18/02/2014

„Jesienna miłość” – Nicholas Sparks

jesiennamiloscMoje pierwsze literackie spotkanie ze Sparksem wypadło przeciętnie. Jako że jego dorobek pisarski jest dosyć bogaty, postanowiłam nie oceniać autora na podstawie tej jednej tylko książki i sięgnęłam po kolejną. Tym razem padło na Jesienną miłość.

Narratorem jest tu pięćdziesięcioletni mężczyzna, Landon Carter. Opowiada on czytelnikowi historię, która przytrafiła mu się, gdy miał lat zaledwie kilkanaście. Był bogatym i nieco rozpuszczonym dzieciakiem, wiodącym beztroskie, rozrywkowe życie. Pewnego dnia, z braku innej możliwości, zdecydował się zaprosić na bal swoją koleżankę z klasy, Jamie Sullivan, córkę miejscowego pastora. Dziewczyna zdecydowanie wyróżniała się na tle rówieśników. Była spokojna, miła, uczynna, zaangażowana społecznie, nie lubiła imprezować. Pierwsze miejsce w jej życiu zajmował Bóg. Stanowiła więc zupełne przeciwieństwo Landona. Nieoczekiwanie dla samego siebie chłopak zakochał się w Jamie i znajomość, zamiast zakończyć się równie szybko, jak się zaczęła, miała dalszy ciąg. Jednak nie wszystkie niespodzianki, które tym dwojgu zgotował los, należały do przyjemnych.

Lektura tej powieści wzbudziła we mnie mieszane odczucia, choć bilans jest zdecydowanie ujemny. To książka napisana sprawnie, dość dobrym językiem i stylem. Niemniej płaszczyzna językowa nie jest pozbawiona wad. Przede wszystkim raziła mnie przesadna egzaltacja i pojawiające się nagminnie pseudo-poetyckie sformułowania. Nie są one szczególnie złe, a niekiedy wręcz całkiem przyzwoite, przeważnie jednak wywoływały we mnie wrażenie pewnej sztuczności. Zupełnie jakby ktoś chciał za wszelką cenę przydać możliwie najwięcej poetyckości tekstowi. Nie wiem, czy winnym takiego stanu rzeczy jest autor, czy może tłumacz (Andrzej Szulc). Niestety nie do końca się to udało.

Atutem Jesiennej miłości jest niewątpliwie to, że czyta się ją szybko, chociaż porusza tematy niełatwe, takie jak smutek czy choroba. Osoby, które łatwo i często się wzruszają, prawdopodobnie kilka razy podczas lektury uronią łezkę, bo powieść momentami jest niemiłosiernie ckliwa. Dla mnie aż do przesady. Do obrzydzenia wręcz. Poza tym autor dość dobrze poradził sobie z nakreśleniem i zanalizowaniem emocji i uczuć będących udziałem dwójki głównych bohaterów. Niestety emocje te są, moim zdaniem, przesadnie wyeksponowane. Zupełnie niepotrzebnie.

Historia Jamie i Landona jest właściwie dosyć banalna i w znacznym stopniu przewidywalna. W dużej mierze jest to wina sposobu kreacji bohaterów. Oboje są przerysowani, tak jednoznaczni, że aż nierealni i to się natychmiast rzuca w oczy. Jamie zostala ukazana jako chodzący anioł. Nie ma żadnych wad. Dosłownie. Jest po prostu doskonała pod każdym względem. To strasznie irytujące. Nie lubię aż tak jednoznacznych bohaterów, a już zwłaszcza takich chodzących ideałów, jak Jamie. Jeśli chodzi o Landona, sprawy mają się trochę lepiej. Jest on bohaterem dynamicznym, który w toku akcji przechodzi wewnętrzną przemianę: dojrzewa, zmienia nastawienie do pewnych kwestii. Mimo to jednak on również jest mało rzeczywisty, a koleje jego losu przewidywalne niemal od pierwszych stron.

