20/12/2013

„Jesień młodości” – Miriam Akavia

Jesień młodości to krótka, ale bardzo treściwa opowieść plasująca się na granicy literatury faktu i beletrystyki. Akcja rozgrywa się w czasach holokaustu, a bohaterami są ludzie stojący u progu dorosłości. Nie jest to w stu procentach autentyczna relacja autorki z jej własnych przeżyć, lecz wymyślona przez nią historia. Faktem jest jednak, iż wykorzystała wydarzenia, które faktycznie miały miejsce w jej życiu, a osoby, o których mówi, istniały naprawdę: to członkowie rodziny i ludzie z bliskiego otoczenia Miriam Akavii.

W utworze fikcja przeplata się cały czas z rzeczywistością. Choć w tym wypadku mamy do czynienia z wymyśloną historią, nie można powiedzieć, że Jesień młodości pozbawiona jest autentyzmu. Autorka wie doskonale, o czym pisze, bo sama jest Żydówką. Urodziła się i wychowała w Krakowie. Przeżyła holokaust i mimo wielu ciężkich przejść wyszła z pożogi cało. Już po zakończeniu wojny, w 1946 roku wyemigrowała do Izraela i tam żyje i mieszka do dziś. Jest honorową przewodniczącą Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Izraelskiej i podejmuje wiele inicjatyw mających na celu ocieplenie stosunków polsko-izraelskich.

Jak już wspomniałam, bohaterami książki Akavii są przede wszystkim ludzie młodzi. Nie bez powodu. Autorka na ich przykładzie ukazała olbrzymi dramat młodego pokolenia Żydów w dobie holokaustu. Udało jej się w utworze zawrzeć wszystkie rozterki i bolączki, z którymi ci musieli się wówczas borykać. Umiejętnie oddała nastrój grozy i opisała niezwykłą determinację, jaką wykazywali ludzie stojący u progu dorosłości w walce o przetrwanie oraz nadzieję. Ponadto udało jej się przekazać tę specyficzną – zwłaszcza u młodych – chęć życia, która czasami była wszystkim, co się miało i co pozwalało żyć, a także przetrwać. Niekiedy także ta młodzieńcza chęć życia była ponad wszystkim, dając wciąż nadzieję i siły do walki. Walki o siebie w obliczu tak brutalnej rzeczywistości holokaustu.

Dziś, w czasach pokoju, wielu wchodzących właśnie w dorosłość czuje zagubienie i pragnie ze wszystkich sił odnaleźć swoje miejsce w świecie. I często okazuje się, że nie jest to wcale takie łatwe. Bohaterowie książki Miriam Akavii czuli to samo. Tylko czasy były inne. Złe. Okrutne. Zwłaszcza dla nich, naznaczonych piętnem żydowskiego pochodzenia. O ile ciężej musiało być im? O ile bardziej byli zagubieni od tych dzisiejszych młodych? Możemy tylko próbować to sobie wyobrazić. W jeszcze innym wymiarze Jesień młodości to dobrze skonstruowana panorama najróżniejszych postaw, jakie ludzie przyjmowali wobec rzeczywistości holokaustu ze wszystkimi charakterystycznymi dla niej okrucieństwami.

Pod kątem stricte literackim ta pozycja nie jest żadnym fenomenem, w każdym razie dla mnie. Można by nawet powiedzieć, że na tle innych zaliczających się do tego typu literatury wypada raczej przeciętnie. Jak powszechnie wiadomo, sam wątek zagłady przedstawicieli wyznania mojżeszowego był już w literaturze podejmowany mnóstwo razy, więc w pewnym sensie jest to książka, jakich wiele. Niemniej jednak ta pozycja mimo wszystko się wyróżnia i jest inna od całej reszty. Właśnie przez tę młodość, tak cudownie uchwyconą i opisaną. Bo to ona jest tu na pierwszym planie. Nie przypominam sobie żadnej innej książki, która zawierałaby tak dogłębną analizę sytuacji młodego pokolenia w obliczu nie tyle samej wojny, co właśnie konkretnie holokaustu. A takich utworów, w których mowa o zagładzie Żydów, przeczytałam już niezliczoną liczbę. Dlatego właśnie uważam, że w pewien sposób Jesień młodości jest wyjątkowa i warto ją przeczytać.

Moja ocena: 4/6

15/12/2013

„Jezioro Niebiańskie” – John Dalton

Głównym bohaterem powieści jest nieco fanatyczny, jak się zdaje, amerykański duchowny, Vincent Saunders. Pewnego dnia przybywa on na Tajwan, aby tam prowadzić działalność misyjną. Początkowo napotyka wiele trudności. Lokalowych, finansowych, językowych i kulturowych. Miejscowa ludność nastawiona jest do niego i jego nauk bardzo sceptycznie. Potem jednak stosunek do nowego przybysza poprawia się. Vincent na misji udziela darmowych lekcji angielskiego połączonych z ewangelizacją. Obejmuje również posadę nauczyciela w jednej z miejscowych szkół. Kiedy wydaje się już, że zaczyna się aklimatyzować w nowym otoczeniu, wszystko się komplikuje za sprawą pewnego incydentu. Vincent przyjmuje też propozycję od miejscowego bogacza, pana Gwa, który zleca mu przywiezienie z Chin do Wietnamu jego ukochanej. Oczywiście za odpowiednią opłatą. Co przyniesie ta podróż? Czy wszystko pójdzie zgodnie z planem?

