26/04/2012

„Szczęściara” – Alice Sebold

Szczęściara to niezwykle poruszająca i dramatyczna historia dziewczyny, która w wieku osiemnastu lat została napadnięta i brutalnie zgwałcona. Nikt nie słyszał, gdy wołała o pomoc. Ta książka to nie tylko opowieść o gwałcie, ale także o wszystkim, co było potem. O poszukiwaniach gwałciciela, procesie, ale przede wszystkim o długim i trudnym dochodzeniu do siebie. Nie fizycznym, lecz psychicznym.

Zapiski te są głęboko wstrząsające. Wpływ na to mają zdecydowanie bardzo drobiazgowe opisy, autorka bowiem nie pozwala sobie na pominięcie żadnego, najdrobniejszego nawet szczegółu. Jednakże nie tylko ta drobiazgowość sprawia, że opowieść przesycona jest tak ogromnym napięciem. Wynika to przede wszystkim z faktu, że Szczęściara jest historią autobiograficzną – stanowi zapis przeżyć autorki.

Jak już wspomniałam, Sebold opisuje krok po kroku nie tylko gwałt, ale także cały długotrwałą i trudną walkę o schwytanie i ukaranie przestępcy, o własną tożsamość i szczęście, o powrót do normalności. Nie jest to łatwe, bo jak tu przejść do porządku dziennego nad tym, że jest się ofiarą gwałtu? Nie trzeba być geniuszem, żeby jasno odpowiedzieć sobie na to pytanie – nie da się po prostu. Rany fizyczne szybko się goją, ale psychiczne albo dopiero po wielu latach, albo – co też się często zdarza – nigdy. A nawet jeśli się zagoją, to zawsze pozostawiają po sobie blizny, które w mniejszym lub większym stopniu determinują całe dalsze życie skrzywdzonego człowieka.

Przyznam szczerze, że bardzo trudno jest mi oceniać tę książkę. No bo jak tu oceniać czyjeś życie i postępowanie? Tym bardziej jeśli chodzi o przeżycia tak osobiste, o sprawę tak trudną i delikatną jak gwałt. Tak naprawdę się nie da. I przede wszystkim chyba nie powinno się. Owszem – można myśleć: „gdybym była na jej miejscu”. Tylko po co? Czy to w ogóle coś da? Wątpię. Bo, moim zdaniem, nie można być nigdy na sto procent pewnym, co by się samemu zrobiło w podobnej sytuacji. Wszak w momentach ekstremalnych każdy funkcjonuje chyba nieco inaczej. Poza tym, jak to się mówi, „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Dlatego właśnie nie mam zamiaru szczegółowo analizować i oceniać opisywanych w książce wydarzeń.

Podziwiam autorkę za odwagę i determinację. Życie z brzemieniem gwałtu, walka o sprawiedliwość, o samą siebie, o powrót do normalności, stanięcie twarzą w twarz z gwałcicielem i opowiadanie o tym wszystkim, co przeszła, po wielokroć na różnych etapach śledztwa, niewątpliwie kosztowały ją wiele wysiłku. Przebrnęła przez to. Okazała się na tyle silna i uparta, że nie poddała się w połowie drogi, tak jak – o czym wspomina w swojej książce – robi to większość dziewczyn w podobnej sytuacji. Na dodatek po latach zebrała się w sobie i opublikowała swoje wspomnienia, które pewnie niejednej osobie po przejściach podsunęły myśl: „ona się pozbierała, wiec dlaczego ja nie mogę”?

Jest to pozycja z gatunku tych, po których przeczytaniu zupełnie inaczej patrzy się na świat i ludzi. To książka zdecydowanie dobra i cenna. Bardzo życiowa, prawdziwa. Nic nie jest w niej „na siłę”.

Polecam. Zwłaszcza jeśli ktoś lubi takie historie pisane przez życie.

