„Morderstwo w Orient Expresie” – Agatha Christie

morderstwoworientexpresieKrólowej Kryminału, Agathy Christie, z pewnością nikomu nie trzeba przedstawiać. Nazwisko to znane jest nie tylko fanom gatunku i wielbicielom talentu nieżyjącej już pisarki, lecz także tym, którzy na co dzień po kryminały nie sięgają. Nie ma chyba mola książkowego, który by nie potrafił wymienić tytułu choćby jednej z jej powieści. Ja do tej pory znałam twórczość Christie wyłącznie z relacji innych. W końcu doszłam do wniosku, że czas najwyższy, aby to zmienić i wyrobić sobie własne zdanie na jej temat. Sięgnęłam po jedno najpopularniejszych dzieł pisarki: Morderstwo w Orient Expresie.

Pewnej nocy wypełniony pasażerami pociąg utyka w śnieżnej zaspie. Okazuje się, że wcześniej zamordowano jednego z pasażerów. Nie ulega wątpliwości, iż morderca nadal znajduje się w pociągu. Ale kto nim jest? Dlaczego dopuścił się zbrodni? Tę skomplikowaną (o wiele bardziej, niż mogłoby się wydawać) zagadkę postanawia wyjaśnić podróżujący tymże pociągiem detektyw – Herkules Poirot. Nie będzie to jednak wcale proste, bo każdy z pasażerów opowiada inną wersję wydarzeń…

Nie ukrywam, że sięgając po jeden z najpopularniejszych utworów Królowej Kryminału, liczyłam na bardzo wiele. Po lekturze muszę jednak z żalem i nie bez pewnych wyrzutów sumienia wyznać, iż czuję się rozczarowana. Dorobek literacki Agathy Christie jest ogromny, nie zamierzam na podstawie tego wrażenia mówić, że jest złą pisarką. Nie zwykłam skreślać osobistości jej pokroju, z tak bogatym dorobkiem, na podstawie jednej, dwóch, nawet trzech książek. Niemniej tę konkretną pozycję uważam za przeciętną.

Zacznę od końca. Od tego, co podobało mi się najbardziej. Zakończenie jest, moim zdaniem, świetne. Zaskakujące. W równej mierze dla bohaterów, co dla czytelnika. Za samą intrygę także plus. Taką mogła stworzyć tylko Królowa Kryminałów. Gdybym to ja była na miejscu książkowego detektywa, w życiu bym nie rozwikłała tej zagadki. Raz czy dwa podchwyciłam jakiś trop, ale błyskawicznie okazywało się, że jest mylny. Dosyć szybko dotarło do mnie, że na detektywa się nie nadaję i zaniechałam dalszych dociekań, pozwalając się prowadzić narratorowi.

Niestety. Ciekawa i nieprzewidywalna intryga, choć niezaprzeczalnie najważniejsza w powieści kryminalnej, to nie wszystko. Autorka gmatwa niemiłosiernie, co się tylko da. Prowadzi nas jednym tropem, by za chwilę pokazać, że jest on niewłaściwy. Potem drugim i następnym. Z punktu widzenia fabuły i samej zagadki te zawikłania wydają się jak najbardziej na miejscu. Być może więc ktoś zarzuci mi, że czepiam się bez powodu. Ja jednak uważam, że trochę tego wszystkiego za dużo. A co za dużo, to niezdrowo. Pisarka trochę przedobrzyła, jak na mój gust. Mniej więcej w połowie książki pogubiłam się zupełnie i kompletnie nie wiedziałam już nie tylko na jakim etapie obecnie znajduje się śledztwo, ale także kto jest kim wśród bohaterów i co poszczególne postacie łączy, a co dzieli. Totalny chaos. Być może właśnie o to autorce chodziło, aby wprawić czytelnika w maksymalną konsternację. Nie wiem. Ja w każdym razie nie potrafię ocenić tego pozytywnie.

