15/10/2020

„Płatki na wietrze” – Virginia Cleo Andrews

Płatki na wietrze to drugi tom sagi o Dollangerach. Poprzednia część bardzo mi się podobała i ciekawa byłam niezmiernie dalszych losów więzionego przez własną matkę rodzeństwa.

Ta część zaczyna się dokładnie w miejscu, w którym skończyła się poprzednia. Tuż po ucieczce Cathy, Chrisa i Carrie z poddasza posiadłości Foxworth Hall. Bohaterowie chcą uciec na Florydę, jednak w trakcie podróży Carrie podupada na zdrowiu. Czuje się coraz gorzej i jeśli ma dojść do siebie, niezbędna jest pomoc medyczna. Na szczęście rodzeństwo spotyka na swojej drodze Henriettę Beech – kobietę, która pracuje, jako gosposia u doktora – Paula Scheffielda. Dzięki ich pomocy i opiece najmłodsza z trójki Dollangerów dochodzi do zdrowia. Ponadto wkrótce doktor Scheffield decyduje się zaadoptować rodzeństwo i zatroszczyć o ich wychowanie oraz wykształcenie.

W moim odbiorze drugi tom sagi Virginii Cleo Andrews jest zupełnie inny od poprzedniego. Co prawda po raz kolejny otrzymałam wielowątkową, pasjonującą, jak na czytadło, opowieść, ale jednak ma ona już nieco więcej wyraźnych wad niż otwierające cykl Kwiaty na poddaszu. Akcja jest wprawdzie szybka i wartka. Obfituje także w wiele zwrotów, jednak niektóre wydarzenia sprawiają wrażenie z lekka irracjonalnych. W ogóle cała ta część sprawia wrażenie dość niewiarygodnej i udziwnionej w stosunku do poprzedniej.

Irracjonalne niejednokrotnie wydawało mi się również postępowanie bohaterów. Zwłaszcza Cathy. Jej chciałabym tutaj poświęcić szczególną uwagę, bo to ona odgrywa w Płatkach na wietrze przysłowiowe „pierwsze skrzypce”. Dominującym odczuciem, jakie wywoływała we mnie Cathy podczas lektury tego tomu była irytacja, a to z kilku powodów. Dziewczyna, która na początku książki jest piętnastoletnią panienką, doprowadzała mnie do szału swoją arogancją. Momentami ciężko było mi uwierzyć, że to ta sama osoba, co w pierwszym tomie. Bohaterka ta jest opętana nienawiścią do matki i żądzą zemsty na niej. Jednocześnie jednak w swoim postępowaniu staje się pod pewnymi względami coraz bardziej podobna do znienawidzonej rodzicielki. Krzywda wyrządzona przez matkę w ogóle dość mocno oddziałuje na wszystkich bohaterów, i każdy z nich próbuje na swój sposób uporać się z bolesną przeszłością. Dla Cathy zemsta staje się jej idée fixe. Wydaje jej się, że jeśli się zemści, wszystkie krzywdy zostaną wyrównane.

Jak wspomniałam, u progu książki Cathy ma piętnaście lat i powoli staje się kobietą. I ta jej kobiecość oraz silny erotyzm zostają w Płatkach na poddaszu mocno wyeksponowane. Za mocno moim zdaniem. Co tu dużo mówić. Cathy po prostu robi z siebie dziwkę. Zmienność, niestałość i intensywność jej uczuć mocno zaskakuje, zastanawia i wydaje się zdecydowanie nie pasować do osoby w jej wieku.

Bohaterowie są tym razem wykreowani w sposób dużo mniej przekonujący niż w poprzednim tomie. Wszystko jest do bólu czaro-białe. Oni także. W ogóle mam wrażenie, że wszyscy poza Cathy zostali tym razem potraktowani po macoszemu. Stosunkowo niewiele dowiadujemy się tutaj o Chrisie i Carrie.

