19/05/2020

„Cukiernia pod Amorem. Cieślakowie” – Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Po bardzo dobrych wrażeniach wywołanych lekturą pierwszego tomu sagi, wcale nie miałam ochoty opuszczać Gutowa. Natychmiast zabrałam się za lekturę Cieślaków – drugiej części serii, ciekawa jak potoczą się dalsze losy bohaterów.

Wracamy do rodziny Zajezierskich i bohaterów znanych nam z pierwszego tomu, ale ich losy schodzą na dalszy plan. Autorka wprowadza na scenę wiele nowych postaci. Tak poznajemy familię Cieślaków. Tym razem jednak „pierwsze skrzypce” odegra Grażyna Toroszyn (Gina Weylen). I choć na pierwszym planie pojawia się, kto inny, Gutowska-Adamczyk zmyślnie łączy poszczególne wątki, dzięki czemu historia, choć coraz bardziej rozbudowana i dynamiczna, jest cały czas spójna.

Wątek współczesny został tym razem potraktowany bardzo marginalnie, ale nie postrzegam tego w kategoriach wady. Tutaj wnikamy głębiej w rodzinną historię, bardziej skupiając się na przeszłości i ma to swoje uzasadnienie.

Autorka po raz kolejny rzetelnie odrobiła lekcję historii. W drugim tomie sagi zabiera nas do początków XX wieku. Starannie i wyraziście nakreślając tło epoki, przedstawia życie codzienne zwykłych ludzi w obliczu historycznych wydarzeń i kulturowych przemian. Szlachta z wolna odchodzi w zapomnienie. Powoli i stopniowo zmienia się mentalność polskiego społeczeństwa. Jak wiadomo, początek XX wieku, to pierwsza wojna światowa, odzyskanie niepodległości i niezwykle barwny okres dwudziestolecia międzywojennego. Te epokowe wydarzenia w znacznej mierze warunkują zachowania bohaterów powieści i determinują ich życiowe wybory.

Ówczesne wydarzenia, to i ówczesne problemy. Bohaterowie stają, więc przed problemami i dylematami, którym bez wątpienia wielu ludzi żyjących w tamtych czasach musiało stawiać czoło. I tak pojawia się tytułowa rodzina Cieślaków, którzy ukazują desperacką walkę biedoty o przetrwanie w tych trudnych czasach. Jest też wątek emigracyjny, który przybliża nam realia życia na emigracji w tamtym okresie. I wreszcie główna bohaterka tego tomu: Gina Weylen – buntowniczka. Ukazana tutaj, jako pierwsza naprawdę szczęśliwa kobieta w rodzinie, wyemancypowana i realizująca swoje marzenia na przekór trudnej rzeczywistości. Dzięki tej postaci poznamy bliżej świat kabaretu i teatru międzywojennego.

Książkę czytałam z zapartym tchem i wciągnęła mnie bez reszty – podobnie jak poprzedni tom cyklu. Choć zagadka pierścienia znalezionego w pierwszym tomie sagi nadal pozostaje nierozwiązana, nie czuję z tego powodu żalu do autorki, bo będę mogła wrócić jeszcze do Gutowa, a ten fakt niezmiernie mnie cieszy. Wcale nie mam ochoty rozstawać się z barwnymi bohaterami Cukierni pod Amorem.

Ponownie urzekł mnie literacki i artystyczny język, jakim posługuje się autorka. Z prawdziwą przyjemnością dałam się znów zahipnotyzować jej słowom i narracji. Pod każdym względem utrzymała w Cieślakach ten wysoki poziom, który zaprezentowała w poprzednim tomie. Tak trzymać. Mam nadzieję, że nic się pod tym względem, nie zmieni w części trzeciej.

Moja ocena: 5/6

13/05/2020

„Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy” – Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Zabranie się za lekturę powieściowego cyklu Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk zajęło mi nieprawdopodobnie dużo czasu, wziąwszy pod uwagę fakt, że literatura obyczajowa i sagi to moje ulubione gatunki literackie. Wszak od premiery Zajezierskich – pierwszego tomu Cukierni pod Amorem minęło już dziesięć lat. Dlaczego tak długo zwlekałam, choć cały cykl od początku zdawał się idealnie wpisywać w moje upodobania literackie i zewsząd docierały do mnie pochlebne opinie na jego temat?