Do rozwiązania zagadki przybliżamy się powoli i stopniowo. Powieść napisana jest przystępnie, ale akcja snuje się leniwie, wlecze się ku końcowi jakby chciała, a nie mogła. Kolejnym minusem są krótkie rozdziały. Zdecydowanie za krótkie. Niewymownie mnie to irytowało i rozpraszało jeszcze bardziej moją uwagę, potęgując tylko i tak już silne poczucie konsternacji, zagubienia i wrażenie totalnego chaosu. Wszystko razem sprawiało, że niekiedy nudziłam się i przysypiałam, a kilkakrotnie miałam nawet ochotę zarzucić lekturę. Mimo wszystko jednak dobrnęłam do ostatniej strony i cieszę się, bo pod koniec nawet się wciągnęłam. A samo zakończenie mocno mnie zaszokowało i oceniam je jak najbardziej pozytywnie. Szacunek dla tych, którym uda się przewidzieć je wcześniej.

Bohaterowie budzą we mnie bardzo ambiwalentne uczucia. Każdego z nich mamy okazję poznać dokładnie dzięki takiej, a nie innej konstrukcji fabuły, narracji. Autorka ukazała nam ich osobowość, sposób bycia, myślenia, motywy postępowania. Niestety, robią oni na mnie wrażenie postaci sztucznych i w gruncie rzeczy mało wyrazistych. Niczym nie zaskakują. Nie sprawiają też wrażenia, jakby byli z krwi i kości. A szkoda.

Poza tym zabrakło mi w tym wszystkim emocji. Nawet jeśli jest o nich mowa, nie da się ich wyczuć. Ja wiem, dwudziestowieczna powieść detektywistyczna Christie to nie thriller. I doskonale to rozumiem. Thrillera nie oczekiwałam. Ale mimo wszystko brakowało mi tej szczypty emocji. Zdaję sobie jednak sprawę, że u Christie chodzi przede wszystkim o kryminalną intrygę, a nie o uczucia. Mimo kilku zastrzeżeń, nie mogę odmówić autorce nieprawdopodobnej wyobraźni i zmysłu kryminalnego. Jedno i drugie zdecydowanie zasługuje tu na podziw. Pisarka niezaprzeczalnie miała analityczny, wybitny umysł, czy może raczej zmysł. W powieści przeprowadziła szczegółową i dogłębną analizę zbrodni.

Podsumowując, Morderstwo w Orient Expresie nie wywarło na mnie piorunującego wrażenia. Intryga kryminalna sama w sobie jest genialna i już po przeczytaniu tej jednej pozycji nie mam wątpliwości, że na miano Królowej Kryminału Agatha Christie zasługuje. Niestety zmyślnie skonstruowana intryga to nie wszystko, przynajmniej dla mnie. Tutaj czegoś mi zabrakło. Z pewnością sięgnę jeszcze kiedyś po inne powieści tej pisarki, ale bez pośpiechu. Zdecydowanie wolę Doyle’a…

Moja ocena: 3,5/6

„Duma i uprzedzenie” – Jane Austen

dumaiuprzedzenieDuma i uprzedzenie to klasyka przez duże „K”. Autorką dzieła jest znana, dziewiętnastowieczna pisarka angielska - Jane Austen. Treść trudno jest przybliżyć w kilku zdaniach, gdyż jest to powieść wielowątkowa, obfitująca w liczne zwroty akcji, a na jej kartach występuje mnóstwo barwnych, skonstruowanych z najwyższą starannością i dbałością o szczegóły, postaci.