W powieści można dopatrzyć się również pewnego rodzaju przesłania. Sparks przypomina nam, jakie wartości naprawdę liczą się w życiu, co jest ważne i czym powinniśmy się kierować w postępowaniu, w podejmowaniu wyborów.

Oceniając Jesienną miłość jako całość, muszę stwierdzić, że jest to zwykłe czytadło. Mdłe, schematyczne. Pod wieloma względami podobne do wielu utworów napisanych wcześniej i później. Po tej lekturze stwierdzam, że nadal nie jest dla mnie jasny fenomen popularności Sparksa i powszechny zachwyt nad jego twórczością. Ja tego zachwytu zdecydowanie nie podzielam.

Dodam tu jeszcze, niejako na marginesie, że przed przeczytaniem Jesiennej miłości widziałam jej ekranizację. Filmowa wersja nosi tytuł Szkoła uczuć. Podobała mi się zdecydowanie bardziej od książki, ale również nie zachwyciła mnie szczególnie. Niewykluczone, że wrażenia filmowe łagodzą w jakimś stopniu moją ocenę literackiego pierwowzoru. Starałam się nie patrzeć na tę powieść przez pryzmat jej ekranowej adaptacji, ale przyznaję, że nie było to dla mnie wcale takie łatwe.

Moja ocena: 1,5/6

30/08/2012

„Pułapka Dantego” – Arnaud Delalande

Pułapka Dantego to thriller historyczny autorstwa współczesnego francuskiego pisarza. Akcja utworu rozgrywa się w osiemnastowiecznej Wenecji. Pewnego wieczoru w miejscowym teatrze dochodzi do wyjątkowo brutalnego mordu. Wenecki doża zadanie wytropienia zabójcy zleca Pietrowi Viravolcie – niezwykle sprytnemu przestępcy, który w tym celu zostaje zwolniony z więzienia. Prowadzi on śledztwo z dużym zaangażowaniem, ma bowiem własny interes w tym, aby zakończyło się sukcesem. Jednak mimo usilnych starań i sprytu Pietro cały czas pozostaje o krok w tyle za zbrodniarzem i za każdym razem, gdy wydaje się, że zagadka zostanie lada moment rozwikłana, dochodzi do kolejnego morderstwa… Szybko okazuje się, że każde z nich popełniane jest według ściśle określonego porządku. Tajemniczy zabójca wybiera i zabija swoje ofiary zgodnie ze schematem dziewięciu kręgów piekielnych opisanych w pierwszej części Boskiej komedii Dantego.

Pomysł na fabułę wydał mi się wręcz genialny i wiele po tej pozycji oczekiwałam. Z wielką przyjemnością mogę napisać, że Delalande mnie nie zawiódł. Przez moment obawiałam się, czy powieść ta nie okaże się jedynie kiepską parafrazą dzieła florenckiego mistrza. Na szczęście tak się nie stało. Nawiązania do Dantego są w utworze liczne, wyraźne i umiejętnie wplecione w fabułę, która jednak, choć na tych nawiązaniach się opiera, żyje własnym życiem i prezentuje się wyśmienicie. Widać, że autor dogłębnie ją przemyślał.

Jeśli już mowa o aluzjach do dzieła wielkiego średniowiecznego dramaturga, to trzeba powiedzieć, że mogą one momentami być mało czytelne dla osób, którym treść pierwszej części Boskiej komedii jest obca. Co prawda autor Pułapki Dantego często cytuje fragmenty, do których nawiązuje, niemniej bez znajomości pierwowzoru można nie zrozumieć niektórych subtelnych aluzji, przeoczyć je lub odczytać tylko częściowo, a wówczas lektura może co nieco stracić.

Akcja Pułapki Dantego jest wartka, dynamiczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów. Powieść od początku do końca trzyma w napięciu i niesamowicie wciąga. Naznaczona jest również wyraźnie odczuwalną aurą tajemniczości. Do tego dochodzi cała plejada niezwykle barwnych, choć także nieco przerysowanych postaci.

