„Czerwony królik” – Tom Clancy

czerwonykrolikO zamachu, który miał miejsce trzynastego maja tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku w Rzymie, słyszał chyba każdy. Zginąć miał wtedy papież Jan Paweł II. Cudem uniknął śmierci. Choć od tamtego feralnego wydarzenia minęło już przeszło trzydzieści lat, a ten, który strzelał został ukarany, do dziś na wiele pytań dotyczących tego, co się wówczas stało nie znamy stuprocentowo pewnej odpowiedzi. Wciąż wiele jest teorii spiskowych i rożnych spekulacji na ten temat.

Tom Clancy w sensacyjnej powieści zatytułowanej Czerwony królik przedstawia właśnie jedną z wielu hipotez na temat przyczyn, przygotowań i sposobu przeprowadzenia zamachu na polskiego papieża. Lata osiemdziesiąte były okresem, gdy władzę w Polsce sprawowali komuniści. Karol Wojtyła dla ówczesnych rządzących był specyficznym zagrożeniem, trudnym do pokonania przeciwnikiem. Nie dość, że nie zgadzał się z polityką komunistów, to jeszcze miał odwagę i czelność mówić o tym głośno. Pewnego dnia bohater Czerwonego królika, Jack Ryan – oficer amerykańskiego wywiadu przebywający w Moskwie – otrzymał poufną wiadomość, z której wynikało, iż przedstawiciele władz ZSRR noszą się z zamiarem „uciszenia” głowy Kościoła raz na zawsze. Nie są jednak znane żadne bliższe szczegóły.

Sięgnęłam po Czerwonego królika, bo miałam akurat ochotę na przeczytanie jakiejś sensacji, a o autorze słyszałam wiele pochlebnych głosów. Liczyłam na zapierającą dech w piersiach akcję, przemyślaną fabułę, napięcie, dreszczyk emocji, ciekawą teorię spiskową. Co dostałam? Nic z tego, na co liczyłam.

Książka jest niewiarygodnie nudna. To przede wszystkim. Liczy ponad pięćset stron, podczas gdy wszystko, co zostało w niej ujęte, zmieściłoby się na stu. Przez cały czas nic się nie dzieje. Nie ma praktycznie żadnej konkretnej akcji. Bohaterowie są statyczni i bezbarwni, kompletnie niedopracowani. Około trzy czwarte książki stanowi zapis luźnych rozmów, które prowadzą oni między sobą. Tematyka tych konwersacji nie ma jednak żadnego z związku z fabułą. Głównie są to pogawędki o sporcie, pogodzie i innych równie „ważnych” kwestiach tego typu. Po prostu koszmar! Podczas lektury, kolokwialnie mówiąc, szlag mnie trafiał. Nawet na moment akcja nie przyspieszała i nie stawała się ciekawsza. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek wcześniej miałam w rękach powieść sensacyjną, której fabuła byłaby do tego stopnia nudna.

Na dokładkę Czerwony królik jest pozycją potwornie tendencyjną, schematyczną i przewidywalną. Wszystko jest tu oczywiste na pierwszy rzut oka. Żadnego elementu zaskoczenia. Widać, że autor pisał na siłę, nie mając zupełnie weny i planu, jak to wszystko powinno wyglądać. Non stop mowa o tym samym. Żadnego urozmaicenia fabuły, podkręcenia tempa akcji. Nic.

Sam wątek zamachu na Jana Pawła II jest na tych przeszło pięciuset stronach potraktowany po macoszemu, choć teoretycznie powinien stanowić oś fabuły. Na teorii się jednak skończyło. Najpierw na ten temat znajdziemy ledwie kilka zdań, później długo, długo nic, aż w pewnym momencie – ni z gruszki, ni z pietruszki – dochodzi do zamachu. Świetnie. Tyle że z akcji nie wynika to w żaden sposób. Całkowicie brak jakiegokolwiek związku przyczynowo-skutkowego.

