i głęboką, ale w żadnym wypadku nie ślepą, o czym można się przekonać niejednokrotnie podczas lektury. Ta książka to zapiski człowieka dojrzałego, świadomego siebie, świata, otaczającej go rzeczywistości – przeszłości, teraźniejszości, ale i przyszłości. Łysiakowy sposób postrzegania świata jest dość dziwaczny, ale i niebywale fascynujący.

Autor Francuskiej ścieżki pisze w niej o swoich własnych przeżyciach i subiektywnych odczuciach, które mu w poszczególnych chwilach towarzyszyły, bądź towarzyszą nadal. Dzieli się doświadczeniem kilku pobytów we Francji. Doświadczenie to, dla mnie ma w sobie coś z sacrum, pewien pierwiastek metafizyczny. Pierwiastkiem tym przesiąknięta jest każda z opowieści, którymi raczy nas autor. Bardzo lubię literaturę utrzymaną w takim właśnie, lekko metafizycznym klimacie, toteż uważam to za walor.

We wstępie Łysiak tak pisze o swoich motywach związanych z podróżami do Francji:

Czego ja szukałem we Francji? Tak jak wielu innych przede mną – źródeł samego siebie. Nie mam na myśli więzów rodzinnych, […] lecz więzy dużo silniejsze, łączące oba kraje od Walezjuszów poprzez Napoleona i Wielką Emigrację do Chopina, małżonków Curie i tłumaczeń Boya. Wychowując się na przykładach z tego salonu europejskiej kultury, jest się jak góralskie dziecko, które – usłyszawszy w szkole o morzu – pragnie zobaczyć fale. Czyni się błąd, gdy wyrusza się ku plaży bez tego marzenia. Ścieżka winna być zaprogramowana w człowieku nim on rozpocznie podróż; jeżeli nie jest – będzie jałowa. Niczego nie spotka się na ścieżce, a już zwłaszcza samego siebie, jeśli niczego się od niej nie oczekuje. I tak zostanie wiele miejsca na przypadek rodzący sekrety zaczarowanych wysp, ale nie wolno zdawać się na niespodziankę totalną – trzeba odkrywać to, czego przedsmak nosi się już we wnętrzu.[1]

Autor, jak widać wyraźnie zaznacza, że powodem jego podróży była chęć odnalezienia własnych źródeł, a przez to samego siebie. Myślę, że mu się to udało. To można wyczuć. To widać w tej książce, którą pozwolę sobie nazwać na mój własny użytek: sprawozdaniem z powrotu do źródeł. Nie mam wątpliwości, że autor osiągnął swój cel. Francuska ścieżka to nie tylko zapis prywatnej ścieżki wiodącej do źródeł własnego ja, ale także mnóstwo refleksji nad tym, czym właściwie w swej naturze jest powrót do źródeł i co termin ten tak naprawdę oznacza? Cała ta książka jest w pewnym, z lekka metaforycznym sensie powrotem do źródeł.

Łysiak pisząc o Francji w znacznym stopniu ją gloryfikuje, ale nie tylko. Nie boi się bowiem i nie waha odkrywać ciemniejszych kart dotyczących historii Francji i francuskiego narodu. Mówi jednak o tym kraju z szacunkiem. Nie ocenia. Nie stara się wymusić na czytelniku takiej, a nie innej postawy wobec faktów. Po prostu pokazuje nam swoją prywatną ścieżkę, która przywiodła go do Francji, z Francją połączyła, i na której to ścieżce odnalazł samego siebie. Omawiając kwestię ciemnych kart we francuskiej historii, zwłaszcza tych dotyczących stosunków francusko-polskich w minionych latach, puentuje następująco:

Czy dzisiaj [Francuzi to wszystko] pamiętają? Pytać nie warto; zdrożała benzyna, mają większe kłopoty niż zawracanie sobie głowy przeszłością. […] Ja to wszystko pamiętam, a jednak kocham Francję i jestem jej wierny.[2]

Moje odczucia są podobne i zdecydowanie mogę powiedzieć, że Francuska ścieżka to obowiązkowa pozycja dla wszystkich, frankofilów. Doskonała książka dla miłośników francuskiej kultury i sztuki. O tej ostatniej autor opowiada z wielką pasją, którą z miejsca zaraża czytelnika. A wie, o czym mówi, bo wypowiada się z pozycji znawcy, wszak z wykształcenia jest historykiem sztuki.

