„Doktorzy” – Erich Segal

doktorzyErich Segal to jeden z moich ulubionych autorów. Wielu zapewne zna go jako świetnego scenarzystę. Dla mnie jednak na zawsze pozostanie przede wszystkim pisarzem. Tym, który podbił moje serce powieścią Akty wiary. Od niej zaczęła się nasza literacka znajomość. Później przyszła kolej na pozostałe jego książki. Przeczytałam wszystkie. Nie każda przypadła mi do gustu, na przykład recenzowana już tutaj, najmłodsza w dorobku Segala, Bez sentymentów. Doktorów zostawiłam sobie na sam koniec. Co mogę na ich temat powiedzieć? Cóż. Pośród wszystkich powieści tego autora tylko dwie, moim zdaniem, zasługują bezapelacyjnie na miano arcydzieł. Są to Akty wiary i Doktorzy właśnie.

Ich akcja toczy się na przestrzeni dwudziestu lat, od roku 1958 aż do 1978. Fabuła opowiada o losach piątki bohaterów, którzy pod koniec lat pięćdziesiątych rozpoczynają studia medyczne na Harvardzie. Różnią się od siebie charakterem i sposobem postrzegania świata. Każde z nich ma nieco inny życiowy cel i wyznaje nieco inną hierarchię wartości. Czytelnik towarzyszy im przez cały okres ich studiów, a później śledzi ich losy od początków praktyki lekarskiej do momentu, gdy wszyscy są już lekarzami z całkiem sporym bagażem doświadczeń. Zarówno zawodowych, jak i życiowych.

W Doktorach sportretowane zostało środowisko medyczne. Jednak lekarze to przede wszystkim ludzie. I jako takich stara się ich pokazać Segal. Ta powieść mówi więc o ludziach. Tych, którzy zdecydowali się związać swoje życie z medycyną i nierzadko musieli wiele poświęcić, aby osiągnąć cel, jaki sobie wyznaczyli. Autor porusza też wiele tematów i problemów uniwersalnych. Sporo uwagi poświęca procesowi dojrzewania jednostki. Pozwala czytelnikowi podjąć refleksje nad sensem życiowych niepowodzeń i trudności, jakie napotkać może każdy, kto w życiu dąży do jakiegoś celu. Mówi o licznych wzlotach i upadkach, a także o miłości, przyjaźni i wielu innych zagadnieniach bliskich wszystkim.

W tej książce Segal ukazuje całościowo specyfikę zawodu lekarza. Zwraca baczną uwagę na wszystkie jego aspekty, blaski i cienie towarzyszące jego wykonywaniu. Nie pomija niczego. Ta wnikliwość mnie urzekła. Obraz środowiska medycznego w Doktorach jest niezwykle realistyczny. Na wrażenie autentyzmu złożyła się z pewnością także rozległa wiedza medyczna pisarza. Uważam, że to czyni tę powieść naprawdę wyjątkową i jest w moich oczach jednym z największych jej atutów.

Pisząc o medycynie i lekarzach, nie można marginalizować zagadnień etycznych. Autor o tym nie zapomniał i wielokrotnie mobilizuje czytelnika do głębokiej refleksji na ten temat. Zmusza do udzielenia sobie odpowiedzi na wiele trudnych i często zwyczajnie niewygodnych pytań, dotyczących człowieczeństwa oraz szeroko pojętej moralności. Pretekstem do tego są nie tylko kwestie medyczne, ale także umiejętnie wpleciony w fabułę wątek holokaustu. Krótki, ale niezwykle wymowny. Pojawia się także problem rasizmu.

Doktorzy to dzieło wielowątkowe i pasjonujące. Niezwykle głębokie, niestroniące od tematów poważnych i trudnych. Można by odnieść wrażenie, że czynią one powieść wyjątkowo ciężką i poważną. Nic bardziej mylnego. Czyta się ją niezwykle szybko i z przyjemnością, bo autor posługuje się stylem dość lekkim i przystępnym. Jest w niej także sporo humorystycznych dialogów. Sama akcja natomiast została starannie przemyślana i poprowadzona. I nie ma obawy, że czytelnik się w niej zagubi, choć wątków jest wiele, a fabuła obfituje w nieprzewidziane zdarzenia. To kolejne olbrzymie zalety tej powieści i dowody, że jest ona utworem wyjątkowym, głęboko przemyślanym i dojrzałym.

