„Smutek” – Clive Staples Lewis

smutekSmutek – to stan, którego doświadcza właściwie każdy człowiek. Niezależnie od wieku. Przybiera on jednak różne oblicza – w zależności od przyczyny, która go wywołała. Najbardziej uciążliwy i najtrudniejszy do zniesienia rodzaj smutku to zdecydowanie ten, który budzi się w nas z chwilą śmierci ukochanej, bliskiej nam osoby. O takim właśnie osobistym doświadczeniu – utracie ukochanej żony – pragnie nam opowiedzieć Lewis.

Smutek to cieniutka – licząca ledwie sto stron – książeczka. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom. Rzeczywistej treści, którą możemy wyczytać między wierszami, jest tam o wiele więcej. To niezwykle intymny zapis rozmaitych uczuć towarzyszących człowiekowi, któremu choroba odebrała kobietę kochaną ponad wszystko. Teraz próbuje on cały swój świat uporządkować, ułożyć na nowo. Nie jest to jednak wcale łatwe.

Dla Lewisa smutek związany z żałobą to nie jedno uczucie, ale stan, któremu towarzyszy całe mnóstwo różnych uczuć. Jakich? Takich jak strach, ból, wyobcowanie i wiele, wiele innych. Żałoba to po prostu pewien etap w życiu, który trzeba przejść, z którym trzeba się uporać. To przede wszystkim wielopłaszczyznowa walka z samym sobą – z własnym bólem, bezsilnością i strachem. Dalej także jest to walka o samego siebie – o wydostanie się z wszechogarniającej pustki i z otchłani żalu.

Spostrzeżenia, jakie autor Opowieści z Narnii zawarł w Smutku zaskakują niewiarygodną trafnością, a szczerość, z jaką opisuje wszystkie swoje uczucia, jest po prostu porażająca. Lewis nie wstydzi się tego, co czuje. Bez ogródek i ubarwiania mówi o mozolnym i desperackim wręcz poszukiwaniu celu i równowagi, których długo nie mógł odnaleźć. Ponadto stawia sobie, a także i nam – czytelnikom trudne pytania dotykające wielu ważnych, życiowych kwestii. Między innymi tytułowego smutku, cierpienia, roli śmierci, a przede wszystkim natury Boga, wiary…

Książka emanuje mnóstwem emocji, które niemal dosłownie wylewają się z niej wprost na tego, kto ją czyta. To pozwala w pewien sposób uczestniczyć w cierpieniu autora i lepiej go zrozumieć. Lektura Smutku to nie czytanie jakiejś tam książki jakiegoś tam pisarza. To wzruszające spotkanie z prawdziwym, cierpiącym przyjacielem. Lewis nie tylko dzieli się z nami swoimi odczuciami, ale również po przyjacielsku podpowiada, jak możemy się z nimi uporać będąc w podobnej sytuacji. Czyni to jednak bardzo subtelnie i w sposób daleki od natrętnego moralizatorstwa.

Co jeszcze mogę powiedzieć o tym zadziwiająco intymnym dziele? Dużo. Cokolwiek jednak powiem, zawsze będzie za mało. To książka ze wszech miar wyjątkowa. Z jej kart bije prawdziwa mądrość. Refleksje w niej zawarte są niezwykle głębokie, ale napisana jest z ogromną prostotą, wyczuciem i w sposób przystępny dla każdego. Styl, jakim posługuje się autor, jest bardzo lekki i przejrzysty.

Uważam, że do tej pozycji po prostu nie można podejść z dystansem. Zwłaszcza jeśli samemu przeżyło się kiedyś śmierć bliskiej osoby. Może ona okazać się pomocą w pogodzeniu się ze stratą. Oczywiście, sama książka niczego nie załatwi, ale może nam wiele ułatwić, rozbudzając w nas na nowo utraconą nadzieję.

Smutek Lewisa zdecydowanie polecam. Zaznaczam jednak, że rozczarują się ci, którzy nastawią się na gotowe rozwiązania i proste odpowiedzi. Nie znajdą ich tutaj. Ponadto ta pozycja stanowczo nie nadaje się do czytania w autobusie, na plaży, w kolejce do lekarza. Nie. Bo tej książki się nie czyta. Ją się przeżywa. A na to trzeba czasu, a przede wszystkim spokoju i odpowiedniego klimatu. Przyswojenie tekstu zajęło mi około godziny, ale „przetrawienie” go i napisanie recenzji – kilka dni.