Mimo tak oczywistych wad, muszę przyznać, że książka mi się podobała. Fabuła jest pokręcona, intrygująca i fascynująca jednocześnie. Wybory bohaterów, choć czasami idiotyczne, to jednak dramatyczne i przejmujące. Całość czyta się szybko i przyjemnie pomimo niespójności i niedociągnięć i częstej irytacji. Powieść napisana jest bardzo obrazowo i na swój sposób przekonująco mimo oczywistych niedociągnięć.

Może to nadinterpretacja z mojej strony, ale obok szeregu wad widzę w Płatkach na poddaszu również mądre i głębokie przesłanie. To opowieść, która pokazuje i skłania do refleksji nad tym jak doświadczenia z dzieciństwa, a w szczególności te traumatyczne, wpływają na nasze dorosłe życie; o tym jak trudno nauczyć się przebaczać i jak różne postawy potrafią przyjąć różne osoby wobec jednej i tej samej krzywdy czy życiowej tragedii.

Jako kontynuacja książka rozczarowuje. Ma wyraźne wady i niedociągnięcia. Po głębokim namyśle oceniam ją jednak na równi z poprzednią. Jest inna. Ma jednak pewien potencjał i przekaz, na który nie potrafię być obojętna. Nie zniechęciłam się też do dalszej lektury, choć mój entuzjazm nieco osłabł. Pokładam jednak nadzieję w autorce. Może to tylko chwilowy spadek formy? Może klątwa drugiego tomu? Nie wiem. Chcę się o tym przekonać.

Moja ocena: 5,5/6

Książkę zgłaszam do wyzwania Zatytułuj się 4

31/08/2020

„Kwiaty na poddaszu” – Virginia Cleo Andrews

Sagi to jeden z moich ulubionych gatunków literackich. Po cykl Virginii Cleo Andrews o rodzinie Dollangerów chciałam sięgnąć już bardzo dawno, ale jakoś nie było okazji. Ta nadarzyła się dopiero w sierpniu, dzięki wyzwaniom czytelniczym, w których biorę udział na zaprzyjaźnionych blogach recenzenckich.

Kwiaty na poddaszu to pierwszy tom cyklu. Opowiada historię pewnego małżeństwa i ich czwórki dzieci. Gdy ojciec rodziny niespodziewanie ginie w wypadku samochodowym, matka pogrąża się w rozpaczy i depresji. Nie potrafi zatroszczyć się o sprawy bytowe, siebie i dzieci. Kiedy okazuje się, że rodzina ma długi, owdowiała matka kontaktuje się ze swoimi zamożnymi rodzicami, z którymi przed laty zerwała kontakt. Tamci wydziedziczyli ją. Czy teraz, w obliczu życiowej tragedii wyciągną oni pomocną dłoń do córki i wnucząt? Pozornie. Pozwalają im, bowiem na przyjazd do swojej wielkiej rezydencji – Foxworth Hall. Jednak to dopiero początek prawdziwej tragedii tej rodziny. A zwłaszcza dzieci, które zaraz po przyjeździe zostają uwięzione na poddaszu…

Fabuła książki jest jednocześnie prawdopodobna i absurdalna. Prawdopodobna, bo wszystkie opisane w niej okrucieństwa i wynaturzenia, potencjalnie mogłyby się wydarzyć w realnym życiu. Z drugiej jednak strony ciężko uwierzyć w to, że ktoś mógłby być tak okrutny, jak to ma miejsce w książce. Jednak historia zna wiele, równie mrocznych, podobnych przypadków. Niestety.

Generalnie książka jest według mnie bardzo dobra. Jednak mam wobec niej mieszane odczucia. Zwłaszcza względem przywołanej już fabuły. Jest w niej sporo niespójności i naciągania faktów, a tego nie lubię bardzo. Cenię sobie, jeśli w świecie przedstawionym wszystko „trzyma się kupy”, kolokwialnie mówiąc. Myślę, że gdyby nie ten mankament, byłabym skłonna przyznać nawet maksymalną notę. Te nieścisłości nie są wprawdzie jakieś wielkie. To drobiazgi. Tylko, że – jak to mówią – „diabeł tkwi w szczegółach”.