Idąc dalej, zauważyć trzeba, że ta powieść to hołd złożony stereotypom. Miałam wrażenie, że na ich propagowaniu, a niekiedy wręcz gloryfikowaniu skupia się autor. Dlaczego? Otóż podczas lektury nieustannie maluje nam się przed oczami obraz Rosjan, którzy zło mają we krwi dlatego, że są Rosjanami i Amerykanów, którzy są cudowni i wspaniali oraz wszystko robią zawsze najlepiej właśnie dlatego, że są Amerykanami. Momentami zastanawiałam się, czy Clancy nie napisał tej książki tylko po to, aby wyładować swoją niechęć do Rosjan i podkreślić swoją, jako Amerykanina, wyższość nad nimi. Nie wiem, ale trochę na to wygląda.

W Czerwonym króliku autor starał się opisać państwo totalitarne. Przybliżyć jego ustrój, zasady i sposób funkcjonowania. I mógłby to nawet być całkiem spory atut. Ale niestety nie jest. Pod kątem samych informacji opis jest wprawdzie bardzo rzetelny i szczegółowy, ale równie nudny, rozwleczony i nieskładny jak cała książka. Choć ta nieskładność nie musi być wcale winą autora, może wynikać z niedostatecznych kompetencji językowych tłumacza (Jan Kraśko). Nie wiem, jak jest, bo nie porównywałam przekładu z oryginałem. Faktem pozostaje jednak, że czyta się to ciężko.

Czerwonego królika oczywiście nie polecam. To fiasko na całej linii. Chciałam znaleźć w tej powieści jakieś plusy. Próbowałam. Niestety okazało się to niemożliwe, bo zwyczajnie ich nie ma. Czas spędzony z nią uważam za stracony.

Moja ocena: 1/6

„Jezioro Niebiańskie” – John Dalton

jezioroniebianskieGłównym bohaterem powieści jest nieco fanatyczny, jak się zdaje, amerykański duchowny, Vincent Saunders. Pewnego dnia przybywa on na Tajwan, aby tam prowadzić działalność misyjną. Początkowo napotyka wiele trudności. Lokalowych, finansowych, językowych i kulturowych. Miejscowa ludność nastawiona jest do niego i jego nauk bardzo sceptycznie. Potem jednak stosunek do nowego przybysza poprawia się. Vincent na misji udziela darmowych lekcji angielskiego połączonych z ewangelizacją. Obejmuje również posadę nauczyciela w jednej z miejscowych szkół. Kiedy wydaje się już, że zaczyna się aklimatyzować w nowym otoczeniu, wszystko się komplikuje za sprawą pewnego incydentu. Vincent przyjmuje też propozycję od miejscowego bogacza, pana Gwa, który zleca mu przywiezienie z Chin do Wietnamu jego ukochanej. Oczywiście za odpowiednią opłatą. Co przyniesie ta podróż? Czy wszystko pójdzie zgodnie z planem?

Wiele spodziewałam się po tej książce. Liczyłam na pasjonującą opowieść psychologiczną i obyczajową, na dobrze podaną porcję wiedzy o sytuacji społeczno-politycznej w Wietnamie i Chinach pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, bo na to się zapowiadało. Dodatkowo miałam też nadzieję na ciekawą opowieść o próbie przystosowania się i odnalezienia w zupełnie obcej kulturze. Nic z tego. Zawiodłam się, i to mocno.