Dodatkowym walorem książki jest fakt, że wyśmienicie oddaje klimat osiemnastowiecznej Wenecji. Opisy tego miasta są tak urocze i sugestywne, że zakochałam się w nim i mam wrażenie, jakbym znała je doskonale, choć jeszcze nigdy tam nie byłam. Autor umiejętnie przekazuje nam też różne ciekawe informacje dotyczące obyczajów mieszkańców osiemnastowiecznej Wenecji i historii tego miasta. Podczas lektury można odnieść wrażenie, że jest się uczestnikiem opisywanych wydarzeń.

Z wielką chęcią dałabym tej powieści maksymalną notę. Niestety nie mogę tego zrobić ze względu na język, który z mojego punktu widzenia jest, najoględniej mówiąc, kiepski. Po pierwsze, bardzo schematyczny, a po drugie, kompletnie niedopracowany. Powiedziałabym, że niekiedy wręcz ociera się o grafomanię. Czyta się przez to momentami dość wolno. Szkoda, bo cała reszta jest po prostu świetna, a przez te niedociągnięcia na płaszczyźnie języka powieść dużo traci. Nie jestem jednak w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy za taki stan rzeczy należy winić autora, tłumacza, czy może osobę odpowiedzialną za korektę w wydawnictwie…

Pułapkę Dantego polecam każdemu, kto ma ochotę na świetny, nieschematyczny kryminał, bo takim właśnie jest ta pozycja, pomimo mankamentów językowych. To książka dobra nie tylko dla fanów thrillerów, ale także dla tych, którzy po ten gatunek sięgają jedynie od czasu do czasu. Myślę, że każdy odnajdzie w niej coś dla siebie.

Moja ocena: 5,5/6

09/08/2012

„Na zakręcie” – Nicholas Sparks

O książkach Sparksa już od dłuższego czasu słyszałam same pozytywne opinie, więc chciałam w końcu poznać jego twórczość i wyrobić sobie o niej własne zdanie. Nastawiona byłam raczej pozytywnie. Między innymi z tego względu, iż często Sparksa porównuje się z Picoult, a ja książki tej pani darzę ogromną sympatią. Postanowiłam dać autorowi szansę i tak oto, jakiś czas temu, wzięłam do ręki Na zakręcie. Jak oceniam to pierwsze czytelnicze spotkanie z Nicholasem Sparksem? Gdybym miała jednym słowem określić wrażenie, jakie ta książka na mnie wywarła, byłoby to: rozczarowanie. Trudno mi ją jednak jednoznacznie ocenić jako dobrą bądź złą.

Miles – miejscowy szeryf, wdowiec i ojciec dziewięcioletniego Jonaha – długo nie może się pogodzić z tragiczną śmiercią swojej żony, Missy. Choć od wypadku, w którym zginęła minęło już sporo czasu, nie udało się odnaleźć sprawcy. Miles jest pogrążony w rozpaczy i nadal próbuje dociec prawdy na temat śmierci żony. Mały Jonah ma coraz większe problemy w nauce. Miles poznaje Sarę – nauczycielkę swojego synka. Między dorosłymi powoli kiełkuje uczucie…

Książka ma dwa oddzielnie prowadzone wątki. Pierwszy – romansowy – opowiada o uczuciu rozwijającym się między dwojgiem dorosłych, a także o ich życiu. Wysuwa się on na pierwszy plan. Drugi natomiast – kryminalny – dotyczy śmierci Missy i prowadzony jest przez tajemniczego narratora-zabójcę. Kto nim jest? Trudno będzie Wam zgadnąć. Tego jestem pewna. Wątek pierwszy jest banalny, całkowicie przewidywalny i zwyczajnie nudny. Przeważnie był dla mnie mdły, a do tego momentami musiałam walczyć z sennością. Jednym słowem, klapa. Natomiast zupełnie inaczej prezentuje się wątek kryminalny. Wciąga i trzyma w napięciu od początku do końca. Jest ciekawy, intrygujący, nieprzewidywalny.

