12/08/2015

„Przeminęło z wiatrem” – Margaret Mitchell

przeminelozwiatrem Przeminęło z wiatrem to jedna z tych książek, o których słyszał z pewnością każdy. Powstała w pierwszej połowie dwudziestego wieku, a opowiada o wydarzeniach jeszcze wcześniejszych. Margaret Mitchell zabiera nas do amerykańskiego stanu Georgia w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Stamtąd pochodzi główna bohaterka utworu – Scarlett O’Hara, która na początku powieści liczy sobie ledwie kilkanaście lat. Jest córką miejscowego plantatora bawełny, dziewczyną niebywale dumną, zadziorną, upartą i mściwą. Zawsze wie, czego chce i nie spocznie, dopóki tego nie dostanie. Gdy obiekt jej uczuć, Ashley Wilkes, staje z inną przed ołtarzem, postanawia ukarać go w osobliwy sposób: mianowicie wychodzi za mąż za brata jego wybranki. Po zaślubinach obaj panowie wyruszają na front, by wziąć udział w toczącej się wojnie secesyjnej. Mąż głównej bohaterki niebawem ginie, a ona zostaje młodą wdową. Obok siebie ma znienawidzoną Melanię Wilkes, która nie dość, że jest kompletnie nieświadoma awersji ze strony szwagierki, to jeszcze sama darzy ją ogromną sympatią. Jak ukształtują się dalsze losy tych dwóch kobiet i innych bohaterów z ich otoczenia? Jedno jest pewne – będą burzliwe i zaskakujące.

Fabuła powieści obejmuje wiele lat i składa się z wielu wątków. Znajdziemy tu motywy miłości, nienawiści, przyjaźni, straty i wiele, wiele innych. Bohaterowie doświadczają radości, smutków, niespodzianek i rozczarowań. Akcja to jest wartka i dynamiczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów, to zwalnia i wydaje się snuć leniwie.

Autorka porusza istotne i uniwersalne problemy, co bez wątpienia jest ogromnym atutem powieści. Mówi o dojrzewaniu, wzlotach i upadkach, stawianiu czoła najrozmaitszym przeciwnościom losu. Przeminęło z wiatrem to po prostu samo życie i trudno uwierzyć, że nie ono stworzyło przedstawioną tu historię, a jedynie wyobraźnia autorki.

Silne wrażenie autentyzmu, jakie towarzyszy czytelnikowi podczas lektury, wynika z doskonale nakreślonego tła historycznego. Mitchell wyśmienicie oddała ówczesne realia społeczno-polityczne. Opisała przebieg wojny secesyjnej oddając dramatyzm sytuacji, w jakiej znaleźli się żołnierze, właściciele ziemscy, niewolnicy, kobiety. Wszystko zostało opowiedziane tak, że ma się wrażenie, jakby wydarzenia, o których mowa w książce były osobistym udziałem pisarki, a przedstawieni przez nią bohaterowie – żywymi ludźmi, których spotkała na swojej drodze. Widać, że Mitchell doskonale znała historię i wiedziała, o czym pisze. Nie zapomniała także o ówczesnych obyczajach, a nawet przyrodzie. Dokładnie i wiarygodnie pokazała życie codzienne ludzi w tamtym okresie i obowiązującą wówczas etykietę, a także specyficznie niekiedy pojmowaną moralność. Wszystko to przedstawiła po prostu po mistrzowsku. Opisy są nie tylko szczegółowe, ale i sugestywne, niezależnie od tego, czego dotyczą. Silnie pobudzały moją wyobraźnię, malując w niej wyraźne, barwne obrazy, a to uważam za ogromną zaletę.

Wrażenie autentyczności wzmaga kreacja bohaterów. W Przeminęło z wiatrem występuje ich naprawdę wielu, ale nie sposób znaleźć dwóch takich samych czy nawet szczególnie do siebie podobnych pod względem charakterologicznym. Każda z postaci jest zupełnie inna, ma sobie tylko właściwy sposób bycia czy postępowania. Przy tym wszystkie są niesamowicie wyraziste. Indywidualizacja bohaterów silnie zaznacza się również w języku, jakim się posługują, w stylu ich wypowiedzi. Z ust prostej, spokojnej, dobrej, przyjaźnie do wszystkich nastawionej Melanii zawsze płyną słowa pełne życzliwości i ciepła. Wiecznie niezadowolona, egoistyczna i rozpieszczona Scarlett nie stroni od złośliwości czy ironii.