Następnym niezaprzeczalnym atutem Doktorów są, moim zdaniem, wyśmienicie oddane emocje bohaterów. Wszystkie zostały starannie i sugestywnie przedstawione, z całą intensywnością i podłożem oraz przemianami w ich obrębie zachodzącymi. Dzięki temu czytelnik jeszcze bardziej wciąga się w lekturę i nie jest w stanie się od niej oderwać, a wiele z uczuć doświadczanych przez postacie staje się jego osobistym udziałem.

Uważam, że Doktorzy to prawdziwe arcydzieło. Wyjątkowa, poruszająca, niezwykle głęboka powieść obyczajowa. Ponadczasowa, ambitna i zmuszająca do refleksji, z dużą dozą realizmu i szczyptą humoru. A przy tym po prostu dobrze napisana. To dzieło niezwykle dojrzałe.

Moja ocena: 6/6

„Duma i uprzedzenie” – Jane Austen

dumaiuprzedzenieDuma i uprzedzenie to klasyka przez duże „K”. Autorką dzieła jest znana, dziewiętnastowieczna pisarka angielska - Jane Austen. Treść trudno jest przybliżyć w kilku zdaniach, gdyż jest to powieść wielowątkowa, obfitująca w liczne zwroty akcji, a na jej kartach występuje mnóstwo barwnych, skonstruowanych z najwyższą starannością i dbałością o szczegóły, postaci.

Akcja powieści rozgrywa się mniej więcej dwa wieki temu. Przenosimy się do Longbourn, majątku położonego niedaleko Meryton - małej mieściny w hrabstwie Hertfordshire. Żyją tam państwo Bennet ze swoimi pięcioma, niezamężnymi jeszcze córkami. Gdy w położonej nieopodal posiadłości Netherfield Park osiedla się Charles Bingley - człowiek młody, przystojny i na dodatek zamożny - pani Bennet stawia sobie za punkt honoru wydanie za niego za mąż jednej ze swoich latorośli. Już podczas pierwszego spotkania ze wspomnianym kawalerem okazuje się, że plan kobiety ma szanse na powodzenie, gdyż Jane, najstarsza z córek, wpadła w oko Bingleyowi. Tymczasem jej siostra, Elżbieta, wzbudza odwzajemnioną antypatię pana Darcyego, przyjaciela Bingleya. Jak potoczą się losy znajomości pierwszej pary? Jak ułożą się stosunki pomiędzy tymi drugimi? Co czeka trzy pozostałe siostry, ich rodzinę, przyjaciół i znajomych? Przekonajcie się sami. Warto, bo w książce dzieje się wiele, a swaty i miłostki, wcale nie są jej jedynym tematem.

Pierwsze, co w sposób szczególny zwróciło moją uwagę podczas lektury, to kreacja bohaterów. Jak już wspomniałam, na kartach powieści występuje ich wielu, ale każdy jest w jakiś sposób szczególny, jedyny w swoim rodzaju i wyróżnia się czymś na tle pozostałych. Wszyscy są zróżnicowani pod względem charakterologicznym. Austen zadbała tu o każdy szczegół. Stworzone przez nią postacie są bardzo realistyczne, żywe i nieustannie wzbudzają w czytelniku cały wachlarz rozmaitych emocji. Zarówno pozytywnych jak i negatywnych. Dzięki temu właściwie przez cały czas lektury odnosi się wrażenie, że jest się uczestnikiem opisywanych wydarzeń. To z kolei sprawia, że wszystkie emocje towarzyszące bohaterom, stają się nie wiadomo, kiedy udziałem czytelnika. Niekiedy nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wszystko to, o czym czytam działo się naprawdę. I to zupełnie niedawno. Uwielbiam tak napisane książki. Książki, które mnie wciągają w dosłownym tego słowa znaczeniu. Do środka. W samo centrum fabuły. Książki, które przeżywam całą sobą. Do takich należy Duma i uprzedzenie.

