07/11/2020

„A jeśli ciernie” – Virginia Cleo Andrews

Kontynuuję swoją przygodę z sagą o Dollangerach. Pierwszy tom był świetny, drugi mnie zaskoczył i choć oceniłam go wysoko, nie był pozbawiony wad. A trzeci? Przyniósł znów nowe czytelnicze doznania i wiele emocji.

W tej części narratorami są Jory i Bart: synowie Cathy. Bohaterowie przeprowadzają się do Fairfax, miasteczka, w którym nikt ich nie zna. Dollangerowie liczą, że dzięki temu uda im się raz na zawsze uciec od przeszłości i złych wspomnień. Jednak nie będzie to takie proste. Pewnego dnia do sąsiadującej z ich domem posiadłości wprowadza się, bowiem tajemnicza sąsiadka. Chłopcy, a szczególnie Bart, staną się częstymi gośćmi w jej domu, a wizyty te z czasem zaczną wywierać na niego zły wpływ…

Narracja w tym tomie nie jest tak chaotyczna jak w poprzednim. To zdecydowanie plus. Jednak zaskoczyło mnie przerzucenie perspektywy na dzieci Cathy. Nie mówię, że to źle, bo całkiem zgrabnie wyszło i da się to funkcjonalnie uzasadnić, niemniej nie spodziewałam się takiego obrotu spraw.

Książkę czyta się szybko i z przyjemnością, mimo pewnych nieścisłości, do których szczerze mówiąc zdążyłam się już na swój sposób przyzwyczaić u tej autorki i trochę na nie zobojętniałam.

A jeśli ciernie to powieść bardzo emocjonalna, podobnie jak poprzednie tomy serii. Panuje w niej gęsta atmosfera. Niezwykle mroczna i pod pewnymi względami niepokojąca. Najmroczniejsza jak dotąd. Fabuła toczy się powoli, niespiesznie i przyprawia momentami o dreszcze. Jest przepełniona złem, które wręcz kipi z niemal każdej strony. Miejscami nieco absurdalna. Ale i do tego na swój sposób zdążyłam się już przyzwyczaić.

Bohaterowie w dużej mierze są irytujący. O ile w poprzednim tomie irytowała mnie Cathy, tutaj irytuje mnie każdy po trochu. Zwłaszcza zaślepieniem, niekonsekwencją i często nieadekwatnym do sytuacji podejściem, ale więcej na ten temat nie napiszę, bo nie chcę spoilerować.

Mimo pewnych wad A jeśli ciernie to nadal super czytadło. Porusza ważne kwestie i skłania do refleksji. Mówi dobitnie o tym, że nie można tak po prostu odciąć się od własnej przeszłości i korzeni, a nierozwiązane sprawy zawsze wracają niczym bumerang i mogą boleśnie uderzyć w tego, kto próbuje zamieść je pod przysłowiowy dywan.

To także kontrowersyjna historia, która opowiada o nienawiści do kobiet i o tym jak cienka bywa niekiedy granica między dobrem i złem. Andrews świetnie ukazała tutaj naturę ludzi, którzy myślą, że za pieniądze można kupić dosłownie wszystko.

Na koniec powtórzę to, co mówiłam już przy okazji poprzednich recenzji poświęconych temu cyklowi. Nie jest to ambitna literatura. To czytadło niepozbawione wad, ale mimo to, w swojej kategorii bardzo dobre. Rozczarowuje zdecydowanie mniej niż drugi tom.

Moja ocena: 5,5/6

09/05/2012

„Africanus. Syn konsula” – Santiago Posteguillo

Lubię odbywać czytelnicze podróże w czasie. Zwykle jednak nie sięgają one dalej niż do dziewiętnastego wieku. Ostatnio jednak mam tak zwaną „fazę” na powieści historyczne i te moje wędrówki sięgają coraz to odleglejszych wieków. Niedawno przeszłam samą siebie. Zawędrowałam aż do starożytności, a konkretniej, do trzeciego wieku przed naszą erą. Zaprowadził mnie tam Santiago Posteguillo – autor książki Africanus. Syn konsula.

