11/07/2020

„Pan Ibrahim i kwiaty Koranu” – Éric-Emmanuel Schmitt

Uwielbiam twórczość Schmitta za jej uniwersalność, lekki styl, prosty język i jednocześnie ogromną siłę przekazu. Jego książki są generalnie krótkie, ale przy tym nieprawdopodobnie treściwe. Podejmuje w nich ważne tematy życiowe w niekonwencjonalny sposób, ale zawsze ze smakiem, wyczuciem, delikatnością.

Pan Ibrahim i kwiaty Koranu to powiastka specyficzna. Z jednej strony bardzo „schmittowa” pod względem elementów charakterystycznych dla twórczości autora, a z drugiej lekko kontrowersyjna i na swój sposób inna. Kontrowersyjność, to – przynajmniej dla mnie – coś nowego w przypadku tego pisarza. Do momentami niełatwej tematyki i pewnej dozy niekonwencjonalności w sposobie jej przedstawiania zdążyłam już przywyknąć. Ale szczypta kontrowersji? To coś nowego. Już pierwsze zdanie wprawiło mnie w osłupienie.

„Kiedy skończyłem jedenaście lat, rozbiłem swoją świnkę skarbonkę i poszedłem na dziwki”. [1]

Pomyślałam sobie, że nieźle się zaczyna. Tym razem „grubo” panie Schmitt. A jednak nie powstrzymało mnie to pierwsze zdanie przed dalszą lekturą i całe szczęście! Bo bardziej kontrowersyjnie, już nie będzie, choć zaskakująco i ciekawie, to i owszem. Ale przejdźmy do fabuły.

Paryż, lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Momo – nasz jedenastoletni amator prostytutek, to dzieciak, który nie ma łatwego życia. Jest żydem. Mieszka z ojcem, który jedynie stwarza pozory tego, że wychowuje syna, podczas gdy, tak naprawdę, w ogóle się nim nie interesuje. Matka chłopca porzuciła rodzinę, gdy był on jeszcze mały. Momo jest, więc tak naprawdę dzieckiem ulicy. Jego dzieciństwo powoli się kończy, ale o dorosłości i dojrzałości nie ma zielonego pojęcia, bo brak mu odpowiedniego wzorca. Ale los stawia na jego drodze wiekowego pana Ibrahima – sklepikarza, muzułmanina zwanego w dzielnicy „starym Arabem”. Jest on tak naprawdę jedyną osobą, którą w rzeczywistości obchodzi los chłopca. Między nimi rozwinie się niezwykła przyjaźń, dla której wiek i różnice wyznaniowe nie będą miały znaczenia i, która zaważy na całym życiu chłopca.

Momo potrzebuje miłości i zrozumienia, a także – jak każdy dojrzewający człowiek na pewnym etapie swojego życia – wiary w coś, jakiegoś sensu i celu. O tym w dużej mierze jest ta książka. O poszukiwaniu własnego miejsca w świecie, dojrzewaniu i drodze do szczęścia. O tym, że zawsze możemy odmienić swoje życie, niezależnie od tego w jak trudnym jego punkcie się akurat znajdujemy. Naturalnie, wymaga to często naszej ciężkiej pracy, ale nie jest nieosiągalne, choć niekiedy, potrzebny jest nam również bodziec z zewnątrz w postaci innej osoby; kogoś, kto będzie wsparciem, przewodnikiem i drogowskazem. Dla Momo powiernikiem i mentorem staje się pan Ibrahim, który pewnego dnia zastępuje chłopakowi ojca. Między nimi rodzi się prawdziwa, głęboka przyjaźń i wzajemne zaufanie. Czasami bowiem, obcy człowiek, może stać się nam bliższy i cenniejszy dla nas niż ktokolwiek inny.

Momo początkowo niebywale mnie irytował. Irytujące było jego zachowanie, sposób myślenia, w ogóle cała jego kreacja. Przez pewien czas nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to postać przerysowana i dość sztuczna, a co za tym idzie kompletnie – dla mnie – nieprzekonująca. A już na pewno nie w stylu Schmitta. Dotychczas jego bohaterowie zawsze wydawali mi się autentyczni. Nie zawsze rozumiałam czy popierałam w duchu ich zachowania i wybory, ale nigdy nie sprawiali na mnie wrażenia sztucznych, a czytałam już kilka innych książek tego autora. Na szczęście moje początkowo negatywne odczucia pod adresem Momo, dość szybko się ulotniły.