Fabuła powieści jest wielowątkowa, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Radosnych, zabawnych, niekiedy dziwnych, a jeszcze kiedy indziej niezbyt pomyślnych. Nie ma tam miejsca na nudę. Cały czas coś się dzieje i bohaterowie wikłani są w liczne, coraz to nowe przygody. Raz coś zdaje się biec po ich myśli, by za chwilę okazało się, że to tylko pozory. Innym razem na odwrót.

Wyśmienicie oddane realia panujące w dawnej Anglii to kolejny niepodważalny atut tej książki. Autorka przedstawia je z dużą dokładnością. Portretuje ówczesne wyższe sfery angielskiego społeczeństwa, ukazując charakterystyczne dla nich obyczaje, cechy i bolączki. Doskonale opisuje ówczesną arystokrację nakreślając obowiązującą reprezentantów tej sfery etykietę. Wprowadzając odpowiedni wątek, wykorzystuje wydarzenia rozgrywające się na płaszczyźnie fabuły także, jako pretekst do przybliżenia czytelnikowi problemów ziemiaństwa. Wiele możemy dowiedzieć się o mentalności i sposobie postrzegania świata charakterystycznych dla reprezentantów poszczególnych warstw. Dobrze zarysowana i ciekawie wprowadzona problematyka społeczno-obyczajowa przydaje również dziełu autentyzmu i jest jego kolejnym walorem.

Dumę i uprzedzenie czyta się niezwykle szybko i z dużą przyjemnością, ponieważ nie brak w niej humoru. Na wielu płaszczyznach mamy do czynienia z komizmem i ironią. Ten pierwszy cechuje przede wszystkim bohaterów. Przejawia się na płaszczyźnie charakteru, języka, stylu bycia. Najbardziej jednak widoczny jest w dialogach, na których niedobór w utworze narzekać nie możemy i które również uważam za mistrzowskie.

Wszystkie wspomniane w poprzednich akapitach elementy przydają utworowi specyficznego klimatu Typowo „austenowskiego” powiedziałabym. Ci, którzy czytali już inne dzieła Jane Austen zapewne będą wiedzieli, o co mi chodzi. Tym, którzy jeszcze nie mieli do czynienia z twórczością tej autorki powiem, że jest on niesamowity, jedyny w swoim rodzaju. Tylko ona potrafi taki stworzyć.

Duma i uprzedzenie to po prostu prawdziwe arcydzieło. Komu polecam tę lekturę? Lubiącym klasykę, powieści obyczajowe, Anglię przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku. Tym, którzy lubią cenią sobie humor, dynamiczną akcję i wątki romansowe w dawnym wydaniu.

Moja ocena: 6/6

„Jesienna miłość” – Nicholas Sparks

jesiennamiloscMoje pierwsze literackie spotkanie ze Sparksem wypadło przeciętnie. Jako że jego dorobek pisarski jest dosyć bogaty, postanowiłam nie oceniać autora na podstawie tej jednej tylko książki i sięgnęłam po kolejną. Tym razem padło na Jesienną miłość.

Narratorem jest tu pięćdziesięcioletni mężczyzna, Landon Carter. Opowiada on czytelnikowi historię, która przytrafiła mu się, gdy miał lat zaledwie kilkanaście. Był bogatym i nieco rozpuszczonym dzieciakiem, wiodącym beztroskie, rozrywkowe życie. Pewnego dnia, z braku innej możliwości, zdecydował się zaprosić na bal swoją koleżankę z klasy, Jamie Sullivan, córkę miejscowego pastora. Dziewczyna zdecydowanie wyróżniała się na tle rówieśników. Była spokojna, miła, uczynna, zaangażowana społecznie, nie lubiła imprezować. Pierwsze miejsce w jej życiu zajmował Bóg. Stanowiła więc zupełne przeciwieństwo Landona. Nieoczekiwanie dla samego siebie chłopak zakochał się w Jamie i znajomość, zamiast zakończyć się równie szybko, jak się zaczęła, miała dalszy ciąg. Jednak nie wszystkie niespodzianki, które tym dwojgu zgotował los, należały do przyjemnych.

