„Na wschód od Edenu” – John Steinbeck

nawschododedenuSą takie książki, nad którymi zastanawiam się bardzo długo, zanim wreszcie zdecyduję się po nie sięgnąć. Do nich zalicza się Na wschód od Edenu Steinbecka. Chyba rok, jeśli nie dłużej, zastanawiałam się: „przeczytać czy nie?”, zanim wreszcie zdecydowałam się dać Seinbeckowi szansę. A i wtedy jeszcze nie byłam przekonana, czy na pewno dobrze robię. Pierwsze wrażenie też nie było najlepsze, ponieważ źle się nastawiłam już na samym początku i nie bardzo rozumiałam, o co chodzi. Na szczęście szybko się to zmieniło i dostrzegłam, że wszystko, co uważałam początkowo za bezsensowne, ma w tej książce znaczenie i układa się w jedną całość.

Na wschód od Edenu to pod wieloma względami urzekająca wielowątkowa saga rodzinna. Opowiada o losach dwóch rodzin żyjących w Kalifornii na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. W istocie jednak jest to opowieść o całej ludzkości i jednocześnie o każdym człowieku z osobna. Czas i miejsce akcji nie mają żadnego znaczenia dla wymowy utworu i przesłania, jakie on ze sobą niesie.

Steinbeck właściwie przedstawił tylko historię zwykłych ludzi. Takich, jakich spotkać możemy wszędzie, takich, jakimi jesteśmy my sami. Pokazał bliskie nam wszystkim problemy, rozterki, radości. Opowiedział bardzo po ludzku o miłości, nienawiści, przyjaźni, zazdrości, odrzuceniu, dojrzewaniu, poznawaniu i odkrywaniu samego siebie. Jednocześnie poddał to wszystko wnikliwej i subtelnej analizie, zmuszając czytelnika do zastanowienia się nad samym sobą, własnym człowieczeństwem, własnymi uczuciami, stosunkiem do siebie samego, do świata i do innych ludzi.

W podjęciu dogłębnej i rzetelnej autorefleksji pomaga nam cała plejada rozmaitych postaci. Każda z nich jest indywidualna, specyficzna, ale nawzajem się uzupełniają – zupełnie jak ludzie w realnym życiu. Każda ucieleśnia inny aspekt człowieczeństwa i życia – mamy więc niepowtarzalną okazję prześledzenia rozmaitych postaw życiowych. Urzekające i wnikliwe studium psychologiczne postaci pozwala przyjrzeć się każdemu z tych aspektów niejako z osobna. A w sumie uzyskujemy pełny i bardzo realistyczny obraz człowieczeństwa.

Wszyscy bohaterowie wzbudzają w czytelniku emocje. Naturalnie każdy inne. Jak już wspomniałam, są silnie zindywidualizowani. Widać to właściwie na każdym kroku. Czemu to ma służyć, również już napisałam. Ponadto wszyscy są, wbrew pozorom, dosyć jednoznaczni. Generalnie są dobrzy lub źli i nietrudno wyczuć, kto do której grupy się zalicza. Mimo to jednak każda z osób występujących na kartach tej powieści ma w sobie zarówno pierwiastek dobra, jak i zła. Dzięki temu autor pokazał nam wyraźnie, że dobro i zło nieustannie krzyżują się w człowieku.

Wyjątek stanowi tutaj Cathy – od początku do końca jest zła i nie ma w niej ani krztyny dobroci. Jej zło jest niczym nieuzasadnione, niewytłumaczalne. Każdy z bohaterów Na wschód od Edenu jest tak naprawdę symbolem; i każdy symbolizuje coś innego. Ta kobieta jest ucieleśnieniem zła – obecnego na świecie wszędzie tam, gdzie jest człowiek, z którym każdy będzie się musiał prędzej czy później zmierzyć.

Kreacja bohaterów i wnikliwe studium psychologiczne każdego z nich dają – jak już wspomniałam – ważenie realizmu. Widać, że autorowi na nim zależało, ponieważ aby je spotęgować, zastosował jeszcze szereg innych środków, takich jak liczne szczegółowe opisy kalifornijskiego klimatu, tamtejszej fauny i flory. Oprócz tego gdzieś w tle pojawiają się wzmianki na temat panujących ówcześnie w Ameryce nastrojów społecznych i politycznych. Steinbeck zadbał o każdy – najmniejszy nawet – szczegół.