Akcja powieści rozgrywa się mniej więcej dwa wieki temu. Przenosimy się do Longbourn, majątku położonego niedaleko Meryton - małej mieściny w hrabstwie Hertfordshire. Żyją tam państwo Bennet ze swoimi pięcioma, niezamężnymi jeszcze córkami. Gdy w położonej nieopodal posiadłości Netherfield Park osiedla się Charles Bingley - człowiek młody, przystojny i na dodatek zamożny - pani Bennet stawia sobie za punkt honoru wydanie za niego za mąż jednej ze swoich latorośli. Już podczas pierwszego spotkania ze wspomnianym kawalerem okazuje się, że plan kobiety ma szanse na powodzenie, gdyż Jane, najstarsza z córek, wpadła w oko Bingleyowi. Tymczasem jej siostra, Elżbieta, wzbudza odwzajemnioną antypatię pana Darcyego, przyjaciela Bingleya. Jak potoczą się losy znajomości pierwszej pary? Jak ułożą się stosunki pomiędzy tymi drugimi? Co czeka trzy pozostałe siostry, ich rodzinę, przyjaciół i znajomych? Przekonajcie się sami. Warto, bo w książce dzieje się wiele, a swaty i miłostki, wcale nie są jej jedynym tematem.

Pierwsze, co w sposób szczególny zwróciło moją uwagę podczas lektury, to kreacja bohaterów. Jak już wspomniałam, na kartach powieści występuje ich wielu, ale każdy jest w jakiś sposób szczególny, jedyny w swoim rodzaju i wyróżnia się czymś na tle pozostałych. Wszyscy są zróżnicowani pod względem charakterologicznym. Austen zadbała tu o każdy szczegół. Stworzone przez nią postacie są bardzo realistyczne, żywe i nieustannie wzbudzają w czytelniku cały wachlarz rozmaitych emocji. Zarówno pozytywnych jak i negatywnych. Dzięki temu właściwie przez cały czas lektury odnosi się wrażenie, że jest się uczestnikiem opisywanych wydarzeń. To z kolei sprawia, że wszystkie emocje towarzyszące bohaterom, stają się nie wiadomo, kiedy udziałem czytelnika. Niekiedy nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wszystko to, o czym czytam działo się naprawdę. I to zupełnie niedawno. Uwielbiam tak napisane książki. Książki, które mnie wciągają w dosłownym tego słowa znaczeniu. Do środka. W samo centrum fabuły. Książki, które przeżywam całą sobą. Do takich należy Duma i uprzedzenie.

Fabuła powieści jest wielowątkowa, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Radosnych, zabawnych, niekiedy dziwnych, a jeszcze kiedy indziej niezbyt pomyślnych. Nie ma tam miejsca na nudę. Cały czas coś się dzieje i bohaterowie wikłani są w liczne, coraz to nowe przygody. Raz coś zdaje się biec po ich myśli, by za chwilę okazało się, że to tylko pozory. Innym razem na odwrót.

Wyśmienicie oddane realia panujące w dawnej Anglii to kolejny niepodważalny atut tej książki. Autorka przedstawia je z dużą dokładnością. Portretuje ówczesne wyższe sfery angielskiego społeczeństwa, ukazując charakterystyczne dla nich obyczaje, cechy i bolączki. Doskonale opisuje ówczesną arystokrację nakreślając obowiązującą reprezentantów tej sfery etykietę. Wprowadzając odpowiedni wątek, wykorzystuje wydarzenia rozgrywające się na płaszczyźnie fabuły także, jako pretekst do przybliżenia czytelnikowi problemów ziemiaństwa. Wiele możemy dowiedzieć się o mentalności i sposobie postrzegania świata charakterystycznych dla reprezentantów poszczególnych warstw. Dobrze zarysowana i ciekawie wprowadzona problematyka społeczno-obyczajowa przydaje również dziełu autentyzmu i jest jego kolejnym walorem.

Dumę i uprzedzenie czyta się niezwykle szybko i z dużą przyjemnością, ponieważ nie brak w niej humoru. Na wielu płaszczyznach mamy do czynienia z komizmem i ironią. Ten pierwszy cechuje przede wszystkim bohaterów. Przejawia się na płaszczyźnie charakteru, języka, stylu bycia. Najbardziej jednak widoczny jest w dialogach, na których niedobór w utworze narzekać nie możemy i które również uważam za mistrzowskie.