Lektura tej powieści wzbudziła we mnie mieszane odczucia, choć bilans jest zdecydowanie ujemny. To książka napisana sprawnie, dość dobrym językiem i stylem. Niemniej płaszczyzna językowa nie jest pozbawiona wad. Przede wszystkim raziła mnie przesadna egzaltacja i pojawiające się nagminnie pseudo-poetyckie sformułowania. Nie są one szczególnie złe, a niekiedy wręcz całkiem przyzwoite, przeważnie jednak wywoływały we mnie wrażenie pewnej sztuczności. Zupełnie jakby ktoś chciał za wszelką cenę przydać możliwie najwięcej poetyckości tekstowi. Nie wiem, czy winnym takiego stanu rzeczy jest autor, czy może tłumacz (Andrzej Szulc). Niestety nie do końca się to udało.

Atutem Jesiennej miłości jest niewątpliwie to, że czyta się ją szybko, chociaż porusza tematy niełatwe, takie jak smutek czy choroba. Osoby, które łatwo i często się wzruszają, prawdopodobnie kilka razy podczas lektury uronią łezkę, bo powieść momentami jest niemiłosiernie ckliwa. Dla mnie aż do przesady. Do obrzydzenia wręcz. Poza tym autor dość dobrze poradził sobie z nakreśleniem i zanalizowaniem emocji i uczuć będących udziałem dwójki głównych bohaterów. Niestety emocje te są, moim zdaniem, przesadnie wyeksponowane. Zupełnie niepotrzebnie.

Historia Jamie i Landona jest właściwie dosyć banalna i w znacznym stopniu przewidywalna. W dużej mierze jest to wina sposobu kreacji bohaterów. Oboje są przerysowani, tak jednoznaczni, że aż nierealni i to się natychmiast rzuca w oczy. Jamie zostala ukazana jako chodzący anioł. Nie ma żadnych wad. Dosłownie. Jest po prostu doskonała pod każdym względem. To strasznie irytujące. Nie lubię aż tak jednoznacznych bohaterów, a już zwłaszcza takich chodzących ideałów, jak Jamie. Jeśli chodzi o Landona, sprawy mają się trochę lepiej. Jest on bohaterem dynamicznym, który w toku akcji przechodzi wewnętrzną przemianę: dojrzewa, zmienia nastawienie do pewnych kwestii. Mimo to jednak on również jest mało rzeczywisty, a koleje jego losu przewidywalne niemal od pierwszych stron.

W powieści można dopatrzyć się również pewnego rodzaju przesłania. Sparks przypomina nam, jakie wartości naprawdę liczą się w życiu, co jest ważne i czym powinniśmy się kierować w postępowaniu, w podejmowaniu wyborów.

Oceniając Jesienną miłość jako całość, muszę stwierdzić, że jest to zwykłe czytadło. Mdłe, schematyczne. Pod wieloma względami podobne do wielu utworów napisanych wcześniej i później. Po tej lekturze stwierdzam, że nadal nie jest dla mnie jasny fenomen popularności Sparksa i powszechny zachwyt nad jego twórczością. Ja tego zachwytu zdecydowanie nie podzielam.

Dodam tu jeszcze, niejako na marginesie, że przed przeczytaniem Jesiennej miłości widziałam jej ekranizację. Filmowa wersja nosi tytuł Szkoła uczuć. Podobała mi się zdecydowanie bardziej od książki, ale również nie zachwyciła mnie szczególnie. Niewykluczone, że wrażenia filmowe łagodzą w jakimś stopniu moją ocenę literackiego pierwowzoru. Starałam się nie patrzeć na tę powieść przez pryzmat jej ekranowej adaptacji, ale przyznaję, że nie było to dla mnie wcale takie łatwe.

