„Przeminęło z wiatrem” – Margaret Mitchell

przeminelozwiatrem Przeminęło z wiatrem to jedna z tych książek, o których słyszał z pewnością każdy. Powstała w pierwszej połowie dwudziestego wieku, a opowiada o wydarzeniach jeszcze wcześniejszych. Margaret Mitchell zabiera nas do amerykańskiego stanu Georgia w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Stamtąd pochodzi główna bohaterka utworu – Scarlett O’Hara, która na początku powieści liczy sobie ledwie kilkanaście lat. Jest córką miejscowego plantatora bawełny, dziewczyną niebywale dumną, zadziorną, upartą i mściwą. Zawsze wie, czego chce i nie spocznie, dopóki tego nie dostanie. Gdy obiekt jej uczuć, Ashley Wilkes, staje z inną przed ołtarzem, postanawia ukarać go w osobliwy sposób: mianowicie wychodzi za mąż za brata jego wybranki. Po zaślubinach obaj panowie wyruszają na front, by wziąć udział w toczącej się wojnie secesyjnej. Mąż głównej bohaterki niebawem ginie, a ona zostaje młodą wdową. Obok siebie ma znienawidzoną Melanię Wilkes, która nie dość, że jest kompletnie nieświadoma awersji ze strony szwagierki, to jeszcze sama darzy ją ogromną sympatią. Jak ukształtują się dalsze losy tych dwóch kobiet i innych bohaterów z ich otoczenia? Jedno jest pewne – będą burzliwe i zaskakujące.

Fabuła powieści obejmuje wiele lat i składa się z wielu wątków. Znajdziemy tu motywy miłości, nienawiści, przyjaźni, straty i wiele, wiele innych. Bohaterowie doświadczają radości, smutków, niespodzianek i rozczarowań. Akcja to jest wartka i dynamiczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów, to zwalnia i wydaje się snuć leniwie.

Autorka porusza istotne i uniwersalne problemy, co bez wątpienia jest ogromnym atutem powieści. Mówi o dojrzewaniu, wzlotach i upadkach, stawianiu czoła najrozmaitszym przeciwnościom losu. Przeminęło z wiatrem to po prostu samo życie i trudno uwierzyć, że nie ono stworzyło przedstawioną tu historię, a jedynie wyobraźnia autorki.

Silne wrażenie autentyzmu, jakie towarzyszy czytelnikowi podczas lektury, wynika z doskonale nakreślonego tła historycznego. Mitchell wyśmienicie oddała ówczesne realia społeczno-polityczne. Opisała przebieg wojny secesyjnej oddając dramatyzm sytuacji, w jakiej znaleźli się żołnierze, właściciele ziemscy, niewolnicy, kobiety. Wszystko zostało opowiedziane tak, że ma się wrażenie, jakby wydarzenia, o których mowa w książce były osobistym udziałem pisarki, a przedstawieni przez nią bohaterowie – żywymi ludźmi, których spotkała na swojej drodze. Widać, że Mitchell doskonale znała historię i wiedziała, o czym pisze. Nie zapomniała także o ówczesnych obyczajach, a nawet przyrodzie. Dokładnie i wiarygodnie pokazała życie codzienne ludzi w tamtym okresie i obowiązującą wówczas etykietę, a także specyficznie niekiedy pojmowaną moralność. Wszystko to przedstawiła po prostu po mistrzowsku. Opisy są nie tylko szczegółowe, ale i sugestywne, niezależnie od tego, czego dotyczą. Silnie pobudzały moją wyobraźnię, malując w niej wyraźne, barwne obrazy, a to uważam za ogromną zaletę.

Wrażenie autentyczności wzmaga kreacja bohaterów. W Przeminęło z wiatrem występuje ich naprawdę wielu, ale nie sposób znaleźć dwóch takich samych czy nawet szczególnie do siebie podobnych pod względem charakterologicznym. Każda z postaci jest zupełnie inna, ma sobie tylko właściwy sposób bycia czy postępowania. Przy tym wszystkie są niesamowicie wyraziste. Indywidualizacja bohaterów silnie zaznacza się również w języku, jakim się posługują, w stylu ich wypowiedzi. Z ust prostej, spokojnej, dobrej, przyjaźnie do wszystkich nastawionej Melanii zawsze płyną słowa pełne życzliwości i ciepła. Wiecznie niezadowolona, egoistyczna i rozpieszczona Scarlett nie stroni od złośliwości czy ironii.

