22/08/2012

„Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz” – Lisa See

Bardzo lubię powieści obyczajowe, które pozwalają mi przenieść się w odległy zakątek świata i poznać kulturę inną niż europejska. Jedną z książek, które mi to umożliwiły jest Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz Lisy See. Autorka zabiera nas do dziewiętnastowiecznych Chin, gdzie pewnego dnia dwie zupełnie sobie obce, a jednocześnie podobne do siebie dziewczynki – Lilia i Kwiat Śniegu – zostają połączone kontraktem przyjacielskim. Odtąd stają się sobie bardzo bliskie. Mimo iż nie mają zbyt wielu okazji do spotkań, cały czas komunikują się ze sobą za pomocą sekretnego kobiecego pisma, zwanego nu shu. Towarzyszymy im przez całe życie, poznajemy ich smutki, radości oraz jesteśmy świadkami trudnych i pięknych momentów, które stają się udziałem każdej z dziewcząt.

Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz może na pierwszy rzut oka sprawiać wrażenie tandetnego kobiecego czytadła. W rzeczywistości jednak nic bardziej mylnego. Nota na okładce informuje, że książka opowiada o przyjaźni dwóch dziewczynek na tle kultury chińskiej. Ja powiedziałabym jednak, że jest na odwrót. Istotnie – wątek przyjaźni Lilii i Kwiatu Śniegu jest niezaprzeczalnie główny i przewija się przez cały utwór. Niemniej jednak uważam, że choć został poprowadzony w sposób bardzo dobry technicznie i ciekawy, jest jedynie pretekstem do ukazania obyczajów i kultury dziewiętnastowiecznych Chin.

Przede wszystkim utwór ukazuje trudną i złożoną sytuację kobiet w kraju, w którym prym wiodą przedstawiciele płci męskiej. Kobieta jest tam traktowana jak kosztowna w utrzymaniu rzecz. Nie ma mowy o jakiejkolwiek autonomii. Jako dziewczynka jest własnością ojca, jako żona należy do męża, a później jest całkowicie zależna od swojego syna. Życie przedstawicielek płci pięknej naznaczone jest nieustannym bólem, cierpieniem i upokorzeniem – od kołyski aż po grób. Jedyne, czego się od kobiet oczekuje, to posłuszeństwo i pracowitość.

Wszystkie wydarzenia i chińskie obyczaje przedstawione zostały w sposób nieprawdopodobnie realistyczny. Autorka posługuje się barwnym, plastycznym i żywym językiem, który sprawia, że tworzone przez nią obrazy są wysoce sugestywne i silnie oddziałują na wyobraźnię czytelnika. Do tego wszystko, co tyczy się kultury i obyczajowości opisane zostało z najdrobniejszymi szczegółami. W konsekwencji utwór wzbudza całą gamę różnorodnych emocji. Mnie najtrudniej było czytać o procesie krępowania stóp małym dziewczynkom, który dzięki szczegółowemu i sugestywnemu przedstawieniu prezentował się po prostu drastycznie i budził moje przerażenie.

Lisa See napisała swoją powieść bazując na zapiskach poczynionych przez kobiety żyjące w dziewiętnastowiecznych Chinach. Chociaż sama fabuła jest fikcją literacką, wszelkie informacje dotyczące kultury i realiów życia w dziewiętnastowiecznych Chinach są jak najbardziej zgodne z prawdą. Fakt ten w połączeniu ze świetnym językiem sprawia, że książka bardzo dobrze oddaje klimat epoki, w której rozgrywają się opisane w niej wydarzenia.

Równie dobrze zostały skonstruowane postaci głównych bohaterek. One także są bardzo realistyczne, z krwi i kości. Troski i radości codziennego życia dzielą nie tylko ze sobą, ale w pewnym stopniu i z czytelnikiem. Ich losy i postępowanie wzruszają, zachęcają do refleksji, a niekiedy wstrząsają do głębi, przerażają. Zarówno Lilia, jak i Kwiat Śniegu budzą pewną sympatię. Nie sposób ich nie polubić, chociaż w niektórych momentach są irytujące i zachowują się – przynajmniej z mojego punktu widzenia – dziwnie, irracjonalnie wręcz. Bywało, że lektura stawała się dla mnie nieco nużąca, ale myślę, że można przymknąć na to oko, bo nie był to stan permanentny, a jedynie krótkie momenty.

Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz to utwór, który zdecydowanie polecam. Przede wszystkim miłośnikom powieści obyczajowych i tym, którzy lubią lektury wzbudzające liczne emocje. To niesamowita opowieść o przyjaźni, poświęceniu, ogromnej mocy tradycji i sile kobiet.