Dużym plusem jest język – prosty, niewyszukany, ale nawet ładny. Gdzieniegdzie bardzo sugestywny. Podobało mi się to, jak Sparks pisze o ludzkich uczuciach. W tym jest, moim zdaniem, dosyć dobry – trzeba mu to oddać. Bardzo realistycznie i przejmująco udało mu się opowiedzieć o uczuciach, wątpliwościach i trudnościach związanych ze stratą ukochanej osoby i trudnym procesem powrotu do normalności. Czasami za dużo było w tym wszystkim nieuzasadnionego patosu, ale generalnie jest całkiem, całkiem. Biorąc pod uwagę, że autorem książki jest mężczyzna, to już w ogóle…

Podsumowanie tej powieści nie jest dla mnie łatwe. Można się przy niej wynudzić, jest w dużej mierze banalna i schematyczna, ale pięknie, choć nie bez patosu, mówi o ludzkich uczuciach i problemach. Ma świetnie zbudowany wątek kryminalny i specyficzne zakończenie… I mimo wielu wad nie mogę jej odmówić szczególnego klimatu, który raz po raz daje się wyczuć. Lektura często jest nużąca, ale plusem jest to, że, bądź co bądź, ostatecznie czyta się tę książkę dosyć szybko. Na zakręcie budzi we mnie bardzo ambiwalentne uczucia. Na razie nie skreślam Sparksa, ale ta powieść wcale mi nie pomogła w wyrobieniu sobie o nim zdania. Będę musiała przeczytać co najmniej jeszcze jedną jego pozycję, żeby móc się zdeklarować. Czy polecam Na zakręcie? Ani tak, ani nie. Zdecydujcie sami.

Moja ocena: 3/6

07/07/2012

„Wyznania gejszy” – Arthur Golden

Zawsze bardzo lubiłam książki obyczajowe, które przybliżały mi kulturę i obyczaje innych ludzi. W szczególności fascynują mnie te, które mówią o dalekich zakątkach świata. Toteż, gdy natknęłam się na Wyznania gejszy nie wahałam się ani chwili nad rozpoczęciem lektury.

Arthur Golden opowiada nam historię życia pewnej Japonki, Sayuri córki ubogiego rybaka. Gdy ojcu nie starcza środków na utrzymanie rodziny postanawia sprzedać swoje dwie latorośle. Starsza trafia do burdelu. Młodsza, której życie będziemy poznawać, dostaje od losu szansę, trafi bowiem do tak zwanej szkoły dla gejsz, aby tam pobierać odpowiednie nauki i w przyszłości stać się jedną z nich. Na początku dziewczynka buntuje się, przeklina swój los. Z czasem jednak, pod wpływem jednego spotkania podejmuje świadomą decyzję, że chce być gejszą… Jak będzie wyglądała droga do spełnienia tego marzenia? Jak wygląda świat gejsz? Tego dowiecie się z książki.

Historia opowiedziana przez Goldena jest niezwykle poruszająca; piękna i tragiczna jednocześnie. Przy tym równie magiczna co pełna realizmu. Czytając poznajemy blaski i cienie życia kandydatki na gejszę. Krok po kroku przechodzimy razem z główną bohaterką wszystkie etapy edukacji poznając dokładnie szczegóły ich dotyczące. Wszystko to idealnie wplecione zostało w realia historyczne, kulturowe i polityczne Japonii lat trzydziestych dwudziestego wieku. Wielowiekowa, starannie pielęgnowana tradycja zderza się z coraz prężniej rozwijającą się cywilizacją.

Od początku trochę niepokoił mnie fakt, że autorem książki o życiu gejsz jest, o ironio, mężczyzna. Uważałam, że to wpłynie na utwór negatywnie, no bo siłą rzeczy autor „skazi” swoją opowieść pierwiastkiem męskiego punktu widzenia… Nic takiego ku mojemu ogromnemu i pozytywnemu zdziwieniu nie nastąpiło.