Dla zrozumienia utworu niezwykle ważne jest zwrócenie uwagi na symbolikę postaci Kaina i Abla. Z mojego punktu widzenia było to dosyć trudne i trochę czasu upłynęło, zanim ją dostrzegłam i odczytałam właściwie jej sens i cel.

Powieść Steinbecka to niezwykle barwna historia o zmaganiu się dobra ze złem. Przekazuje ona prawdę uniwersalną o życiu i świecie. Uważam, że tę pozycję warto przeczytać, choć momentami styl autora jest, moim zdaniem, zbyt chaotyczny i nieco za ciężki. To na pewno nie było moje ostatnie spotkanie ze Steinbeckiem.

Moja ocena: 5/6

„Służące” – Kathryn Stockett

sluzaceDo przeczytania Służących skłoniła mnie rekomendacja BiblioNETki oraz liczne pochlebne recenzje, które czytałam na ich temat. Mimo wszystko nie oczekiwałam po tej książce niczego specjalnego. Przypuszczałam, że będzie co najwyżej dobra. Tymczasem okazała się świetna.

Akcja powieści umiejscowiona została w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Wszystkie wydarzenia rozgrywają się w amerykańskim miasteczku Jackson. Główny wątek stanowi panująca wówczas segregacja rasowa. Czytelnik poznaje przede wszystkim losy dwóch czarnoskórych pomocy domowych i życie ich białych państwa. Służące ze względu na kolor skóry bezustannie doświadczają rozmaitych upokorzeń. Żyją tak cierpiąc po cichu, sumiennie wykonując swoje obowiązki i nie skarżąc się, aby tylko nie utracić posady. Biała kobieta – panienka Skeeter nie zgadza się z ostracyzmem społeczeństwa w stosunku do czarnoskórych. Oburzona inicjatywą sanitarną dla kolorowej służby – której pomysłodawczynią jest notabene jej przyjaciółka, panienka Hilly – dziewczyna postanawia coś z tym faktem zrobić. Chce napisać książkę o niewiarygodnie złej sytuacji ciemnoskórych.

Książka podpadła mi właściwie „na dzień dobry” sposobem narracji. Otóż mamy tutaj aż trzech narratorów, a właściwie narratorki. Dwie czarnoskóre służące – Aibileen, pracującą u jednej z dawnych przyjaciółek panienki Skeeter i Minny, która pracowała przez pewien czas u bezdusznej Hilly i już naście razy traciła pracę. Trzecią narratorką jest sama panienka Skeeter. Nie lubię książek, w których występuje kilku narratorów. Z zasady. Z reguły oznacza to totalny chaos i wpływa zdecydowanie ujemnie na całokształt powieści. Uważam, że wprowadzanie kilku sposobów narracji w jednym dziele tak, aby nie nudzić i nie utrudnić czytelnikowi odbioru, wymaga od autora nie lada wysiłku i talentu.

Kathryn Stockett udowodniła, że talent ten ma. Tym razem – ku mojemu własnemu zaskoczeniu – nie mogę się przyczepić. Błyskawicznie zapomniałam o swojej awersji do narracji prowadzonej z kilku punktów widzenia. Stało się tak dzięki temu, że narratorki zostały silnie zindywidualizowane. Indywidualizacja ta zaznacza się na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim jednak w kwestii języka. Każda postać mówi bowiem innym, swoim, indywidualnym językiem. Służące posługują się językiem gwarowym. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że jeśli chodzi o stylizację językową, to jestem nią po prostu zachwycona. To olbrzymi plus. Dzięki temu zyskuje narracja, zyskuje kreacja bohaterek i zyskuje cały utwór. Odrębność głównych bohaterek powieści zaznacza się również w tym, że każda z nich ma inny charakter i inne doświadczenia życiowe. Łączy je jedno: nie zgadzają się z podziałem społeczeństwa na białych i czarnych – na lepszych i gorszych.

Bohaterki zestawione zostały ze sobą na zasadzie kontrastu. Pokornej i cichej Aibileen autorka przeciwstawiła pyskatą i niepokorną Minny, a pałającej nienawiścią do Murzynów panience Hilly – przeciwną segregacji rasowej panienkę Skeeter. Gdzieś tam w tle, z boku jest jeszcze pani Leefold, kobieta pusta, pozbawiona własnego zdania i wszelkich uczuć – zarówno tych dobrych, jak i tych złych.