Moja ocena: 4/6

02/04/2012

„Na wschód od Edenu” – John Steinbeck

Są takie książki, nad którymi zastanawiam się bardzo długo, zanim wreszcie zdecyduję się po nie sięgnąć. Do nich zalicza się Na wschód od Edenu Steinbecka. Chyba rok, jeśli nie dłużej, zastanawiałam się: „przeczytać czy nie?”, zanim wreszcie zdecydowałam się dać Seinbeckowi szansę. A i wtedy jeszcze nie byłam przekonana, czy na pewno dobrze robię. Pierwsze wrażenie też nie było najlepsze, ponieważ źle się nastawiłam już na samym początku i nie bardzo rozumiałam, o co chodzi. Na szczęście szybko się to zmieniło i dostrzegłam, że wszystko, co uważałam początkowo za bezsensowne, ma w tej książce znaczenie i układa się w jedną całość.

Na wschód od Edenu to pod wieloma względami urzekająca wielowątkowa saga rodzinna. Opowiada o losach dwóch rodzin żyjących w Kalifornii na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. W istocie jednak jest to opowieść o całej ludzkości i jednocześnie o każdym człowieku z osobna. Czas i miejsce akcji nie mają żadnego znaczenia dla wymowy utworu i przesłania, jakie on ze sobą niesie.

Steinbeck właściwie przedstawił tylko historię zwykłych ludzi. Takich, jakich spotkać możemy wszędzie, takich, jakimi jesteśmy my sami. Pokazał bliskie nam wszystkim problemy, rozterki, radości. Opowiedział bardzo po ludzku o miłości, nienawiści, przyjaźni, zazdrości, odrzuceniu, dojrzewaniu, poznawaniu i odkrywaniu samego siebie. Jednocześnie poddał to wszystko wnikliwej i subtelnej analizie, zmuszając czytelnika do zastanowienia się nad samym sobą, własnym człowieczeństwem, własnymi uczuciami, stosunkiem do siebie samego, do świata i do innych ludzi.

W podjęciu dogłębnej i rzetelnej autorefleksji pomaga nam cała plejada rozmaitych postaci. Każda z nich jest indywidualna, specyficzna, ale nawzajem się uzupełniają – zupełnie jak ludzie w realnym życiu. Każda ucieleśnia inny aspekt człowieczeństwa i życia – mamy więc niepowtarzalną okazję prześledzenia rozmaitych postaw życiowych. Urzekające i wnikliwe studium psychologiczne postaci pozwala przyjrzeć się każdemu z tych aspektów niejako z osobna. A w sumie uzyskujemy pełny i bardzo realistyczny obraz człowieczeństwa.

Wszyscy bohaterowie wzbudzają w czytelniku emocje. Naturalnie każdy inne. Jak już wspomniałam, są silnie zindywidualizowani. Widać to właściwie na każdym kroku. Czemu to ma służyć, również już napisałam. Ponadto wszyscy są, wbrew pozorom, dosyć jednoznaczni. Generalnie są dobrzy lub źli i nietrudno wyczuć, kto do której grupy się zalicza. Mimo to jednak każda z osób występujących na kartach tej powieści ma w sobie zarówno pierwiastek dobra, jak i zła. Dzięki temu autor pokazał nam wyraźnie, że dobro i zło nieustannie krzyżują się w człowieku.

Wyjątek stanowi tutaj Cathy – od początku do końca jest zła i nie ma w niej ani krztyny dobroci. Jej zło jest niczym nieuzasadnione, niewytłumaczalne. Każdy z bohaterów Na wschód od Edenu jest tak naprawdę symbolem; i każdy symbolizuje coś innego. Ta kobieta jest ucieleśnieniem zła – obecnego na świecie wszędzie tam, gdzie jest człowiek, z którym każdy będzie się musiał prędzej czy później zmierzyć.