Zawsze jestem ostrożna w stosunku do książek, którymi zachwycają się wszyscy wokół. Poza tym jest to twór polskiej autorki, a ja do współczesnych polskich pisarzy, podchodzę z wielu powodów „jak pies do jeża”. No i ten tytuł: Cukiernia pod Amorem – zdecydowanie nie sugerował niczego (w moim odczuciu) dobrego. Raczej jakieś cukierkowate babskie czytadło, bez polotu, ciekawszej fabuły i narracji. A jaka jest prawda? Prawda jest taka, że pozory mylą.

O czym jest książka? Przenosimy się Gutowa – fikcyjnego, małego, prowincjonalnego miasteczka, gdzieś na Mazowszu. Podczas prowadzonych tam wykopalisk archeologicznych dochodzi do niesamowitego odkrycia. Niejako pod wpływem tego wydarzenia, córka właściciela miejscowej cukierni – Iga Hryć – natrafia na trop pewnej rodzinnej tajemnicy i postanawia podążyć jej tropem.

Powieść porwała mnie już od pierwszych stron. Autorka posługuje się bardzo artystycznym stylem, ale jednocześnie pisze w sposób zrozumiały i ciekawy. Urzeka każdym zdaniem i hipnotyzuje słowem. Byłam zachwycona. Rozsmakowałam się w tym stylu i sposobie prowadzenia narracji, o którym jeszcze nieco więcej napiszę za chwilę.

Trzeba przyznać, że sam początek powieści, mimo doskonałego języka i stylu, może być dla wielu niezjadliwy, a to dlatego, że już „na dzień dobry” autorka wprowadza kilka wątków i postaci, z których obszernymi i dość zawiłymi życiorysami zaznajamia czytelnika. Aby te wszystkie informacje przyswoić i się w nich nie pogubić, trzeba naprawdę wytężyć umysł i mocno się skupić. Inaczej ciężko będzie nadążyć za rozwojem akcji.

Mamy tu dwie perspektywy narracyjne: współczesną (jest rok 1995) oraz historyczną (XIX wiek). Przeszłość nieustannie przeplata się z teraźniejszością. Z jednej strony poznajemy Igę i podążamy razem z nią tropem rodzinnej tajemnicy. Z drugiej, co jakiś czas przenosimy się do XIX wieku i poznajemy losy jej przodków. Przyznam szczerze, że trochę nie przepadam za książkami, w których pojawia się kilka perspektyw narracyjnych. Z mojego dotychczasowego doświadczenia wynika, że zwykle jedna z nich jest lepiej dopracowana i poprowadzona od tej drugiej. Tymczasem tutaj nie mam, na co narzekać. Obie narracje poprowadzone są z rozmachem i dbałością o szczegóły. Momenty przeskoków narracyjnych też były odpowiednio skonstruowane. Nie czułam rozproszenia, które często mi towarzyszy w podobnych przypadkach. Tym razem jednak tak byłam pochłonięta lekturą, że nawet o tych przeskokach nie myślałam.

Przenosząc się do XIX wieku poznajemy życie ówczesnej polskiej arystokracji. I tutaj widać, że autorka porządnie odrobiła lekcję z historii, bo funduje nam liczne, niezwykle szczegółowe i barwne opisy realiów życia w tamtym okresie. Czytelnik ma na przykład okazję poznać wiele staropolskich zwyczajów i tradycji. Zarówno tych mniej, jak i tych bardziej znanych. Ja przyznam, że nie o wszystkich wiedziałam.

Wszyscy bohaterowie wykreowani przez Małgorzatę Gutowską-Adamczyk są niezwykle wyraziści. Ich losy są bardzo skomplikowane, a życiorysy zagmatwane i niezwykle różnorodne. Choć postaci jest mnóstwo, o czym pisałam już wcześniej, każda z nich została nakreślona z najwyższą starannością i każda jest inna. Bohaterowie różnią się nie tylko charakterologicznie, czy pod względem życiorysów. Każdy wyznaje inne wartości, priorytety życiowe i cele.

