„Na zakręcie” – Nicholas Sparks

nazakrecieO książkach Sparksa już od dłuższego czasu słyszałam same pozytywne opinie, więc chciałam w końcu poznać jego twórczość i wyrobić sobie o niej własne zdanie. Nastawiona byłam raczej pozytywnie. Między innymi z tego względu, iż często Sparksa porównuje się z Picoult, a ja książki tej pani darzę ogromną sympatią. Postanowiłam dać autorowi szansę i tak oto, jakiś czas temu, wzięłam do ręki Na zakręcie. Jak oceniam to pierwsze czytelnicze spotkanie z Nicholasem Sparksem? Gdybym miała jednym słowem określić wrażenie, jakie ta książka na mnie wywarła, byłoby to: rozczarowanie. Trudno mi ją jednak jednoznacznie ocenić jako dobrą bądź złą.

Miles – miejscowy szeryf, wdowiec i ojciec dziewięcioletniego Jonaha – długo nie może się pogodzić z tragiczną śmiercią swojej żony, Missy. Choć od wypadku, w którym zginęła minęło już sporo czasu, nie udało się odnaleźć sprawcy. Miles jest pogrążony w rozpaczy i nadal próbuje dociec prawdy na temat śmierci żony. Mały Jonah ma coraz większe problemy w nauce. Miles poznaje Sarę – nauczycielkę swojego synka. Między dorosłymi powoli kiełkuje uczucie…

Książka ma dwa oddzielnie prowadzone wątki. Pierwszy – romansowy – opowiada o uczuciu rozwijającym się między dwojgiem dorosłych, a także o ich życiu. Wysuwa się on na pierwszy plan. Drugi natomiast – kryminalny – dotyczy śmierci Missy i prowadzony jest przez tajemniczego narratora-zabójcę. Kto nim jest? Trudno będzie Wam zgadnąć. Tego jestem pewna. Wątek pierwszy jest banalny, całkowicie przewidywalny i zwyczajnie nudny. Przeważnie był dla mnie mdły, a do tego momentami musiałam walczyć z sennością. Jednym słowem, klapa. Natomiast zupełnie inaczej prezentuje się wątek kryminalny. Wciąga i trzyma w napięciu od początku do końca. Jest ciekawy, intrygujący, nieprzewidywalny.

Dużym plusem jest język – prosty, niewyszukany, ale nawet ładny. Gdzieniegdzie bardzo sugestywny. Podobało mi się to, jak Sparks pisze o ludzkich uczuciach. W tym jest, moim zdaniem, dosyć dobry – trzeba mu to oddać. Bardzo realistycznie i przejmująco udało mu się opowiedzieć o uczuciach, wątpliwościach i trudnościach związanych ze stratą ukochanej osoby i trudnym procesem powrotu do normalności. Czasami za dużo było w tym wszystkim nieuzasadnionego patosu, ale generalnie jest całkiem, całkiem. Biorąc pod uwagę, że autorem książki jest mężczyzna, to już w ogóle…

Podsumowanie tej powieści nie jest dla mnie łatwe. Można się przy niej wynudzić, jest w dużej mierze banalna i schematyczna, ale pięknie, choć nie bez patosu, mówi o ludzkich uczuciach i problemach. Ma świetnie zbudowany wątek kryminalny i specyficzne zakończenie… I mimo wielu wad nie mogę jej odmówić szczególnego klimatu, który raz po raz daje się wyczuć. Lektura często jest nużąca, ale plusem jest to, że, bądź co bądź, ostatecznie czyta się tę książkę dosyć szybko. Na zakręcie budzi we mnie bardzo ambiwalentne uczucia. Na razie nie skreślam Sparksa, ale ta powieść wcale mi nie pomogła w wyrobieniu sobie o nim zdania. Będę musiała przeczytać co najmniej jeszcze jedną jego pozycję, żeby móc się zdeklarować. Czy polecam Na zakręcie? Ani tak, ani nie. Zdecydujcie sami.

Moja ocena: 3/6

„Niania w Nowym Jorku” – Nicola Kraus, Emma McLaughlin

nianiawnowymjorkuNiania w Nowym Jorku to opowieść o młodej dziewczynie, która pewnego dnia podejmuje pracę jako opiekunka do dziecka w jednej z bogatych nowojorskich rodzin. Jej pracodawcy – państwo X – są tak zajęci sobą, że w ogóle nie zwracają uwagi na swojego synka. Matka koncentruje się wyłącznie na sprawach takich jak makijaż, ubrania czy im podobne. Ojciec natomiast całe dnie spędza w firmie i poza nią niewiele go obchodzi. Dziecko tych dwojga – czteroletni Grayer – jest dla rodziców kosztownym w utrzymaniu dodatkiem do życia. Generalnie traktują go jak rzecz i poświęcają mu uwagę tylko wtedy, gdy mogą się nim w jakiś sposób pochwalić. Malec całe dnie spędza z nianią. Ona jest przy nim cały czas. Karmi go, ubiera, prowadzi do przedszkola i na dodatkowe zajęcia. Ona także układa go wieczorem do snu.