Fabuła teoretycznie zapowiadała się całkiem nieźle. Niestety tylko teoretycznie. W praktyce to ponad sześciusetstronnicowy bełkot o wszystkim i o niczym. Rozwleczona jest do granic możliwości. Wszystko można było zmieścić bez trudu na zaledwie dwustu bądź trzystu stronach. Z pożytkiem zarówno dla czytelnika, jak i dla książki. Na dokładkę cała ta opowieść jest strasznie niespójna. To właściwie kilka mniejszych historii na siłę złączonych w jedną. Gdyby jeszcze były w miarę ciekawe, ale nie. Rażą banałem do tego stopnia, że aż brakuje słów. Może pod sam koniec, przez kilka stron akcja nabiera tempa i można powiedzieć, że coś tam zaczyna się dziać, jeśli porównamy to z całością. Odnoszę wrażenie, że proces twórczy przebiegał mniej więcej następująco: autor pisał, pisał o jednym i nagle się zorientował, że coś mu nie idzie, więc wymyślił nowy wątek i zaczął go rozwijać. Żeby nie musieć zaczynać całej roboty od nowa, połączył oba w tandetny sposób w jedno i tak dalej. Koszmar! Dawno nie czytałam książki tak nudnej i rozwleczonej.

Niniejsza publikacja z założenia, jak przypuszczam, miała być ciekawą i wielowątkową powieścią, w której główny wątek będą stanowiły refleksje związane z życiem na emigracji w kraju o zupełnie innej kulturze, tradycji, mentalności oraz odczucia z tą sytuacją związane. Niestety nic takiego w niej nie ma. Jest całkowicie wyzuta z jakichkolwiek emocji. Można jedynie znaleźć pewne mało przekonujące pseudo-refleksyjne wzmianki, które są niczym więcej, jak tylko żałosną imitacją głębszych przemyśleń. Nie mogę tego zupełnie zrozumieć i przeboleć zarazem, bo podobno Dalton sam wielokrotnie odwiedzał Chiny i przez lata mieszkał na Tajwanie. Należałoby więc sądzić, że od tej strony będzie wszystko w porządku. Nie jest. Dołóżmy do tego wyjątkowo toporny i prostacki styl i nic już mówić nie trzeba. Po prostu tragedia. Czytelników złaknionych informacji o azjatyckich realiach również spotka zawód, bo choć autor poświęca im wiele uwagi, robi to w sposób pozostawiający wiele do życzenia. Informacje nie brzmią wcale interesująco i sformułowane są dość nieprzystępnie.

Teraz czas przyjrzeć się bliżej głównemu bohaterowi. Mogłabym się rozpisywać, ale nie ma to sensu. Tutaj również nic specjalnego. Dorosły facet o mentalności nastolatka. Vincent miał chyba sprawiać wrażenie bohatera dynamicznego. Niestety nie sprawia. Teoretycznie zachodzi w nim jakaś przemiana, ale wątpliwa i niezupełnie na oczach czytelnika. Jego przemyślenia miały zapewne sprawiać wrażenie głębokich. Tymczasem są płytkie i pseudorefleksyjne.

Kolejnym nieporozumieniem jest dla mnie tytuł. W pewnym momencie co prawda mówi się o jeziorze, którego nazwę znajdziemy w tytule, ale owo jezioro ma się do całości jak kwiatek do kożucha, a znajdziemy o nim dosłownie kilka zdań.

Jezioro Niebiańskie jest, moim zdaniem, totalną pomyłką. Zupełnie nie rozumiem, na jakiej zasadzie ta książka została wydana. Stanowi dowód na to, że, parafrazując znane powiedzenie, „pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej”. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam równie tandetną pozycję jak ta. Na prawie siedemset stron ciekawych jest raptem kilkanaście. Muszę jednak przyznać, że odnajduję w niej echa pierwotnego zamysłu autorskiego, o czym już napomknęłam wcześniej. Niestety uważam, że ów zamysł w ogóle nie został zrealizowany, a jedynie na swój sposób zasygnalizowany.

Mam świadomość, że recenzowany przeze mnie tytuł to debiut literacki, więc oceniając próbowałam być wyrozumiała. Starałam się również docenić ten ledwo wyczuwalny, ale jednak jakoś zasygnalizowany w dziele zamysł autorski. Niestety tej pozycji nic nie jest w stanie uratować w moich oczach od najniższej noty. Nie polecam.