Mimo pewnych zgrzytów Kwiaty na poddaszu niesamowicie mnie wciągnęły. Do tego stopnia, że zacząwszy czytać późnym wieczorem, skończyłam nad ranem. Choć fabuła szokuje, to pomyślana jest fenomenalnie. Jest kontrowersyjna i ciekawa, ale i niepozbawiona wad. To nie jest też lektura ambitna. Wręcz przeciwnie. Czytadło, ale zapadające w pamięć i głęboko poruszające oraz skłaniające do refleksji nad naturą człowieka i tym, do czego człowiek może być zdolny. Nawet najbliższy.

Język pozostawia trochę do życzenia. Jest prosty, niewyszukany, momentami lekko niezręczny. Jednak myślę sobie, że do pewnego stopnia mógł to być celowy zabieg. Autorka, bowiem skupia się głównie na ukazaniu losów trzymanego pod kluczem rodzeństwa – ich perypetii i przemyśleń. Trudno od zaszczutych, brutalnie pozbawionych możliwości rozwoju i normalnego funkcjonowania, pozostawione same sobie dzieci, oczekiwać nie wiadomo jak wyszukanego języka, czy rozbudowanych, głębokich wypowiedzi.

Książka została dwukrotnie zekranizowana. Po raz pierwszy w 1987 roku (reż. Jeffrey Bloom) i drugi w 2014 roku (reż. Deborah Chow). Pierwszej ekranizacji absolutnie nie polecam. Trudno o większe wypaczenie i spłycenie treści książki. Pozbyto się tam wielu kluczowych dla fabuły scen, kompletnie wypaczając sens utworu. Gra aktorska też pozostawia wiele do życzenia. Natomiast adaptacja z 2014 roku jest według mnie świetna. Uważam, że obsada tym razem została fantastycznie dobrana, a wersja ta znacznie lepiej współgra z treścią książki.

Lekturę polecam. To czytadło, ale takie, które zostanie we mnie z pewnością na dłużej. Wstrząsnęło mną i skłoniło do licznych refleksji nad naturą człowieka.

Moja ocena: 5,5/6

Książkę zgłaszam do wyzwań Zatytułuj się 4 oraz Trójka e-pik

26/05/2020

„Cukiernia pod Amorem. Hryciowie” – Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Trzeci tom sagi o Gutowie, Hryciowie, opowiada dalsze losy znanych już czytelnikowi postaci. Tym razem na tle drugiej wojny światowej i w PRL-u. Jak zwykle dużo się dzieje, a bohaterowie nieustannie zmagają się z rozmaitymi przeciwnościami losu, stają przed trudnymi wyborami, walczą o przetrwanie. W tej części jest również kontynuowany wątek dotyczący Giny Weylen, której sporo uwagi poświęcone zostało już w tomie poprzednim. Dowiemy się też więcej o niespełnionej miłości Celiny Hryć, poznamy okoliczności powstania tytułowej cukierni, no i najważniejsze: w końcu rozwiąże się zagadka pierścienia!

Z zadowoleniem muszę przyznać, że autorka trzyma poziom, bo książka dorównuje dwóm poprzednim częściom cyklu zarówno pod względem językowym, jak i na poziomie narracji. Autorka znów starannie nakreśliła tło historyczne, znakomicie oddając realia drugiej wojny światowej i PRL-u.

Bohaterowie są – tak jak w poprzednich tomach – niezwykle barwni i prawdziwi. Można odnieść wrażenie, że czyta się o najzupełniej realnych, a nie fikcyjnych postaciach. Wielka szkoda, że Gutowo nie istnieje naprawdę i mogę odwiedzać je jedynie w wyobraźni.