Do tej książki nastawiona byłam nawet dosyć pozytywnie, zważywszy na to, że uwielbiam dzieci, a zawód niani od zawsze mnie bardzo interesował – także ze względów osobistych. Nie spodziewałam się niczego genialnego, ale miałam nadzieję na dobrą, lub przynajmniej przeciętną, pozycję. Tymczasem bardzo się rozczarowałam. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ta książka stała się światowym bestsellerem. Dla mnie jest to totalna pomyłka i zarazem kolejny dowód, że na ogół na książki noszące miano bestsellerów rzucać się nie warto. To także jeden z tych przypadków, w których – dla mnie – film okazał się o wiele lepszy od książki.

Zamieszczona na okładce nota wydawnicza informuje, że czeka mnie przyjemna i dowcipna lektura. Nie ubawiłam się jednak wcale. Może raz czy dwa uśmiechnęłam się lekko do siebie. I tyle. Nie znajduję tam nic szczególnie dowcipnego i również nie bardzo rozumiem, dlaczego właśnie takim epitetem opatrzono tę książkę. Cały czas miałam nieodparte wrażenie, że wszystkie zabawne sytuacje wprowadzane były na siłę i że pewnym scenom chciano przydać komizmu za wszelką cenę. W tej kwestii totalna klapa.

Sam pomysł napisania tej książki uważam za bardzo dobry. Jednakże ciekawy koncept to nie wszystko, bo żeby wypalił, trzeba mieć określone uzdolnienia, dysponować odpowiednimi środkami do jego realizacji. Autorkom – moim zdaniem – właśnie pewnych predyspozycji tu zabrakło. Przede wszystkim w zakresie języka i stylu, pozostawiają one bowiem wiele do życzenia. Styl jest bardzo chaotyczny, ciężkostrawny, ubogi i co gorsza, śmiertelnie nudny. Czasami też zdawało mi się, że czytam niezbyt uporządkowane urywki z pamiętnika jakiejś dwunastolatki. Sądzę, że przy odrobinie talentu dałoby się napisać to samo o wiele ciekawiej.

Fabuła Niani w Nowym Jorku to fikcja literacka, ale autorki stworzyły ją zainspirowane doświadczeniami, jakich dostarczyła im praca w tym fachu. To duży plus, jeśli autor wie, o czym pisze. Jednak czegoś mi tu brakowało. Sama do końca nie wiem, czego.

Kolejne zastrzeżenie dotyczy postaci. Mianowicie wszyscy bohaterowie – bez wyjątku – są przedstawieni bardzo stereotypowo. Ponadto są bardzo statyczni. Od początku do końca tacy sami. Ta stereotypowość sama w sobie nie jest zła i znajduję nawet dla niej pewne uzasadnienie, ale w tym wydaniu jest zdecydowanie za bardzo ostentacyjna i troszkę tutaj nie pasuje.

Teraz o plusach. Nie mają one większego znaczenia dla całości i pozostają w cieniu wad, jednak warto o nich wspomnieć. Bardzo podobało mi się to, że przed każdym rozdziałem jest cytat zaczerpnięty z jakiegoś innego utworu, który wprowadza nas w pewien sposób w tematykę, jaka ma być w danym rozdziale poruszana. Naprawdę fajny pomysł.

W szerszej perspektywie Niania w Nowym Jorku stanowi niezwykle dosadny portret amerykańskiego społeczeństwa. Pozwala spojrzeć na Amerykę nieco inaczej, niż większość patrzy na nią na co dzień. To niekoniecznie jest raj – jak zdawać by się mogło.

Podoba mi się też to, że autorki mimo wszystko dosyć dokładnie i całkiem przystępnie przedstawiły życie niani. Dzięki temu w książce można się nawet doszukać pewnego przesłania. Może nie zawsze trafi się na taką rodzinkę, jak bohaterka powieści, ale tak czy siak, praca opiekunki do dziecka – zwłaszcza pełnoetatowej – jest niezwykle ciężka i wymagająca. Pod wieloma względami. Dowodów na to na kartach książki znaleźć można niemało. Dlatego wszystkie dziewczyny zastanawiające się nad podjęciem pracy na przykład jako au pair gdzieś za granicą powinny dokładnie się zastanowić, zanim się ostatecznie zdecydują. Bo może się okazać, że wcale nie będzie tak kolorowo. A rodzice zatrudniający nianię dla swoich pociech po lekturze Niani w Nowym Jorku powinni dostrzec, jak wielkim skarbem jest dobra, wypełniająca z zaangażowaniem swoje obowiązki, opiekunka.

Podsumowując. Książka generalnie słaba. Pomysł jest, przesłanie jakieś też nawet na upartego da się znaleźć, ale reszta? Całokształt pozostawia niestety wiele do życzenia.