Język, jakim posługuje się autor jest z jednej strony bardzo specyficzny, wyszukany i nowatorski. Niewątpliwie zwraca uwagę swoim kształtem. Autor nierzadko ilustruje swoje opinie stosując zaskakujące porównania. Często też znienacka atakuje czytelnika ciętymi i bardzo trafnymi ripostami, które sprytnie wplata w narrację. Nie posługuje się językiem prostym, ale jednocześnie nie można mu odmówić lekkości. Jest całkowicie przystępny, bez trudu zrozumiały dla przeciętnego czytelnika, któremu obce są fachowe, górnolotne sformułowania.

Najczęstszym zarzutem kierowanym pod adresem Łysiaka przez nieprzychylnych mu krytyków i czytelników jest to, że jego teksty są wulgarne. Nie czytałam innych książek autora, więc trudno mi się wypowiedzieć na temat całej jego twórczości, ale Francuska ścieżka wulgarna w moim mniemaniu nie jest. Niekiedy autor w sposób bardzo dosadny formułuje swoje poglądy i możliwe, że dla niektórych ta dosadność będzie nie do zaakceptowania. Mnie jednak nie razi ona w żadnym wypadku. Wręcz przeciwnie. Traktuję ją tutaj jako walor.

Polecam tę książkę tym, którzy cenią sobie autorów-erudytów, bo do takich niewątpliwie należy Waldemar Łysiak. Odznacza się rzadko spotykaną, wysoko rozwiniętą wyobraźnią historyczną. Przedstawia wszystko – obrazy, myśli, historię, uczucia, dzieła sztuki i anegdoty w sposób niezwykle sugestywny i obrazowy. Czytając jego opisy dzieł sztuki miałam wrażenie, jakbym na nie patrzyła. Podobnie było, gdy zapoznawałam się z informacjami dotyczącymi faktów historycznych. Wydawało mi się, jakbym była w miejscu i czasie, o których jest mowa, jakbym sama w opisywanych wydarzeniach uczestniczyła. To sprawia, że książka jest bardzo wciągająca i czyta się ją szybko. Błyskotliwe i nierzadko cięte uwagi, czy dygresje dorzucane mimochodem, gdzieś między wierszami, czynią lekturę jeszcze przyjemniejszą, a każda kolejna strona podsyca w czytelniku ciekawość poznania Francji jeszcze bliżej, dokładniej i motywuje do poszerzenia swojej wiedzy o kulturze, historii i sztuce tego kraju.

Jak prezentuje się Francja Łysiaka? Jest wyjątkowa. Takiej Francji, jaką pokazuje Łysiak, na pewno jeszcze nie znacie. I nie poznacie jej nigdy, jeśli nie sięgniecie po Francuską ścieżkę. Opowieść o Francji w wydaniu Łysiaka jest bardzo ciekawa, bo na swój sposób intymna, osobista. Łysiak opowiada nieznane powszechnie historie i anegdoty dotyczące znanych francuskich zabytków, czy historycznych faktów lub postaci. Raczy czytelników wieloma ciekawostkami, których próżno szukać w przewodnikach turystycznych, encyklopediach, i o których nie usłyszymy z ust żadnego przewodnika wycieczek. Wreszcie opowiada o miejscach we Francji, które są wyjątkowe, a nieznane i obce niekiedy nawet wielu rodowitym Francuzom. Pisze o Francji bez ubarwiania, a jednocześnie z pasją i miłością. Jego sposób pisania jest niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju, nie do podrobienia.

Autor ceni sobie odpowiedni nastrój. Doskonale umie go wyczuć, wykreować, podzielić się nim i sprawić, by udzielił się on również czytelnikowi. Każdy z rozdziałów-esejów w tej książce ma inny – specyficzny i zawsze ujmujący klimat. Ta specyficzna nastrojowość Francuskiej ścieżki to kolejny z licznych jej walorów.

Jestem tą książką zaskoczona, oczarowana, wstrząśnięta. Jestem w niej zakochana. To było moje pierwsze spotkanie z prozą Łysiaka, ale już wiem, że nie ostatnie i mam nadzieję, że kolejne będą równie udane.