Kreacja bohaterów i wnikliwe studium psychologiczne każdego z nich dają – jak już wspomniałam – ważenie realizmu. Widać, że autorowi na nim zależało, ponieważ aby je spotęgować, zastosował jeszcze szereg innych środków, takich jak liczne szczegółowe opisy kalifornijskiego klimatu, tamtejszej fauny i flory. Oprócz tego gdzieś w tle pojawiają się wzmianki na temat panujących ówcześnie w Ameryce nastrojów społecznych i politycznych. Steinbeck zadbał o każdy – najmniejszy nawet – szczegół.

Dla zrozumienia utworu niezwykle ważne jest zwrócenie uwagi na symbolikę postaci Kaina i Abla. Z mojego punktu widzenia było to dosyć trudne i trochę czasu upłynęło, zanim ją dostrzegłam i odczytałam właściwie jej sens i cel.

Powieść Steinbecka to niezwykle barwna historia o zmaganiu się dobra ze złem. Przekazuje ona prawdę uniwersalną o życiu i świecie. Uważam, że tę pozycję warto przeczytać, choć momentami styl autora jest, moim zdaniem, zbyt chaotyczny i nieco za ciężki. To na pewno nie było moje ostatnie spotkanie ze Steinbeckiem.

Moja ocena: 5/6

24/03/2012

„Ulica rajskich dziewic” – Barbara Wood

Uwielbiam książki obyczajowe, a kultura arabska i wszystko co z nią związane cieszy się moim zainteresowaniem w sumie odkąd pamiętam. Nie wiem dlaczego tak jest. Być może wpływ na to miały odbywane przeze mnie od dziecka liczne podróże do krajów z kręgu kultury arabskiej. Szczególnie upodobałam sobie właśnie Egipt, w którym, jak do tej pory, byłam aż sześć razy.

Ulica rajskich dziewic to właśnie książka o losach bardzo bogatej muzułmańskiej rodziny żyjącej w Egipcie. Odkąd tylko dowiedziałam się o jej istnieniu, oczywistym więc dla mnie było, że jej przeczytanie to tylko kwestia czasu. Z opisu na okładce dowiedzieć się możemy, że jest to książka o młodej muzułmańskiej dziewczynie, której życie po gwałcie całkowicie się zmienia. W myśl zasad religii, według której się wychowała, dopuściła się ona cudzołóstwa, zhańbiła rodzinę i od tej pory uznawana jest za przeklętą. Musi opuścić nie tylko rodzinny dom, ale w ogóle Egipt. Rozpoczyna zupełnie nowe życie w cywilizacji Zachodu. Po wielu latach postanawia jednak wrócić do Egiptu, aby jeszcze jeden, ostatni już raz zmierzyć się z przeszłością.

Czytając Ulicę rajskich dziewic poznajemy dalsze losy skrzywdzonej Jasminy ale nie tylko. Poznajemy także burzliwą, a momentami tragiczną, choć równocześnie niesamowicie fascynującą historię całej jej najbliższej rodziny i jej samej. Dowiadujemy się jak wyglądało życie Jasminy od narodzin do chwili, gdy po latach spędzonych za granicą wraca do Egiptu.

Opis na okładce mógłby sugerować, że w książce chodzi przede wszystkim o gwałt. Tymczasem jest to powieść wielowątkowa, a samemu gwałtowi autorka poświęciła ledwie jakieś dosłownie parę zdań i to gdzieś w środku utworu. Długo nie mogłam zrozumieć dlaczego motyw ten jest ktoś uznał za aż tak ważny, że umieścił go się w opisie książki na tylnej okładce.  Dopiero gdy skończyłam lekturę zrozumiałam. Otóż mimo wszystko ów epizod jest niejako motorem dla całe reszty. Choć sam w sobie zdaje się być zupełnie nieistotny to tak naprawdę posłużył autorce jedynie jako pretekst do ukazania kultury arabskiej i zasad religii muzułmańskiej, a przede wszystkim ich ogromnej siły oddziaływania. Nie bez znaczenia jest on także dla ukazania cech  osobowościowych i losów wszystkich bohaterów. Bardzo pomysłowe!