Narracja prowadzona jest w sposób bardzo płynny. Dzięki temu przyjemność czytania jest jeszcze większa. Uzupełnieniem genialnie prowadzonej narracji są bardzo plastyczne i sugestywne opisy pełne obrazowych porównań. Autor ma niezwykle lekkie pióro. Wspomniane elementy czynią książkę jeszcze bardziej wciągającą i sprawiają, że czytelnik czuje się tak jakby sam był częścią świata przedstawionego.

Przedstawione w sposób realistyczny życie kandydatki na gejszę – wszystkie smutki i radości z nim związane z dodatkiem całej obyczajowej otoczki sprawiają, że książka Goldena to nie tylko świetna, porywająca i wzruszająca powieść o kobiecie, która z determinacją walczyła o swoje marzenia, ale i w pewnym sensie podręcznik japońskiej kultury.

Moja ocena: 5/6

21/05/2012

„Ojciec chrzestny” – Mario Puzo

Dziewiętnastowieczny pisarz francuski – Honoré de Balzac powiedział kiedyś, że „za każdą wielką fortuną kryje się zbrodnia”. W drugiej połowie dwudziestego wieku Mario Puzo – amerykański pisarz włoskiego pochodzenia napisał powieść, której mottem uczynił właśnie te słowa, i która stanowi ich swoistą ilustrację. O jakim dziele mowa? Oczywiście o Ojcu chrzestnym. Powieść błyskawicznie osiągnęła status bestsellera, a dziś wielu zalicza ją już do klasyki literatury światowej.

Fabuła opowiada o losach jednej z sześciu działających w Nowym Jorku rodzin mafijnych – wówczas najpotężniejszej. Jest to rodzina Corleone, na której czele stoi don Vito. To właśnie on jest bohaterem tytułowym. Czytając, poznajemy stopniowo historie życia poszczególnych członków klanu, wspólników i ludzi, którzy niegdyś poprosili dona o pomoc.

Najprościej i najkrócej mówiąc, Ojciec chrzestny to książka o mafii. Tak, to prawda, ale to zdecydowanie za mało powiedziane. Takie określenie to zbyt duże i wręcz niedopuszczalne w tym wypadku uproszczenie. Jest to wspaniała, niezwykle żywa opowieść, która przedstawia mafię od wewnątrz, opisuje dokładnie prawa w niej panujące, zasady i sposób funkcjonowania. Dowiadujemy się także, w czym tkwi jej fenomen, ale o tym za chwilę.

Puzo przedstawia mafię w sposób bardzo złożony. Co zaskakujące, ukazuje również jej ludzki wymiar. Zaskakujące, bo niby jakim cudem mafia może mieć ludzkie oblicze? Mario Puzo wykazał, że owszem – może. W mafii obowiązuje kodeks honorowy, który traktowany jest jak świętość, i do którego przestrzegania zobowiązuje się każdy członek. Najdrobniejsze pogwałcenie tegoż traktowane jest jako zdrada i karane śmiercią. Dla każdego mafioza najważniejszymi wartościami są: honor, szacunek, przyjaźń, uprzejmość, rodzina. Te słowa powtarzają się wielokrotnie na kartach powieści i – paradoksalnie – tak naprawdę wokół nich wszystko się koncentruje. Trzeba zawsze przestrzegać zasad honoru, rodzinę czcić i dbać o nią, a pozostałych członków mafii bezwzględnie szanować – zwłaszcza jej dona. Zostają jeszcze przyjaźń i uprzejmość. Te rozumiane są bardzo specyficznie.