Wszystkie postacie są, jak już wspomniałam niesamowite, niezwykle barwne. Mam tu na myśli przede wszystkim główne bohaterki, ale nie tylko. Postacie drugoplanowe również zasługują w tym względzie na uwagę. One także, choć pojawiają się tylko w tle, wykreowane zostały z najwyższą starannością, dzięki czemu książka sprawia wrażenie dokładnie przemyślanej i rozplanowanej, a to kolejny duży atut.

Następnym ogromnym atutem utworu jest autentyzm. Składa się nań mnóstwo różnych czynników. Po pierwsze, czas i miejsce akcji; po drugie, szereg faktów historycznych, które na kartach powieści zostały przytoczone. Po trzecie, silna, wielopłaszczyznowa indywidualizacja postaci, o której już tu pisałam. Do tego jeszcze kontekst biograficzny. Można śmiało powiedzieć, że Kathryn Stockett wie, o czym pisze, gdyż sama urodziła się pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia w Jackson i była wychowywana przez czarnoskórą nianię. Autorka przedstawia ówczesne realia bez ogródek i ubarwiania.

Książka jest niesamowicie wciągająca. Wzbudza całe mnóstwo rozmaitych emocji. Od wściekłości i smutku, poprzez nadzieję i radość, do rozbawienia. Jej lektura jest nie tylko przyjemna, ale i pożyteczna. Niesie bowiem ze sobą uniwersalne przesłanie, które nigdy nie traci na ważności. Mówi o tym, że trzeba walczyć z przeciwnościami losu, a także przypomina, że jeśli chcemy zmienić świat, powinniśmy zacząć od naszego najbliższego otoczenia.

Moja ocena: 6/6

„Dom duchów” – Isabel Allende

domduchowDom duchów to część trylogii iberoamerykańskiej pisarki Isabel Allende. Powstała jako pierwsza, ale chronologicznie w całym cyklu jest trzecia. Cykl można czytać jednak w dowolnej kolejności.

Tytuł mógłby sugerować, że mamy do czynienia z powieścią fantasy. Jest to jednak wyśmienita saga rodzinna opowiadająca o dziejach rodziny Truebów. Clary, jej córki Blanki oraz wnuczki Alby. To powieść głównie o tych trzech kobietach, aczkolwiek z literaturą kobiecą ma bardzo niewiele wspólnego, właściwie nic. Głównym bohaterem jest Esteban Trueba – mąż Clary, człowiek uparty, porywczy i despotyczny. Pierwotnie jego żoną miała zostać siostra Clary, ale niestety zmarła na krótko przed ślubem. Fabuły nie będę opisywała zbyt szczegółowo. Po pierwsze, nie chcę niczego popsuć tym, którzy zdecydują się tę powieść przeczytać, a po drugie, myślę, że co najmniej część z Was oglądała głośny film o tym samym tytule nakręcony na jej podstawie. Oczywiście książka jest zdecydowanie lepsza!

Jak już wspomniałam, mimo iż głównym bohaterem Domu duchów jest mężczyzna, w tej opowieści „pierwsze skrzypce” grają zdecydowanie trzy pokolenia kobiet. Kobiet silnych, odważnych, pewnych siebie i wiedzących, czego chcą od życia, umiejących walczyć o to, co dla nich ważne i osiągających to. Są zawzięte i nieustępliwe. Bardzo konsekwentne w uczuciach. Mają, kolokwialnie mówiąc, „swój świat i swoje kredki”. Świat piękny, niesamowity i przede wszystkim magiczny. Utwór ubogaca szereg barwnych postaci drugoplanowych, które niejednokrotnie odgrywają znaczącą rolę. Wszyscy bohaterowie oddziałują silnie na emocje czytelnika, dzięki czemu ma się wrażenie, że razem z nimi uczestniczy się we wszystkich opisywanych wydarzeniach.

Allende nie można odmówić talentu prozatorskiego. Stworzyła ona ponadczasową, poruszającą do głębi sagę rodzinną. Magiczną, wielowątkową, intrygującą, tajemniczą. W przepiękny sposób snuje opowieść o rodzinie Truebów. Mówi magicznym językiem o miłości, nienawiści, strachu, pragnieniach, radościach, przebaczaniu, walce, które czają się w sercach bohaterów. Po prostu o rodzinie. Wszystkiemu towarzyszy aura magii i tajemniczości.

