„Ojciec chrzestny” – Mario Puzo

ojciecchrzestnyDziewiętnastowieczny pisarz francuski – Honoré de Balzac powiedział kiedyś, że „za każdą wielką fortuną kryje się zbrodnia”. W drugiej połowie dwudziestego wieku Mario Puzo – amerykański pisarz włoskiego pochodzenia napisał powieść, której mottem uczynił właśnie te słowa, i która stanowi ich swoistą ilustrację. O jakim dziele mowa? Oczywiście o Ojcu chrzestnym. Powieść błyskawicznie osiągnęła status bestsellera, a dziś wielu zalicza ją już do klasyki literatury światowej.

Fabuła opowiada o losach jednej z sześciu działających w Nowym Jorku rodzin mafijnych – wówczas najpotężniejszej. Jest to rodzina Corleone, na której czele stoi don Vito. To właśnie on jest bohaterem tytułowym. Czytając, poznajemy stopniowo historie życia poszczególnych członków klanu, wspólników i ludzi, którzy niegdyś poprosili dona o pomoc.

Najprościej i najkrócej mówiąc, Ojciec chrzestny to książka o mafii. Tak, to prawda, ale to zdecydowanie za mało powiedziane. Takie określenie to zbyt duże i wręcz niedopuszczalne w tym wypadku uproszczenie. Jest to wspaniała, niezwykle żywa opowieść, która przedstawia mafię od wewnątrz, opisuje dokładnie prawa w niej panujące, zasady i sposób funkcjonowania. Dowiadujemy się także, w czym tkwi jej fenomen, ale o tym za chwilę.

Puzo przedstawia mafię w sposób bardzo złożony. Co zaskakujące, ukazuje również jej ludzki wymiar. Zaskakujące, bo niby jakim cudem mafia może mieć ludzkie oblicze? Mario Puzo wykazał, że owszem – może. W mafii obowiązuje kodeks honorowy, który traktowany jest jak świętość, i do którego przestrzegania zobowiązuje się każdy członek. Najdrobniejsze pogwałcenie tegoż traktowane jest jako zdrada i karane śmiercią. Dla każdego mafioza najważniejszymi wartościami są: honor, szacunek, przyjaźń, uprzejmość, rodzina. Te słowa powtarzają się wielokrotnie na kartach powieści i – paradoksalnie – tak naprawdę wokół nich wszystko się koncentruje. Trzeba zawsze przestrzegać zasad honoru, rodzinę czcić i dbać o nią, a pozostałych członków mafii bezwzględnie szanować – zwłaszcza jej dona. Zostają jeszcze przyjaźń i uprzejmość. Te rozumiane są bardzo specyficznie.

Wszyscy bohaterowie utworu wykreowani zostali bardzo sugestywnie i wnikliwe. Każdy z nich jest inny. Zarówno pod względem charakteru, jak i historii życia. Wszyscy są niezwykle barwni i autentyczni. Stopniowo poznajemy ich coraz głębiej przez pryzmat życiowych doświadczeń i wyborów dokonywanych przez nich zarówno w przeszłości, jak i w teraźniejszości. Dzięki temu zabiegowi mamy możliwość ocenić zachowanie każdej postaci, a nawet je zrozumieć.

Postacią ze wszech miar szczególną, zasługującą bez wątpienia na to, by się jej bliżej przyjrzeć, jest tytułowy ojciec chrzestny. To postać najbardziej żywa i sugestywna ze wszystkich obecnych na kartach utworu. Tajemnicza, zagadkowa, nieprzenikniona. Budzi szacunek i lęk nie tylko u innych bohaterów, ale także u czytelnika. Twórcy powieści należą się owacje na stojąco już choćby tylko za Vita Corleone.

Autorowi niejednokrotnie zarzucano, że w Ojcu chrzestnym gloryfikuje mafię i popiera jej działalność. Mogę śmiało powiedzieć: nic z tych rzeczy. Trzeba jednak przyznać, że książka ma niepowtarzalny i mimo wszystko uroczy klimat, który sprawia, że do mafii odczuwa się nawet pewien rodzaj sympatii.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, to całość została skonstruowana w sposób bardzo specyficzny. Dla przykładu: mnóstwo jest w książce momentów, gdy fabuła przeskakuje z miejsca na miejsce. Najpierw mowa o jednym, potem nagle o czymś innym, na pozór bez związku. Następnie znowu wszystko wraca do normy i znowu jakiś przeskok. Troszkę to irytujące, mimo że autor w końcu doskonale i bez problemu łączy wszystko w spójną i logiczną całość.