Wszystkie wspomniane w poprzednich akapitach elementy przydają utworowi specyficznego klimatu Typowo „austenowskiego” powiedziałabym. Ci, którzy czytali już inne dzieła Jane Austen zapewne będą wiedzieli, o co mi chodzi. Tym, którzy jeszcze nie mieli do czynienia z twórczością tej autorki powiem, że jest on niesamowity, jedyny w swoim rodzaju. Tylko ona potrafi taki stworzyć.

Duma i uprzedzenie to po prostu prawdziwe arcydzieło. Komu polecam tę lekturę? Lubiącym klasykę, powieści obyczajowe, Anglię przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku. Tym, którzy lubią cenią sobie humor, dynamiczną akcję i wątki romansowe w dawnym wydaniu.

Moja ocena: 6/6

„Dziwne losy Jane Eyre” – Charlotte Brontë

dziwnelosyjaneNie przepadam za opowieściami o miłości. Jednakże po Dziwne losy Jane Eyre sięgnęłam z ochotą. W końcu to klasyka, a na dodatek powieść obyczajowa, czyli coś, co lubię. Dodatkowo za przeczytaniem książki przemawiał fakt, że wszystkie wydarzenia w niej opisywane rozgrywają się w dziewiętnastowiecznej Anglii. Lubię czytać o tym okresie. Po prostu uwielbiam ten klimat starych dworków, te opisy dawnych obyczajów i konwenansów. Moje oczekiwania były dość wysokie. O tym, czy powieść je spełniła, opowiem za chwilę. Najpierw jednak przybliżę nieco fabułę.

Tytułową bohaterkę utworu poznajemy, gdy jest małą dziewczynką. Osierocona przez rodziców, mieszka w domu swojej ciotki wraz z kuzynostwem. Niestety ciotka Jane nienawidzi jej z całego serca. Jej dzieci także, i notoryczne, za przyzwoleniem matki, dokuczają dziewczynce. Pewnego dnia Jane trafia do szkoły z internatem, która znana jest z niezwykle rygorystycznych zasad. Jak sobie tam poradzi? Tego nie zdradzę. Po ukończeniu szkoły podejmuje pracę u niejakiego pana Rochestera i zostaje guwernantką małej Adelki. Z czasem między główną bohaterką a jej pracodawcą rodzi się uczucie…

Losy Jane są niewątpliwie burzliwe - od początku do końca, ale czy dziwne? Może w pewnym sensie. W każdym razie przymiotnik „burzliwe” zdecydowanie lepiej tu, moim zdaniem, pasuje. Historia Jane to przepiękna, porywająca opowieść o kobiecie doświadczonej przez życie. Wie, czego chce i nie boi się o to walczyć. Ma odwagę dyktować życiu warunki i ma świadomość, że jej szczęście zależy tylko od niej. Panna Eyre to bohaterka niezwykle wyrazista i sugestywna. I choć jej postępowanie niejednokrotnie wydawało mi się głupie czy niezrozumiałe, to jednak obudziła we mnie mimo wszystko jakiś rodzaj sympatii i jej postać żyła w mojej pamięci jeszcze długo po skoczeniu książki.

Postacie drugoplanowe również zasługują na uwagę. Charlotte Brontë stworzyła bowiem całą plejadę niezwykle barwnych i silnie zindywidualizowanych bohaterów. Są oni bardzo wyraziści. Momentami jednak zdawali mi się nieco przejaskrawieni, o nazbyt egzaltowanym sposobie bycia i postępowania.

Uważam, że prawdziwie mistrzowska jest postać pana Rochestera. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej jakikolwiek bohater literacki budził we mnie tak silne i jednocześnie tak skrajnie różne emocje. Dominowały u mnie: irytacja, furia, zniecierpliwienie i strach. Jednym słowem, w stosunku do ukochanego Jane miałam odczucia raczej negatywne, ale muszę przyznać, że stworzony został genialnie.