Emocje towarzyszące poszczególnym bohaterom w mgnieniu oka udzielają się także czytelnikowi. Postępowanie postaci również wywołuje podczas lektury najrozmaitsze stany emocjonalne. Dzięki temu od książki nie sposób się oderwać. Nieustannie ma się wrażenie, że jest się częścią świata przedstawionego. Kimś, kogo opisywane wydarzenia w jakiś sposób osobiście dotyczą.

Wspomniawszy o kreacji postaci i umiejętności manipulowania emocjami odbiorcy, chciałabym na chwilę jeszcze pochylić się nad postacią głównej bohaterki. Denerwowała mnie ona niemiłosiernie. Od strony czysto technicznej stworzona została po mistrzowsku, ale to właśnie powodowało, że momentami źle mi się książkę czytało. Scarlett jest niesamowicie irytująca. Jej egoizm, wieczne chimery i niezadowolenie, sposób, w jaki odnosiła się do innych, poczucie wyższości i niedostępność oraz niekiedy zupełnie irracjonalne, wręcz infantylne postępowanie doprowadzały mnie wielokrotnie do furii, a wówczas poziom agresji wzrastał we mnie wprost proporcjonalnie do wyczerpywania się pokładów cierpliwości wobec tej bohaterki. Początkowo, jeszcze w trakcie lektury, uznałam to za skazę na niewątpliwym arcydziele stworzonym przez Mitchell. Dopiero później zrozumiałam, że właśnie te moje uczucia są niezbitym dowodem mistrzostwa pisarki. Scarlett miała być właśnie taka, a nie inna, i w tym poniekąd jej urok. Jeśli jej postawa we mnie – czytelniczce – wzbudzała tak silne, czasami wręcz skrajne emocje, znaczy to tylko, że cel autorki został osiągnięty. Przy całej mojej antypatii do Scarlett, nie potrafiłam nigdy odmówić jej odrobiny podziwu czy szacunku. W jakimś stopniu stała mi się szczególnie bliska. Choć z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że nigdy dotąd żaden bohater literacki nie budził we mnie uczuć tak ambiwalentnych, jak Scarlett O’Hara.

Przeminęło z wiatrem zostało napisane z niezwykłą błyskotliwością i pieczołowitością. Styl, jakim posługuje się Margaret Mitchell, charakteryzuje się niebywałą płynnością. Widać, że jest dojrzały, ukształtowany, wyrobiony. Dzięki temu stylowi, autentyzmowi, wyśmienicie nakreślonemu tłu społeczno-politycznemu i obyczajowemu, świetnie wykreowanym bohaterom i sugestywnym opisom powieść wciąga, fascynuje i na długo pozostaje w pamięci. Czyta się ją z prawdziwą przyjemnością i szybko, choć stron ma wiele.

Rewelacyjne arcydzieło Margaret Mitchell dostarcza mnóstwa emocji i wiedzy. Chwile spędzone z tą książką były dla mnie wspaniałe i polecam ją zdecydowanie. Z pewnością nie jest pozycją dla każdego, ale za to idealną na każdy czas. Zarówno na długie zimowe lub jesiennie wieczory, jak i na snujące się leniwie upalne, letnie dni.

Moja ocena: 6/6

„Piąta ewangelia” – Philipp Vandenberg

piataewangeliaAnna von Seydliz, młoda i dość dobrze sytuowana kobieta, nie może pogodzić się ze śmiercią męża, który zginął w wypadku samochodowym. Kilka dni po tym tragicznym wydarzeniu Anna trafia na trop tajemniczego, kilkusetletniego pergaminu, który jej współmałżonek sprzedał niedawno, uzyskując za niego pokaźną kwotę pieniędzy. Okazuje się jednak, że rzeczony dokument zaginął w bardzo dziwnych okolicznościach. Kobieta, wiedziona ciekawością, pragnie dowiedzieć się czegoś więcej o interesach męża i wyjątkowym pergaminie. Decyduje się rozpocząć własne śledztwo. Nie zdaje sobie jednak sprawy, na co się porywa i jak bardzo ryzykuje. Nie tylko ona chce dotrzeć do piątej ewangelii. Chętnych jest więcej, bo to dokument o niebagatelnym znaczeniu zarówno dla Kościoła, jak i dla całej ludzkości.

