02/04/2012

„Na wschód od Edenu” – John Steinbeck

Są takie książki, nad którymi zastanawiam się bardzo długo, zanim wreszcie zdecyduję się po nie sięgnąć. Do nich zalicza się Na wschód od Edenu Steinbecka. Chyba rok, jeśli nie dłużej, zastanawiałam się: „przeczytać czy nie?”, zanim wreszcie zdecydowałam się dać Seinbeckowi szansę. A i wtedy jeszcze nie byłam przekonana, czy na pewno dobrze robię. Pierwsze wrażenie też nie było najlepsze, ponieważ źle się nastawiłam już na samym początku i nie bardzo rozumiałam, o co chodzi. Na szczęście szybko się to zmieniło i dostrzegłam, że wszystko, co uważałam początkowo za bezsensowne, ma w tej książce znaczenie i układa się w jedną całość.

Na wschód od Edenu to pod wieloma względami urzekająca wielowątkowa saga rodzinna. Opowiada o losach dwóch rodzin żyjących w Kalifornii na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. W istocie jednak jest to opowieść o całej ludzkości i jednocześnie o każdym człowieku z osobna. Czas i miejsce akcji nie mają żadnego znaczenia dla wymowy utworu i przesłania, jakie on ze sobą niesie.

Steinbeck właściwie przedstawił tylko historię zwykłych ludzi. Takich, jakich spotkać możemy wszędzie, takich, jakimi jesteśmy my sami. Pokazał bliskie nam wszystkim problemy, rozterki, radości. Opowiedział bardzo po ludzku o miłości, nienawiści, przyjaźni, zazdrości, odrzuceniu, dojrzewaniu, poznawaniu i odkrywaniu samego siebie. Jednocześnie poddał to wszystko wnikliwej i subtelnej analizie, zmuszając czytelnika do zastanowienia się nad samym sobą, własnym człowieczeństwem, własnymi uczuciami, stosunkiem do siebie samego, do świata i do innych ludzi.

W podjęciu dogłębnej i rzetelnej autorefleksji pomaga nam cała plejada rozmaitych postaci. Każda z nich jest indywidualna, specyficzna, ale nawzajem się uzupełniają – zupełnie jak ludzie w realnym życiu. Każda ucieleśnia inny aspekt człowieczeństwa i życia – mamy więc niepowtarzalną okazję prześledzenia rozmaitych postaw życiowych. Urzekające i wnikliwe studium psychologiczne postaci pozwala przyjrzeć się każdemu z tych aspektów niejako z osobna. A w sumie uzyskujemy pełny i bardzo realistyczny obraz człowieczeństwa.

Wszyscy bohaterowie wzbudzają w czytelniku emocje. Naturalnie każdy inne. Jak już wspomniałam, są silnie zindywidualizowani. Widać to właściwie na każdym kroku. Czemu to ma służyć, również już napisałam. Ponadto wszyscy są, wbrew pozorom, dosyć jednoznaczni. Generalnie są dobrzy lub źli i nietrudno wyczuć, kto do której grupy się zalicza. Mimo to jednak każda z osób występujących na kartach tej powieści ma w sobie zarówno pierwiastek dobra, jak i zła. Dzięki temu autor pokazał nam wyraźnie, że dobro i zło nieustannie krzyżują się w człowieku.

Wyjątek stanowi tutaj Cathy – od początku do końca jest zła i nie ma w niej ani krztyny dobroci. Jej zło jest niczym nieuzasadnione, niewytłumaczalne. Każdy z bohaterów Na wschód od Edenu jest tak naprawdę symbolem; i każdy symbolizuje coś innego. Ta kobieta jest ucieleśnieniem zła – obecnego na świecie wszędzie tam, gdzie jest człowiek, z którym każdy będzie się musiał prędzej czy później zmierzyć.