Zdecydowanie polecam tę książkę wszystkim, który lubią lektury głębokie, nieszablonowe. Tym, którzy lubią książki skłaniające do refleksji, którzy z lubością przyswajają ciekawostki dotyczące szeroko pojętej kultury innych krajów. Wreszcie polecam tym, którzy chcieliby spojrzeć na Francję inaczej, niestereotypowo, nieszablonowo. Francji, jaką pokazuje Łysiak próżno szukać w publikacjach stricte popularnonaukowych, czy przewodnikach turystycznych. Dla mnie ta książka jest po prostu arcydziełem.

Moja ocena: 6/6

_____
[1] Waldemar Łysiak, Francuska ścieżka, wyd. Exlibris 2000, s. 14.
[2] Tamże, s. 79.

„Madame” – Antoni Libera

madameMadame Antoniego Libery to dosyć głośna książka. Jeśli ktoś jeszcze jej nie czytał, to na pewno gdzieś, kiedyś o niej słyszał. Ja po raz pierwszy spotkałam ją na półce szkolnej biblioteki, gdy jeszcze chodziłam do gimnazjum. Mimo iż książka kusiła mnie swoją zmysłową okładką, a pani bibliotekarka podczas każdej niemal mojej wizyty w bibliotece życzliwie zachęcała mnie, abym dała szansę tej pozycji, nie zrobiłam tego… Dopiero niedawno zdecydowałam się wreszcie przeczytać Madame i ogromnie żałuję, że tyle czasu zwlekałam.

Akcja powieści rozgrywa się w okresie PRL-u, a jej głównym bohaterem jest osiemnastoletni uczeń klasy maturalnej jednego z warszawskich liceów. Odznacza się on niezwykłą dojrzałością, oczytaniem i inteligencją w porównaniu z rówieśnikami. Sam o sobie mówi, że urodził się za późno, bo wszystko, co ważne miało już miejsce. Gdy w szkole, do której uczęszcza pojawia się nowa dyrektorka, nauczycielka francuskiego, wszyscy uczniowie są nią zafascynowani: ta kobieta zdecydowanie wyróżnia się na tle grona pedagogicznego. Główny bohater szybko obdarza ją głębszym uczuciem, bezgranicznym uwielbieniem i traktuje niczym boginię. Jego obsesja na punkcie Madame jest tak silna, że wszczyna on śledztwo i posuwa się do rozmaitych intryg, by dowiedzieć się jak najwięcej o obiekcie swoich westchnień…

Na pozór mamy tu do czynienia z historią najbardziej banalną z możliwych. Ale, jak powszechnie wiadomo, pozory mogą mylić, a Madame jest najlepszym potwierdzeniem tych słów. Antoni Libera opowiedział bowiem tę historię młodzieńczego zauroczenia w sposób tak dalece niebanalny, jak to tylko możliwe, a fascynacja głównego bohatera powieści błyskawicznie udzieliła się i mnie. Jestem zafascynowana tą powieścią. Jej fabułą, językiem, kreacją bohaterów… Madame nie jest po prostu świetnie napisaną opowieścią o młodzieńczym zauroczeniu. To o wiele, wiele więcej. To artystyczno-literacka ekspozycja przeżyć wewnętrznych zadurzonego w dojrzałej kobiecie, swojej nauczycielce, maturzysty.

Wiele elementów przyczyniło się do tego, że dzieło Libery jest tak niesamowite, ale w pierwszej kolejności wymienić należy poetycką narrację, którą autor hipnotyzuje czytelnika już na samym początku. I ten trans trwa do ostatniej strony. Pisarz przez cały czas posługuje się językiem poetyckim, sugestywnym, kunsztownym. Na dodatek dialogi są misternie skonstruowane i pełne błyskotliwego poczucia humoru. Tak posługiwać się słowem umie tylko mistrz. I Libera udowodnił, że na to miano zasługuje jak mało kto. Autor i stworzony przez niego bohater nieustannie zaskakują czytelnika. W oczy rzuca się tu przede wszystkim ogromne oczytanie i godna pozazdroszczenia erudycja.

Choć głównym wątkiem utworu jest zdecydowanie ten miłosny, to stanowi on jednocześnie pretekst do wprowadzenia innych, również ciekawych i wyśmienicie poprowadzonych. Powieść ta jest bowiem przykładem literatury dygresyjnej. W treść zgrabnie wplecione zostały rozmaite informacje dotyczące literatury, historii i, w szerszym wymiarze, całej kultury. Autor często nawiązuje do różnych utworów literackich (i nie tylko) i prowadzi z nimi polemikę.