Moja ocena: 1/6

„Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz” – Lisa See

kwiatsnieguiwachlarzBardzo lubię powieści obyczajowe, które pozwalają mi przenieść się w odległy zakątek świata i poznać kulturę inną niż europejska. Jedną z książek, które mi to umożliwiły jest Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz Lisy See. Autorka zabiera nas do dziewiętnastowiecznych Chin, gdzie pewnego dnia dwie zupełnie sobie obce, a jednocześnie podobne do siebie dziewczynki – Lilia i Kwiat Śniegu – zostają połączone kontraktem przyjacielskim. Odtąd stają się sobie bardzo bliskie. Mimo iż nie mają zbyt wielu okazji do spotkań, cały czas komunikują się ze sobą za pomocą sekretnego kobiecego pisma, zwanego nu shu. Towarzyszymy im przez całe życie, poznajemy ich smutki, radości oraz jesteśmy świadkami trudnych i pięknych momentów, które stają się udziałem każdej z dziewcząt.

Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz może na pierwszy rzut oka sprawiać wrażenie tandetnego kobiecego czytadła. W rzeczywistości jednak nic bardziej mylnego. Nota na okładce informuje, że książka opowiada o przyjaźni dwóch dziewczynek na tle kultury chińskiej. Ja powiedziałabym jednak, że jest na odwrót. Istotnie – wątek przyjaźni Lilii i Kwiatu Śniegu jest niezaprzeczalnie główny i przewija się przez cały utwór. Niemniej jednak uważam, że choć został poprowadzony w sposób bardzo dobry technicznie i ciekawy, jest jedynie pretekstem do ukazania obyczajów i kultury dziewiętnastowiecznych Chin.

Przede wszystkim utwór ukazuje trudną i złożoną sytuację kobiet w kraju, w którym prym wiodą przedstawiciele płci męskiej. Kobieta jest tam traktowana jak kosztowna w utrzymaniu rzecz. Nie ma mowy o jakiejkolwiek autonomii. Jako dziewczynka jest własnością ojca, jako żona należy do męża, a później jest całkowicie zależna od swojego syna. Życie przedstawicielek płci pięknej naznaczone jest nieustannym bólem, cierpieniem i upokorzeniem – od kołyski aż po grób. Jedyne, czego się od kobiet oczekuje, to posłuszeństwo i pracowitość.

Wszystkie wydarzenia i chińskie obyczaje przedstawione zostały w sposób nieprawdopodobnie realistyczny. Autorka posługuje się barwnym, plastycznym i żywym językiem, który sprawia, że tworzone przez nią obrazy są wysoce sugestywne i silnie oddziałują na wyobraźnię czytelnika. Do tego wszystko, co tyczy się kultury i obyczajowości opisane zostało z najdrobniejszymi szczegółami. W konsekwencji utwór wzbudza całą gamę różnorodnych emocji. Mnie najtrudniej było czytać o procesie krępowania stóp małym dziewczynkom, który dzięki szczegółowemu i sugestywnemu przedstawieniu prezentował się po prostu drastycznie i budził moje przerażenie.

Lisa See napisała swoją powieść bazując na zapiskach poczynionych przez kobiety żyjące w dziewiętnastowiecznych Chinach. Chociaż sama fabuła jest fikcją literacką, wszelkie informacje dotyczące kultury i realiów życia w dziewiętnastowiecznych Chinach są jak najbardziej zgodne z prawdą. Fakt ten w połączeniu ze świetnym językiem sprawia, że książka bardzo dobrze oddaje klimat epoki, w której rozgrywają się opisane w niej wydarzenia.