Moja ocena: 5,5/6

28/12/2011

„Książę Mgły” – Carlos Ruiz Zafón

Książę Mgły to moje drugie spotkanie z Zafónem. Pierwszym był Cień wiatru przeczytany dokładnie rok temu. Ten utwór bezwarunkowo podbił moje serce i wiedziałam, że sięgnięcie po kolejne książki hiszpańskiego autora to tylko kwestia czasu. Gdy na święta otrzymałam w prezencie Księcia Mgły, od razu zabrałam się za lekturę i przeczytałam ją całą w ciągu czterech godzin. Zaczęłam i skończyłam dopiero wtedy, kiedy nie było już kartek do przewracania. Genialna książka!

Księciem Mgły autor debiutował przed dwudziestoma laty. Na początku tłumaczy, że książka pisana była głównie z myślą o młodszych czytelnikach, ale ma nadzieję, że spodoba się wszystkim, bez względu na wiek. A ja pytam: jakże miałaby się nie spodobać?

Zafón zabiera nas do roku 1943, do małego miasteczka nad Atlantykiem, do którego nastoletni Max przeprowadza się wraz z rodzicami i dwiema siostrami: starszą – Alicją oraz młodszą – Irminą, aby uciec przed wojną. Tam chłopak poznaje przybranego wnuka miejscowego latarnika – Rolanda. Max, Roland i Alicja zaprzyjaźniają się. Wokół nich dochodzi do wielu niecodziennych wydarzeń, które najprawdopodobniej mają jakiś związek ze statkiem zatopionym nieopodal przed laty. Bohaterowie postanawiają zbadać sprawę od podszewki. Tyle na temat fabuły, a teraz przejdę do właściwej recenzji.

Autor wykazał, że ma niezwykle cenną u pisarza umiejętność plastycznego, subtelnego i bardzo sugestywnego obrazowania za pomocą bardzo prostego języka. Czytając miałam cały czas wrażenie, jakbym oglądała film. Wszystko, każdy najdrobniejszy szczegół, od razu malowało się w mojej wyobraźni. To sprawia, że powieść jeszcze bardziej wciąga. Przede wszystkim jednak Zafón po raz kolejny udowodnił, że jest mistrzem genialnego pomysłu.

Fabuła została skonstruowana ciekawie, intrygująco. Może momentami jest troszkę za prosta, ale to raczej nie razi. Jeśli wziąć pod uwagę, że to książka debiutanta, nie ma w ogóle o czym mówić. W końcu przecież każdy jakoś zaczynał. A gdyby wszyscy pisarze tak debiutowali, chyba nie byłoby załamanych czytelników. Ale wróćmy do fabuły. Troszkę w niej niedomówień, które stopniowo są wyjaśniane – na tyle, żeby z jednej strony wzbudzić w czytelniku ciekawość „co będzie dalej”, która nie pozwoli się oderwać nawet na chwilę od lektury, a z drugiej – żeby nie wprowadzić zbędnego chaosu i zamieszania, który sprawiałby wrażenie, że pewne rzeczy są wprowadzone „na siłę”. Brawo Zafón!

Jeszcze odnośnie do sugestywności. Zafón jest mistrzem nie tylko obrazowania, lecz także rozbudzania emocji, budowania napięcia i atmosfery. Subtelnie, delikatnie… Odczuwałam wszystko to, co czuli bohaterowie. Bawiłam się, bałam, odkrywałam tajemnice razem z nimi. Genialne.

Kolejna rzecz: perfekcja techniczna. Odniosłam wrażenie, że każde zdanie, wydarzenie, każdy przecinek i kropka – wszystko – jest dokładnie zaplanowane, przemyślane, dopracowane w najdrobniejszym szczególe, z największą dokładnością, powiedziałabym wręcz – z pietyzmem. To się nazywa mieć talent!

Chylę czoło przed autorem z jeszcze jednego powodu. Bardzo często w utworach najwybitniejszych pisarzy pojawia się pewna skaza. Mianowicie taka, że wszystkie dzieła danego autora są z reguły do siebie podobne. I nie myślę tu o stylu, bo wiadomo, każdy ma swój. Chodzi mi raczej o to, że są one tworzone jakby według pewnego schematu fabularnego właściwego danemu autorowi. Zmieniają się imiona, miejsca, wydarzenia – ale podstawowy schemat pozostaje identyczny. O Zafónie tego powiedzieć nie mogę. Każda jego powieść jest inna, wyjątkowa unikatowa. Łączą je wszystkie, oprócz osoby autora oczywiście: uniwersalizm, genialny pomysł, wyjątkowość, wybitność. Książę Mgły w subtelny sposób dotyka pewnych istotnych dla każdego człowieka wartości, takich jak poświęcenie czy przyjaźń.