Kreacja bohaterów i wnikliwe studium psychologiczne każdego z nich dają – jak już wspomniałam – ważenie realizmu. Widać, że autorowi na nim zależało, ponieważ aby je spotęgować, zastosował jeszcze szereg innych środków, takich jak liczne szczegółowe opisy kalifornijskiego klimatu, tamtejszej fauny i flory. Oprócz tego gdzieś w tle pojawiają się wzmianki na temat panujących ówcześnie w Ameryce nastrojów społecznych i politycznych. Steinbeck zadbał o każdy – najmniejszy nawet – szczegół.

Dla zrozumienia utworu niezwykle ważne jest zwrócenie uwagi na symbolikę postaci Kaina i Abla. Z mojego punktu widzenia było to dosyć trudne i trochę czasu upłynęło, zanim ją dostrzegłam i odczytałam właściwie jej sens i cel.

Powieść Steinbecka to niezwykle barwna historia o zmaganiu się dobra ze złem. Przekazuje ona prawdę uniwersalną o życiu i świecie. Uważam, że tę pozycję warto przeczytać, choć momentami styl autora jest, moim zdaniem, zbyt chaotyczny i nieco za ciężki. To na pewno nie było moje ostatnie spotkanie ze Steinbeckiem.

Moja ocena: 5/6

08/03/2012

„Biała Masajka” – Corinne Hofmann

To opowieść o kobiecie ze Szwajcarii, właścicielce dobrze prosperującej firmy. Wraz ze swoim narzeczonym wybrała się ona na urlop do Kenii. Tam poznała Masaja imieniem Lketinga, w którym zakochała się od pierwszego wejrzenia. Pod wpływem tego uczucia postanowiła rzucić wszystko w diabły, aby być z Lketingą. Osiągnęła swój cel i wraz z ukochanym rozpoczęła życie w jego rodzinnej, masajskiej wiosce. W buszu. Niewiarygodne? A jednak to prawda! Coś takiego właśnie przeżyła Corinne Hofmann – autorka Białej Masajki.

Zauroczona Lketingą Corinne pod wpływem silnego uczucia zdecydowała się zrezygnować ze wszystkiego, by rozpocząć zupełnie nowe życie, skrajnie odmienne od tego, które prowadziła do tej pory. Zostawia wszystko, aby rozpocząć życie w afrykańskim buszu. Spędziła tam cztery lata, uczestnicząc w życiu masajskiej społeczności i próbując uczynić życie tubylców nieco bardziej cywilizowanym. Stawiła czoło różnicom kulturowym. Mieszkała w chacie z krowiego łajna, ciężko pracowała wraz z innymi kobietami z wioski. W tamtych warunkach urodziła i wychowywała córeczkę. Niestety po czterech latach w związku jej i Lketingi zaczęło się dziać nie najlepiej. Pod pretekstem wyjazdu na kilkutygodniowy urlop do Szwajcarii i odwiedzin u matki uciekła od męża, aby jeszcze raz rozpocząć nowe życie – na powrót w Szwajcarii.

Można nazwać Corinne Hofmann głupią, szaloną, naiwną, ale trzeba jej oddać, że jest niezwykle odważna. Ja za nic w świecie nie odważyłabym się tak po prostu zrezygnować ze wszystkiego i przenieść się do Afryki, aby żyć w jednym z tamtejszych plemion, a już na pewno nie wytrzymałabym tam czterech lat. Mimo wszystko Hoffman bardzo mi zaimponowała. Czym? Tym, że pokazała, iż potrafi z determinacją walczyć o to, czego pragnie. To cenne. I nieważne w tym momencie, że generalnie rzecz biorąc, postąpiła głupio i naiwnie.

W książce bardzo podobały mi się liczne opisy Afryki, plemiennych obyczajów, zasad, różnic kulturowych. Dzięki tej pozycji można się dowiedzieć naprawdę wielu ciekawych rzeczy na temat Kenii i plemienia Samburu. No i, co najważniejsze, są to informacje z pierwszej ręki.

