„Płatki na wietrze” – Virginia Cleo Andrews
Płatki na wietrze to drugi tom sagi o Dollangerach. Poprzednia część bardzo mi się podobała i ciekawa byłam niezmiernie dalszych losów więzionego przez własną matkę rodzeństwa.
Ta część zaczyna się dokładnie w miejscu, w którym skończyła się poprzednia. Tuż po ucieczce Cathy, Chrisa i Carrie z poddasza posiadłości Foxworth Hall. Bohaterowie chcą uciec na Florydę, jednak w trakcie podróży Carrie podupada na zdrowiu. Czuje się coraz gorzej i jeśli ma dojść do siebie, niezbędna jest pomoc medyczna. Na szczęście rodzeństwo spotyka na swojej drodze Henriettę Beech – kobietę, która pracuje, jako gosposia u doktora – Paula Scheffielda. Dzięki ich pomocy i opiece najmłodsza z trójki Dollangerów dochodzi do zdrowia. Ponadto wkrótce doktor Scheffield decyduje się zaadoptować rodzeństwo i zatroszczyć o ich wychowanie oraz wykształcenie.
W moim odbiorze drugi tom sagi Virginii Cleo Andrews jest zupełnie inny od poprzedniego. Co prawda po raz kolejny otrzymałam wielowątkową, pasjonującą, jak na czytadło, opowieść, ale jednak ma ona już nieco więcej wyraźnych wad niż otwierające cykl Kwiaty na poddaszu. Akcja jest wprawdzie szybka i wartka. Obfituje także w wiele zwrotów, jednak niektóre wydarzenia sprawiają wrażenie z lekka irracjonalnych. W ogóle cała ta część sprawia wrażenie dość niewiarygodnej i udziwnionej w stosunku do poprzedniej.
Irracjonalne niejednokrotnie wydawało mi się również postępowanie bohaterów. Zwłaszcza Cathy. Jej chciałabym tutaj poświęcić szczególną uwagę, bo to ona odgrywa w Płatkach na wietrze przysłowiowe „pierwsze skrzypce”. Dominującym odczuciem, jakie wywoływała we mnie Cathy podczas lektury tego tomu była irytacja, a to z kilku powodów. Dziewczyna, która na początku książki jest piętnastoletnią panienką, doprowadzała mnie do szału swoją arogancją. Momentami ciężko było mi uwierzyć, że to ta sama osoba, co w pierwszym tomie. Bohaterka ta jest opętana nienawiścią do matki i żądzą zemsty na niej. Jednocześnie jednak w swoim postępowaniu staje się pod pewnymi względami coraz bardziej podobna do znienawidzonej rodzicielki. Krzywda wyrządzona przez matkę w ogóle dość mocno oddziałuje na wszystkich bohaterów, i każdy z nich próbuje na swój sposób uporać się z bolesną przeszłością. Dla Cathy zemsta staje się jej idée fixe. Wydaje jej się, że jeśli się zemści, wszystkie krzywdy zostaną wyrównane.
Jak wspomniałam, u progu książki Cathy ma piętnaście lat i powoli staje się kobietą. I ta jej kobiecość oraz silny erotyzm zostają w Płatkach na poddaszu mocno wyeksponowane. Za mocno moim zdaniem. Co tu dużo mówić. Cathy po prostu robi z siebie dziwkę. Zmienność, niestałość i intensywność jej uczuć mocno zaskakuje, zastanawia i wydaje się zdecydowanie nie pasować do osoby w jej wieku.
Bohaterowie są tym razem wykreowani w sposób dużo mniej przekonujący niż w poprzednim tomie. Wszystko jest do bólu czaro-białe. Oni także. W ogóle mam wrażenie, że wszyscy poza Cathy zostali tym razem potraktowani po macoszemu. Stosunkowo niewiele dowiadujemy się tutaj o Chrisie i Carrie.