Emocje towarzyszące poszczególnym bohaterom w mgnieniu oka udzielają się także czytelnikowi. Postępowanie postaci również wywołuje podczas lektury najrozmaitsze stany emocjonalne. Dzięki temu od książki nie sposób się oderwać. Nieustannie ma się wrażenie, że jest się częścią świata przedstawionego. Kimś, kogo opisywane wydarzenia w jakiś sposób osobiście dotyczą.

Wspomniawszy o kreacji postaci i umiejętności manipulowania emocjami odbiorcy, chciałabym na chwilę jeszcze pochylić się nad postacią głównej bohaterki. Denerwowała mnie ona niemiłosiernie. Od strony czysto technicznej stworzona została po mistrzowsku, ale to właśnie powodowało, że momentami źle mi się książkę czytało. Scarlett jest niesamowicie irytująca. Jej egoizm, wieczne chimery i niezadowolenie, sposób, w jaki odnosiła się do innych, poczucie wyższości i niedostępność oraz niekiedy zupełnie irracjonalne, wręcz infantylne postępowanie doprowadzały mnie wielokrotnie do furii, a wówczas poziom agresji wzrastał we mnie wprost proporcjonalnie do wyczerpywania się pokładów cierpliwości wobec tej bohaterki. Początkowo, jeszcze w trakcie lektury, uznałam to za skazę na niewątpliwym arcydziele stworzonym przez Mitchell. Dopiero później zrozumiałam, że właśnie te moje uczucia są niezbitym dowodem mistrzostwa pisarki. Scarlett miała być właśnie taka, a nie inna, i w tym poniekąd jej urok. Jeśli jej postawa we mnie – czytelniczce – wzbudzała tak silne, czasami wręcz skrajne emocje, znaczy to tylko, że cel autorki został osiągnięty. Przy całej mojej antypatii do Scarlett, nie potrafiłam nigdy odmówić jej odrobiny podziwu czy szacunku. W jakimś stopniu stała mi się szczególnie bliska. Choć z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że nigdy dotąd żaden bohater literacki nie budził we mnie uczuć tak ambiwalentnych, jak Scarlett O’Hara.

Przeminęło z wiatrem zostało napisane z niezwykłą błyskotliwością i pieczołowitością. Styl, jakim posługuje się Margaret Mitchell, charakteryzuje się niebywałą płynnością. Widać, że jest dojrzały, ukształtowany, wyrobiony. Dzięki temu stylowi, autentyzmowi, wyśmienicie nakreślonemu tłu społeczno-politycznemu i obyczajowemu, świetnie wykreowanym bohaterom i sugestywnym opisom powieść wciąga, fascynuje i na długo pozostaje w pamięci. Czyta się ją z prawdziwą przyjemnością i szybko, choć stron ma wiele.

Rewelacyjne arcydzieło Margaret Mitchell dostarcza mnóstwa emocji i wiedzy. Chwile spędzone z tą książką były dla mnie wspaniałe i polecam ją zdecydowanie. Z pewnością nie jest pozycją dla każdego, ale za to idealną na każdy czas. Zarówno na długie zimowe lub jesiennie wieczory, jak i na snujące się leniwie upalne, letnie dni.

Moja ocena: 6/6

04/03/2014

„Krzyk pośród nocy” – Mary Higgins Clark

krzykposrodnocyMary Higgins Clark jest uznaną amerykańską pisarką, która ma na swoim koncie już kilkadziesiąt powieści. Twórczość tej autorki cieszy się popularnością na całym świecie. Krzyk pośród nocy to pierwszy i jak na razie jedyny utwór z dorobku autorki, z którym miałam okazję się zapoznać. Czy wywarł na mnie pozytywne wrażenie? Tak.

