11/01/2021

„Smak miodu” – Salwa An-Nu’ajmi

Smak miodu to krótka książka, po którą sięgnęłam zachęcona opisem wydawniczym (W.A.B., 2009). Miała to być subtelna i mocna opowieść o traktatach erotycznych świata arabskiego. Ponoć została wyklęta w większości krajów muzułmańskich. Spodziewałam się, więc naprawdę nietuzinkowej i ciekawej pozycji. Niestety rozczarowałam się i to bardzo.

Zamiast pasjonującej opowieści o arabskich dziełach literatury erotycznej, autorka, z pochodzenia Syryjka mieszkająca we Francji, serwuje nam nadspodziewanie nużącą i totalnie bezbarwną opowieść o własnych doświadczeniach erotycznych. Głownie o nich. Cytaty z dzieł klasyków islamu pojawiają się wprawdzie tu i ówdzie, ale wepchnięte są w tekst jakby na siłę i nie spełniają w nim właściwie żadnej istotnej funkcji.

Salwa An-Nu’ajmi stara się mówić o seksualności w sposób subtelny i poetycki. Niestety brzmi to zbyt patetycznie i górnolotnie. Niektóre sformułowania poetyckie może i by się obroniły same w sobie, ale niestety występują w stanowczo za dużym zagęszczeniu, co w połączeniu z bezsensowną opowieścią o wszystkim i o niczym, daje wyjątkowo kiepski efekt.

Smak miodu to rozwlekła opowieść o jednoosobowej, osobistej fascynacji seksem. O seksie wyzutym z jakichkolwiek uczuć. Autorka pojmuje go bardziej, jako hobby, formę rozrywki, spędzania czasu, nie, jako element ubogacający czy spajający relację między dwojgiem ludzi. Nie tyle jest to szokujące, co miałkie i nużące.

Wynurzenia autorki są zwyczajnie infantylne. Pozbawione głębi, logiki, a niekiedy w ogóle jakiegokolwiek ładu i składu. Miało być studium ksiąg o seksie, a wyszło studium życia seksualnego autorki. Ale ani to życie szczególnie wyjątkowe, ani fascynujące.

Język i styl to pomieszanie z poplątaniem. Z jednej strony nadmiar poetyckości, z drugiej kulawa składnia i mnóstwo powtórzeń, jak w miernym wypracowaniu szkolnym dziecka z podstawówki. Całość płytka. Miejscami wulgarna i obsceniczna. Nic godnego uwagi na dłuższą metę. Gdzieniegdzie pojawiają się luźne komentarze o upodobaniach seksualnych arabów, z których niewiele niestety wynika.

Patrząc na tę książkę z perspektywy człowieka zachodu, nie widzę w niej nic szczególnego. Może w świecie arabskim faktycznie wzbudza kontrowersje. Jednak dla nas – współczesnych Europejczyków – nie wydaje się przedstawiać nic nadzwyczajnego. Jedynym, co mnie szokuje w kontekście tej publikacji jest fakt, że ktoś zdecydował się coś takiego wydać w takiej, a nie innej formie.

Moja ocena: 2,5/6

19/07/2020

„Syreny” – Anna Langner

Rzadko sięgam po prozę współczesnych polskich autorek. Ale czasem się zdarza. W ogóle literaturę stricte kobiecą czytuję rzadko. Od czasu do czasu – w kategorii tak zwanego „odmóżdżacza”, zapychacza czasu, kiedy mam ochotę poczytać, ale potrzeba mi czegoś lżejszego: lektury nieskomplikowanej, niewymagającej ode mnie jako czytelnika. Prostej, nawet banalnej. Toteż Syreny wydawały mi się idealną okazją na przetrwanie kilku ciężkich, chorobowych dni, naznaczonych trawiącą mnie gorączką oraz ogólnie fatalnym samopoczuciem, niesprzyjających wytężaniu szarych komórek. No i miałam okazję poznać twórczość kolejnej polskiej autorki.