Pan Ibrahim i kwiaty Koranu to opowieść krótka, piękna i prosta. Napisana lekko, ale przy tym przejmująca. I tak właśnie mi się ją czytało: lekko i z przejęciem. To ogrom treści zawarty w niewielu słowach. Całość zajmuje jakieś sześćdziesiąt stron w małym formacie. To jeden z powodów, dla których uwielbiam twórczość Schmitta. Za każdy razem czytając jego dzieła zastanawiam się, jak to możliwe, żeby w tak niewielu słowach przekazać tak wiele? Niezmiennie jestem pod ogromnym wrażeniem.

Ze stylem Schmitta kojarzą mi się: wyważenie i subtelność. Tutaj też ich nie zabrakło, choć pojawiła się również szczypta kontrowersji, o czym pisałam już wcześniej. Miejscami być może lekko naiwny optymizm i uwierająca rzeczywistość, przedstawiona w sposób nie do końca „schmittowy” nie odbierają jednak książce, jako takiej uroku i nie czynią jej w ogólnym rozrachunku mniej wartościową czy wymowną od innych jego pozycji. Przynajmniej według mnie.

Tak jak w innych swoich książkach, tak i w tej, autor przypomina nam pewne podstawowe i głęboko uniwersalne prawdy życiowe, o których w dzisiejszym, zabieganym świecie tak często zapominamy. To dobra opowiastka na chwilę zatrzymania się i refleksji.

Moja ocena: 4,5/6

_____
[1] Éric-Emmanuel Schmitt, Pan Ibrahim i kwiaty Koranu, tłum. Barbara Grzegorzewska, wyd. Znak 2004, s. 7.

24/04/2020

„Kobieta nie jest grzechem” – Anna Bałchan, Katarzyna Wiśniewska

Siostra Anna Bałchan ze Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej jest dość znaną osobą w przestrzeni publicznej, szczególnie w kręgach katolickich. Nie jest zwykłą zakonnicą. Często pracuje na ulicy, jako streetworker. Pomaga dziewczynom i kobietom uwikłanym w prostytucję. Zainicjowała nawet utworzenie specjalnego ośrodka dla młodych kobiet, między 18, a 30 rokiem życia, które postanowiły zerwać z niechlubną profesją i chciałyby zacząć nowe życie. Pomaga im zadbać o siebie, znaleźć pracę, dokształcić się. Stawia im jasne i konkretne wymagania, ale obdarza troską. Zawsze służy pomocą i radą.

Książka Kobieta nie jest grzechem, to zapis wywiadu, który z siostrą Anną przeprowadziła Katarzyna Wiśniewska. Rozmowa dotyczy przede wszystkim właśnie problemu prostytucji wśród młodych kobiet i dziewcząt. Czytając dowiadujemy się, jakie są realia życia na ulicy i jak dokładnie wygląda praca streetworkera z prostytutkami. Przyglądamy się również zjawisku prostytucji, jako takiemu.

Opowiadając o swojej pracy siostra Anna Bałchan poddaje zjawisko prostytucji w Polsce szczegółowej analizie i pokazuje jego anatomię. Wskazuje na przyczyny i skutki prostytucji i mówi o jej wpływie – tak na jednostkę, jak i na całe społeczeństwo. Jej zdaniem, bowiem, prostytucja to szerszy problem społeczny, a nie indywidualna sprawa. Nie boi się mówić głośno, że dla wielu jest to po prostu świetnie prosperujący biznes. Mocno zwraca uwagę na to, że te, bez których ów biznes nie mógłby istnieć, często zdecydowały się uprawiać najstarszy zawód świata nie z wyboru, ale paradoksalnie z braku wyboru i jakichkolwiek perspektyw.

Czytając poznajemy też historie kilku kobiet, z którymi siostra Anna pracowała bądź pracuje. Ich losy mną wstrząsnęły. Niejednokrotnie byłam przerażona tym, czego się dowiadywałam, ale z drugiej strony też głęboko poruszona i wzruszona. Bo te historie opisujące heroiczną niekiedy walkę o własną godność i powrót do normalnego życia, mimo wszystko dają nadzieję. Pokazują, że działania siostry mają sens i ogromną wartość.