Samo odkrywanie rodzinnych tajemnic dokonuje się bardzo powoli. Skupiamy się raczej na losach poszczególnych bohaterów. Poznajemy ich życie, rozterki, dylematy. Naprawdę dużo się dzieje. Romanse, zdrady, radości, smutki i rodzinne tragedie – to wszystko znaleźć można na kartach pierwszego tomu Cukierni pod Amorem.

Co do wad, jest ich niewiele – tytuł, jak już wspominałam – w moim odczuciu nietrafiony, niepotrzebnie przesłodzony, przywodzący na myśl raczej przeciętne czytadło, a nie tak wysmakowaną sagę. Myślę, że dla wielu osób może być mylący.

Pewnym mankamentem jest dla mnie też to, że na koniec książki właściwie żaden wątek się nie wyjaśnia. Zakończenie jest otwarte i niejako wymusza sięgnięcie po kolejną część, jeśli chcemy się dowiedzieć, co dalej. Osobiście lubię, jeśli poszczególne tomy jakiegoś cyklu stanowią pewną zamkniętą całość, a nie kończą się – jak odcinki brazylijskich telenoweli – w najmniej odpowiednim momencie. Rozumiem, że ma to służyć budowaniu napięcia, ale mnie to jakoś irytuje.

Cieszę się, że w końcu sięgnęłam po cykl Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Zanurzając się w świat przedstawiony nie przypuszczałam, że tak ciężko będzie mi się z niego wydostać. Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy to świetna, wielowątkowa saga przez duże „S”, która utrzymana jest od początku do końca na bardzo wysokim poziomie. Uderza swoją prawdziwością, choć jest tylko literacką fikcją.

To powieść barwna, wielowątkowa, zaskakująca. Po prostu świetna. Tym, którzy nie czytali, serdecznie polecam.

Moja ocena: 5/6

21/03/2020

„Dziewczęta z Szanghaju” – Lisa See

Nie jest tajemnicą, że bardzo lubię powieści obyczajowe. Zwłaszcza takie, które zabierają mnie w odległe krańce ziemi i pozwalają przy okazji poznać obce kultury. Właśnie dlatego zdecydowałam się na książkę Lisy See Dziewczęta z Szanghaju. Czytałam już wcześniej inną książkę tej autorki i bardzo mi się ona spodobała, toteż po tę sięgnęłam bez wahania.

Akcja powieści rozgrywa się w latach 1937-1957 w Szanghaju i Los Angeles. Głównymi bohaterkami są dwie siostry – Pearl i May – wywodzące się z zamożnej szanghajskiej rodziny. Pewnego dnia, gdy ich uzależniony od hazardu ojciec roztrwania cały majątek i pogrąża się w długach, zostają one niespodziewane wydane za mąż za dwóch braci. Po szybkim ślubie bracia wyjeżdżają do Los Angeles, a ich młode żony mają wkrótce do nich dołączyć. Niestety nie wszystko idzie zgodnie z pierwotnym planem, a wojna, która wkrótce wybucha, jeszcze bardziej wszystko komplikuje. Sytuacja dziewcząt staje się nie do pozazdroszczenia. Czeka je wiele wyzwań i trudnych przeżyć. Jak z nich wybrną? Co je czeka?

Jest to powieść niezwykle barwna. Ma niesamowity klimat, który zawdzięcza plastycznemu obrazowaniu i sugestywnym opisom, za pomocą których autorka doskonale oddaje ówczesne realia historyczne i społeczne. Dokładnie opisuje przedwojenny Szanghaj wraz z mentalnością ówczesnych jego mieszkańców, a także starannie zarysowuje tło polityczne opisywanych wydarzeń. Dzięki temu czytając można dowiedzieć się czegoś o historii Chin. Mnóstwo miejsca autorka poświęca także chińskiej kulturze, która często determinuje zachowania bohaterów. Wszystkie te informacje są umiejętnie wplecione w fabułę, która bez nich wręcz nie mogłaby się w tym przypadku obyć. Fikcja literacka doskonale współgra tutaj z faktami historycznymi.

