„Francuska ścieżka” – Waldemar Łysiak
O twórczości Waldemara Łysiaka słyszałam już nie raz. Zresztą trudno o nim nie słyszeć. Jest to postać nieszablonowa i dość kontrowersyjna: autor, wobec którego trudno być obojętnym. Wśród czytelników i krytyków wzbudza ambiwalentne emocje. Wystarczy poczytać recenzje jego książek na różnych portalach literackich, by się o tym przekonać. Jedni wychwalają jego pióro pod niebiosa, inni wręcz przeciwnie – nie szczędzą autorowi gorzkich słów wysuwając pod adresem jego dzieł najrozmaitsze zarzuty, jak choćby najczęstsze: prostacki styl, czy wulgarność.
Wiele recenzji dzieł Łysiaka już czytałam, ale sama jakoś nigdy nie miałam okazji zapoznać się z żadną z jego książek i nawet zbytnio się za nimi nie rozglądałam. Zawsze były „ważniejsze” tytuły, a Łysiak majaczył gdzieś w dalekiej podświadomości i długo pozostawał dla mnie jednym z tych pisarzy, których zna się jedynie z nazwiska, nie kojarząc ich zbytnio z żadnymi tytułami. Ten stan rzeczy trwałby zapewne po dziś dzień, gdyby przypadkiem, podczas wizyty w bibliotece nie mignął mi przed oczami tytuł Francuska ścieżka. Kocham Francję i wszystko, co z nią związane, więc przymiotnik zawarty w tytule podziałał na mnie jak magnes.
Francuska ścieżka to zbiór esejów o Francji właśnie. Dotyczą one różnych gałęzi szeroko pojętej kultury tego kraju – przede wszystkim literatury, historii, sztuki, ale nie tylko. Także mentalności Francuzów. Francuskiej przeszłości, jej echa i sposobu, w jaki pobrzmiewa ono w teraźniejszości francuskiego narodu. Nie są to zwykłe refleksje z podróży spisane przez podnieconego turystę. Nie są to reporterskie relacje. Eseje te zawierają uderzające swoją nieszablonowością i głębią spostrzeżenia człowieka, który pokochał Francję miłością szczerą, bezwarunkową i głęboką, ale w żadnym wypadku nie ślepą, o czym można się przekonać niejednokrotnie podczas lektury. Ta książka to zapiski człowieka dojrzałego, świadomego siebie, świata, otaczającej go rzeczywistości – przeszłości, teraźniejszości, ale i przyszłości. Łysiakowy sposób postrzegania świata jest dość dziwaczny, ale i niebywale fascynujący.
Autor Francuskiej ścieżki pisze w niej o swoich własnych przeżyciach i subiektywnych odczuciach, które mu w poszczególnych chwilach towarzyszyły, bądź towarzyszą nadal. Dzieli się doświadczeniem kilku pobytów we Francji. Doświadczenie to, dla mnie ma w sobie coś z sacrum, pewien pierwiastek metafizyczny. Pierwiastkiem tym przesiąknięta jest każda z opowieści, którymi raczy nas autor. Bardzo lubię literaturę utrzymaną w takim właśnie, lekko metafizycznym klimacie, toteż uważam to za walor.
We wstępie Łysiak tak pisze o swoich motywach związanych z podróżami do Francji:
„Czego ja szukałem we Francji? Tak jak wielu innych przede mną – źródeł samego siebie. Nie mam na myśli więzów rodzinnych, […] lecz więzy dużo silniejsze, łączące oba kraje od Walezjuszów poprzez Napoleona i Wielką Emigrację do Chopina, małżonków Curie i tłumaczeń Boya. Wychowując się na przykładach z tego salonu europejskiej kultury, jest się jak góralskie dziecko, które – usłyszawszy w szkole o morzu – pragnie zobaczyć fale. Czyni się błąd, gdy wyrusza się ku plaży bez tego marzenia. Ścieżka winna być zaprogramowana w człowieku nim on rozpocznie podróż; jeżeli nie jest – będzie jałowa. Niczego nie spotka się na ścieżce, a już zwłaszcza samego siebie, jeśli niczego się od niej nie oczekuje. I tak zostanie wiele miejsca na przypadek rodzący sekrety zaczarowanych wysp, ale nie wolno zdawać się na niespodziankę totalną – trzeba odkrywać to, czego przedsmak nosi się już we wnętrzu”. [1]
Autor, jak widać wyraźnie zaznacza, że powodem jego podróży była chęć odnalezienia własnych źródeł, a przez to samego siebie. Myślę, że mu się to udało. To można wyczuć. To widać w tej książce, którą pozwolę sobie nazwać na mój własny użytek: sprawozdaniem z powrotu do źródeł. Nie mam wątpliwości, że autor osiągnął swój cel. Francuska ścieżka to nie tylko zapis prywatnej ścieżki wiodącej do źródeł własnego ja, ale także mnóstwo refleksji nad tym, czym właściwie w swej naturze jest powrót do źródeł i co termin ten tak naprawdę oznacza? Cała ta książka jest w pewnym, z lekka metaforycznym sensie powrotem do źródeł.