Książka porusza bardzo trudny temat, ale w sposób ciekawy. Choć Anna Bałchan nie bawi się w eufemizmy, a mówi szczerze, dosadnie i bez ubarwiania, nie znajdziemy w jej wypowiedziach ani patosu, ani moralizatorstwa. Nie raz natomiast pojawi się nawet szczypta humoru.

Uważam, że Kobieta nie jest grzechem to ważna publikacja. Obala wiele mitów i stereotypów zagnieżdżonych w zbiorowej świadomości społeczeństwa na temat najstarszego zawodu świata i tych, które go uprawiają. Ja dzięki tej książce zaczęłam inaczej patrzeć na zjawisko prostytucji. Dzięki lekturze zweryfikowałam kilka swoich fałszywych wyobrażeń z nim związanych.

Choć wywiad ten jest bardzo przystępny, z pewnością nie dla każdego będzie to lektura strawna. Mówi o tym, o czym często nie chcemy wiedzieć lub wiemy, ale wolimy udawać, że nie wiemy…

Moja ocena: 4,5/6

14/08/2012

„Madame” – Antoni Libera

Madame Antoniego Libery to dosyć głośna książka. Jeśli ktoś jeszcze jej nie czytał, to na pewno gdzieś, kiedyś o niej słyszał. Ja po raz pierwszy spotkałam ją na półce szkolnej biblioteki, gdy jeszcze chodziłam do gimnazjum. Mimo iż książka kusiła mnie swoją zmysłową okładką, a pani bibliotekarka podczas każdej niemal mojej wizyty w bibliotece życzliwie zachęcała mnie, abym dała szansę tej pozycji, nie zrobiłam tego… Dopiero niedawno zdecydowałam się wreszcie przeczytać Madame i ogromnie żałuję, że tyle czasu zwlekałam.

Akcja powieści rozgrywa się w okresie PRL-u, a jej głównym bohaterem jest osiemnastoletni uczeń klasy maturalnej jednego z warszawskich liceów. Odznacza się on niezwykłą dojrzałością, oczytaniem i inteligencją w porównaniu z rówieśnikami. Sam o sobie mówi, że urodził się za późno, bo wszystko, co ważne miało już miejsce. Gdy w szkole, do której uczęszcza pojawia się nowa dyrektorka, nauczycielka francuskiego, wszyscy uczniowie są nią zafascynowani: ta kobieta zdecydowanie wyróżnia się na tle grona pedagogicznego. Główny bohater szybko obdarza ją głębszym uczuciem, bezgranicznym uwielbieniem i traktuje niczym boginię. Jego obsesja na punkcie Madame jest tak silna, że wszczyna on śledztwo i posuwa się do rozmaitych intryg, by dowiedzieć się jak najwięcej o obiekcie swoich westchnień…

Na pozór mamy tu do czynienia z historią najbardziej banalną z możliwych. Ale, jak powszechnie wiadomo, pozory mogą mylić, a Madame jest najlepszym potwierdzeniem tych słów. Antoni Libera opowiedział bowiem tę historię młodzieńczego zauroczenia w sposób tak dalece niebanalny, jak to tylko możliwe, a fascynacja głównego bohatera powieści błyskawicznie udzieliła się i mnie. Jestem zafascynowana tą powieścią. Jej fabułą, językiem, kreacją bohaterów… Madame nie jest po prostu świetnie napisaną opowieścią o młodzieńczym zauroczeniu. To o wiele, wiele więcej. To artystyczno-literacka ekspozycja przeżyć wewnętrznych zadurzonego w dojrzałej kobiecie, swojej nauczycielce, maturzysty.

Wiele elementów przyczyniło się do tego, że dzieło Libery jest tak niesamowite, ale w pierwszej kolejności wymienić należy poetycką narrację, którą autor hipnotyzuje czytelnika już na samym początku. I ten trans trwa do ostatniej strony. Pisarz przez cały czas posługuje się językiem poetyckim, sugestywnym, kunsztownym. Na dodatek dialogi są misternie skonstruowane i pełne błyskotliwego poczucia humoru. Tak posługiwać się słowem umie tylko mistrz. I Libera udowodnił, że na to miano zasługuje jak mało kto. Autor i stworzony przez niego bohater nieustannie zaskakują czytelnika. W oczy rzuca się tu przede wszystkim ogromne oczytanie i godna pozazdroszczenia erudycja.