Wadą, moim zdaniem – drobną wprawdzie, ale jednak – jest przedziwny sposób poprowadzenia niektórych wątków. Mianowicie od tyłu. Kilka razy spotykamy się z taką sytuacją: najpierw poznajemy skutek jakiegoś wydarzenia czy zachowania jakiegoś bohatera, by potem dopiero, za jakiś czas, powrócić do niego i poznać dokładnie przyczyny i przebieg zdarzeń, które doprowadziły w konsekwencji do takiego, a nie innego finału. Zabieg ten często stosuje się w powieściach psychologicznych i ma on niewątpliwie swoje uzasadnienie, ale uważam, że tu autor posługiwał się nim trochę za często i niezbyt zgrabnie.

Akcja jest generalnie bardzo rozbudowana i wielowątkowa. Przez cały czas trzyma w napięciu i nie pozwala się oderwać od książki. Co prawda dosyć trudno mi było przedrzeć się przez wojny gangów, które w pewnym momencie wybijają się na pierwszy plan i pozostają na nim przez jakiś czas, ale się z tym jednak uporałam. Poza tym – wbrew pozorom, nie te gangsterskie potyczki są tu najważniejsze i najciekawsze.

Ojciec chrzestny to klimatyczna, poruszająca opowieść o różnych aspektach władzy. Władzy silnej i bezwzględnej, której symbolem jest mający ją tytułowy bohater. O dążeniu do niej, o jej smaku, o tym, co ze sobą niesie – co daje i czego wymaga w zamian. Po prostu o wszystkim, co oznacza.

W czym tkwiło sedno potęgi Vita Corleone i jego familii? W specyficznie rozumianej przez niego przyjaźni, na którą liczyć mógł każdy. Dosłownie każdy. Pod jednym warunkiem. Jakim? Zachęcam, abyście przekonali się sami, bo warto! Jest to pozycja dla każdego. Ja bardzo długo zastanawiałam się nad jej przeczytaniem. Myślałam, że mafia i gangsterskie porachunki to zupełnie nie dla mnie. Bardzo się myliłam! Mario Puzo pisze językiem tak lekkim i prostym, a zarazem tak sugestywnie, że nie sposób się nie wciągnąć. Silne emocje gwarantowane!

Moja ocena: 5,5/6

„Szczęściara” – Alice Sebold

szczesciaraSzczęściara to niezwykle poruszająca i dramatyczna historia dziewczyny, która w wieku osiemnastu lat została napadnięta i brutalnie zgwałcona. Nikt nie słyszał, gdy wołała o pomoc. Ta książka to nie tylko opowieść o gwałcie, ale także o wszystkim, co było potem. O poszukiwaniach gwałciciela, procesie, ale przede wszystkim o długim i trudnym dochodzeniu do siebie. Nie fizycznym, lecz psychicznym.

Zapiski te są głęboko wstrząsające. Wpływ na to mają zdecydowanie bardzo drobiazgowe opisy, autorka bowiem nie pozwala sobie na pominięcie żadnego, najdrobniejszego nawet szczegółu. Jednakże nie tylko ta drobiazgowość sprawia, że opowieść przesycona jest tak ogromnym napięciem. Wynika to przede wszystkim z faktu, że Szczęściara jest historią autobiograficzną – stanowi zapis przeżyć autorki.

Jak już wspomniałam, Sebold opisuje krok po kroku nie tylko gwałt, ale także cały długotrwałą i trudną walkę o schwytanie i ukaranie przestępcy, o własną tożsamość i szczęście, o powrót do normalności. Nie jest to łatwe, bo jak tu przejść do porządku dziennego nad tym, że jest się ofiarą gwałtu? Nie trzeba być geniuszem, żeby jasno odpowiedzieć sobie na to pytanie – nie da się po prostu. Rany fizyczne szybko się goją, ale psychiczne albo dopiero po wielu latach, albo – co też się często zdarza – nigdy. A nawet jeśli się zagoją, to zawsze pozostawiają po sobie blizny, które w mniejszym lub większym stopniu determinują całe dalsze życie skrzywdzonego człowieka.

Przyznam szczerze, że bardzo trudno jest mi oceniać tę książkę. No bo jak tu oceniać czyjeś życie i postępowanie? Tym bardziej jeśli chodzi o przeżycia tak osobiste, o sprawę tak trudną i delikatną jak gwałt. Tak naprawdę się nie da. I przede wszystkim chyba nie powinno się. Owszem – można myśleć: „gdybym była na jej miejscu”. Tylko po co? Czy to w ogóle coś da? Wątpię. Bo, moim zdaniem, nie można być nigdy na sto procent pewnym, co by się samemu zrobiło w podobnej sytuacji. Wszak w momentach ekstremalnych każdy funkcjonuje chyba nieco inaczej. Poza tym, jak to się mówi, „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Dlatego właśnie nie mam zamiaru szczegółowo analizować i oceniać opisywanych w książce wydarzeń.