Powieść opowiada o znanych nam wszystkim z podręczników do historii konfliktach między Kartagińczykami, a Rzymianami. Głównym jej bohaterem jest Publiusz Korneliusz Scypion Afrykański, zwany Africanusem. Wielki, utalentowany, ambitny wódz. Bez wątpienia godny swego wielkiego, sławnego przeciwnika – Hannibala.

Africanusowi towarzyszymy od kołyski. Jego rodzina przywiązuje wielką wagę do tradycji. Toteż chłopiec od najmłodszych lat jest edukowany na dobrego, wykształconego wojownika. Bardzo szybko okazuje się, że ma on ponadprzeciętny talent. Już w wieku siedemnastu lat debiutuje w roli dowódcy podczas jednej z bitw. Epizod ten to swoista inauguracja błyskotliwej kariery tego młodzieńca.

Jak głosi tytuł, to Africanus jest głównym bohaterem powieści. Jednak obok niego pojawia się mnóstwo innych barwnych postaci, o których nie można zapominać. Ot, choćby Hannibal, którego imię pojawi się w książce nie raz, ale nie tylko. Każdemu z bohaterów poświęcono sporą ilość uwagi i wszyscy odgrywają w utworze role znaczące. Jestem wprost zachwycona kreacją postaci. Bohaterowie są bardzo wyraziści, realistyczni, żywi. Posteguillo zbudował niezwykle wnikliwe portrety psychologiczne. Ponadto przedstawił sylwetki bohaterów w taki sposób, że można by sądzić, iż znał ich osobiście.

Narracja w powieści prowadzona jest z kilku zupełnie różnych punktów widzenia, dzięki czemu łatwiej nam spojrzeć na opisywane wydarzenia obiektywnie. Również i dla samej książki zabieg ten nie pozostaje bez znaczenia. Czyni ją bowiem ciekawszą i bardziej wciągającą. Do tego stylizacja językowa – wyraźna, acz stonowana i przemyślana – pomaga nam „wczuć się” w klimat powieści.

Sporą zaletą jest dla mnie szybkie tempo akcji. Uzyskane notabene po części dzięki takiej, a nie innej narracji, ale nie tylko. Prócz tego starannie przemyślana fabuła i mistrzowska kreacja bohaterów sprawiają, że książka jest ciekawa, wciągająca i niemal przez cały czas trzyma w napięciu.

Fabuła książki jest rozbudowana i wielowątkowa. Nie tylko ze względu na wspomnianą wyżej narrację, ale także z uwagi na mnogość podejmowanych w utworze tematów. Jest to wszak nie tylko opowieść o konfliktach militarnych na linii Kartagina-Rzym. W utworze odnajdziemy również mnóstwo cennych i niewątpliwie ciekawych informacji dotyczących szeroko pojętej kultury i obyczajów panujących w starożytnym Rzymie. Poznajemy nie tylko stosowane niegdyś bitewne strategie, ale również dowiadujemy się, jak wyglądało życie codzienne ludzi żyjących w trzecim wieku przed naszą erą na terenie rzymskiego imperium. Autor przybliża nam mentalność starożytnych Rzymian, ważne tradycje i obrzędy i tym podobne. Dzięki temu książka ma spore szanse przypaść do gustu nie tylko miłośnikom powieści historycznych, ale i czytelnikom o nieco innych upodobaniach gatunkowych.