Moja ocena: 1,5/6

„Jezioro Niebiańskie” – John Dalton

jezioroniebianskieGłównym bohaterem powieści jest nieco fanatyczny, jak się zdaje, amerykański duchowny, Vincent Saunders. Pewnego dnia przybywa on na Tajwan, aby tam prowadzić działalność misyjną. Początkowo napotyka wiele trudności. Lokalowych, finansowych, językowych i kulturowych. Miejscowa ludność nastawiona jest do niego i jego nauk bardzo sceptycznie. Potem jednak stosunek do nowego przybysza poprawia się. Vincent na misji udziela darmowych lekcji angielskiego połączonych z ewangelizacją. Obejmuje również posadę nauczyciela w jednej z miejscowych szkół. Kiedy wydaje się już, że zaczyna się aklimatyzować w nowym otoczeniu, wszystko się komplikuje za sprawą pewnego incydentu. Vincent przyjmuje też propozycję od miejscowego bogacza, pana Gwa, który zleca mu przywiezienie z Chin do Wietnamu jego ukochanej. Oczywiście za odpowiednią opłatą. Co przyniesie ta podróż? Czy wszystko pójdzie zgodnie z planem?

Wiele spodziewałam się po tej książce. Liczyłam na pasjonującą opowieść psychologiczną i obyczajową, na dobrze podaną porcję wiedzy o sytuacji społeczno-politycznej w Wietnamie i Chinach pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, bo na to się zapowiadało. Dodatkowo miałam też nadzieję na ciekawą opowieść o próbie przystosowania się i odnalezienia w zupełnie obcej kulturze. Nic z tego. Zawiodłam się, i to mocno.

Fabuła teoretycznie zapowiadała się całkiem nieźle. Niestety tylko teoretycznie. W praktyce to ponad sześciusetstronnicowy bełkot o wszystkim i o niczym. Rozwleczona jest do granic możliwości. Wszystko można było zmieścić bez trudu na zaledwie dwustu bądź trzystu stronach. Z pożytkiem zarówno dla czytelnika, jak i dla książki. Na dokładkę cała ta opowieść jest strasznie niespójna. To właściwie kilka mniejszych historii na siłę złączonych w jedną. Gdyby jeszcze były w miarę ciekawe, ale nie. Rażą banałem do tego stopnia, że aż brakuje słów. Może pod sam koniec, przez kilka stron akcja nabiera tempa i można powiedzieć, że coś tam zaczyna się dziać, jeśli porównamy to z całością. Odnoszę wrażenie, że proces twórczy przebiegał mniej więcej następująco: autor pisał, pisał o jednym i nagle się zorientował, że coś mu nie idzie, więc wymyślił nowy wątek i zaczął go rozwijać. Żeby nie musieć zaczynać całej roboty od nowa, połączył oba w tandetny sposób w jedno i tak dalej. Koszmar! Dawno nie czytałam książki tak nudnej i rozwleczonej.

Niniejsza publikacja z założenia, jak przypuszczam, miała być ciekawą i wielowątkową powieścią, w której główny wątek będą stanowiły refleksje związane z życiem na emigracji w kraju o zupełnie innej kulturze, tradycji, mentalności oraz odczucia z tą sytuacją związane. Niestety nic takiego w niej nie ma. Jest całkowicie wyzuta z jakichkolwiek emocji. Można jedynie znaleźć pewne mało przekonujące pseudo-refleksyjne wzmianki, które są niczym więcej, jak tylko żałosną imitacją głębszych przemyśleń. Nie mogę tego zupełnie zrozumieć i przeboleć zarazem, bo podobno Dalton sam wielokrotnie odwiedzał Chiny i przez lata mieszkał na Tajwanie. Należałoby więc sądzić, że od tej strony będzie wszystko w porządku. Nie jest. Dołóżmy do tego wyjątkowo toporny i prostacki styl i nic już mówić nie trzeba. Po prostu tragedia. Czytelników złaknionych informacji o azjatyckich realiach również spotka zawód, bo choć autor poświęca im wiele uwagi, robi to w sposób pozostawiający wiele do życzenia. Informacje nie brzmią wcale interesująco i sformułowane są dość nieprzystępnie.