Choć głównym wątkiem utworu jest zdecydowanie ten miłosny, to stanowi on jednocześnie pretekst do wprowadzenia innych, również ciekawych i wyśmienicie poprowadzonych. Powieść ta jest bowiem przykładem literatury dygresyjnej. W treść zgrabnie wplecione zostały rozmaite informacje dotyczące literatury, historii i, w szerszym wymiarze, całej kultury. Autor często nawiązuje do różnych utworów literackich (i nie tylko) i prowadzi z nimi polemikę.

Madame stanowi także swego rodzaju dokument epoki. To dlatego, że Libera ukazuje w niej prawdziwy, wielopłaszczyznowy obraz PRL-u. Przedstawia ówczesne realia wiernie, nie stara się niczego ubarwiać ani zatajać. Zdecydowanie obnaża zakłamanie i sposób działania reżimu komunistycznego. Mówi także o złożonej i trudnej sytuacji ówczesnej inteligencji. Robi to jednak tak, że nie pozbawia wspomnianego okresu pewnego uroku, który dla mnie, wychowanej już w czasach popeerelowskich, jest zrozumiały tylko w pewnym stopniu. W tej książce PRL, mimo wszystko, na swój sposób fascynuje i przyciąga.

Można spojrzeć na Madame z jeszcze innej perspektywy – jak na powieść inicjacyjną, czyli mówiącą o dorastaniu. Antoni Libera przedstawia i na swój sposób analizuje tutaj proces dojrzewania. Robi to wnikliwie, poruszając trzy jego aspekty: psychologiczny, moralny oraz społeczny.

Dla mnie jest to wyjątkowa książka. Po prostu arcydzieło. Nie umiem się do niej przyczepić, a nawet gdybym umiała, nie chciałabym tego robić. Jestem urzeczona i zafascynowana powieścią Libery niemal tak mocno, jak jej narrator zauroczony był tytułową bohaterką utworu, a może nawet bardziej. Tej książki się nie czyta. Nią można się tylko delektować, smakować ją powoli. Na pewno nie jest to lektura na jeden wieczór i na pewno Madame nie nadaje się do czytania, dajmy na to, w autobusie. To utwór, z którego wiele można wynieść, do którego chce się wracać.

Zdecydowanie polecam dzieło Antoniego Libery. Ale… Nie wszystkim. Przede wszystkim humanistom, intelektualistom, artystycznym duszom… Bo tę powieść trzeba po prostu poczuć. Trzeba do niej dojrzeć. Na początku napisałam, że żałuję, iż nie przeczytałam jej wcześniej, chociaż miałam okazję. Podtrzymuję to, ale z drugiej strony cieszę się, że tak się stało, bo wiem, że wcześniej pewnie nie zrozumiałabym tej książki. Nie doceniłabym wartości artystycznych, językowych i innych, których odmówić jej nie można. Tutaj autor stawia czytelnikowi pewne wymagania, zmusza do zaangażowania intelektualnego, operuje aluzjami… Aby je w pełni zrozumieć, trzeba dysponować pewną elementarną wiedzą z zakresu choćby literatury europejskiej, ale nie tylko.

Moja ocena: 6/6

28/07/2012

„Bóg. Życie i twórczość” – Szymon Hołownia

Lubię Szymona Hołownię. Jako publicysta, prezenter telewizyjny, dziennikarz robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ponadto zaimponował mi tym, że nie boi się mówić otwarcie w mediach, iż jest człowiekiem wierzącym. Z moich obserwacji wynika, że dziś dla wielu jest to temat drażliwy… Gdy odkryłam, że pan Hołownia jest również autorem kilku książek, w których porusza kwestie związane z religią katolicką, postanowiłam, że jakąś przeczytam. Tym bardziej że spotkałam się już z wieloma pochlebnymi opiniami na ich temat.