No więc przeczytałam. Rzekomo ciepłą i lekką opowieść na lato o przyjaźni i miłości; (tak gdzieś o niej wyczytałam). Yyyy… Serio? Jeśli to miał być żart, to wyjątkowo kiepski. Długo, oj długo nie otrząsnę się z szoku jaki przeżyłam. Nie mogę pojąć jak ktoś może to coś czytać, polecać, a nawet się tym zachwycać. I to nie chodzi o kwestię samego podobania się, bo ja naprawdę rozumiem, że gusta są różne i nie mam problemu z zaakceptowaniem tych, które są skrajnie odmienne od moich. Tutaj chodzi o wysoką szkodliwość społeczną Syren, jaką dostrzegam i jaka wprawiła mnie pierwotnie w osłupienie i niedowierzanie, a finalnie wywołała oburzenie i przerażenie.

Książka na portalach literackich zbiera generalnie wysokie oceny i dobre opinie, więc, jak dla mnie, wyjścia są dwa: albo stoją za tym pieniądze i wyjątkowy marketingowiec, który sprzedałby za miliony nawet powietrze w słoiku (to dla wydawcy chyba akurat dobrze, ale dla czytelnika niekoniecznie), albo społeczeństwo polskie nam idiocieje od siedzenia w domu i czyta „po łebkach” skupiając się na, może i rozrywkowej treści, ale kompletnie nie biorąc pod uwagę ogólnego przekazu, jaki ta pozycja ze sobą niesie… A przekaz ten jest w mojej ocenie głęboko szkodliwy.

Ale dlaczego uważam, że proza autorki (no może nie cała, ale Syren tyczy się to ewidentnie), jest taka szkodliwa społecznie? Żeby nie być gołosłowną i nie wyjść na nadąsaną hejterkę, oto – w telegraficznym skrócie moje zastrzeżenia. Ale najpierw, mała uwaga dla osób zapatrzonych w książki tej „pisarki” jak w obrazek oraz tych, którzy chcieliby jednak wyrobić sobie własne zdanie o jej „tfurczości”: mogą pojawić się delikatne spoilery.

Główna bohaterka to młodziutka, naiwna, niby dobrze ułożona dziewczyna. Jednak poziomem inteligencji, nie przekracza w mojej ocenie osoby mającej około lat dwunastu. Powyższe wnioskuję na podstawie sposobu wypowiedzi i myślenia, w oparciu o wiedzę z zakresu psychologii rozwojowej, którą posiadam – dzięki studiom pedagogicznym – w niemałym zakresie. Tymczasem Majka – bo tak pannica ma na imię – ukończyła już trzeci rok studiów. I to nie byle jakich, bo dziennikarskich, a to kierunek raczej wymagający. Choć na co dzień mieszka w Warszawie, wakacje spędza rokrocznie u wujostwa, w małej nadmorskiej miejscowości, dorabiając sobie w prowadzonej przez wujka lodziarni.

Już pierwszego dnia po przyjeździe panienka zostaje werbalnie zaatakowana przez nieznośnych, nowobogackich turystów, którym zwraca uwagę na zaśmiecanie lasu. Najpierw jest obiektem drwin i ogólnego śmiechu, a na koniec słyszy na swój temat jeszcze komentarze o podtekście seksualnym. Jest tym niby wkurzona, ale i zachwycona do tego stopnia, że zastanawiam się jakim cudem nie dostała orgazmu na miejscu. Będę to pytanie zadawać sobie zniesmaczona jeszcze kilkukrotnie podczas lektury. A może nawet kilkunastokrotnie.

W ten sposób docieramy do pierwszego z kilku zatrważających morałów tej książki, który przewijał się będzie konsekwentnie przez całą lekturę i mniej lub bardziej ostentacyjnie wybrzmiewał z jej kart non stop. Morał ten brzmi następująco: agresja werbalna o podtekście seksualnym jest dla kobiety seksi, nawet jeśli ją to wkurza. Morał drugi? Im bardziej kobieta się od faceta opędza, tym bardziej chce, żeby w rzeczywistości ten ją przeleciał, a na pewno ma „motyle w podbrzuszu”. No i morał trzeci – najbardziej chyba wstrząsający jak dla mnie. Puszczalstwo za pieniądze jest fajne i nie jest puszczalstwem, jeśli, jako kobieta, od początku stawiasz sprawę jasno i pozostawiasz sobie wolność wyboru w kwestiach tego, czy ostatecznie dasz się kolesiowi wyruchać, czy nie i (o ile do tego dojdzie), to oczywiście na twoich zasadach…