Co mnie wkurzało? Momentami sama Corinne. Ale mniejsza z tym. Mimo iż książka jest bardzo ciekawa, a historia Corinne Hofmann wciągająca i nietuzinkowa, lektura zajęła mi sporo czasu. To dlatego, że styl autorki pozostawia wiele do życzenia. Jest toporny, trudno przyswajalny, a chwilami wręcz zatrąca o grafomanię.

Mimo wszystko uważam, że książka jest świetna i warta przeczytania. Nie przeczę jednak, że ma swoje wady.

Moja ocena: 5/6

29/02/2012

„Srebrna Natalia” – Kira Gałczyńska

Uwielbiam biografie i autobiografie. Zwłaszcza postaci ze świata literackiego. Srebrna Natalia to opowieść o niesamowitej kobiecie – żonie poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Napisania jej biografii podjęła się córka – Kira Gałczyńska. Kim była Natalia? Jak poznała swojego męża? Jakie było ich wspólne życie? Dlaczego Natalia była tak wyjątkowa? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań udzieliła po wielu latach Kira.

Natalia miała gruzińskie korzenie, a w jej żyłach płynęła arystokratyczna krew. Ojcem jej był Konstanty Nikołajewicz Awaszwili – reprezentant jednego z najzamożniejszych rodów gruzińskich. Jej matka natomiast była córką rosyjskiego urzędnika, który szybko, wraz z ukochaną, przeniósł się do Kalisza. Natalia od dnia swoich narodzin stała się oczkiem w głowie ojca. On zaszczepił w jej sercu miłość do Gruzji. Niestety, jeszcze gdy była małą dziewczynką, wybuchła woja z Turcją. Wówczas ukochany tato trafił do niewoli i Natalia już nigdy więcej nie miała go zobaczyć. Utrata ojca była dla niej niezwykle traumatycznym przeżyciem. Jednakże swój ból przeżywała cicho i w głębi duszy. Była od dziecka bardzo zamknięta w sobie i taka już została.

Gałczyńskiego poznała w Warszawie, gdzie przyjechała studiować romanistykę. Zakochali się w sobie niemal od pierwszego wejrzenia. Natalia była niepospolicie piękną kobietą; jej uroda przykuła natychmiast uwagę poety. Przede wszystkim zaabsorbowały go jej piękne, duże, niebieskie oczy. Od początku spędzali ze sobą mnóstwo czasu. Natalia bardzo szybko stała się żoną i muzą poety. Była przy nim zawsze i wszędzie. Choć niewątpliwie mnóstwo było w ich małżeńskim życiu chwil trudnych, łez i bólu, choćby z powodu choroby psychicznej, z którą zmagał się poeta, miłość zawsze brała górę.

Autorka przedstawia matkę niczym anioła w ludzkiej postaci. Natalia jawi się nam jako kobieta piękna, niesamowicie cierpliwa i szczerze, głęboko oddana mężowi, jednak mająca przy tym indywidualny, niezwykle silny charakter. Przez całe życie była wierną towarzyszką Konstantego, jego oparciem i nieustającym natchnieniem. Dowodem tego ostatniego może być liczba liryków, które poeta napisał właśnie dla niej. Znajdujemy je również na kartach Srebrnej Natalii, niekiedy wraz z notkami o okolicznościach ich powstania. Po śmierci poety jego żona zajęła się rozpowszechnianiem i propagowaniem jego twórczości.

Małżonkowie byli sobie oddani do tego stopnia, że nawet w tej biografii Natalia została przedstawiona przez pryzmat ich wielkiej, wprost niewyobrażalnej miłości. Trzeba jednak napisać, że mimo wielkiego oddania mężowi nie zaniedbywała samej siebie. Pisała bajki dla dzieci i tłumaczyła na język polski literaturę rosyjską.

Jak już wspomniałam, pani Gałczyńska była osobą bardzo zamkniętą w sobie i nieskorą do dzielenia się z kimkolwiek – nawet z córką – wspomnieniami ze swojego dzieciństwa, młodości, czy wreszcie małżeństwa z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim. Aby nakłonić matkę do zwierzeń, autorka musiała uciec się do pewnego bardzo subtelnego podstępu. Nie zdradzę, jakiego.