Teraz czas przyjrzeć się bliżej głównemu bohaterowi. Mogłabym się rozpisywać, ale nie ma to sensu. Tutaj również nic specjalnego. Dorosły facet o mentalności nastolatka. Vincent miał chyba sprawiać wrażenie bohatera dynamicznego. Niestety nie sprawia. Teoretycznie zachodzi w nim jakaś przemiana, ale wątpliwa i niezupełnie na oczach czytelnika. Jego przemyślenia miały zapewne sprawiać wrażenie głębokich. Tymczasem są płytkie i pseudorefleksyjne.

Kolejnym nieporozumieniem jest dla mnie tytuł. W pewnym momencie co prawda mówi się o jeziorze, którego nazwę znajdziemy w tytule, ale owo jezioro ma się do całości jak kwiatek do kożucha, a znajdziemy o nim dosłownie kilka zdań.

Jezioro Niebiańskie jest, moim zdaniem, totalną pomyłką. Zupełnie nie rozumiem, na jakiej zasadzie ta książka została wydana. Stanowi dowód na to, że, parafrazując znane powiedzenie, „pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej”. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam równie tandetną pozycję jak ta. Na prawie siedemset stron ciekawych jest raptem kilkanaście. Muszę jednak przyznać, że odnajduję w niej echa pierwotnego zamysłu autorskiego, o czym już napomknęłam wcześniej. Niestety uważam, że ów zamysł w ogóle nie został zrealizowany, a jedynie na swój sposób zasygnalizowany.

Mam świadomość, że recenzowany przeze mnie tytuł to debiut literacki, więc oceniając próbowałam być wyrozumiała. Starałam się również docenić ten ledwo wyczuwalny, ale jednak jakoś zasygnalizowany w dziele zamysł autorski. Niestety tej pozycji nic nie jest w stanie uratować w moich oczach od najniższej noty. Nie polecam.

Moja ocena: 1/6

„Madame” – Antoni Libera

madameMadame Antoniego Libery to dosyć głośna książka. Jeśli ktoś jeszcze jej nie czytał, to na pewno gdzieś, kiedyś o niej słyszał. Ja po raz pierwszy spotkałam ją na półce szkolnej biblioteki, gdy jeszcze chodziłam do gimnazjum. Mimo iż książka kusiła mnie swoją zmysłową okładką, a pani bibliotekarka podczas każdej niemal mojej wizyty w bibliotece życzliwie zachęcała mnie, abym dała szansę tej pozycji, nie zrobiłam tego… Dopiero niedawno zdecydowałam się wreszcie przeczytać Madame i ogromnie żałuję, że tyle czasu zwlekałam.

Akcja powieści rozgrywa się w okresie PRL-u, a jej głównym bohaterem jest osiemnastoletni uczeń klasy maturalnej jednego z warszawskich liceów. Odznacza się on niezwykłą dojrzałością, oczytaniem i inteligencją w porównaniu z rówieśnikami. Sam o sobie mówi, że urodził się za późno, bo wszystko, co ważne miało już miejsce. Gdy w szkole, do której uczęszcza pojawia się nowa dyrektorka, nauczycielka francuskiego, wszyscy uczniowie są nią zafascynowani: ta kobieta zdecydowanie wyróżnia się na tle grona pedagogicznego. Główny bohater szybko obdarza ją głębszym uczuciem, bezgranicznym uwielbieniem i traktuje niczym boginię. Jego obsesja na punkcie Madame jest tak silna, że wszczyna on śledztwo i posuwa się do rozmaitych intryg, by dowiedzieć się jak najwięcej o obiekcie swoich westchnień…

Na pozór mamy tu do czynienia z historią najbardziej banalną z możliwych. Ale, jak powszechnie wiadomo, pozory mogą mylić, a Madame jest najlepszym potwierdzeniem tych słów. Antoni Libera opowiedział bowiem tę historię młodzieńczego zauroczenia w sposób tak dalece niebanalny, jak to tylko możliwe, a fascynacja głównego bohatera powieści błyskawicznie udzieliła się i mnie. Jestem zafascynowana tą powieścią. Jej fabułą, językiem, kreacją bohaterów… Madame nie jest po prostu świetnie napisaną opowieścią o młodzieńczym zauroczeniu. To o wiele, wiele więcej. To artystyczno-literacka ekspozycja przeżyć wewnętrznych zadurzonego w dojrzałej kobiecie, swojej nauczycielce, maturzysty.