Główną bohaterką książki jest Jenny McPartland, matka dwóch dziewczynek w wieku przedszkolnym. Po rozstaniu z mężem kobieta sama zajmuje się wychowaniem córek. Z trudem przychodzi jej pogodzenie roli samotnej matki z pracą zawodową. Mimo wszystko jednak, jakoś wiąże koniec z końcem. Pewnego dnia poznaje Ericha Krugera, nieprzeciętnie zdolnego malarza. Mężczyzna robi na niej bardzo dobre wrażenie. Jest szarmancki, przystojny i zamożny, a co najważniejsze, doskonale rozumie Jenny. Błyskawicznie zdobywa sobie nie tylko jej sympatię, ale i rękę. Kobieta z dnia na dzień rozpoczyna zupełnie nowe, zdawać by się mogło sielankowe, życie w rodzinnym domu męża. Wkrótce jednak dookoła zaczynają się dziać bardzo dziwne rzeczy. Wszystko wskazuje na to, że bohaterka jest nie do końca przy zdrowych zmysłach. Czy rzeczywiście?

Krzyk pośród nocy to bardzo dobry horror i zarazem thriller psychologiczny, trzymający czytelnika w napięciu już od pierwszych stron. Napięcie to jest umiejętnie budowane i stopniowane. Przez cały czas powoli i sukcesywnie wzrasta, aż do osiągnięcia punktu kulminacyjnego i rozwiązania zagadki. Nastrój grozy, którym przesiąknięty jest utwór błyskawicznie udziela się czytającemu. Podczas niemal całej lektury towarzyszyło mi uczucie osaczenia i strach. Przyczyniał się do tego również prosty, ale niezwykle sugestywny i obrazowy język, jakim książka jest napisana.

Ogromnym atutem tej pozycji jest psychologizm. Autorka stworzyła bardzo wnikliwy portret psychologiczny głównej bohaterki. Doskonale opowiedziała wszystkie jej myśli i uczucia oraz ukazała motywy postępowania Jenny. Niestety kilkukrotnie odniosłam wrażenie, że zachowanie kobiety jest kompletnie irracjonalne, a przesłanki psychologiczne, które miały je uzasadniać były dla mnie lekko naciągane. Główna bohaterka strasznie mnie irytowała swoją naiwnością. Była zdecydowanie zbyt naiwna i to aż kłuło w oczy. Osobiście nie wierzę, że jakikolwiek dorosły człowiek, w jakiejkolwiek sytuacji, może wykazywać aż taką naiwność. Poza tym, obojętnie, co by się nie działo, kobieta ta ma zawsze, na wszystko jakieś wytłumaczenie. To właściwie drobny zgrzyt, delikatna rysa na i tak dobrze wykreowanej bohaterce, ale jednak rozpraszało mnie to i potwornie irytowało. Do tego stopnia, że kilka razy, zwłaszcza na początku czytania, miałam ochotę dać sobie spokój z lekturą. Ciekawość dalszych wydarzeń wzięła jednak górę i dobrze, że tak się stało.

Akcja utworu została umiejętnie poprowadzona i dopracowana w każdym szczególe. Rozgrywające się wydarzenia są przez cały czas dużym zaskoczeniem. Ledwie zaczynamy nabierać jakichś podejrzeń, co do dalszego rozwoju wypadków, czy zakończenia, a tu nagle autorka zaskakuje nas czymś, czego nie sposób było się spodziewać i zmuszeni jesteśmy porzucić dotychczasowy trop. Pisarka umiejętnie wodzi czytelnika za nos. Również na sam koniec, gdy wydaje nam się, że już wszystko jasne, że już wszystko wiemy, okazuje się, że zakończenie jest zupełnie zaskakujące, niespodziewane, ale i całkowicie logiczne. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tego zakończenia i uważam je za jeden z największych plusów książki.

Książkę tę pragnę gorąco polecić wszystkim lubiącym literaturę grozy i dobre, trzymające w napięciu kryminały, a także powieści psychologiczne. Książka nie jest pozbawiona kilku wyraźnych wad, o których już wspomniałam, ale mimo to jest moim zdaniem całkiem dobra.

Moja ocena: 4,5/6

18/02/2014

„Jesienna miłość” – Nicholas Sparks

jesiennamiloscMoje pierwsze literackie spotkanie ze Sparksem wypadło przeciętnie. Jako że jego dorobek pisarski jest dosyć bogaty, postanowiłam nie oceniać autora na podstawie tej jednej tylko książki i sięgnęłam po kolejną. Tym razem padło na Jesienną miłość.