Ta powieść mnie szokuje i przeraża. I to nie chodzi o podobanie się, tylko o szkodliwość społeczną takiego przekazu jaki z książki się wylewa. Adresowana jest ona przede wszystkim – mam wrażenie – do młodych dorosłych. Po przeczytaniu jej rozumiem już, dlaczego tyle młodych kobiet pozwala sobie na agresję werbalną o podtekście seksualnym, uważając, że tak być musi i, że to normalne. Stało się dla mnie jasne, dlaczego gro młodych dziewczyn wierzy w to, że bez obleśnych komentarzy (nawet jeśli nie zawsze są im one w smak) nie ma podrywu… I, że nie można na takowe nic powiedzieć, bo jeszcze cię wezmą za „sztywniarę”… Dramat!

Jeśli młode wchodzące w dorosłość dziewczyny i ledwie dorosłe kobiety czytają z wypiekami na twarzy takie książki, jak Syreny, to nie dziwię się, że w którymś momencie wyrabiają w sobie przekonanie, że bycie traktowaną przez mężczyzn wyłącznie jako obiekt seksualny i nic więcej, jest dla nich szczytem afirmacji ich kobiecości… I nie dziwię się, że taki stan rzeczy jest postrzegany jako coraz bardziej normalny, także przez same kobiety, skoro publikuje się książki pokroju Syren, stanowiące wyraźną gloryfikację puszczalstwa i szeroko pojętego sponsoringu, okrzykując je przy tym bestsellerami! Bo, wiecie co? Sponsoring, to w ogóle jest the best! I jak umiesz sobie „ogarnąć” gościa, który chce ci płacić za towarzystwo, to jesteś równa i mega zaradna babka! I na pewno wszyscy ci zazdroszczą, bo to znaczy, że jesteś kimś!

O tempora! O mores! Jestem tą książką zdruzgotana, zniesmaczona, wstrząśnięta i przerażona… Całym sercem nie polecam. Anna Langner Syrenami udowodniła, że pisać każdy może, ale nie każdy powinien.

Moja ocena: 1/6

30/06/2012

„Smutek” – Clive Staples Lewis

Smutek – to stan, którego doświadcza właściwie każdy człowiek. Niezależnie od wieku. Przybiera on jednak różne oblicza – w zależności od przyczyny, która go wywołała. Najbardziej uciążliwy i najtrudniejszy do zniesienia rodzaj smutku to zdecydowanie ten, który budzi się w nas z chwilą śmierci ukochanej, bliskiej nam osoby. O takim właśnie osobistym doświadczeniu – utracie ukochanej żony – pragnie nam opowiedzieć Lewis.

Smutek to cieniutka – licząca ledwie sto stron – książeczka. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom. Rzeczywistej treści, którą możemy wyczytać między wierszami, jest tam o wiele więcej. To niezwykle intymny zapis rozmaitych uczuć towarzyszących człowiekowi, któremu choroba odebrała kobietę kochaną ponad wszystko. Teraz próbuje on cały swój świat uporządkować, ułożyć na nowo. Nie jest to jednak wcale łatwe.

Dla Lewisa smutek związany z żałobą to nie jedno uczucie, ale stan, któremu towarzyszy całe mnóstwo różnych uczuć. Jakich? Takich jak strach, ból, wyobcowanie i wiele, wiele innych. Żałoba to po prostu pewien etap w życiu, który trzeba przejść, z którym trzeba się uporać. To przede wszystkim wielopłaszczyznowa walka z samym sobą – z własnym bólem, bezsilnością i strachem. Dalej także jest to walka o samego siebie – o wydostanie się z wszechogarniającej pustki i z otchłani żalu.