Mój wybór padł na tytuł: Bóg. Życie i twórczość. Dlaczego akurat ten? Bo zapowiadał się na biografię Boga. W każdym razie tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Tego nie mogłam przegapić, choć nie ukrywam, że w pierwszej chwili pomyślałam sobie, iż autor najwyraźniej zbzikował, kolokwialnie mówiąc. No, bo przecież historia zna już całe rzesze takich, którzy mieli podobne zamiary. I co? I właśnie nic. Powstały na przestrzeni dziejów na ten temat niezliczone pisma, książki, książeczki i księgi, których autorzy próbowali poznać, szczegółowo opisać i wytłumaczyć absolut-Boga. Koncepcji tyle, ilu autorów, ale tak naprawdę dalej tkwimy w punkcie wyjścia, a filozofowie i teologowie wciąż mają co robić.

Jak i czy sprawdził się Szymon Hołownia jako „biograf” Boga? Nie mogę na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Skłamałabym mówiąc, że w ogóle sobie nie poradził, ale nie mogę również bez zastrzeżeń powiedzieć, że sobie poradził.

Książka oscyluje wokół najważniejszych aspektów funkcjonowania Boga w świecie. Hołownia poddaje swego rodzaju analizie boże poczynania na przestrzeni dziejów. Od stworzenia świata właściwie aż do czasów współczesnych. Dalej interpretuje je w kontekście ludzkich doświadczeń zdobytych w ciągu wielu stuleci. Dzieli się przy tym z czytelnikiem własnymi refleksjami na dany temat, ukazując swój punkt widzenia. Dalej zaprasza także nas do tego, abyśmy poszukiwali swojej drogi, która pomoże nam odkryć, doświadczyć Boga „na własnej skórze”. Droga ta – zdaniem autora – dla każdego jest inna.

Szymon Hołownia to człowiek niewątpliwie bardzo oczytany. Udowodnił to zamieszczając w swojej książce, pod koniec każdego – najmniejszego nawet – rozdzialiku, liczne odwołania do literatury fachowej, stricte teologicznej, która osobom szczególnie zainteresowanym danym zagadnieniem pozwoli poszerzyć wiedzę na jego temat. Tyle w kwestii zalet.

Czytając nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Hołownia próbuje być momentami śmieszny za wszelką cenę. Tylko jakoś kiepsko mu to wychodzi. Poczucie humoru, jakie przebija z kart książki, jest dość specyficzne i dla mnie mocno naciągane. Niestety. Już bym nawet była skłonna przejść nad tym do porządku dziennego, gdyby nie język i styl, do których też mam spore zastrzeżenia. Autor cały czas posługuje się językiem bardzo nowoczesnym, powiedziałabym, że wręcz typowo młodzieżowym slangiem. Styl jest bardzo „na luzie”. Dla mnie – za bardzo. Czyżby chęć szpanowania? Za dużo w tym ostentacji i sztuczności.

Nie podoba mi się sposób, w jaki Szymon Hołownia opowiada o religii. Permanentne luzactwo w połączeniu z obecnymi niemal na każdym kroku sformułowaniami zaczerpniętymi z fachowej literatury daje w dużej mierze coś, co można nazwać pseudo-intelektualnym bełkotem. Nie przemawia to do mnie. Ja doskonale rozumiem, że autor jest człowiekiem ambitnym i jako osoba wierząca chciał przedstawić ważne dla wielu jemu podobnych kwestie w sposób przystępny dla przeciętnego zjadacza chleba, pozbawiony górnolotnego intelektualizmu. Jednak uważam, że wyszło mu to marnie. Przedobrzył. Bardzo chciał, żeby wyszło prosto, a jednocześnie rzetelnie. Niestety na chęciach się skończyło. Z tego powodu książkę na ogół czyta się topornie. Zdarzają się wyjątkowo fragmenty, kiedy autor przez chwilę nie próbuje być zabawny – i wtedy jest lepiej.

Dostrzegam w tej książce niemal całkowity brak zgodności między formą a treścią. Jedno z drugim niesamowicie mi się gryzie. Podczas czytania strasznie mnie to rozpraszało i irytowało, dlatego książkę męczyłam dość długo. Nie oczekiwałam, że ta pozycja okaże się fachową teologiczną rozprawą. Gdybym miała ochotę na lekturę tego typu, co się czasem zdarza, sięgnęłabym zapewne po jedno z pism Doktorów Kościoła. Niemniej jednak jestem zawiedziona. Liczyłam na nieco więcej profesjonalizmu, nieco więcej wewnętrznej spójności wywodu. Tymczasem autor troszkę tutaj z tym jest na bakier. Spodziewałam się również, że treść będzie nieco bardziej konkretna. Próżne były moje nadzieje. Miało być przystępnie i prosto, a wyszło, zdaje mi się, prostacko i chaotycznie.