Nie tylko kreacja bohaterów wzbudza w czytelniku emocje. Ich przyczyną jest również aura tajemniczości spowijająca utwór, mnóstwo zagadkowych spraw, które przez dłuższy czas pozostają niewyjaśnione. Mimo iż właściwie cała historia jest dosyć banalna, to w żadnym wypadku nie nudna. Zdecydowanie wciąga i absolutnie nie brakuje w niej elementów zaskakujących.

Kolejnym atutem powieści są opisy ówczesnych obyczajów i oddanie klimatu minionych już czasów. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o tę kwestię, w żadnym wypadku się nie zawiodłam, autorka w stu procentach spełniła moje oczekiwania. Książka obfituje bowiem w liczne, bardzo drobiazgowe opisy dawnej Anglii - tej, której dziś już nie ma. Są one bardzo sugestywne i, co najważniejsze, w ogóle nie nużą. Wraz z innymi elementami tworzą niepowtarzalny klimat całości.

Jak już wspomniałam, Dziwne losy Jane Eyre to romans. Jednakże zupełnie inny niż te, które zdarzyło mi się czytać do tej pory. Inny tak bardzo, że przez długi czas zastanawiałam się, czy określenie powieści tym mianem na pewno nie jest błędem. Skąd wątpliwości? Na czym ta inność polega? Na tym, że jest to romans, który nie ma nic wspólnego ze współczesnymi powieściami tego gatunku, w których przeważnie większą część stanowią opisy scen erotycznych pomiędzy głównymi bohaterami, od których aż się robi mdło… Co to, to nie. To jest romans, który kojarzy się dobrze. Zachwyca prostotą, subtelnością, wyczuciem smaku w ujęciu miłości. Ta miłość naprawdę, szczerze wzrusza. Chociaż z drugiej strony muszę przyznać, że mimo wszystko trochę za mało było na kartach utworu właśnie namiętności. Miłość została opisana bardzo patetycznie, ale próżno szukać scen, w których bohaterowie otwarcie i równie patetycznie manifestują to uczucie wobec siebie poprzez czyny. Lekki dysonans, jednym słowem.

Książka niewątpliwie świetna i godna uwagi, ale nie należy spodziewać się po niej zbyt wiele. Nie powinno się oczekiwać arcydzieła, bo można się bardzo rozczarować. To po prostu przyjemna i odprężająca lektura, nadająca się w sam raz na leniwe letnie czy też zimowe wieczory.

Moja ocena: 5,5/6

„Pieśń łuków. Azincourt” – Bernard Cornwell

piesnlukowPieśń łuków. Azincourt to wielowątkowa powieść historyczna, której głównym bohaterem jest młody łucznik, Nicholas Hook. Ciąży na nim rodzinna klątwa. Gdy pewnego dnia nierozważnie podnosi rękę na kapłana, ma do wyboru: stryczek lub ucieczkę i żywot banity. Wybiera to drugie i wkrótce potem bierze udział w bitwie pod Azincourt - jednym z najważniejszych wydarzeń tak zwanej wojny stuletniej, czyli serii konfliktów zbrojnych pomiędzy Anglikami i Francuzami w XIV i XV wieku. Jak zakończyła się bitwa? Część czytelników zapewne zna odpowiedź na to pytanie. Tych, którzy nie wiedzą zachęcam do sięgnięcia po powieść Cornwella.

Nie ukrywam, że trudno mi ocenić tę książkę. Skłamałabym pisząc, że jest zła, ale nie mogę również z czystym sumieniem powiedzieć, że jest świetna. Akcja powieści raz toczy się wartko, wciąga i rozbudza w czytelniku ciekawość tego, co będzie dalej, raz zwalnia, staje się rozwleczona, nudna i wówczas trzeba nie lada wysiłku, by nie zasnąć. I tak niemal przez cały czas: przyspiesza i zwalnia, wciąga i nudzi na przemian. Również styl jest momentami ciężki.