Co jeszcze wyróżnia książkę, jak i cały cykl, to dbałość o detale i niebanalny pomysł. Autorka wielokrotnie zaskoczyła mnie swoim pomysłem na rozwinięcie akcji czy fabułę. Na przykład rozwiązanie zagadki pierścienia było zupełnie inne, niż obstawiałam. Takiego obrotu spraw się nie spodziewałam…

Kilka pomniejszych wątków w książce nie zostało jednak zakończonych. Szkoda. Nie wiem czy to celowy zabieg, czy przeoczenie ze strony autorki, ale trochę szkoda. Chociaż jest nadzieja, bo niedawno, po niemal dekadzie od zakończenia tej serii, autorka postanowiła wrócić do Gutowa i wiem, że powstały już kolejne tomy sagi. Być może w nich wątki te zostaną odpowiednio domknięte. Za jakiś czas zamierzam się o tym przekonać, ale na razie opuszczam Gutowo.

Trochę nie podobało mi się również to, że niektóre fragmenty zostały jakby nieco przegadane – przesadnie rozwleczone. Inne tymczasem były zbyt minimalistyczne, potraktowane po macoszemu. Ledwo napominały o czymś i już pojawiała się kolejna kwestia. Nie było to nagminne i wobec świetnego stylu autorki nie raziło jakoś szczególnie, ale stanowi jednak pewną rysę na bardzo dobrym obrazie całości.

Jednak mimo tych drobnych mankamentów, które wymieniłam powyżej, cała saga niesamowicie wciąga. Czyta się ją szybko, z zaciekawieniem i przejęciem śledząc losy bohaterów, wiele wydarzeń przeżywając razem z nimi.

Moja ocena: 5/6

19/05/2020

„Cukiernia pod Amorem. Cieślakowie” – Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Po bardzo dobrych wrażeniach wywołanych lekturą pierwszego tomu sagi, wcale nie miałam ochoty opuszczać Gutowa. Natychmiast zabrałam się za lekturę Cieślaków – drugiej części serii, ciekawa jak potoczą się dalsze losy bohaterów.

Wracamy do rodziny Zajezierskich i bohaterów znanych nam z pierwszego tomu, ale ich losy schodzą na dalszy plan. Autorka wprowadza na scenę wiele nowych postaci. Tak poznajemy familię Cieślaków. Tym razem jednak „pierwsze skrzypce” odegra Grażyna Toroszyn (Gina Weylen). I choć na pierwszym planie pojawia się, kto inny, Gutowska-Adamczyk zmyślnie łączy poszczególne wątki, dzięki czemu historia, choć coraz bardziej rozbudowana i dynamiczna, jest cały czas spójna.

Wątek współczesny został tym razem potraktowany bardzo marginalnie, ale nie postrzegam tego w kategoriach wady. Tutaj wnikamy głębiej w rodzinną historię, bardziej skupiając się na przeszłości i ma to swoje uzasadnienie.

Autorka po raz kolejny rzetelnie odrobiła lekcję historii. W drugim tomie sagi zabiera nas do początków XX wieku. Starannie i wyraziście nakreślając tło epoki, przedstawia życie codzienne zwykłych ludzi w obliczu historycznych wydarzeń i kulturowych przemian. Szlachta z wolna odchodzi w zapomnienie. Powoli i stopniowo zmienia się mentalność polskiego społeczeństwa. Jak wiadomo, początek XX wieku, to pierwsza wojna światowa, odzyskanie niepodległości i niezwykle barwny okres dwudziestolecia międzywojennego. Te epokowe wydarzenia w znacznej mierze warunkują zachowania bohaterów powieści i determinują ich życiowe wybory.