Równie dobrze zostały skonstruowane postaci głównych bohaterek. One także są bardzo realistyczne, z krwi i kości. Troski i radości codziennego życia dzielą nie tylko ze sobą, ale w pewnym stopniu i z czytelnikiem. Ich losy i postępowanie wzruszają, zachęcają do refleksji, a niekiedy wstrząsają do głębi, przerażają. Zarówno Lilia, jak i Kwiat Śniegu budzą pewną sympatię. Nie sposób ich nie polubić, chociaż w niektórych momentach są irytujące i zachowują się – przynajmniej z mojego punktu widzenia – dziwnie, irracjonalnie wręcz. Bywało, że lektura stawała się dla mnie nieco nużąca, ale myślę, że można przymknąć na to oko, bo nie był to stan permanentny, a jedynie krótkie momenty.

Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz to utwór, który zdecydowanie polecam. Przede wszystkim miłośnikom powieści obyczajowych i tym, którzy lubią lektury wzbudzające liczne emocje. To niesamowita opowieść o przyjaźni, poświęceniu, ogromnej mocy tradycji i sile kobiet.

Moja ocena: 5,5/6

„Na zakręcie” – Nicholas Sparks

nazakrecieO książkach Sparksa już od dłuższego czasu słyszałam same pozytywne opinie, więc chciałam w końcu poznać jego twórczość i wyrobić sobie o niej własne zdanie. Nastawiona byłam raczej pozytywnie. Między innymi z tego względu, iż często Sparksa porównuje się z Picoult, a ja książki tej pani darzę ogromną sympatią. Postanowiłam dać autorowi szansę i tak oto, jakiś czas temu, wzięłam do ręki Na zakręcie. Jak oceniam to pierwsze czytelnicze spotkanie z Nicholasem Sparksem? Gdybym miała jednym słowem określić wrażenie, jakie ta książka na mnie wywarła, byłoby to: rozczarowanie. Trudno mi ją jednak jednoznacznie ocenić jako dobrą bądź złą.

Miles – miejscowy szeryf, wdowiec i ojciec dziewięcioletniego Jonaha – długo nie może się pogodzić z tragiczną śmiercią swojej żony, Missy. Choć od wypadku, w którym zginęła minęło już sporo czasu, nie udało się odnaleźć sprawcy. Miles jest pogrążony w rozpaczy i nadal próbuje dociec prawdy na temat śmierci żony. Mały Jonah ma coraz większe problemy w nauce. Miles poznaje Sarę – nauczycielkę swojego synka. Między dorosłymi powoli kiełkuje uczucie…

Książka ma dwa oddzielnie prowadzone wątki. Pierwszy – romansowy – opowiada o uczuciu rozwijającym się między dwojgiem dorosłych, a także o ich życiu. Wysuwa się on na pierwszy plan. Drugi natomiast – kryminalny – dotyczy śmierci Missy i prowadzony jest przez tajemniczego narratora-zabójcę. Kto nim jest? Trudno będzie Wam zgadnąć. Tego jestem pewna. Wątek pierwszy jest banalny, całkowicie przewidywalny i zwyczajnie nudny. Przeważnie był dla mnie mdły, a do tego momentami musiałam walczyć z sennością. Jednym słowem, klapa. Natomiast zupełnie inaczej prezentuje się wątek kryminalny. Wciąga i trzyma w napięciu od początku do końca. Jest ciekawy, intrygujący, nieprzewidywalny.

Dużym plusem jest język – prosty, niewyszukany, ale nawet ładny. Gdzieniegdzie bardzo sugestywny. Podobało mi się to, jak Sparks pisze o ludzkich uczuciach. W tym jest, moim zdaniem, dosyć dobry – trzeba mu to oddać. Bardzo realistycznie i przejmująco udało mu się opowiedzieć o uczuciach, wątpliwościach i trudnościach związanych ze stratą ukochanej osoby i trudnym procesem powrotu do normalności. Czasami za dużo było w tym wszystkim nieuzasadnionego patosu, ale generalnie jest całkiem, całkiem. Biorąc pod uwagę, że autorem książki jest mężczyzna, to już w ogóle…