Madame stanowi także swego rodzaju dokument epoki. To dlatego, że Libera ukazuje w niej prawdziwy, wielopłaszczyznowy obraz PRL-u. Przedstawia ówczesne realia wiernie, nie stara się niczego ubarwiać ani zatajać. Zdecydowanie obnaża zakłamanie i sposób działania reżimu komunistycznego. Mówi także o złożonej i trudnej sytuacji ówczesnej inteligencji. Robi to jednak tak, że nie pozbawia wspomnianego okresu pewnego uroku, który dla mnie, wychowanej już w czasach popeerelowskich, jest zrozumiały tylko w pewnym stopniu. W tej książce PRL, mimo wszystko, na swój sposób fascynuje i przyciąga.

Można spojrzeć na Madame z jeszcze innej perspektywy – jak na powieść inicjacyjną, czyli mówiącą o dorastaniu. Antoni Libera przedstawia i na swój sposób analizuje tutaj proces dojrzewania. Robi to wnikliwie, poruszając trzy jego aspekty: psychologiczny, moralny oraz społeczny.

Dla mnie jest to wyjątkowa książka. Po prostu arcydzieło. Nie umiem się do niej przyczepić, a nawet gdybym umiała, nie chciałabym tego robić. Jestem urzeczona i zafascynowana powieścią Libery niemal tak mocno, jak jej narrator zauroczony był tytułową bohaterką utworu, a może nawet bardziej. Tej książki się nie czyta. Nią można się tylko delektować, smakować ją powoli. Na pewno nie jest to lektura na jeden wieczór i na pewno Madame nie nadaje się do czytania, dajmy na to, w autobusie. To utwór, z którego wiele można wynieść, do którego chce się wracać.

Zdecydowanie polecam dzieło Antoniego Libery. Ale… Nie wszystkim. Przede wszystkim humanistom, intelektualistom, artystycznym duszom… Bo tę powieść trzeba po prostu poczuć. Trzeba do niej dojrzeć. Na początku napisałam, że żałuję, iż nie przeczytałam jej wcześniej, chociaż miałam okazję. Podtrzymuję to, ale z drugiej strony cieszę się, że tak się stało, bo wiem, że wcześniej pewnie nie zrozumiałabym tej książki. Nie doceniłabym wartości artystycznych, językowych i innych, których odmówić jej nie można. Tutaj autor stawia czytelnikowi pewne wymagania, zmusza do zaangażowania intelektualnego, operuje aluzjami… Aby je w pełni zrozumieć, trzeba dysponować pewną elementarną wiedzą z zakresu choćby literatury europejskiej, ale nie tylko.

Moja ocena: 6/6

„Bóg. Życie i twórczość” – Szymon Hołownia

bogzycieiLubię Szymona Hołownię. Jako publicysta, prezenter telewizyjny, dziennikarz robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ponadto zaimponował mi tym, że nie boi się mówić otwarcie w mediach, iż jest człowiekiem wierzącym. Z moich obserwacji wynika, że dziś dla wielu jest to temat drażliwy… Gdy odkryłam, że pan Hołownia jest również autorem kilku książek, w których porusza kwestie związane z religią katolicką, postanowiłam, że jakąś przeczytam. Tym bardziej że spotkałam się już z wieloma pochlebnymi opiniami na ich temat.

Mój wybór padł na tytuł: Bóg. Życie i twórczość. Dlaczego akurat ten? Bo zapowiadał się na biografię Boga. W każdym razie tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Tego nie mogłam przegapić, choć nie ukrywam, że w pierwszej chwili pomyślałam sobie, iż autor najwyraźniej zbzikował, kolokwialnie mówiąc. No, bo przecież historia zna już całe rzesze takich, którzy mieli podobne zamiary. I co? I właśnie nic. Powstały na przestrzeni dziejów na ten temat niezliczone pisma, książki, książeczki i księgi, których autorzy próbowali poznać, szczegółowo opisać i wytłumaczyć absolut-Boga. Koncepcji tyle, ilu autorów, ale tak naprawdę dalej tkwimy w punkcie wyjścia, a filozofowie i teologowie wciąż mają co robić.

Jak i czy sprawdził się Szymon Hołownia jako „biograf” Boga? Nie mogę na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Skłamałabym mówiąc, że w ogóle sobie nie poradził, ale nie mogę również bez zastrzeżeń powiedzieć, że sobie poradził.