Podziwiam autorkę za odwagę i determinację. Życie z brzemieniem gwałtu, walka o sprawiedliwość, o samą siebie, o powrót do normalności, stanięcie twarzą w twarz z gwałcicielem i opowiadanie o tym wszystkim, co przeszła, po wielokroć na różnych etapach śledztwa, niewątpliwie kosztowały ją wiele wysiłku. Przebrnęła przez to. Okazała się na tyle silna i uparta, że nie poddała się w połowie drogi, tak jak – o czym wspomina w swojej książce – robi to większość dziewczyn w podobnej sytuacji. Na dodatek po latach zebrała się w sobie i opublikowała swoje wspomnienia, które pewnie niejednej osobie po przejściach podsunęły myśl: „ona się pozbierała, wiec dlaczego ja nie mogę”?

Jest to pozycja z gatunku tych, po których przeczytaniu zupełnie inaczej patrzy się na świat i ludzi. To książka zdecydowanie dobra i cenna. Bardzo życiowa, prawdziwa. Nic nie jest w niej „na siłę”.

Polecam. Zwłaszcza jeśli ktoś lubi takie historie pisane przez życie.

Moja ocena: 4/6

„Kod Leonarda da Vinci” – Dan Brown

kodleonardadavinciO tej pozycji słyszałam już mnóstwo razy. Zresztą chyba trudno o kogoś, kto o niej nie słyszał. Niemniej jednak bardzo długo wahałam się, zanim ostatecznie wzięłam Kod Leonarda da Vinci do ręki. Złożyło się na to kilka różnych czynników. W końcu jednak sięgnęłam po tę powieść. Zachęciła mnie ogólnie dobre zdanie o Danie Brownie, fakt, że pozycję tę już od lat rekomendowała mi BiblioNETka, no i jeszcze jedno: miejsce akcji – Paryż. Jednym słowem, moja ślepa miłość do Francji wygrała. I nie żałuję.

O czym jest Kod Leonarda da Vinci? Kustosz paryskiego Luwru zostaje zamordowany. Podejrzenia padają na znawcę symboliki religijnej – Roberta Langdona oraz wnuczę zabitego. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności udaje im się przechytrzyć policję. Zmarły pozostawił im szereg zagadek, które muszą rozwiązać, aby odkryć w końcu tę jedną, najważniejszą. Rozpoczynają poszukiwania.

Zaczęłam czytać wieczorem i czytałam do piątej rano dnia następnego, robiąc jedynie przymusowe krótkie przerwy. To jest to! Po pierwsze, wciąga już od pierwszej strony. Brown genialnie potrafi stworzyć nastrój i wywołać u czytelnika wrażanie osaczenia. Zupełnie jakby się było tuż obok bohaterów. Emocjonalnie przeżywałam wszystkie ich lęki, obawy, niepewności. Lubię to. Lubię, kiedy autor chwyta mnie w sidła. Kiedy wydaje mi się, że już wiem, na pewno wiem co będzie dalej. I kiedy już chcę się o to zakładać, okazuje się, że nie wiem zupełnie nic! Czegoś takiego potrafi dokonać tylko mistrz.

Zazwyczaj razi mnie, wręcz doprowadza do szału, gdy dla potrzeb fabuły autor manipuluje faktami, posuwając się w tym wręcz do granicy absurdu, byle wszystko pasowało. Dan Brown zrobił właśnie coś takiego, ale o dziwo, w tym przypadku mnie to nie razi. Jestem skłonna mu wybaczyć, ponieważ podbił moje serce nieprawdopodobną wyobraźnią i pomysłowością. I na dodatek, wbrew pozorom, zrobił to bardzo przekonująco… Do tego stopnia, że chociaż mam świadomość, iż chodzi o zwykłą fikcję literacką, rozmaite hipotezy dotyczące chrześcijaństwa i Kościoła, o których Brown mówi, pasują idealne i mają wszelkie pozory wiarygodności. Gdybym miała nieco mniej oleju w głowie i ogólnej wiedzy, zapewne bym się na nie nabrała. Może właśnie dlatego tyle wokół tej książki kontrowersji.