Ponieważ opowieść jest zgodna z faktami historycznymi, możemy wynieść z niej spory pożytek. Dzięki tej pozycji mamy niepowtarzalną okazję poszerzenia swojej wiedzy na temat wojen punickich i starożytnej kultury oraz ustroju politycznego obowiązującego w starożytnym Rzymie. Błędem byłoby nieskorzystanie z tej okazji, jako, że wszelkie informacje historyczne zwarte w tekście przekazane są w sposób przystępny, umiejętnie wplecione w fabułę. Dzięki temu wchodzą do głowy właściwie same, co w przypadku lektury podręcznika do historii jest raczej mało prawdopodobne. W tej powieści starożytność fascynuje, zachwyca i przyciąga. Na dodatek, żeby było jeszcze łatwiej wszystko zrozumieć i przyswoić w książce umieszczono bonus w postaci słowniczka wyjaśniającego trudniejsze terminy użyte przez autora oraz mapy.

Żeby nie było tak kolorowo, to na koniec się przyczepię. Mam niestety jedno, aczkolwiek poważne zastrzeżenie dotyczące zakończenia. W moim odczuciu jest ono całkowicie nieprzemyślane. Czytamy, czytamy i nagle w samym środku akcji następuje koniec i informacja, że dalszy ciąg pojawi się w następnym tomie. Ja rozumiem otwarte zakończenie, ale w tym wypadku to jest przegięcie. W pierwszej chwili sądziłam, że może trafił mi się jakiś źle wydrukowany egzemplarz.

Mimo, że autor podpadł mi na sam koniec tym zakończeniem, które tak naprawdę zakończeniem ciężko nazwać, to uważam, że kolokwialnie mówiąc odwalił kawał dobrej roboty. Pan Posteguillo ma całkiem realne szanse stania się w przyszłości jednym z moich ulubionych powieściopisarzy. Póki co zamierzam baczniej przyjrzeć się jego literackim poczynaniom. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom tej historii, bo Africanus. Syn konsula jest dopiero pierwszą częścią trylogii z Africanusem w roli głównej.

Moja ocena: 4/6

07/12/2011

„Anioł radości” – Marek Dziewiecki

Anioł radości to sympatyczna książeczka pióra katolickiego księdza, Marka Dziewieckiego, znakomitego psychologa i psychoterapeuty. Jest to książka bardzo prosta – mam tu na myśli nie tylko fabułę i język, ale także to, że jest po prostu łatwa w odbiorze. Czyta się ją lekko i przyjemnie.

Mimo prostoty jest to książka bardzo wartościowa i z pewnością nie nudna – wręcz przeciwnie. Sięgnęłam po nią tylko dlatego, że chciałam po prostu „coś” poczytać. Niekoniecznie ambitnego, ale również nie tandetnego. Nie spodziewałam się niczego specjalnego i imponującego. Nie doznałam szoku, ale na pewno Anioł radości w jakimś stopniu mnie zaskoczył, oczywiście pozytywnie.

Narratorem jest tu maturzysta Marek. Prosto, szczerze i otwarcie opowiada on Bogu, którego nazywa Przyjacielem, o swoich wspomnieniach, uczuciach, planach, pragnieniach, ludziach, którzy go otaczają. Czyni to z wielką prostotą, otwartością i humorem.

Pamiętnik Marka pobudza do refleksji. Autor w tej powieści przekazuje czytelnikowi wiele mądrych i życiowych treści i wbrew temu, co można by przypuszczać, robi to ciekawie i nienatrętnie. Szczerze mówiąc, przed przeczytaniem utworu sądziłam, że skoro jest to powieść księdza, zapewne będzie przesycona jakimiś umoralniającymi frazesami. Byłam w błędzie. Można w niej znaleźć dużo mądrych zdań, ale są w niej na swoim miejscu i stanowią znaczny walor, a co najważniejsze: do „zwykłych” umoralniających frazesów im daleko.

Anioł radości to propozycja dla czytelników w każdym wieku. Nadaje się, moim zdaniem, zarówno dla dzieci, młodzieży, jak i rodziców. Nie jest to nic nadzwyczajnego. Prosta, zwyczajna, sympatyczna powieść. Niemniej jednak czyta się ją niezwykle szybko, łatwo i przyjemnie, a poza tym, jak już wspomniałam, zawiera wiele mądrych sformułowań.

Moja ocena: 4,5/6