Książka oscyluje wokół najważniejszych aspektów funkcjonowania Boga w świecie. Hołownia poddaje swego rodzaju analizie boże poczynania na przestrzeni dziejów. Od stworzenia świata właściwie aż do czasów współczesnych. Dalej interpretuje je w kontekście ludzkich doświadczeń zdobytych w ciągu wielu stuleci. Dzieli się przy tym z czytelnikiem własnymi refleksjami na dany temat, ukazując swój punkt widzenia. Dalej zaprasza także nas do tego, abyśmy poszukiwali swojej drogi, która pomoże nam odkryć, doświadczyć Boga „na własnej skórze”. Droga ta – zdaniem autora – dla każdego jest inna.

Szymon Hołownia to człowiek niewątpliwie bardzo oczytany. Udowodnił to zamieszczając w swojej książce, pod koniec każdego – najmniejszego nawet – rozdzialiku, liczne odwołania do literatury fachowej, stricte teologicznej, która osobom szczególnie zainteresowanym danym zagadnieniem pozwoli poszerzyć wiedzę na jego temat. Tyle w kwestii zalet.

Czytając nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Hołownia próbuje być momentami śmieszny za wszelką cenę. Tylko jakoś kiepsko mu to wychodzi. Poczucie humoru, jakie przebija z kart książki, jest dość specyficzne i dla mnie mocno naciągane. Niestety. Już bym nawet była skłonna przejść nad tym do porządku dziennego, gdyby nie język i styl, do których też mam spore zastrzeżenia. Autor cały czas posługuje się językiem bardzo nowoczesnym, powiedziałabym, że wręcz typowo młodzieżowym slangiem. Styl jest bardzo „na luzie”. Dla mnie – za bardzo. Czyżby chęć szpanowania? Za dużo w tym ostentacji i sztuczności.

Nie podoba mi się sposób, w jaki Szymon Hołownia opowiada o religii. Permanentne luzactwo w połączeniu z obecnymi niemal na każdym kroku sformułowaniami zaczerpniętymi z fachowej literatury daje w dużej mierze coś, co można nazwać pseudo-intelektualnym bełkotem. Nie przemawia to do mnie. Ja doskonale rozumiem, że autor jest człowiekiem ambitnym i jako osoba wierząca chciał przedstawić ważne dla wielu jemu podobnych kwestie w sposób przystępny dla przeciętnego zjadacza chleba, pozbawiony górnolotnego intelektualizmu. Jednak uważam, że wyszło mu to marnie. Przedobrzył. Bardzo chciał, żeby wyszło prosto, a jednocześnie rzetelnie. Niestety na chęciach się skończyło. Z tego powodu książkę na ogół czyta się topornie. Zdarzają się wyjątkowo fragmenty, kiedy autor przez chwilę nie próbuje być zabawny – i wtedy jest lepiej.

Dostrzegam w tej książce niemal całkowity brak zgodności między formą a treścią. Jedno z drugim niesamowicie mi się gryzie. Podczas czytania strasznie mnie to rozpraszało i irytowało, dlatego książkę męczyłam dość długo. Nie oczekiwałam, że ta pozycja okaże się fachową teologiczną rozprawą. Gdybym miała ochotę na lekturę tego typu, co się czasem zdarza, sięgnęłabym zapewne po jedno z pism Doktorów Kościoła. Niemniej jednak jestem zawiedziona. Liczyłam na nieco więcej profesjonalizmu, nieco więcej wewnętrznej spójności wywodu. Tymczasem autor troszkę tutaj z tym jest na bakier. Spodziewałam się również, że treść będzie nieco bardziej konkretna. Próżne były moje nadzieje. Miało być przystępnie i prosto, a wyszło, zdaje mi się, prostacko i chaotycznie.

Trudno mi ocenić tę książkę. Sama w sobie jest dla mnie, jaka jest. Stanowi duże rozczarowanie. Po pierwsze – dlatego, że zupełnie czego innego spodziewałam się po Hołowni. Po drugie – dlatego, że wiele osób (zarówno wierzących, jak i nie) bardzo tę pozycję chwali. Nie chcę twierdzić, że autor jest złym pisarzem. Tym bardziej że to na razie jedyne jego dzieło, z którym się zapoznałam. Może inne są lepsze? Jeszcze nie wiem. Ta w każdym razie do mnie nie przemawia i wynudziłam się przy niej strasznie, choć były też fajne momenty… Należały one jednak do rzadkości.

