11/06/2012

„Świadectwo prawdy” – Jodi Picoult

Jodi Picoult to współczesna, amerykańska pisarka, która cieszy się niezwykła popularnością. Jej książki podbijają serca czytelników na całym świecie. Nie tylko ze względu na tematykę, ale i niepowtarzalny styl pisarki. Powieści Picoult oscylują wokół tematów trudnych, kontrowersyjnych, niecodziennych. Jedną z nich jest Świadectwo prawdy. Jest to książka, w której odnajdujemy nie tylko ciekawą historię, ale także taka, która pozwoli nam w pewnym stopniu poszerzyć wiedzę.

O czym jest książka? Pewnego dnia  na farmie należącej do rodziny amiszów znalezione zostają zwłoki maleńkiego chłopca – noworodka. Dziecko zmarło wskutek uduszenia, tak więc wiadomo już, że nie był to bynajmniej nieszczęśliwy wypadek. Ktoś umyślnie chciał się chłopczyka pozbyć. Kto? Dlaczego? Podejrzenia padają na osiemnastoletnią Katie Fisher – córkę właściciela farmy, na której znaleziono zwłoki noworodka. Dziewczyna jednak uparcie twierdzi, że nie urodziła żadnego dziecka. Będzie upierała się przy swoim stanowisku nawet, gdy badania lekarskie wykażą, że niedawno przebyła poród. Obrony dziewczyny podczas procesu sądowego podejmuje się – za namową ciotki – jej daleka krewna, prawniczka. Ellie Hathaway. Wprowadza się ona na farmę amiszów, aby zamieszkać razem z Katie, pilnować jej i opracować linię obrony. To wszystko nie jest takie łatwe. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że Katie kompletnie nie chce współpracować i nieprzerwanie upiera się przy tym, że nie urodziła żadnego dziecka. Po drugie dlatego, że amisze wiodą bardzo surowy, właściwie pierwotny styl życia. Nie znają mediów, czy elektryczności. Najważniejszymi dla nich wartościami są: praca, rodzina, pokora.

Picoult już na wstępie zarobiła u mnie plusa pięknym stylem i umiejętnie wplecionymi w fabułę informacjami o kulturze amiszów, ich obyczajach, sposobach zachowania, codzienności. Dzięki temu czytanie jest przyjemnością z jednej strony i pożytkiem z drugiej. Przyjemnością, bo duża ilość informacji nie powoduje chaosu i nie utrudnia lektury, a wręcz czyni ją ciekawszą. Pożytkiem natomiast dlatego, że możemy ubogacić swoją wiedzę.

Fabuła utworu jest niezwykle porywająca i skomplikowana została przez autorkę do granic możliwości. Tym, którzy obawiają się, czy Picoult nie przegięła z gmatwaniem wątków mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie. Wszystko jest ogromnie poplątane – to fakt. Niemniej jednak nie za bardzo. Subtelnie. Tak, żeby absolutnie nie wprowadzić zamieszania i wrażenia, jakby gmatwało się fabułę „na siłę”. Do końca nie wiemy kto jest winny, choć na zakończenie czeka się z niecierpliwością. Autorka umiejętnie wodzi czytelnika za nos. Prawdę odkrywamy powoli, w napięciu, stopniowo, kartka po kartce, a ostatecznie dowiadujemy się wszystkiego dopiero na ostatniej stronie.

Kompozycja. Tego należałoby się najbardziej obawiać biorąc pod uwagę stopień zagmatwania fabuły i fakt, że cała historia przedstawiona jest z różnych punktów widzenia i obfituje w liczne retrospekcje. Tymczasem jednak Picoult udowodniła, że potrafi „mierzyć siły na zamiary” i również pod względem kompozycyjnym poradziła sobie świetnie. Każdy wątek poprowadzony został tak, jak powinien. Każdemu poświęcona została odpowiednia ilość uwagi, adekwatnie do sytuacji.

Cała akcja książki jest starannie przemyślana i dopracowana w najdrobniejszym szczególe. Można to zaobserwować już podczas lektury pierwszych stron, a podczas każdej kolejnej to przekonanie tylko się umacnia. Akacja idealnie współgra z treścią i razem tworzą świetną całość. Na dodatek lektura dostarcza wielu emocji – pozytywnych i negatywnych.

Świadectwo prawdy to bardzo wartościowa pozycja podejmująca uniwersalne problemy, które w jakimś stopniu dotykają każdego. W subtelny sposób zmusza do zastanowienie się nad tym co tak naprawdę ma w życiu znaczenie. Przypomina także o tym, jak ogromną wartością jest rodzina. Ile może dać i jak jest cenna. Ta książka to nie tylko niesamowita i świetnie napisana historia, ale także rozważania nad naturą prawdy. To powieść z morałem. Picoult ukazała w niej między innymi czym może się skończyć dążenie do akceptacji wśród otoczenia za wszelką cenę, a także to jak wysoce mylne potrafią być pozory, na których tak często polegamy.

Moja ocena: 5/6

13/04/2012

„Emma” – Jane Austen

O Jane Austen słyszał chyba każdy. Większość kojarzy ją zapewne z Rozważną i romantyczną, gdyż to jest jej najpopularniejsze dzieło. Austen napisała jednak wiele innych wyśmienitych powieści. Jedną z nich jest Emma – pogodna i lekka opowieść, którą czyta się bardzo szybko i przyjemnie, mimo iż akcja toczy się bardzo powoli.