Skoro już napomknęłam o kulturze i obyczajach to zatrzymam się jeszcze chwilę nad tym zagadnieniem. Byłam niezmiernie ciekawa jak poradzi sobie z nim autorka ? Brytyjka, Europejka z krwi i kości. Poradziła sobie generalnie mówiąc nie najgorzej. Książka bowiem pozwala się bez wątpienia wiele na ich temat dowiedzieć. Bardzo podobało mi się to, że wszelkie informacje o kulturze arabskiej, islamie, czy Egipcie sprytnie wplecione były w fabułę, która albo je uzasadniała, albo po prostu obrazowała, czy też stanowiła dla nich komentarz dzięki czemu ani trochę nie nużyły. Uważam, że to duży plus. Niemniej jednak mam co do tej kwestii jedno „ale”. Mianowicie w całej powieści obraz kultury arabskiej i religii muzułmańskiej został znacznie spłycony i przedstawiony dość stereotypowo.

Główną bohaterką utworu jest Jasmina, ale tak naprawdę wszyscy bohaterowie są tu równie ważni. Każdy z nich wykreowany został bardzo starannie, przy czym ma swoją historię życia, która w wysublimowany sposób splata się z historiami pozostałych. Wszystkie postaci są bardzo wyraziste i silnie zindywidualizowane. Bohaterowie uzupełniają się wzajemnie tworząc piękną mozaikę ludzkich charakterów i postaw.

Skoro już mowa o bohaterach ogólnie to zatrzymam się jeszcze przy bohaterkach – kobietach występujących na kartach powieści. Ulica rajskich dziewic to bowiem także przepiękna i poruszająca do głębi opowieść o kobiecie silnej, jaką jest Jasmina ale i o kobietach w ogóle. O ich smutkach, marzeniach i sekretach, o kobiecej duszy.

Książkę czyta się świetnie. Niesamowicie wciąga i jest jedną z tych lektur, od których ciężko się oderwać i, do których po prostu chce się wracać. Taka, która pozostaje w człowieku jeszcze długo po przeczytaniu i zmusza do refleksji nad życiem.

Mimo swoich licznych i różnorakich zalet książka posiada jednak pewne wady, które co prawda nie rażą aż tak strasznie, ale wobec których ja nie potrafię przejść obojętnie. Autorka miała niewątpliwie pomysł na książkę, ale chyba nie bardzo wiedziała od czego w tym wypadku ma zacząć. Pierwsze wrażenie jest bowiem jak najgorsze. Ulica rajskich dziewic zaczyna się króciutkim, urwanym prologiem, potem nagle skok do fabuły bez wyjaśnienia. Wygląda to dość dziwnie i dezorientuje. Poziom dezorientacji osiąga jednak apogeum w chwili, gdy nagle znowu coś się urywa i znowu pojawia się kolejny wątek, kolejny bohater. Totalny chaos. Można zwątpić. Na szczęście ten chaos panuje tylko na pierwszych dziesięciu stronach, a po chwili wszystko się stopniowo wyjaśnia i w pełnej krasie objawia nam się kunszt autorki, z którym łączy ona te pojedyncze, na pozór kompletnie nie pasujące do siebie puzzle tak, że łącza jedną, spójną zachwycającą całość.

Jest jeszcze jeden mały minus. Mały i niezbyt istotny w kontekście całości, a nawet pewnie dla wielu w ogóle niezauważalny, ale jednak dla mnie istotny. Były w książce z dwa, czy trzy takie momenty, kiedy poraził mnie kompletny brak realizmu i odniosłam wrażenie, że czytam jakąś nieco uwspółcześnioną opowieść rodem z Baśni tysiąca i jednej nocy.

Podsumowując. Książka ma pewne mankamenty, ale uważam, że i tak jest genialna. Fabuła, bohaterowie i niepowtarzalny klimat przyćmiewają wszystkie niedoskonałości.