Ogromnym atutem Pieśni łuków jest realizm. Autor z niewiarygodną i godną podziwu precyzją opisuje noszone przez bohaterów stroje, elementy uzbrojenia, zapoznaje nas krok po kroku z procesem produkcji tego ostatniego. Nawet nie trzeba zamykać oczu i uruchamiać wyobraźni, aby zobaczyć to, o czym pisze. Bardzo przejrzyście i wiarygodnie zobrazowana została również sama bitwa, a także mentalność ludzi średniowiecza. Jestem pewna, że lektura tej pozycji okaże się gratką dla tych, którzy cenią realizm i zwracają uwagę na to, jak w utworze przedstawione zostały realia epoki, o której mowa.

U Cornwella rzeczywistość co rusz zmyślnie wymieszana zostaje z fikcją. Trzeba naprawdę znać się na rzeczy, by odróżnić jedno od drugiego. Przyznam się, że ja, choć lubię historię, do takich mocno zorientowanych w temacie osób nie należę. A już zwłaszcza jeśli chodzi o bitwy. Musiałam więc kilka razy skorzystać z pomocy „wujka Google’a”, chcąc upewnić się, gdzie przebiega granica między fikcją literacką a faktami. Oceniam to jako podwójny plus. Utwór jest przez to znacznie ciekawszy, a lektura okazała się pożyteczna, bo zachęciła mnie do poszukiwania informacji i poszerzenia wiedzy dotyczącej nie tylko Azincourt, ale i całej wojny stuletniej.

Jak już wspomniałam, akcja jest bardzo nierówna, momentami nic się nie dzieje i można się nieźle wynudzić. Myślę, że całą powieść dałoby się skrócić o jakieś sto, może dwieście stron, bo jest nieco rozwleczona. Nie znaczy to jednak, że nie jest ciekawa. Dostarcza bowiem także dreszczyku emocji i tworzy atmosferę niepokoju. Przeczytamy w niej nie tylko o walce, ale i o miłości, tragedii, szczęściu, cierpieniu i innych ludzkich doświadczeniach.

Bohaterowie powieści są zindywidualizowani, wykreowani tak, jak powinni. Nie wzbudzają we mnie jakichś szczególnych uczuć. Po prostu są. Dobrze wkomponowani w całą resztę. To ciekawe postaci, ale niewyróżniające się niczym konkretnym.

Dużym minusem Pieśni łuków jest bardzo stereotypowe przedstawienie walczących ze sobą stron. Anglicy to ci lepsi, a Francuzi - ci gorsi. Często podczas lektury można odnieść właśnie takie wrażenie i ta stereotypowość bardzo mi się nie podoba. Rozumiem, że może autor taką miał koncepcję powieści, że historia była taka, a nie inna, ale mimo wszystko trochę mi to przeszkadzało w odbiorze. Niemniej to tylko moje subiektywne odczucie i możliwie, że jestem po prostu na tym punkcie w jakimś stopniu przeczulona.

Trudno mi ocenić tę pozycję. Można o niej powiedzieć dużo dobrego, ale ma też wady, których trudno nie zauważyć. To jest książka nie dla każdego. Przede wszystkim dla zagorzałych fanów powieści historycznych i przygodowych. Dla miłośników bitew i tych, którzy uwielbiają historię. Mnie książka zainteresowała i zmotywowała do powtórki z historii, co uważam za bardzo dobre, ale nie ukrywam, że lektura mimo to dłużyła mi się i nie powiem, żebym była nią zachwycona. Poszczególnymi elementami składowymi - owszem. Całość jednak uważam za przeciętną.