Narracja prowadzona jest dwutorowo. Mamy do czynienia z narratorem pierwszoosobowym, którym jest Esteban Trueba i trzecioosobowym – którym jest Alba. To dla mnie minus. Zaznaczam – dla mnie. Autorka świetnie sobie poradziła z „ogarnięciem” dwóch toków narracji i oba prowadzone są rzetelnie. Nie można się właściwie do niczego przyczepić. Po prostu ja nie lubię książek, w których występuje więcej niż jeden narrator.

To niesamowita powieść. Uroku dodaje jej osadzenie fabuły w realiach historycznych. Akcja rozgrywa się na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, z rewolucją chilijską w tle. Bohaterowie uwikłani są w ciekawy i przemyślany sposób w wydarzenia polityczne owych czasów.

Moja ocena: 6/6

„Dziki Imbir” – Anchee Min

dzikiimbirPowieść ta opowiada o perypetiach młodej dziewczyny – Dzikiego Imbiru – rozgrywających się w Chinach, w czasie rewolucji kulturalnej. Wówczas władzę w tym kraju sprawował Mao. Główna bohaterka nie ma łatwego życia. Koleżanki i koledzy w szkole traktują ją jako wroga numer jeden, a to dlatego, że jest osobą „politycznie podejrzaną”. Dlaczego? Ze względu na swoje „reakcyjne” – jak na czasy i kraj, w których przyszło jej żyć – pochodzenie. Jej rodzicami byli: francuski arystokrata i chińska śpiewaczka operowa.

Książka jest krótka, napisana prostym, niewyszukanym stylem, który momentami zdaje się trochę nieporadny, nie do końca wyrobiony. Moim zdaniem, autorka nie do końca radzi sobie z ciągłością fabuły. Jeśli o samą fabułę chodzi, nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń, natomiast czytając Dziki Imbir niejednokrotnie nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autorka miała wcześniej ujęty w punkty pomysł na książkę – na taką, a nie inną konstrukcję bohaterki, fabuły itd. Niestety chwilami miałam wrażenie, że czytam taką listę najważniejszych rzeczy, które autorka na końcu próbowała jakoś „na siłę” czymś połączyć, żeby utworzyły książkę, jedną spójną całość. To drobna usterka, niedopracowanie warsztatowe, niemniej dla mnie dosyć istotna, jako że jestem z natury czytelniczką wybredną i wymagającą, zwłaszcza w stosunku do utworów takich jak ten.

Pomimo kilku minusów książka jest bardzo interesująca, choć prosta. Wciąga i fascynuje niemalże od pierwszej do ostatniej strony, i porusza do głębi. Czym? Po pierwsze, właśnie prostotą, a po drugie – fabułą, która jest niewątpliwie ciekawa, pomysłowa i podporządkowana określonemu zamysłowi artystycznemu. Po trzecie, również konstrukcją postaci tytułowej bohaterki, sposobem przedstawienia jej i jej życia, na które czytelnik patrzy oczyma Jawor – narratorki i zarazem przyjaciółki Dzikiego Imbiru. Poznając losy Dzikiego Imbiru, czytelnik może przekonać się niemal ?na własnej skórze?, jak łatwo (zwłaszcza w warunkach komunizmu) zabić wolność osobistą. Okazuje się, że dobrze i bezpiecznie w takich realiach mogą czuć się tylko konformiści. Dowiadujemy się również, do czego zdolny jest człowiek, by uzyskać aprobatę ze strony innych. Dziki Imbir chce do czegoś dojść, chce być wreszcie kimś. Patrząc na nią poznajemy znaczenie, sens i zarazem cenę takich słów, jak: determinacja, tożsamość, naiwność, walka o swoje marzenia, poświęcenie dla idei. Autorka świetnie, powiedziałabym wręcz – po mistrzowsku, naszkicowała w powieści obraz chińskich realiów za czasów panowania Mao. To, moim zdaniem, zdecydowany plus.

Była to moja pierwsza czytelnicza przygoda z Anchee Min, i pomimo kilku „ale” na pewno nie ostatnia. Nie będę tej książki jednoznacznie polecać ani też odradzać. Zależy, co kto lubi, a jak powszechnie wiadomo, o gustach się nie dyskutuje. Niewątpliwie jest to książka specyficzna. Najlepiej więc oceńcie ją sami.

Moja ocena: 5/6