Fabuła ma kilka zaskakujących zwrotów akcji i porusza wiele ważnych ówcześnie, ale zarazem również uniwersalnych wątków, jak choćby problem dyskryminacji na obczyźnie i związane z tym poczucie wyobcowania imigrantów wymieszane z niezłomną nadzieją na lepsze jutro.

Co mnie rozczarowało, to fakt, że autorka pisze o emocjach, ale w sposób kompletnie pozbawiony emocji. Główne bohaterki są stosunkowo mało wyraziste, wykreowane dość powierzchownie. Jest to dla mnie zaskoczenie, ponieważ czytana przeze mnie wcześniej książka Lisy See nie wzbudzała moich zastrzeżeń w tym względzie, wręcz przeciwnie, a tu taka niespodzianka.

Dziewczęta z Szanghaju to dobra książka o głębokiej więzi sióstr, sile rodziny, pokonywaniu rozmaitych przeciwności losu i rodzinnych tajemnicach. Przesiąknięta pesymizmem, ale mimo to wciągająca i ciekawa saga z bogatym tłem historyczno-obyczajowym.

Moja ocena: 4/6

20/12/2013

„Jesień młodości” – Miriam Akavia

Jesień młodości to krótka, ale bardzo treściwa opowieść plasująca się na granicy literatury faktu i beletrystyki. Akcja rozgrywa się w czasach holokaustu, a bohaterami są ludzie stojący u progu dorosłości. Nie jest to w stu procentach autentyczna relacja autorki z jej własnych przeżyć, lecz wymyślona przez nią historia. Faktem jest jednak, iż wykorzystała wydarzenia, które faktycznie miały miejsce w jej życiu, a osoby, o których mówi, istniały naprawdę: to członkowie rodziny i ludzie z bliskiego otoczenia Miriam Akavii.

W utworze fikcja przeplata się cały czas z rzeczywistością. Choć w tym wypadku mamy do czynienia z wymyśloną historią, nie można powiedzieć, że Jesień młodości pozbawiona jest autentyzmu. Autorka wie doskonale, o czym pisze, bo sama jest Żydówką. Urodziła się i wychowała w Krakowie. Przeżyła holokaust i mimo wielu ciężkich przejść wyszła z pożogi cało. Już po zakończeniu wojny, w 1946 roku wyemigrowała do Izraela i tam żyje i mieszka do dziś. Jest honorową przewodniczącą Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Izraelskiej i podejmuje wiele inicjatyw mających na celu ocieplenie stosunków polsko-izraelskich.

Jak już wspomniałam, bohaterami książki Akavii są przede wszystkim ludzie młodzi. Nie bez powodu. Autorka na ich przykładzie ukazała olbrzymi dramat młodego pokolenia Żydów w dobie holokaustu. Udało jej się w utworze zawrzeć wszystkie rozterki i bolączki, z którymi ci musieli się wówczas borykać. Umiejętnie oddała nastrój grozy i opisała niezwykłą determinację, jaką wykazywali ludzie stojący u progu dorosłości w walce o przetrwanie oraz nadzieję. Ponadto udało jej się przekazać tę specyficzną – zwłaszcza u młodych – chęć życia, która czasami była wszystkim, co się miało i co pozwalało żyć, a także przetrwać. Niekiedy także ta młodzieńcza chęć życia była ponad wszystkim, dając wciąż nadzieję i siły do walki. Walki o siebie w obliczu tak brutalnej rzeczywistości holokaustu.

Dziś, w czasach pokoju, wielu wchodzących właśnie w dorosłość czuje zagubienie i pragnie ze wszystkich sił odnaleźć swoje miejsce w świecie. I często okazuje się, że nie jest to wcale takie łatwe. Bohaterowie książki Miriam Akavii czuli to samo. Tylko czasy były inne. Złe. Okrutne. Zwłaszcza dla nich, naznaczonych piętnem żydowskiego pochodzenia. O ile ciężej musiało być im? O ile bardziej byli zagubieni od tych dzisiejszych młodych? Możemy tylko próbować to sobie wyobrazić. W jeszcze innym wymiarze Jesień młodości to dobrze skonstruowana panorama najróżniejszych postaw, jakie ludzie przyjmowali wobec rzeczywistości holokaustu ze wszystkimi charakterystycznymi dla niej okrucieństwami.