Piąta ewangelia to świetnie napisany, kontrowersyjny thriller o tematyce religijnej, który charakteryzuje się wartką, umiejętnie poprowadzoną akcją obfitującą w liczne i niespodziewane zwroty. Przez cały czas trzyma w napięciu. Fabuła jest bardzo ciekawa, ale momentami nieco schematyczna… Na szczęście tylko momentami. Prócz tego uważam, że niektóre wątki, jedynie zasygnalizowane, mogły zostać bardziej rozwinięte. Szkoda, bo przez to czasami można odnieść wrażenie, że pewne elementy pojawiają się nie wiadomo skąd, niczym królik z kapelusza.

Powieść jest bardzo dobrze napisana. Widać, że autor umie pisać. Ma lekkie pióro i choć używa prostego języka, to nie ulega wątpliwości, że wszystkie słowa dobierał starannie. W nieskomplikowany sposób potrafi zbudować napięcie i wzbudzić w czytelniku wszystkie te emocje, którymi obdarza swoich bohaterów. Do tego ma zdolność rozbudzania wyobraźni czytelnika, a to umiejętność bardzo cenna dla pisarza – szczególnie autora thrillerów.

Bohaterowie generalnie są dobrze skonstruowani, chociaż momentami wydają się trochę niedopracowani. Ich zachowania niekiedy zdawały mi się dziwne, irracjonalne, nieadekwatne do sytuacji albo po prostu niepasujące do samych bohaterów. Ale to właściwie drobiazg, który nie rzutuje szczególnie na odbiór książki.

Ogromnie podobało mi się zakończenie. Jest zupełnie nieszablonowe, częściowo otwarte i daje dużo do myślenia. Z jednej strony subtelnie zamyka utwór, a z drugiej – nie daje żadnych konkretnych wskazówek, udziela tylko częściowych i dwuznacznych odpowiedzi na pewne pytania, pozostawiając tym samym wyobraźni czytelnika pole do popisu. Co było dalej? Albo, czego nie było? Na te pytania nie ma ani dobrej, ani złej odpowiedzi.

Pozostaje mi jeszcze napomknąć o jednej kwestii, którą poniekąd celowo zostawiłam na koniec. Podczas lektury niejednokrotnie same nasuwały mi się skojarzenia ze słynnym Kodem Leonarda da Vinci autorstwa Dana Browna. Dużo jest bowiem wyraźnych podobieństw między tymi powieściami, i to na rożnych płaszczyznach. Wiele osób zarzuca Vandenbergowi, że, kolokwialnie mówiąc, papugował Browna. Niemniej jest to założenie błędne. Wystarczy spojrzeć na daty wydania. Istotnie, w Polsce powieść Browna ukazała się trzy lata przez Piątą ewangelią, ale w oryginale właśnie dzieło Vandenberga ukazało się wcześniej – i to sporo, bo o całe dziesięć lat! Kod Leonarda da Vinci został wydany dopiero w dwa tysiące trzecim roku, a Piąta ewangelia już w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim. Jeżeli więc już ktoś od kogoś ściągał, to Brown od Vandenberga, a nie na odwrót.