Wiele spodziewałam się po tej książce. Liczyłam na pasjonującą opowieść psychologiczną i obyczajową, na dobrze podaną porcję wiedzy o sytuacji społeczno-politycznej w Wietnamie i Chinach pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, bo na to się zapowiadało. Dodatkowo miałam też nadzieję na ciekawą opowieść o próbie przystosowania się i odnalezienia w zupełnie obcej kulturze. Nic z tego. Zawiodłam się, i to mocno.

Fabuła teoretycznie zapowiadała się całkiem nieźle. Niestety tylko teoretycznie. W praktyce to ponad sześciusetstronnicowy bełkot o wszystkim i o niczym. Rozwleczona jest do granic możliwości. Wszystko można było zmieścić bez trudu na zaledwie dwustu bądź trzystu stronach. Z pożytkiem zarówno dla czytelnika, jak i dla książki. Na dokładkę cała ta opowieść jest strasznie niespójna. To właściwie kilka mniejszych historii na siłę złączonych w jedną. Gdyby jeszcze były w miarę ciekawe, ale nie. Rażą banałem do tego stopnia, że aż brakuje słów. Może pod sam koniec, przez kilka stron akcja nabiera tempa i można powiedzieć, że coś tam zaczyna się dziać, jeśli porównamy to z całością. Odnoszę wrażenie, że proces twórczy przebiegał mniej więcej następująco: autor pisał, pisał o jednym i nagle się zorientował, że coś mu nie idzie, więc wymyślił nowy wątek i zaczął go rozwijać. Żeby nie musieć zaczynać całej roboty od nowa, połączył oba w tandetny sposób w jedno i tak dalej. Koszmar! Dawno nie czytałam książki tak nudnej i rozwleczonej.

Niniejsza publikacja z założenia, jak przypuszczam, miała być ciekawą i wielowątkową powieścią, w której główny wątek będą stanowiły refleksje związane z życiem na emigracji w kraju o zupełnie innej kulturze, tradycji, mentalności oraz odczucia z tą sytuacją związane. Niestety nic takiego w niej nie ma. Jest całkowicie wyzuta z jakichkolwiek emocji. Można jedynie znaleźć pewne mało przekonujące pseudo-refleksyjne wzmianki, które są niczym więcej, jak tylko żałosną imitacją głębszych przemyśleń. Nie mogę tego zupełnie zrozumieć i przeboleć zarazem, bo podobno Dalton sam wielokrotnie odwiedzał Chiny i przez lata mieszkał na Tajwanie. Należałoby więc sądzić, że od tej strony będzie wszystko w porządku. Nie jest. Dołóżmy do tego wyjątkowo toporny i prostacki styl i nic już mówić nie trzeba. Po prostu tragedia. Czytelników złaknionych informacji o azjatyckich realiach również spotka zawód, bo choć autor poświęca im wiele uwagi, robi to w sposób pozostawiający wiele do życzenia. Informacje nie brzmią wcale interesująco i sformułowane są dość nieprzystępnie.

Teraz czas przyjrzeć się bliżej głównemu bohaterowi. Mogłabym się rozpisywać, ale nie ma to sensu. Tutaj również nic specjalnego. Dorosły facet o mentalności nastolatka. Vincent miał chyba sprawiać wrażenie bohatera dynamicznego. Niestety nie sprawia. Teoretycznie zachodzi w nim jakaś przemiana, ale wątpliwa i niezupełnie na oczach czytelnika. Jego przemyślenia miały zapewne sprawiać wrażenie głębokich. Tymczasem są płytkie i pseudorefleksyjne.

Kolejnym nieporozumieniem jest dla mnie tytuł. W pewnym momencie co prawda mówi się o jeziorze, którego nazwę znajdziemy w tytule, ale owo jezioro ma się do całości jak kwiatek do kożucha, a znajdziemy o nim dosłownie kilka zdań.

Jezioro Niebiańskie jest, moim zdaniem, totalną pomyłką. Zupełnie nie rozumiem, na jakiej zasadzie ta książka została wydana. Stanowi dowód na to, że, parafrazując znane powiedzenie, „pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej”. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam równie tandetną pozycję jak ta. Na prawie siedemset stron ciekawych jest raptem kilkanaście. Muszę jednak przyznać, że odnajduję w niej echa pierwotnego zamysłu autorskiego, o czym już napomknęłam wcześniej. Niestety uważam, że ów zamysł w ogóle nie został zrealizowany, a jedynie na swój sposób zasygnalizowany.

Mam świadomość, że recenzowany przeze mnie tytuł to debiut literacki, więc oceniając próbowałam być wyrozumiała. Starałam się również docenić ten ledwo wyczuwalny, ale jednak jakoś zasygnalizowany w dziele zamysł autorski. Niestety tej pozycji nic nie jest w stanie uratować w moich oczach od najniższej noty. Nie polecam.

Moja ocena: 1/6