Pod kątem stricte literackim ta pozycja nie jest żadnym fenomenem, w każdym razie dla mnie. Można by nawet powiedzieć, że na tle innych zaliczających się do tego typu literatury wypada raczej przeciętnie. Jak powszechnie wiadomo, sam wątek zagłady przedstawicieli wyznania mojżeszowego był już w literaturze podejmowany mnóstwo razy, więc w pewnym sensie jest to książka, jakich wiele. Niemniej jednak ta pozycja mimo wszystko się wyróżnia i jest inna od całej reszty. Właśnie przez tę młodość, tak cudownie uchwyconą i opisaną. Bo to ona jest tu na pierwszym planie. Nie przypominam sobie żadnej innej książki, która zawierałaby tak dogłębną analizę sytuacji młodego pokolenia w obliczu nie tyle samej wojny, co właśnie konkretnie holokaustu. A takich utworów, w których mowa o zagładzie Żydów, przeczytałam już niezliczoną liczbę. Dlatego właśnie uważam, że w pewien sposób Jesień młodości jest wyjątkowa i warto ją przeczytać.

Moja ocena: 4/6

21/05/2012

„Ojciec chrzestny” – Mario Puzo

Dziewiętnastowieczny pisarz francuski – Honoré de Balzac powiedział kiedyś, że „za każdą wielką fortuną kryje się zbrodnia”. W drugiej połowie dwudziestego wieku Mario Puzo – amerykański pisarz włoskiego pochodzenia napisał powieść, której mottem uczynił właśnie te słowa, i która stanowi ich swoistą ilustrację. O jakim dziele mowa? Oczywiście o Ojcu chrzestnym. Powieść błyskawicznie osiągnęła status bestsellera, a dziś wielu zalicza ją już do klasyki literatury światowej.

Fabuła opowiada o losach jednej z sześciu działających w Nowym Jorku rodzin mafijnych – wówczas najpotężniejszej. Jest to rodzina Corleone, na której czele stoi don Vito. To właśnie on jest bohaterem tytułowym. Czytając, poznajemy stopniowo historie życia poszczególnych członków klanu, wspólników i ludzi, którzy niegdyś poprosili dona o pomoc.

Najprościej i najkrócej mówiąc, Ojciec chrzestny to książka o mafii. Tak, to prawda, ale to zdecydowanie za mało powiedziane. Takie określenie to zbyt duże i wręcz niedopuszczalne w tym wypadku uproszczenie. Jest to wspaniała, niezwykle żywa opowieść, która przedstawia mafię od wewnątrz, opisuje dokładnie prawa w niej panujące, zasady i sposób funkcjonowania. Dowiadujemy się także, w czym tkwi jej fenomen, ale o tym za chwilę.

Puzo przedstawia mafię w sposób bardzo złożony. Co zaskakujące, ukazuje również jej ludzki wymiar. Zaskakujące, bo niby jakim cudem mafia może mieć ludzkie oblicze? Mario Puzo wykazał, że owszem – może. W mafii obowiązuje kodeks honorowy, który traktowany jest jak świętość, i do którego przestrzegania zobowiązuje się każdy członek. Najdrobniejsze pogwałcenie tegoż traktowane jest jako zdrada i karane śmiercią. Dla każdego mafioza najważniejszymi wartościami są: honor, szacunek, przyjaźń, uprzejmość, rodzina. Te słowa powtarzają się wielokrotnie na kartach powieści i – paradoksalnie – tak naprawdę wokół nich wszystko się koncentruje. Trzeba zawsze przestrzegać zasad honoru, rodzinę czcić i dbać o nią, a pozostałych członków mafii bezwzględnie szanować – zwłaszcza jej dona. Zostają jeszcze przyjaźń i uprzejmość. Te rozumiane są bardzo specyficznie.