Moja ocena: 5/6

„Pułapka Dantego” – Arnaud Delalande

pulapkadantegoPułapka Dantego to thriller historyczny autorstwa współczesnego francuskiego pisarza. Akcja utworu rozgrywa się w osiemnastowiecznej Wenecji. Pewnego wieczoru w miejscowym teatrze dochodzi do wyjątkowo brutalnego mordu. Wenecki doża zadanie wytropienia zabójcy zleca Pietrowi Viravolcie – niezwykle sprytnemu przestępcy, który w tym celu zostaje zwolniony z więzienia. Prowadzi on śledztwo z dużym zaangażowaniem, ma bowiem własny interes w tym, aby zakończyło się sukcesem. Jednak mimo usilnych starań i sprytu Pietro cały czas pozostaje o krok w tyle za zbrodniarzem i za każdym razem, gdy wydaje się, że zagadka zostanie lada moment rozwikłana, dochodzi do kolejnego morderstwa… Szybko okazuje się, że każde z nich popełniane jest według ściśle określonego porządku. Tajemniczy zabójca wybiera i zabija swoje ofiary zgodnie ze schematem dziewięciu kręgów piekielnych opisanych w pierwszej części Boskiej komedii Dantego.

Pomysł na fabułę wydał mi się wręcz genialny i wiele po tej pozycji oczekiwałam. Z wielką przyjemnością mogę napisać, że Delalande mnie nie zawiódł. Przez moment obawiałam się, czy powieść ta nie okaże się jedynie kiepską parafrazą dzieła florenckiego mistrza. Na szczęście tak się nie stało. Nawiązania do Dantego są w utworze liczne, wyraźne i umiejętnie wplecione w fabułę, która jednak, choć na tych nawiązaniach się opiera, żyje własnym życiem i prezentuje się wyśmienicie. Widać, że autor dogłębnie ją przemyślał.

Jeśli już mowa o aluzjach do dzieła wielkiego średniowiecznego dramaturga, to trzeba powiedzieć, że mogą one momentami być mało czytelne dla osób, którym treść pierwszej części Boskiej komedii jest obca. Co prawda autor Pułapki Dantego często cytuje fragmenty, do których nawiązuje, niemniej bez znajomości pierwowzoru można nie zrozumieć niektórych subtelnych aluzji, przeoczyć je lub odczytać tylko częściowo, a wówczas lektura może co nieco stracić.

Akcja Pułapki Dantego jest wartka, dynamiczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów. Powieść od początku do końca trzyma w napięciu i niesamowicie wciąga. Naznaczona jest również wyraźnie odczuwalną aurą tajemniczości. Do tego dochodzi cała plejada niezwykle barwnych, choć także nieco przerysowanych postaci.

Dodatkowym walorem książki jest fakt, że wyśmienicie oddaje klimat osiemnastowiecznej Wenecji. Opisy tego miasta są tak urocze i sugestywne, że zakochałam się w nim i mam wrażenie, jakbym znała je doskonale, choć jeszcze nigdy tam nie byłam. Autor umiejętnie przekazuje nam też różne ciekawe informacje dotyczące obyczajów mieszkańców osiemnastowiecznej Wenecji i historii tego miasta. Podczas lektury można odnieść wrażenie, że jest się uczestnikiem opisywanych wydarzeń.

Z wielką chęcią dałabym tej powieści maksymalną notę. Niestety nie mogę tego zrobić ze względu na język, który z mojego punktu widzenia jest, najoględniej mówiąc, kiepski. Po pierwsze, bardzo schematyczny, a po drugie, kompletnie niedopracowany. Powiedziałabym, że niekiedy wręcz ociera się o grafomanię. Czyta się przez to momentami dość wolno. Szkoda, bo cała reszta jest po prostu świetna, a przez te niedociągnięcia na płaszczyźnie języka powieść dużo traci. Nie jestem jednak w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy za taki stan rzeczy należy winić autora, tłumacza, czy może osobę odpowiedzialną za korektę w wydawnictwie…

Pułapkę Dantego polecam każdemu, kto ma ochotę na świetny, nieschematyczny kryminał, bo takim właśnie jest ta pozycja, pomimo mankamentów językowych. To książka dobra nie tylko dla fanów thrillerów, ale także dla tych, którzy po ten gatunek sięgają jedynie od czasu do czasu. Myślę, że każdy odnajdzie w niej coś dla siebie.