Podsumowując: powieść świetna. Wciąga, intryguje, zaskakuje. Ani przez moment nie nuży. Polecam. Trzeba tylko pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, że mamy do czynienia z fikcją literacką, a po drugie, że ta książka to złodziej czasu. Czyta się ją bardzo lekko i szybko. To był mój pierwszy Brown, ale kolejny już czeka w kolejce.

Na koniec się przyczepię. Muszę. Zachodzę w głowę, jak ktoś kto potrafi tak świetnie manipulować faktami, może wypisywać np. takie brednie, że z paryskiego Luwru można sobie wyjść tak po prostu, wyskakując przez okno w toalecie?! Ja rozumiem, to fikcja literacka – ale niech ona będzie na jakimś poziome. Nawet jeśli chodzi o drobiazgi. Tym bardziej że to akurat Brown potrafi osiągnąć z łatwością, co udowodnił na przykładzie zmyślonych teorii dotyczących chrześcijaństwa. I już pomijam fakt, że w Luwrze jest cały szereg zabezpieczeń rożnego rodzaju. W końcu to nie byle jakie muzeum, ale największe na świecie. Powiecie, że szukam dziury w całym. Być może, ale jestem czytelniczką wybredną i od mistrza wymagam doskonałości w każdym calu, dopracowania. Także, a może przede wszystkim, w najdrobniejszych szczegółach.

Moja ocena: 6/6

„Bez sentymentów” – Erich Segal

bezsentymentówBez sentymentów, to moja już któraś z kolei powieść Segala. Gdy brałam tę książkę do ręki był on już od jakiegoś czasu w gronie moich ulubionych autorów. Już wówczas jego twórczość dość dobrze znałam i wysoko ceniłam, toteż po wyżej wspomniany tytuł sięgnęłam właściwie automatycznie. Opis na tylnej części okładki także brzmiał całkiem zachęcająco.

Początek fabuły osadzony został w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Głównymi bohaterami powieści są Nina i Elliot. Poznali się pracując w jednej z nowojorskich agencji teatralnych. Ona – młoda, ambitna, zdolna, kobieta sukcesu, wręcz skazana na sukces. On – nieśmiały, życiowy nieudacznik, którego nigdy nie opuszcza pech. Pewnego dnia zakochują się w sobie i pobierają się. Do pełni szczęścia brakuje im tylko dziecka. I właściwie już tu zaczynają się schody.

Sięgając po tę pozycję spodziewałam, się że – jak to zwykle bywa w przypadku utworów Segala – wciągnie mnie już od pierwszej strony, pozwoli spojrzeć w niezwykły sposób na zwykłe problemy, poruszy i jeszcze przez jakiś czas po przeczytaniu pozostanie w moich myślach. Niestety rozczarowałam się i to zdecydowanie negatywnie.

Pierwszy raz czytając utwór Segala zastanawiałam się po co właściwie on to opublikował? Nie wiem. Książka jakby zupełnie nie w stylu tego autora. Nie jest jakaś tragiczna, niemniej jednak niczym nie zaskakuje, nie wzbudza żadnych emocji, nie skłania do refleksji. A to ostatnie przecież jest jednym z charakterystycznych elementów jego pisarstwa. Ten deficyt dziwi mnie tym bardziej, że w innych swoich utworach Segal osiągał ten efekt znakomicie.

Utwory Segala generalnie mają to do siebie, że na zwyczajność pozwalają spojrzeć niezwyczajnie. O tym utworze tego powiedzieć nie można. Ta pozycja jest po prostu zwyczajna. Do przesady. Do znudzenia wręcz. Jest właściwie o niczym. Zwykli ludzie, zwykłe problemy – jak zwykle zresztą u Segala, ale tym razem brakowało mi tej otoczki, pozornej błahostki, o którą tak naprawdę wszystko by się rozbijało – tego kontekstu, który gdzieś tam zawsze u Segala był obecny.

Kolejną rzeczą, którą bardzo cenię sobie w książkach w ogóle, a u tego autora zwłaszcza jest sposób kreowania postaci – ich barwność, niejednoznaczność, dynamizm. Oprócz tego język – osiągane dzięki niemu: plastyczność obrazowania, nastrojowość, które tak jednoznacznie mi się z Segalem kojarzą. Próżno tego wszystkiego szukać w niniejszej publikacji. W moich oczach książka wiele na tym traci i przyznam szczerze, że kilkukrotnie już zastanawiałam się, czy Bez sentymentów napisał na pewno TEN Segal. Ciężko mi było w to uwierzyć. Ze wszystkich jego powieści ta jest zdecydowanie najgorsza.