Narratorem jest tu pięćdziesięcioletni mężczyzna, Landon Carter. Opowiada on czytelnikowi historię, która przytrafiła mu się, gdy miał lat zaledwie kilkanaście. Był bogatym i nieco rozpuszczonym dzieciakiem, wiodącym beztroskie, rozrywkowe życie. Pewnego dnia, z braku innej możliwości, zdecydował się zaprosić na bal swoją koleżankę z klasy, Jamie Sullivan, córkę miejscowego pastora. Dziewczyna zdecydowanie wyróżniała się na tle rówieśników. Była spokojna, miła, uczynna, zaangażowana społecznie, nie lubiła imprezować. Pierwsze miejsce w jej życiu zajmował Bóg. Stanowiła więc zupełne przeciwieństwo Landona. Nieoczekiwanie dla samego siebie chłopak zakochał się w Jamie i znajomość, zamiast zakończyć się równie szybko, jak się zaczęła, miała dalszy ciąg. Jednak nie wszystkie niespodzianki, które tym dwojgu zgotował los, należały do przyjemnych.

Lektura tej powieści wzbudziła we mnie mieszane odczucia, choć bilans jest zdecydowanie ujemny. To książka napisana sprawnie, dość dobrym językiem i stylem. Niemniej płaszczyzna językowa nie jest pozbawiona wad. Przede wszystkim raziła mnie przesadna egzaltacja i pojawiające się nagminnie pseudo-poetyckie sformułowania. Nie są one szczególnie złe, a niekiedy wręcz całkiem przyzwoite, przeważnie jednak wywoływały we mnie wrażenie pewnej sztuczności. Zupełnie jakby ktoś chciał za wszelką cenę przydać możliwie najwięcej poetyckości tekstowi. Nie wiem, czy winnym takiego stanu rzeczy jest autor, czy może tłumacz (Andrzej Szulc). Niestety nie do końca się to udało.

Atutem Jesiennej miłości jest niewątpliwie to, że czyta się ją szybko, chociaż porusza tematy niełatwe, takie jak smutek czy choroba. Osoby, które łatwo i często się wzruszają, prawdopodobnie kilka razy podczas lektury uronią łezkę, bo powieść momentami jest niemiłosiernie ckliwa. Dla mnie aż do przesady. Do obrzydzenia wręcz. Poza tym autor dość dobrze poradził sobie z nakreśleniem i zanalizowaniem emocji i uczuć będących udziałem dwójki głównych bohaterów. Niestety emocje te są, moim zdaniem, przesadnie wyeksponowane. Zupełnie niepotrzebnie.

Historia Jamie i Landona jest właściwie dosyć banalna i w znacznym stopniu przewidywalna. W dużej mierze jest to wina sposobu kreacji bohaterów. Oboje są przerysowani, tak jednoznaczni, że aż nierealni i to się natychmiast rzuca w oczy. Jamie zostala ukazana jako chodzący anioł. Nie ma żadnych wad. Dosłownie. Jest po prostu doskonała pod każdym względem. To strasznie irytujące. Nie lubię aż tak jednoznacznych bohaterów, a już zwłaszcza takich chodzących ideałów, jak Jamie. Jeśli chodzi o Landona, sprawy mają się trochę lepiej. Jest on bohaterem dynamicznym, który w toku akcji przechodzi wewnętrzną przemianę: dojrzewa, zmienia nastawienie do pewnych kwestii. Mimo to jednak on również jest mało rzeczywisty, a koleje jego losu przewidywalne niemal od pierwszych stron.

W powieści można dopatrzyć się również pewnego rodzaju przesłania. Sparks przypomina nam, jakie wartości naprawdę liczą się w życiu, co jest ważne i czym powinniśmy się kierować w postępowaniu, w podejmowaniu wyborów.

Oceniając Jesienną miłość jako całość, muszę stwierdzić, że jest to zwykłe czytadło. Mdłe, schematyczne. Pod wieloma względami podobne do wielu utworów napisanych wcześniej i później. Po tej lekturze stwierdzam, że nadal nie jest dla mnie jasny fenomen popularności Sparksa i powszechny zachwyt nad jego twórczością. Ja tego zachwytu zdecydowanie nie podzielam.