Spostrzeżenia, jakie autor Opowieści z Narnii zawarł w Smutku zaskakują niewiarygodną trafnością, a szczerość, z jaką opisuje wszystkie swoje uczucia, jest po prostu porażająca. Lewis nie wstydzi się tego, co czuje. Bez ogródek i ubarwiania mówi o mozolnym i desperackim wręcz poszukiwaniu celu i równowagi, których długo nie mógł odnaleźć. Ponadto stawia sobie, a także i nam – czytelnikom trudne pytania dotykające wielu ważnych, życiowych kwestii. Między innymi tytułowego smutku, cierpienia, roli śmierci, a przede wszystkim natury Boga, wiary…

Książka emanuje mnóstwem emocji, które niemal dosłownie wylewają się z niej wprost na tego, kto ją czyta. To pozwala w pewien sposób uczestniczyć w cierpieniu autora i lepiej go zrozumieć. Lektura Smutku to nie czytanie jakiejś tam książki jakiegoś tam pisarza. To wzruszające spotkanie z prawdziwym, cierpiącym przyjacielem. Lewis nie tylko dzieli się z nami swoimi odczuciami, ale również po przyjacielsku podpowiada, jak możemy się z nimi uporać będąc w podobnej sytuacji. Czyni to jednak bardzo subtelnie i w sposób daleki od natrętnego moralizatorstwa.

Co jeszcze mogę powiedzieć o tym zadziwiająco intymnym dziele? Dużo. Cokolwiek jednak powiem, zawsze będzie za mało. To książka ze wszech miar wyjątkowa. Z jej kart bije prawdziwa mądrość. Refleksje w niej zawarte są niezwykle głębokie, ale napisana jest z ogromną prostotą, wyczuciem i w sposób przystępny dla każdego. Styl, jakim posługuje się autor, jest bardzo lekki i przejrzysty.

Uważam, że do tej pozycji po prostu nie można podejść z dystansem. Zwłaszcza jeśli samemu przeżyło się kiedyś śmierć bliskiej osoby. Może ona okazać się pomocą w pogodzeniu się ze stratą. Oczywiście, sama książka niczego nie załatwi, ale może nam wiele ułatwić, rozbudzając w nas na nowo utraconą nadzieję.

Smutek Lewisa zdecydowanie polecam. Zaznaczam jednak, że rozczarują się ci, którzy nastawią się na gotowe rozwiązania i proste odpowiedzi. Nie znajdą ich tutaj. Ponadto ta pozycja stanowczo nie nadaje się do czytania w autobusie, na plaży, w kolejce do lekarza. Nie. Bo tej książki się nie czyta. Ją się przeżywa. A na to trzeba czasu, a przede wszystkim spokoju i odpowiedniego klimatu. Przyswojenie tekstu zajęło mi około godziny, ale „przetrawienie” go i napisanie recenzji – kilka dni.

Moja ocena: 6/6

26/04/2012

„Szczęściara” – Alice Sebold

Szczęściara to niezwykle poruszająca i dramatyczna historia dziewczyny, która w wieku osiemnastu lat została napadnięta i brutalnie zgwałcona. Nikt nie słyszał, gdy wołała o pomoc. Ta książka to nie tylko opowieść o gwałcie, ale także o wszystkim, co było potem. O poszukiwaniach gwałciciela, procesie, ale przede wszystkim o długim i trudnym dochodzeniu do siebie. Nie fizycznym, lecz psychicznym.

Zapiski te są głęboko wstrząsające. Wpływ na to mają zdecydowanie bardzo drobiazgowe opisy, autorka bowiem nie pozwala sobie na pominięcie żadnego, najdrobniejszego nawet szczegółu. Jednakże nie tylko ta drobiazgowość sprawia, że opowieść przesycona jest tak ogromnym napięciem. Wynika to przede wszystkim z faktu, że Szczęściara jest historią autobiograficzną – stanowi zapis przeżyć autorki.

Jak już wspomniałam, Sebold opisuje krok po kroku nie tylko gwałt, ale także cały długotrwałą i trudną walkę o schwytanie i ukaranie przestępcy, o własną tożsamość i szczęście, o powrót do normalności. Nie jest to łatwe, bo jak tu przejść do porządku dziennego nad tym, że jest się ofiarą gwałtu? Nie trzeba być geniuszem, żeby jasno odpowiedzieć sobie na to pytanie – nie da się po prostu. Rany fizyczne szybko się goją, ale psychiczne albo dopiero po wielu latach, albo – co też się często zdarza – nigdy. A nawet jeśli się zagoją, to zawsze pozostawiają po sobie blizny, które w mniejszym lub większym stopniu determinują całe dalsze życie skrzywdzonego człowieka.