Przez to zamknięcie się Natalii w sobie jej biografia ma pewną skazę. Jest jakby niepełna, niedokończona. Brak tutaj informacji na temat przeżyć wewnętrznych, psychiki i emocji. Znajdziemy głównie suche fakty, choć nie oznacza to, że książki mimo wszystko nie czyta się wyśmienicie.

Kira Gałczyńska poradziła sobie świetnie z biografią własnej matki. Trzeba jej to oddać. Tym bardziej, że – jak już kiedyś wspominałam w recenzji innej pozycji – wydaje mi się, iż bycie biografem własnej rodziny, zwłaszcza zaś swoich rodziców, jest niezwykle trudne. Jako autorce biografii własnej matki mam Kirze do zarzucenia jedynie widoczny – sporadycznie co prawda – brak emocjonalnego dystansu, który wyczuwa się w książce. Jest on najzupełniej zrozumiały, jeśli weźmie się pod uwagę, że Kira Gałczyńska była z Natalią bardzo zżyta, podziwiała ją i kochała. Sam w sobie nie jest, naturalnie, niczym złym i w żadnym wypadku nie męczy czytelnika, ale uważam, że w biografii nie ma, a przynajmniej nie powinno być miejsca na emocjonalny stosunek autora do opisywanych osób. Takie „emocjonalne wstawki” to podświadoma sugestia dla czytelnika, jak należy patrzeć na daną postać czy wydarzenie, a w biografiach chyba nie chodzi o ubarwianie, tylko o przedstawianie czarno na białym wszystkiego takim, jakie było czy jest.

Srebrna Natalia to w istocie książka nie tylko o Natalii – kobiecie pięknej zewnętrznie i wewnętrznie, choć żona Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego odgrywa w niej niezaprzeczalnie główną rolę. To także uroczy obrazek przedstawiający Polskę i Polaków dwudziestego wieku. Wreszcie jest to przepiękna opowieść o poecie, o przyjaciołach rodziny, których Gałczyńscy mieli wielu, gdyż prowadzili bujne życie towarzyskie.

Całość jeszcze bardziej uatrakcyjniają liczne fotografie, dokumenty, kopie listów i wspomnienia samej Natalii – nagrane, gdy jej córce udało się przekonać ją podstępem do zwierzeń. Świetne i jak zwykle rzetelne wydanie Świata Książki! To książka, która bez wątpienia przypadnie do gustu nie tylko wielbicielom poezji Gałczyńskiego czy poezji w ogóle.

Moja ocena: 5/6

27/01/2012

„Wieża z klocków” – Katarzyna Kotowska

Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co musi czuć kobieta, kiedy dowiaduje się, że nie będzie mogła mieć nigdy własnych dzieci. Tym bardziej jeśli od zawsze tego pragnęła. Z pewnością to straszne uczucie.

Wieża z klocków to króciutki zbiór opowiadań z życia autorki. Opisuje ona tam swój ból, rozgoryczenie spowodowane bezpłodnością i ciągłe pytanie: dlaczego? Gdy już wiadomo, że medycyna nie pomoże, oboje z mężem podejmują decyzję o adopcji. Kotowska krótko i zwięźle, a zarazem bardzo konkretnie przybliża nam wszystkie zawiłości i problemy, z jakimi przychodzi borykać się parom zainteresowanym adopcją podczas procesu adopcyjnego. Dowiadujemy się, przez co muszą przejść potencjalni rodzice – jak to wygląda od strony technicznej i jakie uczucia towarzyszą poszczególnym etapom. Po kilku miesiącach zmagań autorka zostaje wreszcie mamą dwuletniego Piotrusia.