Wszyscy bohaterowie utworu wykreowani zostali bardzo sugestywnie i wnikliwe. Każdy z nich jest inny. Zarówno pod względem charakteru, jak i historii życia. Wszyscy są niezwykle barwni i autentyczni. Stopniowo poznajemy ich coraz głębiej przez pryzmat życiowych doświadczeń i wyborów dokonywanych przez nich zarówno w przeszłości, jak i w teraźniejszości. Dzięki temu zabiegowi mamy możliwość ocenić zachowanie każdej postaci, a nawet je zrozumieć.

Postacią ze wszech miar szczególną, zasługującą bez wątpienia na to, by się jej bliżej przyjrzeć, jest tytułowy ojciec chrzestny. To postać najbardziej żywa i sugestywna ze wszystkich obecnych na kartach utworu. Tajemnicza, zagadkowa, nieprzenikniona. Budzi szacunek i lęk nie tylko u innych bohaterów, ale także u czytelnika. Twórcy powieści należą się owacje na stojąco już choćby tylko za Vita Corleone.

Autorowi niejednokrotnie zarzucano, że w Ojcu chrzestnym gloryfikuje mafię i popiera jej działalność. Mogę śmiało powiedzieć: nic z tych rzeczy. Trzeba jednak przyznać, że książka ma niepowtarzalny i mimo wszystko uroczy klimat, który sprawia, że do mafii odczuwa się nawet pewien rodzaj sympatii.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, to całość została skonstruowana w sposób bardzo specyficzny. Dla przykładu: mnóstwo jest w książce momentów, gdy fabuła przeskakuje z miejsca na miejsce. Najpierw mowa o jednym, potem nagle o czymś innym, na pozór bez związku. Następnie znowu wszystko wraca do normy i znowu jakiś przeskok. Troszkę to irytujące, mimo że autor w końcu doskonale i bez problemu łączy wszystko w spójną i logiczną całość.

Wadą, moim zdaniem – drobną wprawdzie, ale jednak – jest przedziwny sposób poprowadzenia niektórych wątków. Mianowicie od tyłu. Kilka razy spotykamy się z taką sytuacją: najpierw poznajemy skutek jakiegoś wydarzenia czy zachowania jakiegoś bohatera, by potem dopiero, za jakiś czas, powrócić do niego i poznać dokładnie przyczyny i przebieg zdarzeń, które doprowadziły w konsekwencji do takiego, a nie innego finału. Zabieg ten często stosuje się w powieściach psychologicznych i ma on niewątpliwie swoje uzasadnienie, ale uważam, że tu autor posługiwał się nim trochę za często i niezbyt zgrabnie.

Akcja jest generalnie bardzo rozbudowana i wielowątkowa. Przez cały czas trzyma w napięciu i nie pozwala się oderwać od książki. Co prawda dosyć trudno mi było przedrzeć się przez wojny gangów, które w pewnym momencie wybijają się na pierwszy plan i pozostają na nim przez jakiś czas, ale się z tym jednak uporałam. Poza tym – wbrew pozorom, nie te gangsterskie potyczki są tu najważniejsze i najciekawsze.

Ojciec chrzestny to klimatyczna, poruszająca opowieść o różnych aspektach władzy. Władzy silnej i bezwzględnej, której symbolem jest mający ją tytułowy bohater. O dążeniu do niej, o jej smaku, o tym, co ze sobą niesie – co daje i czego wymaga w zamian. Po prostu o wszystkim, co oznacza.

W czym tkwiło sedno potęgi Vita Corleone i jego familii? W specyficznie rozumianej przez niego przyjaźni, na którą liczyć mógł każdy. Dosłownie każdy. Pod jednym warunkiem. Jakim? Zachęcam, abyście przekonali się sami, bo warto! Jest to pozycja dla każdego. Ja bardzo długo zastanawiałam się nad jej przeczytaniem. Myślałam, że mafia i gangsterskie porachunki to zupełnie nie dla mnie. Bardzo się myliłam! Mario Puzo pisze językiem tak lekkim i prostym, a zarazem tak sugestywnie, że nie sposób się nie wciągnąć. Silne emocje gwarantowane!

Moja ocena: 5,5/6