Dodam tu jeszcze, niejako na marginesie, że przed przeczytaniem Jesiennej miłości widziałam jej ekranizację. Filmowa wersja nosi tytuł Szkoła uczuć. Podobała mi się zdecydowanie bardziej od książki, ale również nie zachwyciła mnie szczególnie. Niewykluczone, że wrażenia filmowe łagodzą w jakimś stopniu moją ocenę literackiego pierwowzoru. Starałam się nie patrzeć na tę powieść przez pryzmat jej ekranowej adaptacji, ale przyznaję, że nie było to dla mnie wcale takie łatwe.

Moja ocena: 1,5/6

05/01/2014

„Czerwony królik” – Tom Clancy

czerwonykrolikO zamachu, który miał miejsce trzynastego maja tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku w Rzymie, słyszał chyba każdy. Zginąć miał wtedy papież Jan Paweł II. Cudem uniknął śmierci. Choć od tamtego feralnego wydarzenia minęło już przeszło trzydzieści lat, a ten, który strzelał został ukarany, do dziś na wiele pytań dotyczących tego, co się wówczas stało nie znamy stuprocentowo pewnej odpowiedzi. Wciąż wiele jest teorii spiskowych i rożnych spekulacji na ten temat.

Tom Clancy w sensacyjnej powieści zatytułowanej Czerwony królik przedstawia właśnie jedną z wielu hipotez na temat przyczyn, przygotowań i sposobu przeprowadzenia zamachu na polskiego papieża. Lata osiemdziesiąte były okresem, gdy władzę w Polsce sprawowali komuniści. Karol Wojtyła dla ówczesnych rządzących był specyficznym zagrożeniem, trudnym do pokonania przeciwnikiem. Nie dość, że nie zgadzał się z polityką komunistów, to jeszcze miał odwagę i czelność mówić o tym głośno. Pewnego dnia bohater Czerwonego królika, Jack Ryan – oficer amerykańskiego wywiadu przebywający w Moskwie – otrzymał poufną wiadomość, z której wynikało, iż przedstawiciele władz ZSRR noszą się z zamiarem „uciszenia” głowy Kościoła raz na zawsze. Nie są jednak znane żadne bliższe szczegóły.

Sięgnęłam po Czerwonego królika, bo miałam akurat ochotę na przeczytanie jakiejś sensacji, a o autorze słyszałam wiele pochlebnych głosów. Liczyłam na zapierającą dech w piersiach akcję, przemyślaną fabułę, napięcie, dreszczyk emocji, ciekawą teorię spiskową. Co dostałam? Nic z tego, na co liczyłam.

Książka jest niewiarygodnie nudna. To przede wszystkim. Liczy ponad pięćset stron, podczas gdy wszystko, co zostało w niej ujęte, zmieściłoby się na stu. Przez cały czas nic się nie dzieje. Nie ma praktycznie żadnej konkretnej akcji. Bohaterowie są statyczni i bezbarwni, kompletnie niedopracowani. Około trzy czwarte książki stanowi zapis luźnych rozmów, które prowadzą oni między sobą. Tematyka tych konwersacji nie ma jednak żadnego z związku z fabułą. Głównie są to pogawędki o sporcie, pogodzie i innych równie „ważnych” kwestiach tego typu. Po prostu koszmar! Podczas lektury, kolokwialnie mówiąc, szlag mnie trafiał. Nawet na moment akcja nie przyspieszała i nie stawała się ciekawsza. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek wcześniej miałam w rękach powieść sensacyjną, której fabuła byłaby do tego stopnia nudna.

Na dokładkę Czerwony królik jest pozycją potwornie tendencyjną, schematyczną i przewidywalną. Wszystko jest tu oczywiste na pierwszy rzut oka. Żadnego elementu zaskoczenia. Widać, że autor pisał na siłę, nie mając zupełnie weny i planu, jak to wszystko powinno wyglądać. Non stop mowa o tym samym. Żadnego urozmaicenia fabuły, podkręcenia tempa akcji. Nic.