Główną bohaterką jest Emma Woodhouse, dwudziestokilkuletnia kobieta, reprezentantka tak zwanych wyższych sfer. Mieszka ona razem z ojcem w wielkim domu. Życie upływa jej na balach, proszonych obiadach i plotkach. Jest istotą niezwykle rozpieszczoną, apodyktyczną, przekonaną o własnej nieprzeciętności i wyższości nad innymi. Trzeba przyznać, że to bohaterka dosyć irytująca. Przede wszystkim dlatego, że ocenia innych ludzi na podstawie ich urodzenia, statusu społecznego, majątku. Ponadto jest święcie przekonana o własnej nieomylności. Wszelkie próby zwrócenia jej uwagi, że myśli się lub postępuje niewłaściwie – ignoruje. Uwielbia bawić się w swatkę, co tylko w jej mniemaniu dobrze jej wychodzi. To także feministka, która wysoko ceni sobie wolność osobistą i niezależność. Chce swatać wszystkich dookoła, ale sama stroni od małżeństwa. Robi niezbyt sympatyczne wrażenie, nieprawdaż? A jednak – paradoksalnie – jest w Emmie coś, co sprawia, że nie da się jej nie lubić. Może nawet z powodu tych wszystkich wad lubi się ją jeszcze bardziej? Sympatię wzbudzają też liczne zabawne sytuacje, w które zostaje uwikłana – często z własnej winy. Do tego dorzućmy przezabawny język, jakim się posługuje – i naprawdę, mimo wszystko, nie sposób nie żywić do niej ciepłych uczuć.

Zupełnie nie wiem, jak Austen to robi, ale ma ona niezwykłą umiejętność tworzenia bohaterów bardzo wyrazistych, którzy z jednej strony zdają się „nie z tego świata”, a z drugiej – uderzają właśnie swoim realizmem. Na kartach Emmy jest ich pełno. Gdyby ktoś mnie zapytał, za co najbardziej cenię sobie powieści tej pisarki, bez wahania odpowiedziałabym, że właśnie za kreację bohaterów.

Emma jest powieścią niezwykle zabawną i humorystyczną. Po pierwsze, ze względu na język, jednak nie tylko. Trzeba zauważyć, że to typowa komedia omyłek, ale i niesamowita komedia społeczno-obyczajowa. Obfituje w zabawne perypetie i przedstawia w nieco krzywym zwierciadle zwyczaje panujące w czasach współczesnych autorce. Opowiada z przymrużeniem oka o kwestiach zaprzątających na co dzień głowy reprezentantów ówczesnych wyższych sfer.

Kolejną rzeczą, która bardzo spodobała mi się w Emmie, jest sposób, w jaki autorka manipuluje czytelnikiem. Czyni to poprzez wypowiedzi bohaterów, za których pomocą sugeruje czytającemu takie, a nie inne rozwiązanie, by za chwilę udowodnić mu, że podąża złym tropem. Ten zabieg Austen stosuje na kartach swojej powieści kilkakrotnie. Dzięki niemu lektura jest jeszcze przyjemniejsza i bardziej wciągająca.

Momentami byłam – przyznaję – troszkę zawiedziona i rozczarowana. Pewne kwestie zdały mi się potraktowane nieco po macoszemu, a inne niedokończone. Niemniej jednak uważam, że książka jest warta przeczytania. Jest wprost idealna na wolne wieczory. Czyta się ją bardzo szybko, lekko i przyjemnie mimo powolnego toku akcji. Jest niezwykle pogodna i ma ten niepowtarzalny klimat, który potrafi stworzyć tylko Austen.

Moja ocena: 5,5/6

02/02/2012

„Romans na receptę” – Monika Szwaja

Kiedy słyszę hasło „literatura kobieca”, to z reguły „nóż mi się w kieszeni otwiera”. To dlatego, że większość publikacji tego nurtu wyróżnia się przede wszystkim tandetą – przynajmniej dla mnie. Po Romans na receptę sięgnęłam, gdy leżałam w szpitalu i umierałam z nudów. Nie miałam nic do czytania i wówczas inna pacjentka pożyczyła mi lekturę. Postanowiłam przeczytać. Wiadomo: „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”.

Główną bohaterką jest Eulalia – kobieta po pięćdziesiątce, reporterka telewizyjna. Prywatnie matka dorosłych już bliźniaków posiadająca swój mały domek, samochód i rodzinkę, która dba o to by nie zabrakło jej wrażeń. Był jeszcze mąż, który jednak pewnego dnia poszedł sobie w długą. Pewnego dnia nieco podłamana kobieta prosząc o radę znajomego psychologa otrzymuje zalecenie przeżycia romansu. Ku swojemu własnemu zdumieniu niebawem zakochuje się.

Sięgając po Romans na receptę przygotowałam się na coś w najlepszym razie w marę zjadliwego i przeciętnego. Tymczasem lektura okazała się być bardzo przyjemna. Po pierwsze dlatego, że napisana jest w sposób niezwykle humorystyczny. Duża dawka śmiechu gwarantowana. Szwaja posiada niezwykle lekkie pióro i jest niewątpliwie pomysłowa. Perypetie głównej bohaterki i jej rodzinki zostają najpierw zmyślnie i porządnie poplątane, a potem są stopniowo rozplątywane. Ponadto Szwaja w niesamowity sposób przedstawiła w Romansie na receptę typowo kobiecy sposób myślenia i – co jest sporym atutem – uczyniła to w sposób ciekawy i humorystyczny.

Podsumowując: nie jest to lektura ambitna i nie należy od niej oczekiwać zbyt wiele. Natomiast jest idealna na nudę. Czyta się szybko, lekko i przyjemnie. I można się przy niej nieźle uśmiać, a co za tym idzie zapomnieć na chwilę o szarości dnia codziennego. Dla zabicia czasu lub gdy przyjdzie po prostu chęć przeczytania czegoś lżejszego – serdecznie polecam.

Moja ocena: 4/6