Wiele elementów przyczyniło się do tego, że dzieło Libery jest tak niesamowite, ale w pierwszej kolejności wymienić należy poetycką narrację, którą autor hipnotyzuje czytelnika już na samym początku. I ten trans trwa do ostatniej strony. Pisarz przez cały czas posługuje się językiem poetyckim, sugestywnym, kunsztownym. Na dodatek dialogi są misternie skonstruowane i pełne błyskotliwego poczucia humoru. Tak posługiwać się słowem umie tylko mistrz. I Libera udowodnił, że na to miano zasługuje jak mało kto. Autor i stworzony przez niego bohater nieustannie zaskakują czytelnika. W oczy rzuca się tu przede wszystkim ogromne oczytanie i godna pozazdroszczenia erudycja.

Choć głównym wątkiem utworu jest zdecydowanie ten miłosny, to stanowi on jednocześnie pretekst do wprowadzenia innych, również ciekawych i wyśmienicie poprowadzonych. Powieść ta jest bowiem przykładem literatury dygresyjnej. W treść zgrabnie wplecione zostały rozmaite informacje dotyczące literatury, historii i, w szerszym wymiarze, całej kultury. Autor często nawiązuje do różnych utworów literackich (i nie tylko) i prowadzi z nimi polemikę.

Madame stanowi także swego rodzaju dokument epoki. To dlatego, że Libera ukazuje w niej prawdziwy, wielopłaszczyznowy obraz PRL-u. Przedstawia ówczesne realia wiernie, nie stara się niczego ubarwiać ani zatajać. Zdecydowanie obnaża zakłamanie i sposób działania reżimu komunistycznego. Mówi także o złożonej i trudnej sytuacji ówczesnej inteligencji. Robi to jednak tak, że nie pozbawia wspomnianego okresu pewnego uroku, który dla mnie, wychowanej już w czasach popeerelowskich, jest zrozumiały tylko w pewnym stopniu. W tej książce PRL, mimo wszystko, na swój sposób fascynuje i przyciąga.

Można spojrzeć na Madame z jeszcze innej perspektywy – jak na powieść inicjacyjną, czyli mówiącą o dorastaniu. Antoni Libera przedstawia i na swój sposób analizuje tutaj proces dojrzewania. Robi to wnikliwie, poruszając trzy jego aspekty: psychologiczny, moralny oraz społeczny.

Dla mnie jest to wyjątkowa książka. Po prostu arcydzieło. Nie umiem się do niej przyczepić, a nawet gdybym umiała, nie chciałabym tego robić. Jestem urzeczona i zafascynowana powieścią Libery niemal tak mocno, jak jej narrator zauroczony był tytułową bohaterką utworu, a może nawet bardziej. Tej książki się nie czyta. Nią można się tylko delektować, smakować ją powoli. Na pewno nie jest to lektura na jeden wieczór i na pewno Madame nie nadaje się do czytania, dajmy na to, w autobusie. To utwór, z którego wiele można wynieść, do którego chce się wracać.

Zdecydowanie polecam dzieło Antoniego Libery. Ale… Nie wszystkim. Przede wszystkim humanistom, intelektualistom, artystycznym duszom… Bo tę powieść trzeba po prostu poczuć. Trzeba do niej dojrzeć. Na początku napisałam, że żałuję, iż nie przeczytałam jej wcześniej, chociaż miałam okazję. Podtrzymuję to, ale z drugiej strony cieszę się, że tak się stało, bo wiem, że wcześniej pewnie nie zrozumiałabym tej książki. Nie doceniłabym wartości artystycznych, językowych i innych, których odmówić jej nie można. Tutaj autor stawia czytelnikowi pewne wymagania, zmusza do zaangażowania intelektualnego, operuje aluzjami… Aby je w pełni zrozumieć, trzeba dysponować pewną elementarną wiedzą z zakresu choćby literatury europejskiej, ale nie tylko.

Moja ocena: 6/6