Ówczesne wydarzenia, to i ówczesne problemy. Bohaterowie stają, więc przed problemami i dylematami, którym bez wątpienia wielu ludzi żyjących w tamtych czasach musiało stawiać czoło. I tak pojawia się tytułowa rodzina Cieślaków, którzy ukazują desperacką walkę biedoty o przetrwanie w tych trudnych czasach. Jest też wątek emigracyjny, który przybliża nam realia życia na emigracji w tamtym okresie. I wreszcie główna bohaterka tego tomu: Gina Weylen – buntowniczka. Ukazana tutaj, jako pierwsza naprawdę szczęśliwa kobieta w rodzinie, wyemancypowana i realizująca swoje marzenia na przekór trudnej rzeczywistości. Dzięki tej postaci poznamy bliżej świat kabaretu i teatru międzywojennego.

Książkę czytałam z zapartym tchem i wciągnęła mnie bez reszty – podobnie jak poprzedni tom cyklu. Choć zagadka pierścienia znalezionego w pierwszym tomie sagi nadal pozostaje nierozwiązana, nie czuję z tego powodu żalu do autorki, bo będę mogła wrócić jeszcze do Gutowa, a ten fakt niezmiernie mnie cieszy. Wcale nie mam ochoty rozstawać się z barwnymi bohaterami Cukierni pod Amorem.

Ponownie urzekł mnie literacki i artystyczny język, jakim posługuje się autorka. Z prawdziwą przyjemnością dałam się znów zahipnotyzować jej słowom i narracji. Pod każdym względem utrzymała w Cieślakach ten wysoki poziom, który zaprezentowała w poprzednim tomie. Tak trzymać. Mam nadzieję, że nic się pod tym względem, nie zmieni w części trzeciej.

Moja ocena: 5/6

13/05/2020

„Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy” – Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Zabranie się za lekturę powieściowego cyklu Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk zajęło mi nieprawdopodobnie dużo czasu, wziąwszy pod uwagę fakt, że literatura obyczajowa i sagi to moje ulubione gatunki literackie. Wszak od premiery Zajezierskich – pierwszego tomu Cukierni pod Amorem minęło już dziesięć lat. Dlaczego tak długo zwlekałam, choć cały cykl od początku zdawał się idealnie wpisywać w moje upodobania literackie i zewsząd docierały do mnie pochlebne opinie na jego temat?

Zawsze jestem ostrożna w stosunku do książek, którymi zachwycają się wszyscy wokół. Poza tym jest to twór polskiej autorki, a ja do współczesnych polskich pisarzy, podchodzę z wielu powodów „jak pies do jeża”. No i ten tytuł: Cukiernia pod Amorem – zdecydowanie nie sugerował niczego (w moim odczuciu) dobrego. Raczej jakieś cukierkowate babskie czytadło, bez polotu, ciekawszej fabuły i narracji. A jaka jest prawda? Prawda jest taka, że pozory mylą.

O czym jest książka? Przenosimy się Gutowa – fikcyjnego, małego, prowincjonalnego miasteczka, gdzieś na Mazowszu. Podczas prowadzonych tam wykopalisk archeologicznych dochodzi do niesamowitego odkrycia. Niejako pod wpływem tego wydarzenia, córka właściciela miejscowej cukierni – Iga Hryć – natrafia na trop pewnej rodzinnej tajemnicy i postanawia podążyć jej tropem.

Powieść porwała mnie już od pierwszych stron. Autorka posługuje się bardzo artystycznym stylem, ale jednocześnie pisze w sposób zrozumiały i ciekawy. Urzeka każdym zdaniem i hipnotyzuje słowem. Byłam zachwycona. Rozsmakowałam się w tym stylu i sposobie prowadzenia narracji, o którym jeszcze nieco więcej napiszę za chwilę.

Trzeba przyznać, że sam początek powieści, mimo doskonałego języka i stylu, może być dla wielu niezjadliwy, a to dlatego, że już „na dzień dobry” autorka wprowadza kilka wątków i postaci, z których obszernymi i dość zawiłymi życiorysami zaznajamia czytelnika. Aby te wszystkie informacje przyswoić i się w nich nie pogubić, trzeba naprawdę wytężyć umysł i mocno się skupić. Inaczej ciężko będzie nadążyć za rozwojem akcji.