Ta książeczka to przede wszystkim wzruszający zapis rozwijającej się w sercu kobiety miłości do adoptowanego dziecka, przywiązania i troski prawdziwie matczynej, blasków i cieni bycia adopcyjnym rodzicem. Kotowska niczego nie ubarwia. Pokazuje, jak jest. Bez ogródek. Mówi o obawach, trudnościach i smutkach, które są obecne zwłaszcza na początku, ale także o nadziejach i radościach. O prawdziwej, matczynej miłości. Szczere i prosto. Całość „udekorowana” jest uroczymi rysunkami autorstwa małego Piotrusia.

Ilekroć przytrafia mi się coś złego, pytam: dlaczego ja? I zapewne nie jestem w tym pytaniu osamotniona. Do tej pory również za każdym razem, gdy słyszałam, że kogoś dotyka tragedia, cieszyłam się w duchu: dobrze, że to nie ja. Po lekturze Wieży z klocków w takich sytuacjach pojawia się jeszcze pytanie: a dlaczego niby miałabym to nie być ja?

Polecam tę króciutką książeczkę każdemu. Jest bardzo przyjemna, skłania do refleksji i pozwala inaczej spojrzeć na problem bezpłodności czy adopcyjnego rodzicielstwa. Na pewno, pod żadnym pozorem, nie powinien jej pomijać ktoś, kto sam zastanawia się nad adopcją.

Moja ocena: 5/6

14/01/2012

„Echa” – Danielle Steel

Nie lubię romansów i właściwie po nie nie sięgam. Chyba że romans stanowi wyłącznie jakiś epizod, tło. Przeczytałam kilka książek z tego gatunku i już wiedziałam, że to, kolokwialnie mówiąc, nie moja działka. Dlaczego więc sięgnęłam po Echa? Zapowiadał się nudny wieczór. Szukałam czegoś krótkiego, mało ambitnego dla zabicia czasu. Nic więcej. Opis na okładce brzmiał nawet, nawet. Rozmiar książki też był ok. W związku z powyższym dałam pani Steel szansę z myślą, że w razie czego przecież zawsze mogę rzucić książkę w kąt. Nie rzuciłam.

Oto kilka informacji dotyczących treści. Jest ich dwoje. Ona – Beata, Niemka, młoda i bogata żydówka. On – Antonie, francuski arystokrata, katolik. Zakochali się w sobie. Niestety bliscy obojga byli stanowczo przeciwni temu związkowi. Z kilku powodów. Po pierwsze, były to lata wojny, gdy, jak wiadomo, Niemcy walczyli z Francuzami. Po drugie, trudno było sobie wówczas wyobrazić, żeby żydówka poślubiła katolika i na odwrót. Dla obu rodzin był to mezalians. Młodzi jednak postawili na swoim i na przekór całemu światu byli bardzo szczęśliwi. Niestety, los bywa okrutny.

Książka bardzo mnie wciągnęła. Nie jest to typowe romansidło. W tle rozgrywają się różne ciekawe wydarzenia, o których nie będę pisać. Autorka ilustruje w interesujący sposób rozmaite stany uczuciowe bohaterów, co jest zdecydowanym plusem. Robi to w sposób prosty, a jednocześnie bardzo obrazowy, ciekawy.

W powieści pierwszoplanowa jest miłość we wszystkich swoich wcieleniach. Przede wszystkim – jest tragiczna. Obecny jest także patos, ale – wbrew temu, czego można by się spodziewać po romansie – nie wszechobecny, natrętny i wprowadzony „na siłę”, lecz umiarkowany, rzekłabym: adekwatny do sytuacji.

Po tej książce nie należy spodziewać się nie wiadomo czego. Niemniej uważam, że jest ciekawa. Po prostu. Przyjemnie i bardzo szybko się ją czyta. To lektura w sam raz na nudny zimowy wieczór, dla zabicia czasu, gdy właściwie nic wam się nie chce po całym dniu pracy. Daleko do niej harlequinom czy tradycyjnym romansom, gdzie właściwie wszystko sprowadza się do miłości dwójki głównych bohaterów.

Moja ocena: 5/6