Podsumowanie tej powieści nie jest dla mnie łatwe. Można się przy niej wynudzić, jest w dużej mierze banalna i schematyczna, ale pięknie, choć nie bez patosu, mówi o ludzkich uczuciach i problemach. Ma świetnie zbudowany wątek kryminalny i specyficzne zakończenie… I mimo wielu wad nie mogę jej odmówić szczególnego klimatu, który raz po raz daje się wyczuć. Lektura często jest nużąca, ale plusem jest to, że, bądź co bądź, ostatecznie czyta się tę książkę dosyć szybko. Na zakręcie budzi we mnie bardzo ambiwalentne uczucia. Na razie nie skreślam Sparksa, ale ta powieść wcale mi nie pomogła w wyrobieniu sobie o nim zdania. Będę musiała przeczytać co najmniej jeszcze jedną jego pozycję, żeby móc się zdeklarować. Czy polecam Na zakręcie? Ani tak, ani nie. Zdecydujcie sami.

Moja ocena: 3/6

„Wyznania gejszy” – Arthur Golden

wyznaniagejszyZawsze bardzo lubiłam książki obyczajowe, które przybliżały mi kulturę i obyczaje innych ludzi. W szczególności fascynują mnie te, które mówią o dalekich zakątkach świata. Toteż, gdy natknęłam się na Wyznania gejszy nie wahałam się ani chwili nad rozpoczęciem lektury.

Arthur Golden opowiada nam historię życia pewnej Japonki, Sayuri córki ubogiego rybaka. Gdy ojcu nie starcza środków na utrzymanie rodziny postanawia sprzedać swoje dwie latorośle. Starsza trafia do burdelu. Młodsza, której życie będziemy poznawać, dostaje od losu szansę, trafi bowiem do tak zwanej szkoły dla gejsz, aby tam pobierać odpowiednie nauki i w przyszłości stać się jedną z nich. Na początku dziewczynka buntuje się, przeklina swój los. Z czasem jednak, pod wpływem jednego spotkania podejmuje świadomą decyzję, że chce być gejszą… Jak będzie wyglądała droga do spełnienia tego marzenia? Jak wygląda świat gejsz? Tego dowiecie się z książki.

Historia opowiedziana przez Goldena jest niezwykle poruszająca; piękna i tragiczna jednocześnie. Przy tym równie magiczna co pełna realizmu. Czytając poznajemy blaski i cienie życia kandydatki na gejszę. Krok po kroku przechodzimy razem z główną bohaterką wszystkie etapy edukacji poznając dokładnie szczegóły ich dotyczące. Wszystko to idealnie wplecione zostało w realia historyczne, kulturowe i polityczne Japonii lat trzydziestych dwudziestego wieku. Wielowiekowa, starannie pielęgnowana tradycja zderza się z coraz prężniej rozwijającą się cywilizacją.

Od początku trochę niepokoił mnie fakt, że autorem książki o życiu gejsz jest, o ironio, mężczyzna. Uważałam, że to wpłynie na utwór negatywnie, no bo siłą rzeczy autor „skazi” swoją opowieść pierwiastkiem męskiego punktu widzenia… Nic takiego ku mojemu ogromnemu i pozytywnemu zdziwieniu nie nastąpiło.

Narracja prowadzona jest w sposób bardzo płynny. Dzięki temu przyjemność czytania jest jeszcze większa. Uzupełnieniem genialnie prowadzonej narracji są bardzo plastyczne i sugestywne opisy pełne obrazowych porównań. Autor ma niezwykle lekkie pióro. Wspomniane elementy czynią książkę jeszcze bardziej wciągającą i sprawiają, że czytelnik czuje się tak jakby sam był częścią świata przedstawionego.

Przedstawione w sposób realistyczny życie kandydatki na gejszę – wszystkie smutki i radości z nim związane z dodatkiem całej obyczajowej otoczki sprawiają, że książka Goldena to nie tylko świetna, porywająca i wzruszająca powieść o kobiecie, która z determinacją walczyła o swoje marzenia, ale i w pewnym sensie podręcznik japońskiej kultury.

Moja ocena: 5/6