Moja ocena: 2,5/6

„Na wschód od Edenu” – John Steinbeck

nawschododedenuSą takie książki, nad którymi zastanawiam się bardzo długo, zanim wreszcie zdecyduję się po nie sięgnąć. Do nich zalicza się Na wschód od Edenu Steinbecka. Chyba rok, jeśli nie dłużej, zastanawiałam się: „przeczytać czy nie?”, zanim wreszcie zdecydowałam się dać Seinbeckowi szansę. A i wtedy jeszcze nie byłam przekonana, czy na pewno dobrze robię. Pierwsze wrażenie też nie było najlepsze, ponieważ źle się nastawiłam już na samym początku i nie bardzo rozumiałam, o co chodzi. Na szczęście szybko się to zmieniło i dostrzegłam, że wszystko, co uważałam początkowo za bezsensowne, ma w tej książce znaczenie i układa się w jedną całość.

Na wschód od Edenu to pod wieloma względami urzekająca wielowątkowa saga rodzinna. Opowiada o losach dwóch rodzin żyjących w Kalifornii na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. W istocie jednak jest to opowieść o całej ludzkości i jednocześnie o każdym człowieku z osobna. Czas i miejsce akcji nie mają żadnego znaczenia dla wymowy utworu i przesłania, jakie on ze sobą niesie.

Steinbeck właściwie przedstawił tylko historię zwykłych ludzi. Takich, jakich spotkać możemy wszędzie, takich, jakimi jesteśmy my sami. Pokazał bliskie nam wszystkim problemy, rozterki, radości. Opowiedział bardzo po ludzku o miłości, nienawiści, przyjaźni, zazdrości, odrzuceniu, dojrzewaniu, poznawaniu i odkrywaniu samego siebie. Jednocześnie poddał to wszystko wnikliwej i subtelnej analizie, zmuszając czytelnika do zastanowienia się nad samym sobą, własnym człowieczeństwem, własnymi uczuciami, stosunkiem do siebie samego, do świata i do innych ludzi.

W podjęciu dogłębnej i rzetelnej autorefleksji pomaga nam cała plejada rozmaitych postaci. Każda z nich jest indywidualna, specyficzna, ale nawzajem się uzupełniają – zupełnie jak ludzie w realnym życiu. Każda ucieleśnia inny aspekt człowieczeństwa i życia – mamy więc niepowtarzalną okazję prześledzenia rozmaitych postaw życiowych. Urzekające i wnikliwe studium psychologiczne postaci pozwala przyjrzeć się każdemu z tych aspektów niejako z osobna. A w sumie uzyskujemy pełny i bardzo realistyczny obraz człowieczeństwa.

Wszyscy bohaterowie wzbudzają w czytelniku emocje. Naturalnie każdy inne. Jak już wspomniałam, są silnie zindywidualizowani. Widać to właściwie na każdym kroku. Czemu to ma służyć, również już napisałam. Ponadto wszyscy są, wbrew pozorom, dosyć jednoznaczni. Generalnie są dobrzy lub źli i nietrudno wyczuć, kto do której grupy się zalicza. Mimo to jednak każda z osób występujących na kartach tej powieści ma w sobie zarówno pierwiastek dobra, jak i zła. Dzięki temu autor pokazał nam wyraźnie, że dobro i zło nieustannie krzyżują się w człowieku.

Wyjątek stanowi tutaj Cathy – od początku do końca jest zła i nie ma w niej ani krztyny dobroci. Jej zło jest niczym nieuzasadnione, niewytłumaczalne. Każdy z bohaterów Na wschód od Edenu jest tak naprawdę symbolem; i każdy symbolizuje coś innego. Ta kobieta jest ucieleśnieniem zła – obecnego na świecie wszędzie tam, gdzie jest człowiek, z którym każdy będzie się musiał prędzej czy później zmierzyć.

Kreacja bohaterów i wnikliwe studium psychologiczne każdego z nich dają – jak już wspomniałam – ważenie realizmu. Widać, że autorowi na nim zależało, ponieważ aby je spotęgować, zastosował jeszcze szereg innych środków, takich jak liczne szczegółowe opisy kalifornijskiego klimatu, tamtejszej fauny i flory. Oprócz tego gdzieś w tle pojawiają się wzmianki na temat panujących ówcześnie w Ameryce nastrojów społecznych i politycznych. Steinbeck zadbał o każdy – najmniejszy nawet – szczegół.

Dla zrozumienia utworu niezwykle ważne jest zwrócenie uwagi na symbolikę postaci Kaina i Abla. Z mojego punktu widzenia było to dosyć trudne i trochę czasu upłynęło, zanim ją dostrzegłam i odczytałam właściwie jej sens i cel.

Powieść Steinbecka to niezwykle barwna historia o zmaganiu się dobra ze złem. Przekazuje ona prawdę uniwersalną o życiu i świecie. Uważam, że tę pozycję warto przeczytać, choć momentami styl autora jest, moim zdaniem, zbyt chaotyczny i nieco za ciężki. To na pewno nie było moje ostatnie spotkanie ze Steinbeckiem.

Moja ocena: 5/6