Moja ocena: 5,5/6

„Pieśń łuków. Azincourt” – Bernard Cornwell

piesnlukowPieśń łuków. Azincourt to wielowątkowa powieść historyczna, której głównym bohaterem jest młody łucznik, Nicholas Hook. Ciąży na nim rodzinna klątwa. Gdy pewnego dnia nierozważnie podnosi rękę na kapłana, ma do wyboru: stryczek lub ucieczkę i żywot banity. Wybiera to drugie i wkrótce potem bierze udział w bitwie pod Azincourt – jednym z najważniejszych wydarzeń tak zwanej wojny stuletniej, czyli serii konfliktów zbrojnych pomiędzy Anglikami i Francuzami w XIV i XV wieku. Jak zakończyła się bitwa? Część czytelników zapewne zna odpowiedź na to pytanie. Tych, którzy nie wiedzą zachęcam do sięgnięcia po powieść Cornwella.

Nie ukrywam, że trudno mi ocenić tę książkę. Skłamałabym pisząc, że jest zła, ale nie mogę również z czystym sumieniem powiedzieć, że jest świetna. Akcja powieści raz toczy się wartko, wciąga i rozbudza w czytelniku ciekawość tego, co będzie dalej, raz zwalnia, staje się rozwleczona, nudna i wówczas trzeba nie lada wysiłku, by nie zasnąć. I tak niemal przez cały czas: przyspiesza i zwalnia, wciąga i nudzi na przemian. Również styl jest momentami ciężki.

Ogromnym atutem Pieśni łuków jest realizm. Autor z niewiarygodną i godną podziwu precyzją opisuje noszone przez bohaterów stroje, elementy uzbrojenia, zapoznaje nas krok po kroku z procesem produkcji tego ostatniego. Nawet nie trzeba zamykać oczu i uruchamiać wyobraźni, aby zobaczyć to, o czym pisze. Bardzo przejrzyście i wiarygodnie zobrazowana została również sama bitwa, a także mentalność ludzi średniowiecza. Jestem pewna, że lektura tej pozycji okaże się gratką dla tych, którzy cenią realizm i zwracają uwagę na to, jak w utworze przedstawione zostały realia epoki, o której mowa.

U Cornwella rzeczywistość co rusz zmyślnie wymieszana zostaje z fikcją. Trzeba naprawdę znać się na rzeczy, by odróżnić jedno od drugiego. Przyznam się, że ja, choć lubię historię, do takich mocno zorientowanych w temacie osób nie należę. A już zwłaszcza jeśli chodzi o bitwy. Musiałam więc kilka razy skorzystać z pomocy „wujka Google’a”, chcąc upewnić się, gdzie przebiega granica między fikcją literacką a faktami. Oceniam to jako podwójny plus. Utwór jest przez to znacznie ciekawszy, a lektura okazała się pożyteczna, bo zachęciła mnie do poszukiwania informacji i poszerzenia wiedzy dotyczącej nie tylko Azincourt, ale i całej wojny stuletniej.

Jak już wspomniałam, akcja jest bardzo nierówna, momentami nic się nie dzieje i można się nieźle wynudzić. Myślę, że całą powieść dałoby się skrócić o jakieś sto, może dwieście stron, bo jest nieco rozwleczona. Nie znaczy to jednak, że nie jest ciekawa. Dostarcza bowiem także dreszczyku emocji i tworzy atmosferę niepokoju. Przeczytamy w niej nie tylko o walce, ale i o miłości, tragedii, szczęściu, cierpieniu i innych ludzkich doświadczeniach.

Bohaterowie powieści są zindywidualizowani, wykreowani tak, jak powinni. Nie wzbudzają we mnie jakichś szczególnych uczuć. Po prostu są. Dobrze wkomponowani w całą resztę. To ciekawe postaci, ale niewyróżniające się niczym konkretnym.

Dużym minusem Pieśni łuków jest bardzo stereotypowe przedstawienie walczących ze sobą stron. Anglicy to ci lepsi, a Francuzi – ci gorsi. Często podczas lektury można odnieść właśnie takie wrażenie i ta stereotypowość bardzo mi się nie podoba. Rozumiem, że może autor taką miał koncepcję powieści, że historia była taka, a nie inna, ale mimo wszystko trochę mi to przeszkadzało w odbiorze. Niemniej to tylko moje subiektywne odczucie i możliwie, że jestem po prostu na tym punkcie w jakimś stopniu przeczulona.