Trudno mi ocenić tę książkę. Sama w sobie jest dla mnie, jaka jest. Stanowi duże rozczarowanie. Po pierwsze – dlatego, że zupełnie czego innego spodziewałam się po Hołowni. Po drugie – dlatego, że wiele osób (zarówno wierzących, jak i nie) bardzo tę pozycję chwali. Nie chcę twierdzić, że autor jest złym pisarzem. Tym bardziej że to na razie jedyne jego dzieło, z którym się zapoznałam. Może inne są lepsze? Jeszcze nie wiem. Ta w każdym razie do mnie nie przemawia i wynudziłam się przy niej strasznie, choć były też fajne momenty… Należały one jednak do rzadkości.

Moja ocena: 2/6

16/06/2012

„Dziecko Noego” – Éric-Emmanuel Schmitt

Éric-Emmanuel Schmitt to jeden z moich ulubionych autorów. Podbił moje serce książką Oskar i pani Róża, której chyba nikomu przybliżać nie trzeba. Teraz urzekł mnie po raz drugi – Dzieckiem Noego, choć już w nieco mniejszy stopniu niż za pierwszym razem.

Dziecko Noego to króciutka powieść, której głównym bohaterem jest mały żydowski chłopiec o imieniu Joseph. Pewnego dnia musiał on rozstać się z rodzicami. Trwała bowiem druga wojna światowa, a wiadomo, jak wówczas Niemcy obchodzili się z każdym, kto miał cokolwiek wspólnego z wyznawcami religii mojżeszowej. Matka i ojciec chcieli za wszelką cenę uratować synka. Tym sposobem trafił on w końcu pod opiekę chrześcijańskiego księdza – ojca Ponsa, który prowadził tajną ochronkę dla żydowskich dzieci. Tam chłopiec dowiedział się bardzo wiele o życiu, świecie i sobie samym.

Mogłoby się wydawać, że o holokauście napisano już wszystko i niczym nie można już czytelnika zaskoczyć. Błąd. Tym razem patrzymy na rozgrywające się wydarzenia oczami dziecka – głównego bohatera. Okrucieństwa drugiej wojny światowej i walka dobra ze złem ukazane zostały w taki sposób, w jaki widzi je i rozumie mały chłopiec.

Sposób postrzegania świata przez Josepha jest niecodzienny, bardzo dziecinny. Naszym oczom ukazuje się mały, zagubiony chłopiec, który niewiele rozumie z tego, co dzieje się wokół niego, i robi wszystko, by zrozumieć. Bohater został tak wykreowany, że wzbudza sympatię, a jego perypetie dostarczają wielu emocji.

Autor poruszył w książce bardzo ważne kwestie, które dotyczą wszystkich ludzi, a nad którymi tak rzadko się zatrzymujemy. W subtelny sposób zmusza czytelnika do zastanowienia się nad samym sobą i własnym człowieczeństwem. Pomaga mu uświadomić sobie, co to znaczy być człowiekiem i co z tego faktu wynika. Podejmuje trudne kwestie, takie jak: odkrywanie własnej tożsamości religijnej, wiara, tolerancja i siła oraz znaczenie więzi rodzinnych w rozwoju i funkcjonowaniu człowieka.

Dziecko Noego traktuje o wielu ważnych sprawach i pozwala odpowiedzieć sobie na wiele ważnych pytań. Jest to dzieło wielkiej wagi – mimo niewielkich rozmiarów. Napisane z niezwykłą prostotą, niewyrafinowanym językiem i stylem. Na dodatek niesamowicie wciąga. Od książki po prostu nie sposób się oderwać.

Po raz kolejny jestem urzeczona Schmittem. To kolejna króciutka książeczka, która zawiera w sobie bardzo wiele. Autor udowodnił, że prawdziwe piękno zawiera się w prostocie i że nawet na niewielu stronach można zawrzeć wiele istotnych kwestii i zrobić to w sposób genialny.

Moja ocena: 5/6