Łysiak pisząc o Francji w znacznym stopniu ją gloryfikuje, ale nie tylko. Nie boi się bowiem i nie waha odkrywać ciemniejszych kart dotyczących historii Francji i francuskiego narodu. Mówi jednak o tym kraju z szacunkiem. Nie ocenia. Nie stara się wymusić na czytelniku takiej, a nie innej postawy wobec faktów. Po prostu pokazuje nam swoją prywatną ścieżkę, która przywiodła go do Francji, z Francją połączyła, i na której to ścieżce odnalazł samego siebie. Omawiając kwestię ciemnych kart we francuskiej historii, zwłaszcza tych dotyczących stosunków francusko-polskich w minionych latach, puentuje następująco:
„Czy dzisiaj [Francuzi to wszystko] pamiętają? Pytać nie warto; zdrożała benzyna, mają większe kłopoty niż zawracanie sobie głowy przeszłością. […] Ja to wszystko pamiętam, a jednak kocham Francję i jestem jej wierny”. [2]
Moje odczucia są podobne i zdecydowanie mogę powiedzieć, że Francuska ścieżka to obowiązkowa pozycja dla wszystkich, frankofilów. Doskonała książka dla miłośników francuskiej kultury i sztuki. O tej ostatniej autor opowiada z wielką pasją, którą z miejsca zaraża czytelnika. A wie, o czym mówi, bo wypowiada się z pozycji znawcy, wszak z wykształcenia jest historykiem sztuki.
Język, jakim posługuje się autor jest z jednej strony bardzo specyficzny, wyszukany i nowatorski. Niewątpliwie zwraca uwagę swoim kształtem. Autor nierzadko ilustruje swoje opinie stosując zaskakujące porównania. Często też znienacka atakuje czytelnika ciętymi i bardzo trafnymi ripostami, które sprytnie wplata w narrację. Nie posługuje się językiem prostym, ale jednocześnie nie można mu odmówić lekkości. Jest całkowicie przystępny, bez trudu zrozumiały dla przeciętnego czytelnika, któremu obce są fachowe, górnolotne sformułowania.
Najczęstszym zarzutem kierowanym pod adresem Łysiaka przez nieprzychylnych mu krytyków i czytelników jest to, że jego teksty są wulgarne. Nie czytałam innych książek autora, więc trudno mi się wypowiedzieć na temat całej jego twórczości, ale Francuska ścieżka wulgarna w moim mniemaniu nie jest. Niekiedy autor w sposób bardzo dosadny formułuje swoje poglądy i możliwe, że dla niektórych ta dosadność będzie nie do zaakceptowania. Mnie jednak nie razi ona w żadnym wypadku. Wręcz przeciwnie. Traktuję ją tutaj jako walor.
Polecam tę książkę tym, którzy cenią sobie autorów-erudytów, bo do takich niewątpliwie należy Waldemar Łysiak. Odznacza się rzadko spotykaną, wysoko rozwiniętą wyobraźnią historyczną. Przedstawia wszystko – obrazy, myśli, historię, uczucia, dzieła sztuki i anegdoty w sposób niezwykle sugestywny i obrazowy. Czytając jego opisy dzieł sztuki miałam wrażenie, jakbym na nie patrzyła. Podobnie było, gdy zapoznawałam się z informacjami dotyczącymi faktów historycznych. Wydawało mi się, jakbym była w miejscu i czasie, o których jest mowa, jakbym sama w opisywanych wydarzeniach uczestniczyła. To sprawia, że książka jest bardzo wciągająca i czyta się ją szybko. Błyskotliwe i nierzadko cięte uwagi, czy dygresje dorzucane mimochodem, gdzieś między wierszami, czynią lekturę jeszcze przyjemniejszą, a każda kolejna strona podsyca w czytelniku ciekawość poznania Francji jeszcze bliżej, dokładniej i motywuje do poszerzenia swojej wiedzy o kulturze, historii i sztuce tego kraju.