Sam wątek zamachu na Jana Pawła II jest na tych przeszło pięciuset stronach potraktowany po macoszemu, choć teoretycznie powinien stanowić oś fabuły. Na teorii się jednak skończyło. Najpierw na ten temat znajdziemy ledwie kilka zdań, później długo, długo nic, aż w pewnym momencie – ni z gruszki, ni z pietruszki – dochodzi do zamachu. Świetnie. Tyle że z akcji nie wynika to w żaden sposób. Całkowicie brak jakiegokolwiek związku przyczynowo-skutkowego.

Idąc dalej, zauważyć trzeba, że ta powieść to hołd złożony stereotypom. Miałam wrażenie, że na ich propagowaniu, a niekiedy wręcz gloryfikowaniu skupia się autor. Dlaczego? Otóż podczas lektury nieustannie maluje nam się przed oczami obraz Rosjan, którzy zło mają we krwi dlatego, że są Rosjanami i Amerykanów, którzy są cudowni i wspaniali oraz wszystko robią zawsze najlepiej właśnie dlatego, że są Amerykanami. Momentami zastanawiałam się, czy Clancy nie napisał tej książki tylko po to, aby wyładować swoją niechęć do Rosjan i podkreślić swoją, jako Amerykanina, wyższość nad nimi. Nie wiem, ale trochę na to wygląda.

Czerwonym króliku autor starał się opisać państwo totalitarne. Przybliżyć jego ustrój, zasady i sposób funkcjonowania. I mógłby to nawet być całkiem spory atut. Ale niestety nie jest. Pod kątem samych informacji opis jest wprawdzie bardzo rzetelny i szczegółowy, ale równie nudny, rozwleczony i nieskładny jak cała książka. Choć ta nieskładność nie musi być wcale winą autora, może wynikać z niedostatecznych kompetencji językowych tłumacza (Jan Kraśko). Nie wiem, jak jest, bo nie porównywałam przekładu z oryginałem. Faktem pozostaje jednak, że czyta się to ciężko.

Czerwonego królika oczywiście nie polecam. To fiasko na całej linii. Chciałam znaleźć w tej powieści jakieś plusy. Próbowałam. Niestety okazało się to niemożliwe, bo zwyczajnie ich nie ma. Czas spędzony z nią uważam za stracony.

Moja ocena: 1/6

15/12/2013

„Jezioro Niebiańskie” – John Dalton

Głównym bohaterem powieści jest nieco fanatyczny, jak się zdaje, amerykański duchowny, Vincent Saunders. Pewnego dnia przybywa on na Tajwan, aby tam prowadzić działalność misyjną. Początkowo napotyka wiele trudności. Lokalowych, finansowych, językowych i kulturowych. Miejscowa ludność nastawiona jest do niego i jego nauk bardzo sceptycznie. Potem jednak stosunek do nowego przybysza poprawia się. Vincent na misji udziela darmowych lekcji angielskiego połączonych z ewangelizacją. Obejmuje również posadę nauczyciela w jednej z miejscowych szkół. Kiedy wydaje się już, że zaczyna się aklimatyzować w nowym otoczeniu, wszystko się komplikuje za sprawą pewnego incydentu. Vincent przyjmuje też propozycję od miejscowego bogacza, pana Gwa, który zleca mu przywiezienie z Chin do Wietnamu jego ukochanej. Oczywiście za odpowiednią opłatą. Co przyniesie ta podróż? Czy wszystko pójdzie zgodnie z planem?

Wiele spodziewałam się po tej książce. Liczyłam na pasjonującą opowieść psychologiczną i obyczajową, na dobrze podaną porcję wiedzy o sytuacji społeczno-politycznej w Wietnamie i Chinach pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, bo na to się zapowiadało. Dodatkowo miałam też nadzieję na ciekawą opowieść o próbie przystosowania się i odnalezienia w zupełnie obcej kulturze. Nic z tego. Zawiodłam się, i to mocno.

