„Smak miodu” – Salwa An-Nu’ajmi
Smak miodu to krótka książka, po którą sięgnęłam zachęcona opisem wydawniczym (W.A.B., 2009). Miała to być subtelna i mocna opowieść o traktatach erotycznych świata arabskiego. Ponoć została wyklęta w większości krajów muzułmańskich. Spodziewałam się, więc naprawdę nietuzinkowej i ciekawej pozycji. Niestety rozczarowałam się i to bardzo.
Zamiast pasjonującej opowieści o arabskich dziełach literatury erotycznej, autorka, z pochodzenia Syryjka mieszkająca we Francji, serwuje nam nadspodziewanie nużącą i totalnie bezbarwną opowieść o własnych doświadczeniach erotycznych. Głownie o nich. Cytaty z dzieł klasyków islamu pojawiają się wprawdzie tu i ówdzie, ale wepchnięte są w tekst jakby na siłę i nie spełniają w nim właściwie żadnej istotnej funkcji.
Salwa An-Nu’ajmi stara się mówić o seksualności w sposób subtelny i poetycki. Niestety brzmi to zbyt patetycznie i górnolotnie. Niektóre sformułowania poetyckie może i by się obroniły same w sobie, ale niestety występują w stanowczo za dużym zagęszczeniu, co w połączeniu z bezsensowną opowieścią o wszystkim i o niczym, daje wyjątkowo kiepski efekt.
Smak miodu to rozwlekła opowieść o jednoosobowej, osobistej fascynacji seksem. O seksie wyzutym z jakichkolwiek uczuć. Autorka pojmuje go bardziej, jako hobby, formę rozrywki, spędzania czasu, nie, jako element ubogacający czy spajający relację między dwojgiem ludzi. Nie tyle jest to szokujące, co miałkie i nużące.
Wynurzenia autorki są zwyczajnie infantylne. Pozbawione głębi, logiki, a niekiedy w ogóle jakiegokolwiek ładu i składu. Miało być studium ksiąg o seksie, a wyszło studium życia seksualnego autorki. Ale ani to życie szczególnie wyjątkowe, ani fascynujące.
Język i styl to pomieszanie z poplątaniem. Z jednej strony nadmiar poetyckości, z drugiej kulawa składnia i mnóstwo powtórzeń, jak w miernym wypracowaniu szkolnym dziecka z podstawówki. Całość płytka. Miejscami wulgarna i obsceniczna. Nic godnego uwagi na dłuższą metę. Gdzieniegdzie pojawiają się luźne komentarze o upodobaniach seksualnych arabów, z których niewiele niestety wynika.
Patrząc na tę książkę z perspektywy człowieka zachodu, nie widzę w niej nic szczególnego. Może w świecie arabskim faktycznie wzbudza kontrowersje. Jednak dla nas – współczesnych Europejczyków – nie wydaje się przedstawiać nic nadzwyczajnego. Jedynym, co mnie szokuje w kontekście tej publikacji jest fakt, że ktoś zdecydował się coś takiego wydać w takiej, a nie innej formie.
Moja ocena: 2,5/6
Już czytając Białą Masajkę byłam niezmiernie ciekawa, jak potoczyły się dalej losy autorki. Uciekła z Kenii, wróciła z córeczką do Szwajcarii i co? Przecież kilka lat wcześniej porzuciła wszystko. Utraciła nawet szwajcarskie obywatelstwo. Nie miała zupełnie nic i czekało ją – po raz kolejny zresztą – rozpoczęcie wszystkiego od zera. Sytuacja patowa i tym trudniejsza, że Corinne musiała zatroszczyć się nie tylko o siebie, ale i o swoją kilkuletnią córkę. Jak udało się jej od nowa ułożyć sobie życie w ojczyźnie? Odpowiedź na te pytania przyniosła książka Żegnaj Afryko.
Niania w Nowym Jorku to opowieść o młodej dziewczynie, która pewnego dnia podejmuje pracę jako opiekunka do dziecka w jednej z bogatych nowojorskich rodzin. Jej pracodawcy – państwo X – są tak zajęci sobą, że w ogóle nie zwracają uwagi na swojego synka. Matka koncentruje się wyłącznie na sprawach takich jak makijaż, ubrania czy im podobne. Ojciec natomiast całe dnie spędza w firmie i poza nią niewiele go obchodzi. Dziecko tych dwojga – czteroletni Grayer – jest dla rodziców kosztownym w utrzymaniu dodatkiem do życia. Generalnie traktują go jak rzecz i poświęcają mu uwagę tylko wtedy, gdy mogą się nim w jakiś sposób pochwalić. Malec całe dnie spędza z nianią. Ona jest przy nim cały czas. Karmi go, ubiera, prowadzi do przedszkola i na dodatkowe zajęcia. Ona także układa go wieczorem do snu.
O tej książce słyszał chyba każdy. Podobnie zresztą jak o autorze. Ja dość długo zabierałam się do jej przeczytania. Znam Eco przede wszystkim jako autora Dzieła otwartego. I chyba wolę, by tak pozostało. Zdecydowanie nie należę do grona zachwycających się tą powieścią. Ale do rzeczy.