Moja ocena: 6/6

24/02/2012

„Służące” – Kathryn Stockett

Do przeczytania Służących skłoniła mnie rekomendacja BiblioNETki oraz liczne pochlebne recenzje, które czytałam na ich temat. Mimo wszystko nie oczekiwałam po tej książce niczego specjalnego. Przypuszczałam, że będzie co najwyżej dobra. Tymczasem okazała się świetna.

Akcja powieści umiejscowiona została w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Wszystkie wydarzenia rozgrywają się w amerykańskim miasteczku Jackson. Główny wątek stanowi panująca wówczas segregacja rasowa. Czytelnik poznaje przede wszystkim losy dwóch czarnoskórych pomocy domowych i życie ich białych państwa. Służące ze względu na kolor skóry bezustannie doświadczają rozmaitych upokorzeń. Żyją tak cierpiąc po cichu, sumiennie wykonując swoje obowiązki i nie skarżąc się, aby tylko nie utracić posady. Biała kobieta – panienka Skeeter nie zgadza się z ostracyzmem społeczeństwa w stosunku do czarnoskórych. Oburzona inicjatywą sanitarną dla kolorowej służby – której pomysłodawczynią jest notabene jej przyjaciółka, panienka Hilly – dziewczyna postanawia coś z tym faktem zrobić. Chce napisać książkę o niewiarygodnie złej sytuacji ciemnoskórych.

Książka podpadła mi właściwie „na dzień dobry” sposobem narracji. Otóż mamy tutaj aż trzech narratorów, a właściwie narratorki. Dwie czarnoskóre służące – Aibileen, pracującą u jednej z dawnych przyjaciółek panienki Skeeter i Minny, która pracowała przez pewien czas u bezdusznej Hilly i już naście razy traciła pracę. Trzecią narratorką jest sama panienka Skeeter. Nie lubię książek, w których występuje kilku narratorów. Z zasady. Z reguły oznacza to totalny chaos i wpływa zdecydowanie ujemnie na całokształt powieści. Uważam, że wprowadzanie kilku sposobów narracji w jednym dziele tak, aby nie nudzić i nie utrudnić czytelnikowi odbioru, wymaga od autora nie lada wysiłku i talentu.

Kathryn Stockett udowodniła, że talent ten ma. Tym razem – ku mojemu własnemu zaskoczeniu – nie mogę się przyczepić. Błyskawicznie zapomniałam o swojej awersji do narracji prowadzonej z kilku punktów widzenia. Stało się tak dzięki temu, że narratorki zostały silnie zindywidualizowane. Indywidualizacja ta zaznacza się na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim jednak w kwestii języka. Każda postać mówi bowiem innym, swoim, indywidualnym językiem. Służące posługują się językiem gwarowym. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że jeśli chodzi o stylizację językową, to jestem nią po prostu zachwycona. To olbrzymi plus. Dzięki temu zyskuje narracja, zyskuje kreacja bohaterek i zyskuje cały utwór. Odrębność głównych bohaterek powieści zaznacza się również w tym, że każda z nich ma inny charakter i inne doświadczenia życiowe. Łączy je jedno: nie zgadzają się z podziałem społeczeństwa na białych i czarnych – na lepszych i gorszych.

Bohaterki zestawione zostały ze sobą na zasadzie kontrastu. Pokornej i cichej Aibileen autorka przeciwstawiła pyskatą i niepokorną Minny, a pałającej nienawiścią do Murzynów panience Hilly – przeciwną segregacji rasowej panienkę Skeeter. Gdzieś tam w tle, z boku jest jeszcze pani Leefold, kobieta pusta, pozbawiona własnego zdania i wszelkich uczuć – zarówno tych dobrych, jak i tych złych.

Wszystkie postacie są, jak już wspomniałam niesamowite, niezwykle barwne. Mam tu na myśli przede wszystkim główne bohaterki, ale nie tylko. Postacie drugoplanowe również zasługują w tym względzie na uwagę. One także, choć pojawiają się tylko w tle, wykreowane zostały z najwyższą starannością, dzięki czemu książka sprawia wrażenie dokładnie przemyślanej i rozplanowanej, a to kolejny duży atut.