Trudno mi ocenić tę pozycję. Można o niej powiedzieć dużo dobrego, ale ma też wady, których trudno nie zauważyć. To jest książka nie dla każdego. Przede wszystkim dla zagorzałych fanów powieści historycznych i przygodowych. Dla miłośników bitew i tych, którzy uwielbiają historię. Mnie książka zainteresowała i zmotywowała do powtórki z historii, co uważam za bardzo dobre, ale nie ukrywam, że lektura mimo to dłużyła mi się i nie powiem, żebym była nią zachwycona. Poszczególnymi elementami składowymi – owszem. Całość jednak uważam za przeciętną.

Moja ocena: 3/6

„Poczwarka” – Dorota Terakowska

poczwarkaPoczwarka to książka, w której Terakowska podejmuje, jak to zwykle czyni w swoich utworach, temat ważny, ale trudny. W tym wypadku jest to problem dziecka niepełnosprawnego. Adam i Ewa są małżeństwem. Oboje mają po trzydziestce, swój własny, dobrze prosperujący biznes i wymarzony, piękny dom. Żyć nie umierać! Dopełnieniem ich szczęścia ma być dziecko – równie idealne, jak ich świat. I dziecko się pojawia, ale okazuje się, że córeczka ma zespół downa.

Adam i Ewa przeżywają szok. Są kompletnie zdruzgotani. W jednej chwili cały ich świat się wali. Oddalają się od siebie na całe długie lata. Mieszkają pod jednym dachem, ale nic ich nie łączy. Ewa decyduje się mimo wszystko zająć małą Marysią. Adam nie. Dalej stopniowo poznajemy ich życie. Przez lata zmieniają swoje podejście, postawy. Poznajemy także wewnętrzny świat Myszki.

Zalety tej książki to, to co generalnie cenię sobie u Terakowskiej – prosty język zdolność wnikliwej obserwacji i analizy życia, odwaga podejmowania trudnych tematów. Pisarka pięknie przedstawiła wewnętrzny świat małej Myszki i kapitalnie naszkicowała psychikę i emocje jej rodziców. Obawy, lęki, sposób na ucieczkę od problemów. Dzięki talentowi pisarskiemu autorki czytając tą książkę czytelnik ma wielokrotnie okazję do wzruszeń.

Duży atut książki to wszechstronne przedstawienie problematyki dziecka niepełnosprawnego i jego relacji z otoczeniem – tym najbliższym i tym dalszym, a także z sobą samym. Po przeczytaniu Poczwarki każdy z pewnością spojrzy na tę kwestię zupełnie inaczej.

Niestety. Jak zwykle u Terakowskiej sporo rzeczy mnie razi. Jak zwykle nie mogłam się oprzeć wrażeniu, ze wszystko jest „na siłę”. I „na pokaz”, żeby narobić szumu, poruszyć i tyle. A w tej książce razi już wybitnie zwłaszcza zakończenie, które zdecydowanie – jak dla mnie – przyćmiewa wszystkie zalety jakie Poczwarka posiada. Tradycyjnie mam wrażenie, że wszystko jest jakieś naciągane. Naciągane mądrości. Dowodem na to jest właśnie zakończenie. Otóż Myszka umiera i trafia do raju, ale nie takiego normalnego. Takiego gorszego, specjalnego, stworzonego dla upośledzonych dzieci. Jako dziewczynka z downem nie ma wstępu do tego raju dla zdrowych! Ja osobiście tym zakończeniem jestem oburzona!

Terakowskiej mówię nie. To była moja ostatnia przygoda z tą autorką. Zawsze oceniam książki całościowo. Z innym zakończeniem może nawet oceniłabym książkę maksymalnie. Z tym nie. To tylko dowodzi obłudy autorki i ? w moim mniemaniu ? tego, że wykorzystała swój talent po raz kolejny tylko dla pieniędzy. Cóż. Oceniam za całokształt. Wszystko jest idealne, ale to zakończenie ? fatalne!

Moja ocena: 3,5/6