Przyznam szczerze, że bardzo trudno jest mi oceniać tę książkę. No bo jak tu oceniać czyjeś życie i postępowanie? Tym bardziej jeśli chodzi o przeżycia tak osobiste, o sprawę tak trudną i delikatną jak gwałt. Tak naprawdę się nie da. I przede wszystkim chyba nie powinno się. Owszem – można myśleć: „gdybym była na jej miejscu”. Tylko po co? Czy to w ogóle coś da? Wątpię. Bo, moim zdaniem, nie można być nigdy na sto procent pewnym, co by się samemu zrobiło w podobnej sytuacji. Wszak w momentach ekstremalnych każdy funkcjonuje chyba nieco inaczej. Poza tym, jak to się mówi, „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Dlatego właśnie nie mam zamiaru szczegółowo analizować i oceniać opisywanych w książce wydarzeń.

Podziwiam autorkę za odwagę i determinację. Życie z brzemieniem gwałtu, walka o sprawiedliwość, o samą siebie, o powrót do normalności, stanięcie twarzą w twarz z gwałcicielem i opowiadanie o tym wszystkim, co przeszła, po wielokroć na różnych etapach śledztwa, niewątpliwie kosztowały ją wiele wysiłku. Przebrnęła przez to. Okazała się na tyle silna i uparta, że nie poddała się w połowie drogi, tak jak – o czym wspomina w swojej książce – robi to większość dziewczyn w podobnej sytuacji. Na dodatek po latach zebrała się w sobie i opublikowała swoje wspomnienia, które pewnie niejednej osobie po przejściach podsunęły myśl: „ona się pozbierała, wiec dlaczego ja nie mogę”?

Jest to pozycja z gatunku tych, po których przeczytaniu zupełnie inaczej patrzy się na świat i ludzi. To książka zdecydowanie dobra i cenna. Bardzo życiowa, prawdziwa. Nic nie jest w niej „na siłę”.

Polecam. Zwłaszcza jeśli ktoś lubi takie historie pisane przez życie.

Moja ocena: 4/6

29/02/2012

„Srebrna Natalia” – Kira Gałczyńska

Uwielbiam biografie i autobiografie. Zwłaszcza postaci ze świata literackiego. Srebrna Natalia to opowieść o niesamowitej kobiecie – żonie poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Napisania jej biografii podjęła się córka – Kira Gałczyńska. Kim była Natalia? Jak poznała swojego męża? Jakie było ich wspólne życie? Dlaczego Natalia była tak wyjątkowa? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań udzieliła po wielu latach Kira.

Natalia miała gruzińskie korzenie, a w jej żyłach płynęła arystokratyczna krew. Ojcem jej był Konstanty Nikołajewicz Awaszwili – reprezentant jednego z najzamożniejszych rodów gruzińskich. Jej matka natomiast była córką rosyjskiego urzędnika, który szybko, wraz z ukochaną, przeniósł się do Kalisza. Natalia od dnia swoich narodzin stała się oczkiem w głowie ojca. On zaszczepił w jej sercu miłość do Gruzji. Niestety, jeszcze gdy była małą dziewczynką, wybuchła woja z Turcją. Wówczas ukochany tato trafił do niewoli i Natalia już nigdy więcej nie miała go zobaczyć. Utrata ojca była dla niej niezwykle traumatycznym przeżyciem. Jednakże swój ból przeżywała cicho i w głębi duszy. Była od dziecka bardzo zamknięta w sobie i taka już została.

Gałczyńskiego poznała w Warszawie, gdzie przyjechała studiować romanistykę. Zakochali się w sobie niemal od pierwszego wejrzenia. Natalia była niepospolicie piękną kobietą; jej uroda przykuła natychmiast uwagę poety. Przede wszystkim zaabsorbowały go jej piękne, duże, niebieskie oczy. Od początku spędzali ze sobą mnóstwo czasu. Natalia bardzo szybko stała się żoną i muzą poety. Była przy nim zawsze i wszędzie. Choć niewątpliwie mnóstwo było w ich małżeńskim życiu chwil trudnych, łez i bólu, choćby z powodu choroby psychicznej, z którą zmagał się poeta, miłość zawsze brała górę.