Wszyscy bohaterowie utworu wykreowani zostali bardzo sugestywnie i wnikliwe. Każdy z nich jest inny. Zarówno pod względem charakteru, jak i historii życia. Wszyscy są niezwykle barwni i autentyczni. Stopniowo poznajemy ich coraz głębiej przez pryzmat życiowych doświadczeń i wyborów dokonywanych przez nich zarówno w przeszłości, jak i w teraźniejszości. Dzięki temu zabiegowi mamy możliwość ocenić zachowanie każdej postaci, a nawet je zrozumieć.

Postacią ze wszech miar szczególną, zasługującą bez wątpienia na to, by się jej bliżej przyjrzeć, jest tytułowy ojciec chrzestny. To postać najbardziej żywa i sugestywna ze wszystkich obecnych na kartach utworu. Tajemnicza, zagadkowa, nieprzenikniona. Budzi szacunek i lęk nie tylko u innych bohaterów, ale także u czytelnika. Twórcy powieści należą się owacje na stojąco już choćby tylko za Vita Corleone.

Autorowi niejednokrotnie zarzucano, że w Ojcu chrzestnym gloryfikuje mafię i popiera jej działalność. Mogę śmiało powiedzieć: nic z tych rzeczy. Trzeba jednak przyznać, że książka ma niepowtarzalny i mimo wszystko uroczy klimat, który sprawia, że do mafii odczuwa się nawet pewien rodzaj sympatii.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, to całość została skonstruowana w sposób bardzo specyficzny. Dla przykładu: mnóstwo jest w książce momentów, gdy fabuła przeskakuje z miejsca na miejsce. Najpierw mowa o jednym, potem nagle o czymś innym, na pozór bez związku. Następnie znowu wszystko wraca do normy i znowu jakiś przeskok. Troszkę to irytujące, mimo że autor w końcu doskonale i bez problemu łączy wszystko w spójną i logiczną całość.

Wadą, moim zdaniem – drobną wprawdzie, ale jednak – jest przedziwny sposób poprowadzenia niektórych wątków. Mianowicie od tyłu. Kilka razy spotykamy się z taką sytuacją: najpierw poznajemy skutek jakiegoś wydarzenia czy zachowania jakiegoś bohatera, by potem dopiero, za jakiś czas, powrócić do niego i poznać dokładnie przyczyny i przebieg zdarzeń, które doprowadziły w konsekwencji do takiego, a nie innego finału. Zabieg ten często stosuje się w powieściach psychologicznych i ma on niewątpliwie swoje uzasadnienie, ale uważam, że tu autor posługiwał się nim trochę za często i niezbyt zgrabnie.

Akcja jest generalnie bardzo rozbudowana i wielowątkowa. Przez cały czas trzyma w napięciu i nie pozwala się oderwać od książki. Co prawda dosyć trudno mi było przedrzeć się przez wojny gangów, które w pewnym momencie wybijają się na pierwszy plan i pozostają na nim przez jakiś czas, ale się z tym jednak uporałam. Poza tym – wbrew pozorom, nie te gangsterskie potyczki są tu najważniejsze i najciekawsze.

Ojciec chrzestny to klimatyczna, poruszająca opowieść o różnych aspektach władzy. Władzy silnej i bezwzględnej, której symbolem jest mający ją tytułowy bohater. O dążeniu do niej, o jej smaku, o tym, co ze sobą niesie – co daje i czego wymaga w zamian. Po prostu o wszystkim, co oznacza.

W czym tkwiło sedno potęgi Vita Corleone i jego familii? W specyficznie rozumianej przez niego przyjaźni, na którą liczyć mógł każdy. Dosłownie każdy. Pod jednym warunkiem. Jakim? Zachęcam, abyście przekonali się sami, bo warto! Jest to pozycja dla każdego. Ja bardzo długo zastanawiałam się nad jej przeczytaniem. Myślałam, że mafia i gangsterskie porachunki to zupełnie nie dla mnie. Bardzo się myliłam! Mario Puzo pisze językiem tak lekkim i prostym, a zarazem tak sugestywnie, że nie sposób się nie wciągnąć. Silne emocje gwarantowane!

Moja ocena: 5,5/6