Jak prezentuje się Francja Łysiaka? Jest wyjątkowa. Takiej Francji, jaką pokazuje Łysiak, na pewno jeszcze nie znacie. I nie poznacie jej nigdy, jeśli nie sięgniecie po Francuską ścieżkę. Opowieść o Francji w wydaniu Łysiaka jest bardzo ciekawa, bo na swój sposób intymna, osobista. Łysiak opowiada nieznane powszechnie historie i anegdoty dotyczące znanych francuskich zabytków, czy historycznych faktów lub postaci. Raczy czytelników wieloma ciekawostkami, których próżno szukać w przewodnikach turystycznych, encyklopediach, i o których nie usłyszymy z ust żadnego przewodnika wycieczek. Wreszcie opowiada o miejscach we Francji, które są wyjątkowe, a nieznane i obce niekiedy nawet wielu rodowitym Francuzom. Pisze o Francji bez ubarwiania, a jednocześnie z pasją i miłością. Jego sposób pisania jest niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju, nie do podrobienia.
Autor ceni sobie odpowiedni nastrój. Doskonale umie go wyczuć, wykreować, podzielić się nim i sprawić, by udzielił się on również czytelnikowi. Każdy z rozdziałów-esejów w tej książce ma inny – specyficzny i zawsze ujmujący klimat. Ta specyficzna nastrojowość Francuskiej ścieżki to kolejny z licznych jej walorów.
Jestem tą książką zaskoczona, oczarowana, wstrząśnięta. Jestem w niej zakochana. To było moje pierwsze spotkanie z prozą Łysiaka, ale już wiem, że nie ostatnie i mam nadzieję, że kolejne będą równie udane.
Zdecydowanie polecam tę książkę wszystkim, który lubią lektury głębokie, nieszablonowe. Tym, którzy lubią książki skłaniające do refleksji, którzy z lubością przyswajają ciekawostki dotyczące szeroko pojętej kultury innych krajów. Wreszcie polecam tym, którzy chcieliby spojrzeć na Francję inaczej, niestereotypowo, nieszablonowo. Francji, jaką pokazuje Łysiak próżno szukać w publikacjach stricte popularnonaukowych, czy przewodnikach turystycznych. Dla mnie ta książka jest po prostu arcydziełem.
Moja ocena: 6/6
_____
[1] Waldemar Łysiak, Francuska ścieżka, wyd. Exlibris 2000, s. 14.
[2] Tamże, s. 79.
Madame Antoniego Libery to dosyć głośna książka. Jeśli ktoś jeszcze jej nie czytał, to na pewno gdzieś, kiedyś o niej słyszał. Ja po raz pierwszy spotkałam ją na półce szkolnej biblioteki, gdy jeszcze chodziłam do gimnazjum. Mimo iż książka kusiła mnie swoją zmysłową okładką, a pani bibliotekarka podczas każdej niemal mojej wizyty w bibliotece życzliwie zachęcała mnie, abym dała szansę tej pozycji, nie zrobiłam tego… Dopiero niedawno zdecydowałam się wreszcie przeczytać Madame i ogromnie żałuję, że tyle czasu zwlekałam.
Lubię Szymona Hołownię. Jako publicysta, prezenter telewizyjny, dziennikarz robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ponadto zaimponował mi tym, że nie boi się mówić otwarcie w mediach, iż jest człowiekiem wierzącym. Z moich obserwacji wynika, że dziś dla wielu jest to temat drażliwy… Gdy odkryłam, że pan Hołownia jest również autorem kilku książek, w których porusza kwestie związane z religią katolicką, postanowiłam, że jakąś przeczytam. Tym bardziej że spotkałam się już z wieloma pochlebnymi opiniami na ich temat.
Uwielbiam biografie i autobiografie. Zwłaszcza postaci ze świata literackiego. Srebrna Natalia to opowieść o niesamowitej kobiecie – żonie poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Napisania jej biografii podjęła się córka – Kira Gałczyńska. Kim była Natalia? Jak poznała swojego męża? Jakie było ich wspólne życie? Dlaczego Natalia była tak wyjątkowa? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań udzieliła po wielu latach Kira.
Kiedy słyszę hasło „literatura kobieca”, to z reguły „nóż mi się w kieszeni otwiera”. To dlatego, że większość publikacji tego nurtu wyróżnia się przede wszystkim tandetą – przynajmniej dla mnie. Po Romans na receptę sięgnęłam, gdy leżałam w szpitalu i umierałam z nudów. Nie miałam nic do czytania i wówczas inna pacjentka pożyczyła mi lekturę. Postanowiłam przeczytać. Wiadomo: „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”.