Moja ocena: 3/6

„Emma” – Jane Austen

emmaO Jane Austen słyszał chyba każdy. Większość kojarzy ją zapewne z Rozważną i romantyczną, gdyż to jest jej najpopularniejsze dzieło. Austen napisała jednak wiele innych wyśmienitych powieści. Jedną z nich jest Emma - pogodna i lekka opowieść, którą czyta się bardzo szybko i przyjemnie, mimo iż akcja toczy się bardzo powoli.

Główną bohaterką jest Emma Woodhouse, dwudziestokilkuletnia kobieta, reprezentantka tak zwanych wyższych sfer. Mieszka ona razem z ojcem w wielkim domu. Życie upływa jej na balach, proszonych obiadach i plotkach. Jest istotą niezwykle rozpieszczoną, apodyktyczną, przekonaną o własnej nieprzeciętności i wyższości nad innymi. Trzeba przyznać, że to bohaterka dosyć irytująca. Przede wszystkim dlatego, że ocenia innych ludzi na podstawie ich urodzenia, statusu społecznego, majątku. Ponadto jest święcie przekonana o własnej nieomylności. Wszelkie próby zwrócenia jej uwagi, że myśli się lub postępuje niewłaściwie - ignoruje. Uwielbia bawić się w swatkę, co tylko w jej mniemaniu dobrze jej wychodzi. To także feministka, która wysoko ceni sobie wolność osobistą i niezależność. Chce swatać wszystkich dookoła, ale sama stroni od małżeństwa. Robi niezbyt sympatyczne wrażenie, nieprawdaż? A jednak - paradoksalnie - jest w Emmie coś, co sprawia, że nie da się jej nie lubić. Może nawet z powodu tych wszystkich wad lubi się ją jeszcze bardziej? Sympatię wzbudzają też liczne zabawne sytuacje, w które zostaje uwikłana - często z własnej winy. Do tego dorzućmy przezabawny język, jakim się posługuje - i naprawdę, mimo wszystko, nie sposób nie żywić do niej ciepłych uczuć.

Zupełnie nie wiem, jak Austen to robi, ale ma ona niezwykłą umiejętność tworzenia bohaterów bardzo wyrazistych, którzy z jednej strony zdają się „nie z tego świata”, a z drugiej – uderzają właśnie swoim realizmem. Na kartach Emmy jest ich pełno. Gdyby ktoś mnie zapytał, za co najbardziej cenię sobie powieści tej pisarki, bez wahania odpowiedziałabym, że właśnie za kreację bohaterów.

Emma jest powieścią niezwykle zabawną i humorystyczną. Po pierwsze, ze względu na język, jednak nie tylko. Trzeba zauważyć, że to typowa komedia omyłek, ale i niesamowita komedia społeczno-obyczajowa. Obfituje w zabawne perypetie i przedstawia w nieco krzywym zwierciadle zwyczaje panujące w czasach współczesnych autorce. Opowiada z przymrużeniem oka o kwestiach zaprzątających na co dzień głowy reprezentantów ówczesnych wyższych sfer.

Kolejną rzeczą, która bardzo spodobała mi się w Emmie, jest sposób, w jaki autorka manipuluje czytelnikiem. Czyni to poprzez wypowiedzi bohaterów, za których pomocą sugeruje czytającemu takie, a nie inne rozwiązanie, by za chwilę udowodnić mu, że podąża złym tropem. Ten zabieg Austen stosuje na kartach swojej powieści kilkakrotnie. Dzięki niemu lektura jest jeszcze przyjemniejsza i bardziej wciągająca.

Momentami byłam - przyznaję - troszkę zawiedziona i rozczarowana. Pewne kwestie zdały mi się potraktowane nieco po macoszemu, a inne niedokończone. Niemniej jednak uważam, że książka jest warta przeczytania. Jest wprost idealna na wolne wieczory. Czyta się ją bardzo szybko, lekko i przyjemnie mimo powolnego toku akcji. Jest niezwykle pogodna i ma ten niepowtarzalny klimat, który potrafi stworzyć tylko Austen.

Moja ocena: 5,5/6