Następnym ogromnym atutem utworu jest autentyzm. Składa się nań mnóstwo różnych czynników. Po pierwsze, czas i miejsce akcji; po drugie, szereg faktów historycznych, które na kartach powieści zostały przytoczone. Po trzecie, silna, wielopłaszczyznowa indywidualizacja postaci, o której już tu pisałam. Do tego jeszcze kontekst biograficzny. Można śmiało powiedzieć, że Kathryn Stockett wie, o czym pisze, gdyż sama urodziła się pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia w Jackson i była wychowywana przez czarnoskórą nianię. Autorka przedstawia ówczesne realia bez ogródek i ubarwiania.

Książka jest niesamowicie wciągająca. Wzbudza całe mnóstwo rozmaitych emocji. Od wściekłości i smutku, poprzez nadzieję i radość, do rozbawienia. Jej lektura jest nie tylko przyjemna, ale i pożyteczna. Niesie bowiem ze sobą uniwersalne przesłanie, które nigdy nie traci na ważności. Mówi o tym, że trzeba walczyć z przeciwnościami losu, a także przypomina, że jeśli chcemy zmienić świat, powinniśmy zacząć od naszego najbliższego otoczenia.

Moja ocena: 6/6

14/01/2012

„Echa” – Danielle Steel

Nie lubię romansów i właściwie po nie nie sięgam. Chyba że romans stanowi wyłącznie jakiś epizod, tło. Przeczytałam kilka książek z tego gatunku i już wiedziałam, że to, kolokwialnie mówiąc, nie moja działka. Dlaczego więc sięgnęłam po Echa? Zapowiadał się nudny wieczór. Szukałam czegoś krótkiego, mało ambitnego dla zabicia czasu. Nic więcej. Opis na okładce brzmiał nawet, nawet. Rozmiar książki też był ok. W związku z powyższym dałam pani Steel szansę z myślą, że w razie czego przecież zawsze mogę rzucić książkę w kąt. Nie rzuciłam.

Oto kilka informacji dotyczących treści. Jest ich dwoje. Ona – Beata, Niemka, młoda i bogata żydówka. On – Antonie, francuski arystokrata, katolik. Zakochali się w sobie. Niestety bliscy obojga byli stanowczo przeciwni temu związkowi. Z kilku powodów. Po pierwsze, były to lata wojny, gdy, jak wiadomo, Niemcy walczyli z Francuzami. Po drugie, trudno było sobie wówczas wyobrazić, żeby żydówka poślubiła katolika i na odwrót. Dla obu rodzin był to mezalians. Młodzi jednak postawili na swoim i na przekór całemu światu byli bardzo szczęśliwi. Niestety, los bywa okrutny.

Książka bardzo mnie wciągnęła. Nie jest to typowe romansidło. W tle rozgrywają się różne ciekawe wydarzenia, o których nie będę pisać. Autorka ilustruje w interesujący sposób rozmaite stany uczuciowe bohaterów, co jest zdecydowanym plusem. Robi to w sposób prosty, a jednocześnie bardzo obrazowy, ciekawy.

W powieści pierwszoplanowa jest miłość we wszystkich swoich wcieleniach. Przede wszystkim – jest tragiczna. Obecny jest także patos, ale – wbrew temu, czego można by się spodziewać po romansie – nie wszechobecny, natrętny i wprowadzony „na siłę”, lecz umiarkowany, rzekłabym: adekwatny do sytuacji.

Po tej książce nie należy spodziewać się nie wiadomo czego. Niemniej uważam, że jest ciekawa. Po prostu. Przyjemnie i bardzo szybko się ją czyta. To lektura w sam raz na nudny zimowy wieczór, dla zabicia czasu, gdy właściwie nic wam się nie chce po całym dniu pracy. Daleko do niej harlequinom czy tradycyjnym romansom, gdzie właściwie wszystko sprowadza się do miłości dwójki głównych bohaterów.

Moja ocena: 5/6