Mamy tu dwie perspektywy narracyjne: współczesną (jest rok 1995) oraz historyczną (XIX wiek). Przeszłość nieustannie przeplata się z teraźniejszością. Z jednej strony poznajemy Igę i podążamy razem z nią tropem rodzinnej tajemnicy. Z drugiej, co jakiś czas przenosimy się do XIX wieku i poznajemy losy jej przodków. Przyznam szczerze, że trochę nie przepadam za książkami, w których pojawia się kilka perspektyw narracyjnych. Z mojego dotychczasowego doświadczenia wynika, że zwykle jedna z nich jest lepiej dopracowana i poprowadzona od tej drugiej. Tymczasem tutaj nie mam, na co narzekać. Obie narracje poprowadzone są z rozmachem i dbałością o szczegóły. Momenty przeskoków narracyjnych też były odpowiednio skonstruowane. Nie czułam rozproszenia, które często mi towarzyszy w podobnych przypadkach. Tym razem jednak tak byłam pochłonięta lekturą, że nawet o tych przeskokach nie myślałam.

Przenosząc się do XIX wieku poznajemy życie ówczesnej polskiej arystokracji. I tutaj widać, że autorka porządnie odrobiła lekcję z historii, bo funduje nam liczne, niezwykle szczegółowe i barwne opisy realiów życia w tamtym okresie. Czytelnik ma na przykład okazję poznać wiele staropolskich zwyczajów i tradycji. Zarówno tych mniej, jak i tych bardziej znanych. Ja przyznam, że nie o wszystkich wiedziałam.

Wszyscy bohaterowie wykreowani przez Małgorzatę Gutowską-Adamczyk są niezwykle wyraziści. Ich losy są bardzo skomplikowane, a życiorysy zagmatwane i niezwykle różnorodne. Choć postaci jest mnóstwo, o czym pisałam już wcześniej, każda z nich została nakreślona z najwyższą starannością i każda jest inna. Bohaterowie różnią się nie tylko charakterologicznie, czy pod względem życiorysów. Każdy wyznaje inne wartości, priorytety życiowe i cele.

Samo odkrywanie rodzinnych tajemnic dokonuje się bardzo powoli. Skupiamy się raczej na losach poszczególnych bohaterów. Poznajemy ich życie, rozterki, dylematy. Naprawdę dużo się dzieje. Romanse, zdrady, radości, smutki i rodzinne tragedie – to wszystko znaleźć można na kartach pierwszego tomu Cukierni pod Amorem.

Co do wad, jest ich niewiele – tytuł, jak już wspominałam – w moim odczuciu nietrafiony, niepotrzebnie przesłodzony, przywodzący na myśl raczej przeciętne czytadło, a nie tak wysmakowaną sagę. Myślę, że dla wielu osób może być mylący.

Pewnym mankamentem jest dla mnie też to, że na koniec książki właściwie żaden wątek się nie wyjaśnia. Zakończenie jest otwarte i niejako wymusza sięgnięcie po kolejną część, jeśli chcemy się dowiedzieć, co dalej. Osobiście lubię, jeśli poszczególne tomy jakiegoś cyklu stanowią pewną zamkniętą całość, a nie kończą się – jak odcinki brazylijskich telenoweli – w najmniej odpowiednim momencie. Rozumiem, że ma to służyć budowaniu napięcia, ale mnie to jakoś irytuje.

Cieszę się, że w końcu sięgnęłam po cykl Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Zanurzając się w świat przedstawiony nie przypuszczałam, że tak ciężko będzie mi się z niego wydostać. Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy to świetna, wielowątkowa saga przez duże „S”, która utrzymana jest od początku do końca na bardzo wysokim poziomie. Uderza swoją prawdziwością, choć jest tylko literacką fikcją.

To powieść barwna, wielowątkowa, zaskakująca. Po prostu świetna. Tym, którzy nie czytali, serdecznie polecam.

Moja ocena: 5/6