Po Cieniu wiatru postawiłam Zafónowi poprzeczkę bardzo wysoko. Książę Mgły mógł być nieco dłuższy, a fabuła nieco bardziej skomplikowana i powieść na pewno nic by na tym nie straciła.

Moja ocena: 5/6

22/12/2011

„Kod Leonarda da Vinci” – Dan Brown

O tej pozycji słyszałam już mnóstwo razy. Zresztą chyba trudno o kogoś, kto o niej nie słyszał. Niemniej jednak bardzo długo wahałam się, zanim ostatecznie wzięłam Kod Leonarda da Vinci do ręki. Złożyło się na to kilka różnych czynników. W końcu jednak sięgnęłam po tę powieść. Zachęciła mnie ogólnie dobre zdanie o Danie Brownie, fakt, że pozycję tę już od lat rekomendowała mi BiblioNETka, no i jeszcze jedno: miejsce akcji – Paryż. Jednym słowem, moja ślepa miłość do Francji wygrała. I nie żałuję.

O czym jest Kod Leonarda da Vinci? Kustosz paryskiego Luwru zostaje zamordowany. Podejrzenia padają na znawcę symboliki religijnej – Roberta Langdona oraz wnuczę zabitego. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności udaje im się przechytrzyć policję. Zmarły pozostawił im szereg zagadek, które muszą rozwiązać, aby odkryć w końcu tę jedną, najważniejszą. Rozpoczynają poszukiwania.

Zaczęłam czytać wieczorem i czytałam do piątej rano dnia następnego, robiąc jedynie przymusowe krótkie przerwy. To jest to! Po pierwsze, wciąga już od pierwszej strony. Brown genialnie potrafi stworzyć nastrój i wywołać u czytelnika wrażanie osaczenia. Zupełnie jakby się było tuż obok bohaterów. Emocjonalnie przeżywałam wszystkie ich lęki, obawy, niepewności. Lubię to. Lubię, kiedy autor chwyta mnie w sidła. Kiedy wydaje mi się, że już wiem, na pewno wiem co będzie dalej. I kiedy już chcę się o to zakładać, okazuje się, że nie wiem zupełnie nic! Czegoś takiego potrafi dokonać tylko mistrz.

Zazwyczaj razi mnie, wręcz doprowadza do szału, gdy dla potrzeb fabuły autor manipuluje faktami, posuwając się w tym wręcz do granicy absurdu, byle wszystko pasowało. Dan Brown zrobił właśnie coś takiego, ale o dziwo, w tym przypadku mnie to nie razi. Jestem skłonna mu wybaczyć, ponieważ podbił moje serce nieprawdopodobną wyobraźnią i pomysłowością. I na dodatek, wbrew pozorom, zrobił to bardzo przekonująco… Do tego stopnia, że chociaż mam świadomość, iż chodzi o zwykłą fikcję literacką, rozmaite hipotezy dotyczące chrześcijaństwa i Kościoła, o których Brown mówi, pasują idealne i mają wszelkie pozory wiarygodności. Gdybym miała nieco mniej oleju w głowie i ogólnej wiedzy, zapewne bym się na nie nabrała. Może właśnie dlatego tyle wokół tej książki kontrowersji.

Podsumowując: powieść świetna. Wciąga, intryguje, zaskakuje. Ani przez moment nie nuży. Polecam. Trzeba tylko pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, że mamy do czynienia z fikcją literacką, a po drugie, że ta książka to złodziej czasu. Czyta się ją bardzo lekko i szybko. To był mój pierwszy Brown, ale kolejny już czeka w kolejce.

Na koniec się przyczepię. Muszę. Zachodzę w głowę, jak ktoś kto potrafi tak świetnie manipulować faktami, może wypisywać np. takie brednie, że z paryskiego Luwru można sobie wyjść tak po prostu, wyskakując przez okno w toalecie?! Ja rozumiem, to fikcja literacka – ale niech ona będzie na jakimś poziome. Nawet jeśli chodzi o drobiazgi. Tym bardziej że to akurat Brown potrafi osiągnąć z łatwością, co udowodnił na przykładzie zmyślonych teorii dotyczących chrześcijaństwa. I już pomijam fakt, że w Luwrze jest cały szereg zabezpieczeń rożnego rodzaju. W końcu to nie byle jakie muzeum, ale największe na świecie. Powiecie, że szukam dziury w całym. Być może, ale jestem czytelniczką wybredną i od mistrza wymagam doskonałości w każdym calu, dopracowania. Także, a może przede wszystkim, w najdrobniejszych szczegółach.

Moja ocena: 6/6