Niemniej jednak pomimo znacznego rozczarowania i ogólnego nie najlepszego wrażenia, jakie wywarła na mnie ta powieść nie mogę nie wspomnieć o zaletach, jakie również dzieło to posiada, choć niestety te schodzą tu zdecydowanie na dalszy plan.

Bez sentymentów to króciutki utwór, a ponadto taki, który mimo wszystko bardzo szybko się czyta. W sam raz dla osób, które poszukają czegoś mało ambitnego i nie długiego, dla zabicia czasu. No i jakby nie spojrzeć ostatecznie odnajduję tu pierwiastek tej „segalowskiej świetności”, a mianowicie urzeka mnie – choć nie w tak wielkim stopniu jak zwykle – sposób podejmowania problemów ludzkich.

Tę książkę bardzo trudno było mi ocenić. Chyba w dużej mierze dlatego, że nie mogę nie patrzeć na nią w kontekście całego dorobku pisarskiego autora. Ocenę przyznałam po długim wahaniu i z bólem serca.

Moja ocena: 2/6

„Dziki Imbir” – Anchee Min

dzikiimbirPowieść ta opowiada o perypetiach młodej dziewczyny – Dzikiego Imbiru – rozgrywających się w Chinach, w czasie rewolucji kulturalnej. Wówczas władzę w tym kraju sprawował Mao. Główna bohaterka nie ma łatwego życia. Koleżanki i koledzy w szkole traktują ją jako wroga numer jeden, a to dlatego, że jest osobą „politycznie podejrzaną”. Dlaczego? Ze względu na swoje „reakcyjne” – jak na czasy i kraj, w których przyszło jej żyć – pochodzenie. Jej rodzicami byli: francuski arystokrata i chińska śpiewaczka operowa.

Książka jest krótka, napisana prostym, niewyszukanym stylem, który momentami zdaje się trochę nieporadny, nie do końca wyrobiony. Moim zdaniem, autorka nie do końca radzi sobie z ciągłością fabuły. Jeśli o samą fabułę chodzi, nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń, natomiast czytając Dziki Imbir niejednokrotnie nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autorka miała wcześniej ujęty w punkty pomysł na książkę – na taką, a nie inną konstrukcję bohaterki, fabuły itd. Niestety chwilami miałam wrażenie, że czytam taką listę najważniejszych rzeczy, które autorka na końcu próbowała jakoś „na siłę” czymś połączyć, żeby utworzyły książkę, jedną spójną całość. To drobna usterka, niedopracowanie warsztatowe, niemniej dla mnie dosyć istotna, jako że jestem z natury czytelniczką wybredną i wymagającą, zwłaszcza w stosunku do utworów takich jak ten.

Pomimo kilku minusów książka jest bardzo interesująca, choć prosta. Wciąga i fascynuje niemalże od pierwszej do ostatniej strony, i porusza do głębi. Czym? Po pierwsze, właśnie prostotą, a po drugie – fabułą, która jest niewątpliwie ciekawa, pomysłowa i podporządkowana określonemu zamysłowi artystycznemu. Po trzecie, również konstrukcją postaci tytułowej bohaterki, sposobem przedstawienia jej i jej życia, na które czytelnik patrzy oczyma Jawor – narratorki i zarazem przyjaciółki Dzikiego Imbiru. Poznając losy Dzikiego Imbiru, czytelnik może przekonać się niemal ?na własnej skórze?, jak łatwo (zwłaszcza w warunkach komunizmu) zabić wolność osobistą. Okazuje się, że dobrze i bezpiecznie w takich realiach mogą czuć się tylko konformiści. Dowiadujemy się również, do czego zdolny jest człowiek, by uzyskać aprobatę ze strony innych. Dziki Imbir chce do czegoś dojść, chce być wreszcie kimś. Patrząc na nią poznajemy znaczenie, sens i zarazem cenę takich słów, jak: determinacja, tożsamość, naiwność, walka o swoje marzenia, poświęcenie dla idei. Autorka świetnie, powiedziałabym wręcz – po mistrzowsku, naszkicowała w powieści obraz chińskich realiów za czasów panowania Mao. To, moim zdaniem, zdecydowany plus.

Była to moja pierwsza czytelnicza przygoda z Anchee Min, i pomimo kilku „ale” na pewno nie ostatnia. Nie będę tej książki jednoznacznie polecać ani też odradzać. Zależy, co kto lubi, a jak powszechnie wiadomo, o gustach się nie dyskutuje. Niewątpliwie jest to książka specyficzna. Najlepiej więc oceńcie ją sami.

Moja ocena: 5/6