Fabuła teoretycznie zapowiadała się całkiem nieźle. Niestety tylko teoretycznie. W praktyce to ponad sześciusetstronnicowy bełkot o wszystkim i o niczym. Rozwleczona jest do granic możliwości. Wszystko można było zmieścić bez trudu na zaledwie dwustu bądź trzystu stronach. Z pożytkiem zarówno dla czytelnika, jak i dla książki. Na dokładkę cała ta opowieść jest strasznie niespójna. To właściwie kilka mniejszych historii na siłę złączonych w jedną. Gdyby jeszcze były w miarę ciekawe, ale nie. Rażą banałem do tego stopnia, że aż brakuje słów. Może pod sam koniec, przez kilka stron akcja nabiera tempa i można powiedzieć, że coś tam zaczyna się dziać, jeśli porównamy to z całością. Odnoszę wrażenie, że proces twórczy przebiegał mniej więcej następująco: autor pisał, pisał o jednym i nagle się zorientował, że coś mu nie idzie, więc wymyślił nowy wątek i zaczął go rozwijać. Żeby nie musieć zaczynać całej roboty od nowa, połączył oba w tandetny sposób w jedno i tak dalej. Koszmar! Dawno nie czytałam książki tak nudnej i rozwleczonej.

Niniejsza publikacja z założenia, jak przypuszczam, miała być ciekawą i wielowątkową powieścią, w której główny wątek będą stanowiły refleksje związane z życiem na emigracji w kraju o zupełnie innej kulturze, tradycji, mentalności oraz odczucia z tą sytuacją związane. Niestety nic takiego w niej nie ma. Jest całkowicie wyzuta z jakichkolwiek emocji. Można jedynie znaleźć pewne mało przekonujące pseudo-refleksyjne wzmianki, które są niczym więcej, jak tylko żałosną imitacją głębszych przemyśleń. Nie mogę tego zupełnie zrozumieć i przeboleć zarazem, bo podobno Dalton sam wielokrotnie odwiedzał Chiny i przez lata mieszkał na Tajwanie. Należałoby więc sądzić, że od tej strony będzie wszystko w porządku. Nie jest. Dołóżmy do tego wyjątkowo toporny i prostacki styl i nic już mówić nie trzeba. Po prostu tragedia. Czytelników złaknionych informacji o azjatyckich realiach również spotka zawód, bo choć autor poświęca im wiele uwagi, robi to w sposób pozostawiający wiele do życzenia. Informacje nie brzmią wcale interesująco i sformułowane są dość nieprzystępnie.

Teraz czas przyjrzeć się bliżej głównemu bohaterowi. Mogłabym się rozpisywać, ale nie ma to sensu. Tutaj również nic specjalnego. Dorosły facet o mentalności nastolatka. Vincent miał chyba sprawiać wrażenie bohatera dynamicznego. Niestety nie sprawia. Teoretycznie zachodzi w nim jakaś przemiana, ale wątpliwa i niezupełnie na oczach czytelnika. Jego przemyślenia miały zapewne sprawiać wrażenie głębokich. Tymczasem są płytkie i pseudorefleksyjne.

Kolejnym nieporozumieniem jest dla mnie tytuł. W pewnym momencie co prawda mówi się o jeziorze, którego nazwę znajdziemy w tytule, ale owo jezioro ma się do całości jak kwiatek do kożucha, a znajdziemy o nim dosłownie kilka zdań.

Jezioro Niebiańskie jest, moim zdaniem, totalną pomyłką. Zupełnie nie rozumiem, na jakiej zasadzie ta książka została wydana. Stanowi dowód na to, że, parafrazując znane powiedzenie, „pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej”. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam równie tandetną pozycję jak ta. Na prawie siedemset stron ciekawych jest raptem kilkanaście. Muszę jednak przyznać, że odnajduję w niej echa pierwotnego zamysłu autorskiego, o czym już napomknęłam wcześniej. Niestety uważam, że ów zamysł w ogóle nie został zrealizowany, a jedynie na swój sposób zasygnalizowany.

Mam świadomość, że recenzowany przeze mnie tytuł to debiut literacki, więc oceniając próbowałam być wyrozumiała. Starałam się również docenić ten ledwo wyczuwalny, ale jednak jakoś zasygnalizowany w dziele zamysł autorski. Niestety tej pozycji nic nie jest w stanie uratować w moich oczach od najniższej noty. Nie polecam.

Moja ocena: 1/6