Moja ocena: 6/6

„O modlitwie” – Clive Staples Lewis

omodlitwieLewisa zna chyba każdy. Ja swoją czytelnicza przygodę z nim rozpoczęłam pod koniec szkoły podstawowej od cyklu Opowieści z Narnii. Kraina ta zachwyciła mnie i żyła w mojej wyobraźni bardzo długo, a Lewis stał się jednym z moich ulubionych pisarzy. Toteż gdy niedawno nadarzyła się okazja przeczytania jednego z jego ostatnich dzieł – O modlitwie – postanowiłam z niej skorzystać.

O modlitwie to króciutka, niespełna dwustustronicowa książeczka, wydana już po śmierci autora. Jest to powieść epistolarna. W dwudziestu dwóch listach pisanych do fikcyjnego przyjaciela – Malkolma Lewis dzieli się z czytelnikiem swoimi refleksjami i doświadczeniami dotyczącymi modlitwy.

Byłam tej książki bardzo ciekawa. Nie tylko dlatego, że interesująca wydała mi się jej tematyka. Także dlatego, że chciałam poznać stanowisko Lewisa wobec modlitwy. Ciekawa byłam, czym ona jest i jakie ma znaczenie dla człowieka, który wiarę przyjął bardzo późno, bo już będąc dorosłym człowiekiem. Czy w tym względzie moje oczekiwania zostały zaspokojone? Zdecydowanie tak.

Pisarz w swoich listach przepięknie, za pomocą prostego i zarazem bardzo sugestywnego obrazowania, które śmiało można uznać za jedną z charakterystycznych cech jego stylu, ukazuje i wyjaśnia swoje poglądy dotyczące modlitwy przede wszystkim, ale także wiary. Nie ogranicza się jednak do wypowiadania swojego zdania. Poza przywołaniem licznych, obrazowych przykładów ilustrujących jego tezy, Lewis dzieli się z nami również własnym doświadczeniem wiary. Radzi jak przyjaciel. Listy do Malkolma to bowiem tak naprawdę listy do każdego z nas. Pokazuje, że modlitwa jest czymś więcej niż li tylko klepaniem wyuczonych formułek. Dzieląc się z nami swoim doświadczeniem modlitwy, która jest dla niego rozmową Boga i człowieka, nie daje gotowych recept, ale mobilizuje do odkrywania głębi i piękna modlitwy.

Dzięki swojej formie książka nie ma charakteru mentorskiego. I bardzo dobrze. Lewis po przyjacielsku w każdym ze swoich listów zachęca nas, byśmy krok po kroku odpowiadali sobie sami na pytania o własną wiarę i modlitwę. Zostajemy niejako zmuszeni do podjęcia autorefleksji, zatrzymania się na chwilę i przemyślenia kilku kwestii. Ale ten Lewisowski przymus jest bardzo wysublimowany i taktowny. To zachęta, której nie można zignorować bez wyrzutów sumienia.

Mimo niewielkiej objętości książki, nie jest to zdecydowanie lektura na jeden wieczór. Aby dobrze ją zrozumieć, trzeba czytać powoli, smakując każde zdanie i uważnie analizując treść. Nie jest to łatwe. Nie tylko ze względu na tematykę, która już sama w sobie jest dosyć wymagająca, ale także z uwagi na fakt, iż Lewis posługuje się momentami bardzo hermetycznym językiem. Niestety wpływa to w dużej mierze na odbiór Listów… i sprawia, że czyta się je troszeczkę wolniej. Zrozumienie ich i wyłuskanie z nich czegoś dla siebie będzie możliwie tylko wtedy, gdy czytać będziemy powoli i w skupieniu.

O modlitwie to świetne studium modlitwy i świadectwo wiary, ale nie tylko. To także mnóstwo pięknych cytatów. Pozycję tę mogę polecić każdemu, kogo choć trochę interesują kwestie związane z wiarą. Wyznanie, moim zdaniem, jest tu bez znaczenia. Książka bowiem napisana została tak, że każdy, jeśli tylko zechce, odnajdzie w niej coś dla siebie.

Moja ocena: 5/6