„O modlitwie” – Clive Staples Lewis

omodlitwieLewisa zna chyba każdy. Ja swoją czytelnicza przygodę z nim rozpoczęłam pod koniec szkoły podstawowej od cyklu Opowieści z Narnii. Kraina ta zachwyciła mnie i żyła w mojej wyobraźni bardzo długo, a Lewis stał się jednym z moich ulubionych pisarzy. Toteż gdy niedawno nadarzyła się okazja przeczytania jednego z jego ostatnich dzieł – O modlitwie – postanowiłam z niej skorzystać.

O modlitwie to króciutka, niespełna dwustustronicowa książeczka, wydana już po śmierci autora. Jest to powieść epistolarna. W dwudziestu dwóch listach pisanych do fikcyjnego przyjaciela – Malkolma Lewis dzieli się z czytelnikiem swoimi refleksjami i doświadczeniami dotyczącymi modlitwy.

Byłam tej książki bardzo ciekawa. Nie tylko dlatego, że interesująca wydała mi się jej tematyka. Także dlatego, że chciałam poznać stanowisko Lewisa wobec modlitwy. Ciekawa byłam, czym ona jest i jakie ma znaczenie dla człowieka, który wiarę przyjął bardzo późno, bo już będąc dorosłym człowiekiem. Czy w tym względzie moje oczekiwania zostały zaspokojone? Zdecydowanie tak.

Pisarz w swoich listach przepięknie, za pomocą prostego i zarazem bardzo sugestywnego obrazowania, które śmiało można uznać za jedną z charakterystycznych cech jego stylu, ukazuje i wyjaśnia swoje poglądy dotyczące modlitwy przede wszystkim, ale także wiary. Nie ogranicza się jednak do wypowiadania swojego zdania. Poza przywołaniem licznych, obrazowych przykładów ilustrujących jego tezy, Lewis dzieli się z nami również własnym doświadczeniem wiary. Radzi jak przyjaciel. Listy do Malkolma to bowiem tak naprawdę listy do każdego z nas. Pokazuje, że modlitwa jest czymś więcej niż li tylko klepaniem wyuczonych formułek. Dzieląc się z nami swoim doświadczeniem modlitwy, która jest dla niego rozmową Boga i człowieka, nie daje gotowych recept, ale mobilizuje do odkrywania głębi i piękna modlitwy.

Dzięki swojej formie książka nie ma charakteru mentorskiego. I bardzo dobrze. Lewis po przyjacielsku w każdym ze swoich listów zachęca nas, byśmy krok po kroku odpowiadali sobie sami na pytania o własną wiarę i modlitwę. Zostajemy niejako zmuszeni do podjęcia autorefleksji, zatrzymania się na chwilę i przemyślenia kilku kwestii. Ale ten Lewisowski przymus jest bardzo wysublimowany i taktowny. To zachęta, której nie można zignorować bez wyrzutów sumienia.

Mimo niewielkiej objętości książki, nie jest to zdecydowanie lektura na jeden wieczór. Aby dobrze ją zrozumieć, trzeba czytać powoli, smakując każde zdanie i uważnie analizując treść. Nie jest to łatwe. Nie tylko ze względu na tematykę, która już sama w sobie jest dosyć wymagająca, ale także z uwagi na fakt, iż Lewis posługuje się momentami bardzo hermetycznym językiem. Niestety wpływa to w dużej mierze na odbiór Listów… i sprawia, że czyta się je troszeczkę wolniej. Zrozumienie ich i wyłuskanie z nich czegoś dla siebie będzie możliwie tylko wtedy, gdy czytać będziemy powoli i w skupieniu.

O modlitwie to świetne studium modlitwy i świadectwo wiary, ale nie tylko. To także mnóstwo pięknych cytatów. Pozycję tę mogę polecić każdemu, kogo choć trochę interesują kwestie związane z wiarą. Wyznanie, moim zdaniem, jest tu bez znaczenia. Książka bowiem napisana została tak, że każdy, jeśli tylko zechce, odnajdzie w niej coś dla siebie.

Moja ocena: 5/6

„Muzyka fal” – Sara MacDonald

muzykafalPiękna? Owszem. Wzruszająca? Tak. Losy Marty, Freda, Barnaby’ego, Lucy i Anny są przejmujące i wciągają. Ale ja osobiście czuję się oszukana. Liczyłam na coś więcej. I nie jest to zwykły czytelniczy niedosyt, który towarzyszy, gdy człowiekowi żal, że książkowa przygoda dobiegła końca. To bardziej rozczarowanie.

Książka jest piękna i poruszająca, ale czegoś jej brakuję. Nie ma w niej tego dreszczyku emocji, niepewności co będzie dalej. Wszystko wiadomo właściwie z góry. Tym samym po kilkunastu stronach dalsze czytanie właściwie nie ma sensu.

Bohaterowie są tak przesadnie jednoznaczni, że nietrudno się domyślić zakończenia. Ponadto właściwie przez cały czas miałam wrażenia, że czytam bajkę dla dzieci, której celem jest ukazanie różnic między dobrem, a złem, a czasami nawet zdawało mi się, że czytam scenariusz brazylijskiej telenoweli.

Doczytałam do końca, niemniej jednak cały czas czytałam mając nadzieję, że nastąpi jakiś minimalny zwrot akcji, jakaś zmiana. Na próżno. W tej powieści od razu wiadomo kto jest dobry, kto zły, kto „wygra”, a kto „przegra”.

Na początku napisałam jednak, że uważam tę pozycję za wyjątkową i wzruszającą. Podtrzymuję to zdanie, jednak, książka ta jest taka moim zdaniem tylko lub w dużej mierze, dzięki wplecionym pomiędzy poszczególne wydarzenia wspomnieniom z okresu okupacji. Ponadto – i to trzeba autorce oddać – utwór jest napisany prostym, ale subtelnym, pięknym stylem co jest niewątpliwie dużym plusem.

To wszystko powoduje, że książka mimo swojej nieskomplikowanej konstrukcji świata przedstawionego i przesadnej jednoznaczności w konstrukcji bohaterów jest godna uwagi. Choć jeśli lubicie książki, w których coś się dzieje, a bohater zaskakuje, zmienia się, jest dynamiczny, to raczej darujcie sobie tę pozycję.

Moja ocena: 4/6