Autorka przedstawia matkę niczym anioła w ludzkiej postaci. Natalia jawi się nam jako kobieta piękna, niesamowicie cierpliwa i szczerze, głęboko oddana mężowi, jednak mająca przy tym indywidualny, niezwykle silny charakter. Przez całe życie była wierną towarzyszką Konstantego, jego oparciem i nieustającym natchnieniem. Dowodem tego ostatniego może być liczba liryków, które poeta napisał właśnie dla niej. Znajdujemy je również na kartach Srebrnej Natalii, niekiedy wraz z notkami o okolicznościach ich powstania. Po śmierci poety jego żona zajęła się rozpowszechnianiem i propagowaniem jego twórczości.

Małżonkowie byli sobie oddani do tego stopnia, że nawet w tej biografii Natalia została przedstawiona przez pryzmat ich wielkiej, wprost niewyobrażalnej miłości. Trzeba jednak napisać, że mimo wielkiego oddania mężowi nie zaniedbywała samej siebie. Pisała bajki dla dzieci i tłumaczyła na język polski literaturę rosyjską.

Jak już wspomniałam, pani Gałczyńska była osobą bardzo zamkniętą w sobie i nieskorą do dzielenia się z kimkolwiek – nawet z córką – wspomnieniami ze swojego dzieciństwa, młodości, czy wreszcie małżeństwa z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim. Aby nakłonić matkę do zwierzeń, autorka musiała uciec się do pewnego bardzo subtelnego podstępu. Nie zdradzę, jakiego.

Przez to zamknięcie się Natalii w sobie jej biografia ma pewną skazę. Jest jakby niepełna, niedokończona. Brak tutaj informacji na temat przeżyć wewnętrznych, psychiki i emocji. Znajdziemy głównie suche fakty, choć nie oznacza to, że książki mimo wszystko nie czyta się wyśmienicie.

Kira Gałczyńska poradziła sobie świetnie z biografią własnej matki. Trzeba jej to oddać. Tym bardziej, że – jak już kiedyś wspominałam w recenzji innej pozycji – wydaje mi się, iż bycie biografem własnej rodziny, zwłaszcza zaś swoich rodziców, jest niezwykle trudne. Jako autorce biografii własnej matki mam Kirze do zarzucenia jedynie widoczny – sporadycznie co prawda – brak emocjonalnego dystansu, który wyczuwa się w książce. Jest on najzupełniej zrozumiały, jeśli weźmie się pod uwagę, że Kira Gałczyńska była z Natalią bardzo zżyta, podziwiała ją i kochała. Sam w sobie nie jest, naturalnie, niczym złym i w żadnym wypadku nie męczy czytelnika, ale uważam, że w biografii nie ma, a przynajmniej nie powinno być miejsca na emocjonalny stosunek autora do opisywanych osób. Takie „emocjonalne wstawki” to podświadoma sugestia dla czytelnika, jak należy patrzeć na daną postać czy wydarzenie, a w biografiach chyba nie chodzi o ubarwianie, tylko o przedstawianie czarno na białym wszystkiego takim, jakie było czy jest.

Srebrna Natalia to w istocie książka nie tylko o Natalii – kobiecie pięknej zewnętrznie i wewnętrznie, choć żona Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego odgrywa w niej niezaprzeczalnie główną rolę. To także uroczy obrazek przedstawiający Polskę i Polaków dwudziestego wieku. Wreszcie jest to przepiękna opowieść o poecie, o przyjaciołach rodziny, których Gałczyńscy mieli wielu, gdyż prowadzili bujne życie towarzyskie.

Całość jeszcze bardziej uatrakcyjniają liczne fotografie, dokumenty, kopie listów i wspomnienia samej Natalii – nagrane, gdy jej córce udało się przekonać ją podstępem do zwierzeń. Świetne i jak zwykle rzetelne wydanie Świata Książki! To książka, która bez wątpienia przypadnie do gustu nie tylko wielbicielom poezji Gałczyńskiego czy poezji w ogóle.

Moja ocena: 5/6