Mimo tak oczywistych wad, muszę przyznać, że książka mi się podobała. Fabuła jest pokręcona, intrygująca i fascynująca jednocześnie. Wybory bohaterów, choć czasami idiotyczne, to jednak dramatyczne i przejmujące. Całość czyta się szybko i przyjemnie pomimo niespójności i niedociągnięć i częstej irytacji. Powieść napisana jest bardzo obrazowo i na swój sposób przekonująco mimo oczywistych niedociągnięć.
Może to nadinterpretacja z mojej strony, ale obok szeregu wad widzę w Płatkach na poddaszu również mądre i głębokie przesłanie. To opowieść, która pokazuje i skłania do refleksji nad tym jak doświadczenia z dzieciństwa, a w szczególności te traumatyczne, wpływają na nasze dorosłe życie; o tym jak trudno nauczyć się przebaczać i jak różne postawy potrafią przyjąć różne osoby wobec jednej i tej samej krzywdy czy życiowej tragedii.
Jako kontynuacja książka rozczarowuje. Ma wyraźne wady i niedociągnięcia. Po głębokim namyśle oceniam ją jednak na równi z poprzednią. Jest inna. Ma jednak pewien potencjał i przekaz, na który nie potrafię być obojętna. Nie zniechęciłam się też do dalszej lektury, choć mój entuzjazm nieco osłabł. Pokładam jednak nadzieję w autorce. Może to tylko chwilowy spadek formy? Może klątwa drugiego tomu? Nie wiem. Chcę się o tym przekonać.
Moja ocena: 5,5/6
Książkę zgłaszam do wyzwania Zatytułuj się 4
Pięcioletni Jack i jego mama mieszkają w niewielkim pokoju. Pokój jest dla niego całym światem. Tam się urodził i spędził całe swoje dotychczasowe, pięcioletnie życie. Dla jego mamy jest więzieniem, w którym przetrzymywana jest od lat wbrew swojej woli i regularnie gwałcona. Stary Nick – jak chłopiec nazywa sprawcę tych nieszczęść – wzbudza w Jacku paniczny strach. Gdy przychodzi, chłopiec ukrywa się w szafie. Matka Jacka starała się ze wszystkich sił stworzyć synkowi namiastkę normalności w tych trudnych warunkach. Na swój sposób jej się to udało. Jednak misternie stworzony przez nią świat jest kruchy. Jack dorasta. Pokój przestaje mu wystarczać. Zaczyna zadawać pytania… Jedyną szansą jest ucieczka, ale ta jest właściwie niemożliwa. Jaki los czeka tę dwójkę?
Już od dawna chciałam poznać twórczość Wojciecha Chmielarza. Na temat jego książek widuję nieustannie tak wiele sprzecznych opinii, że sama już kompletnie nie wiedziałam, co o nich sądzić i czego się spodziewać. Postanowiłam, że któregoś dnia wyrobię sobie wreszcie własne zdanie. Nie ułatwiał tego mój niezbyt przychylny stosunek do współczesnej polskiej prozy. W końcu jednak, za sprawą jednego z wyzwań czytelniczych, w którym biorę udział, dałam się skusić pierwszemu tomowi cyklu o komisarzu Mortce.
Książka Zbigniewa Jarka, to mała, niepozorna broszurka zawierająca w sobie czterdzieści cztery króciutkie przypowieści filozoficzne, które nakierowują uwagę czytelnika na to, co w życiu naprawdę ważne. Każda traktuje o czymś innym, równie ważnym i istotnym. Mowa w nich o uniwersalnych wartościach, Bogu, relacjach międzyludzkich, stosunku do siebie i świata.
Książki Katarzyny Michalak cieszą się dużą popularnością. Wzbudzają jednak również sporo kontrowersji na przeróżnych grupach dyskusyjnych poświęconych literaturze i czytelnictwu. Jedni je uwielbiają, inni wprost przeciwnie, nie szczędząc pod adresem autorki i jej twórczości gorzkich słów. Mając chęć przeczytać tym razem coś lekkiego i niewymagającego, sięgnęłam po Poczekajkę. Wreszcie nadarzyła się okazja, by wyrobić sobie własne zdanie o piórze pani Michalak.