Moja ocena: 2/6

„Srebrna Natalia” – Kira Gałczyńska

srebrnanataliaUwielbiam biografie i autobiografie. Zwłaszcza postaci ze świata literackiego. Srebrna Natalia to opowieść o niesamowitej kobiecie – żonie poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Napisania jej biografii podjęła się córka – Kira Gałczyńska. Kim była Natalia? Jak poznała swojego męża? Jakie było ich wspólne życie? Dlaczego Natalia była tak wyjątkowa? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań udzieliła po wielu latach Kira.

Natalia miała gruzińskie korzenie, a w jej żyłach płynęła arystokratyczna krew. Ojcem jej był Konstanty Nikołajewicz Awaszwili – reprezentant jednego z najzamożniejszych rodów gruzińskich. Jej matka natomiast była córką rosyjskiego urzędnika, który szybko, wraz z ukochaną, przeniósł się do Kalisza. Natalia od dnia swoich narodzin stała się oczkiem w głowie ojca. On zaszczepił w jej sercu miłość do Gruzji. Niestety, jeszcze gdy była małą dziewczynką, wybuchła woja z Turcją. Wówczas ukochany tato trafił do niewoli i Natalia już nigdy więcej nie miała go zobaczyć. Utrata ojca była dla niej niezwykle traumatycznym przeżyciem. Jednakże swój ból przeżywała cicho i w głębi duszy. Była od dziecka bardzo zamknięta w sobie i taka już została.

Gałczyńskiego poznała w Warszawie, gdzie przyjechała studiować romanistykę. Zakochali się w sobie niemal od pierwszego wejrzenia. Natalia była niepospolicie piękną kobietą; jej uroda przykuła natychmiast uwagę poety. Przede wszystkim zaabsorbowały go jej piękne, duże, niebieskie oczy. Od początku spędzali ze sobą mnóstwo czasu. Natalia bardzo szybko stała się żoną i muzą poety. Była przy nim zawsze i wszędzie. Choć niewątpliwie mnóstwo było w ich małżeńskim życiu chwil trudnych, łez i bólu, choćby z powodu choroby psychicznej, z którą zmagał się poeta, miłość zawsze brała górę.

Autorka przedstawia matkę niczym anioła w ludzkiej postaci. Natalia jawi się nam jako kobieta piękna, niesamowicie cierpliwa i szczerze, głęboko oddana mężowi, jednak mająca przy tym indywidualny, niezwykle silny charakter. Przez całe życie była wierną towarzyszką Konstantego, jego oparciem i nieustającym natchnieniem. Dowodem tego ostatniego może być liczba liryków, które poeta napisał właśnie dla niej. Znajdujemy je również na kartach Srebrnej Natalii, niekiedy wraz z notkami o okolicznościach ich powstania. Po śmierci poety jego żona zajęła się rozpowszechnianiem i propagowaniem jego twórczości.

Małżonkowie byli sobie oddani do tego stopnia, że nawet w tej biografii Natalia została przedstawiona przez pryzmat ich wielkiej, wprost niewyobrażalnej miłości. Trzeba jednak napisać, że mimo wielkiego oddania mężowi nie zaniedbywała samej siebie. Pisała bajki dla dzieci i tłumaczyła na język polski literaturę rosyjską.

Jak już wspomniałam, pani Gałczyńska była osobą bardzo zamkniętą w sobie i nieskorą do dzielenia się z kimkolwiek – nawet z córką – wspomnieniami ze swojego dzieciństwa, młodości, czy wreszcie małżeństwa z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim. Aby nakłonić matkę do zwierzeń, autorka musiała uciec się do pewnego bardzo subtelnego podstępu. Nie zdradzę, jakiego.

Przez to zamknięcie się Natalii w sobie jej biografia ma pewną skazę. Jest jakby niepełna, niedokończona. Brak tutaj informacji na temat przeżyć wewnętrznych, psychiki i emocji. Znajdziemy głównie suche fakty, choć nie oznacza to, że książki mimo wszystko nie czyta się wyśmienicie.

Kira Gałczyńska poradziła sobie świetnie z biografią własnej matki. Trzeba jej to oddać. Tym bardziej, że – jak już kiedyś wspominałam w recenzji innej pozycji – wydaje mi się, iż bycie biografem własnej rodziny, zwłaszcza zaś swoich rodziców, jest niezwykle trudne. Jako autorce biografii własnej matki mam Kirze do zarzucenia jedynie widoczny – sporadycznie co prawda – brak emocjonalnego dystansu, który wyczuwa się w książce. Jest on najzupełniej zrozumiały, jeśli weźmie się pod uwagę, że Kira Gałczyńska była z Natalią bardzo zżyta, podziwiała ją i kochała. Sam w sobie nie jest, naturalnie, niczym złym i w żadnym wypadku nie męczy czytelnika, ale uważam, że w biografii nie ma, a przynajmniej nie powinno być miejsca na emocjonalny stosunek autora do opisywanych osób. Takie „emocjonalne wstawki” to podświadoma sugestia dla czytelnika, jak należy patrzeć na daną postać czy wydarzenie, a w biografiach chyba nie chodzi o ubarwianie, tylko o przedstawianie czarno na białym wszystkiego takim, jakie było czy jest.

Srebrna Natalia to w istocie książka nie tylko o Natalii – kobiecie pięknej zewnętrznie i wewnętrznie, choć żona Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego odgrywa w niej niezaprzeczalnie główną rolę. To także uroczy obrazek przedstawiający Polskę i Polaków dwudziestego wieku. Wreszcie jest to przepiękna opowieść o poecie, o przyjaciołach rodziny, których Gałczyńscy mieli wielu, gdyż prowadzili bujne życie towarzyskie.

Całość jeszcze bardziej uatrakcyjniają liczne fotografie, dokumenty, kopie listów i wspomnienia samej Natalii – nagrane, gdy jej córce udało się przekonać ją podstępem do zwierzeń. Świetne i jak zwykle rzetelne wydanie Świata Książki! To książka, która bez wątpienia przypadnie do gustu nie tylko wielbicielom poezji Gałczyńskiego czy poezji w ogóle.

Moja ocena: 5/6

„Romans na receptę” – Monika Szwaja

romansnarecepteKiedy słyszę hasło „literatura kobieca”, to z reguły „nóż mi się w kieszeni otwiera”. To dlatego, że większość publikacji tego nurtu wyróżnia się przede wszystkim tandetą – przynajmniej dla mnie. Po Romans na receptę sięgnęłam, gdy leżałam w szpitalu i umierałam z nudów. Nie miałam nic do czytania i wówczas inna pacjentka pożyczyła mi lekturę. Postanowiłam przeczytać. Wiadomo: „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”.

Główną bohaterką jest Eulalia – kobieta po pięćdziesiątce, reporterka telewizyjna. Prywatnie matka dorosłych już bliźniaków posiadająca swój mały domek, samochód i rodzinkę, która dba o to by nie zabrakło jej wrażeń. Był jeszcze mąż, który jednak pewnego dnia poszedł sobie w długą. Pewnego dnia nieco podłamana kobieta prosząc o radę znajomego psychologa otrzymuje zalecenie przeżycia romansu. Ku swojemu własnemu zdumieniu niebawem zakochuje się.

Sięgając po Romans na receptę przygotowałam się na coś w najlepszym razie w marę zjadliwego i przeciętnego. Tymczasem lektura okazała się być bardzo przyjemna. Po pierwsze dlatego, że napisana jest w sposób niezwykle humorystyczny. Duża dawka śmiechu gwarantowana. Szwaja posiada niezwykle lekkie pióro i jest niewątpliwie pomysłowa. Perypetie głównej bohaterki i jej rodzinki zostają najpierw zmyślnie i porządnie poplątane, a potem są stopniowo rozplątywane. Ponadto Szwaja w niesamowity sposób przedstawiła w Romansie na receptę typowo kobiecy sposób myślenia i – co jest sporym atutem – uczyniła to w sposób ciekawy i humorystyczny.

Podsumowując: nie jest to lektura ambitna i nie należy od niej oczekiwać zbyt wiele. Natomiast jest idealna na nudę. Czyta się szybko, lekko i przyjemnie. I można się przy niej nieźle uśmiać, a co za tym idzie zapomnieć na chwilę o szarości dnia codziennego. Dla zabicia czasu lub gdy przyjdzie po prostu chęć przeczytania czegoś lżejszego – serdecznie polecam.

Moja ocena: 4/6