02/02/2012

„Romans na receptę” – Monika Szwaja

Kiedy słyszę hasło „literatura kobieca”, to z reguły „nóż mi się w kieszeni otwiera”. To dlatego, że większość publikacji tego nurtu wyróżnia się przede wszystkim tandetą – przynajmniej dla mnie. Po Romans na receptę sięgnęłam, gdy leżałam w szpitalu i umierałam z nudów. Nie miałam nic do czytania i wówczas inna pacjentka pożyczyła mi lekturę. Postanowiłam przeczytać. Wiadomo: „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”.

Główną bohaterką jest Eulalia – kobieta po pięćdziesiątce, reporterka telewizyjna. Prywatnie matka dorosłych już bliźniaków posiadająca swój mały domek, samochód i rodzinkę, która dba o to by nie zabrakło jej wrażeń. Był jeszcze mąż, który jednak pewnego dnia poszedł sobie w długą. Pewnego dnia nieco podłamana kobieta prosząc o radę znajomego psychologa otrzymuje zalecenie przeżycia romansu. Ku swojemu własnemu zdumieniu niebawem zakochuje się.

Sięgając po Romans na receptę przygotowałam się na coś w najlepszym razie w marę zjadliwego i przeciętnego. Tymczasem lektura okazała się być bardzo przyjemna. Po pierwsze dlatego, że napisana jest w sposób niezwykle humorystyczny. Duża dawka śmiechu gwarantowana. Szwaja posiada niezwykle lekkie pióro i jest niewątpliwie pomysłowa. Perypetie głównej bohaterki i jej rodzinki zostają najpierw zmyślnie i porządnie poplątane, a potem są stopniowo rozplątywane. Ponadto Szwaja w niesamowity sposób przedstawiła w Romansie na receptę typowo kobiecy sposób myślenia i – co jest sporym atutem – uczyniła to w sposób ciekawy i humorystyczny.

Podsumowując: nie jest to lektura ambitna i nie należy od niej oczekiwać zbyt wiele. Natomiast jest idealna na nudę. Czyta się szybko, lekko i przyjemnie. I można się przy niej nieźle uśmiać, a co za tym idzie zapomnieć na chwilę o szarości dnia codziennego. Dla zabicia czasu lub gdy przyjdzie po prostu chęć przeczytania czegoś lżejszego – serdecznie polecam.

Moja ocena: 4/6

27/01/2012

„Wieża z klocków” – Katarzyna Kotowska

Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co musi czuć kobieta, kiedy dowiaduje się, że nie będzie mogła mieć nigdy własnych dzieci. Tym bardziej jeśli od zawsze tego pragnęła. Z pewnością to straszne uczucie.

Wieża z klocków to króciutki zbiór opowiadań z życia autorki. Opisuje ona tam swój ból, rozgoryczenie spowodowane bezpłodnością i ciągłe pytanie: dlaczego? Gdy już wiadomo, że medycyna nie pomoże, oboje z mężem podejmują decyzję o adopcji. Kotowska krótko i zwięźle, a zarazem bardzo konkretnie przybliża nam wszystkie zawiłości i problemy, z jakimi przychodzi borykać się parom zainteresowanym adopcją podczas procesu adopcyjnego. Dowiadujemy się, przez co muszą przejść potencjalni rodzice – jak to wygląda od strony technicznej i jakie uczucia towarzyszą poszczególnym etapom. Po kilku miesiącach zmagań autorka zostaje wreszcie mamą dwuletniego Piotrusia.

Ta książeczka to przede wszystkim wzruszający zapis rozwijającej się w sercu kobiety miłości do adoptowanego dziecka, przywiązania i troski prawdziwie matczynej, blasków i cieni bycia adopcyjnym rodzicem. Kotowska niczego nie ubarwia. Pokazuje, jak jest. Bez ogródek. Mówi o obawach, trudnościach i smutkach, które są obecne zwłaszcza na początku, ale także o nadziejach i radościach. O prawdziwej, matczynej miłości. Szczere i prosto. Całość „udekorowana” jest uroczymi rysunkami autorstwa małego Piotrusia.

Ilekroć przytrafia mi się coś złego, pytam: dlaczego ja? I zapewne nie jestem w tym pytaniu osamotniona. Do tej pory również za każdym razem, gdy słyszałam, że kogoś dotyka tragedia, cieszyłam się w duchu: dobrze, że to nie ja. Po lekturze Wieży z klocków w takich sytuacjach pojawia się jeszcze pytanie: a dlaczego niby miałabym to nie być ja?

Polecam tę króciutką książeczkę każdemu. Jest bardzo przyjemna, skłania do refleksji i pozwala inaczej spojrzeć na problem bezpłodności czy adopcyjnego rodzicielstwa. Na pewno, pod żadnym pozorem, nie powinien jej pomijać ktoś, kto sam zastanawia się nad adopcją.

Moja ocena: 5/6

20/01/2012

„Poczwarka” – Dorota Terakowska

Poczwarka to książka, w której Terakowska podejmuje, jak to zwykle czyni w swoich utworach, temat ważny, ale trudny. W tym wypadku jest to problem dziecka niepełnosprawnego. Adam i Ewa są małżeństwem. Oboje mają po trzydziestce, swój własny, dobrze prosperujący biznes i wymarzony, piękny dom. Żyć nie umierać! Dopełnieniem ich szczęścia ma być dziecko – równie idealne, jak ich świat. I dziecko się pojawia, ale okazuje się, że córeczka ma zespół downa.

Adam i Ewa przeżywają szok. Są kompletnie zdruzgotani. W jednej chwili cały ich świat się wali. Oddalają się od siebie na całe długie lata. Mieszkają pod jednym dachem, ale nic ich nie łączy. Ewa decyduje się mimo wszystko zająć małą Marysią. Adam nie. Dalej stopniowo poznajemy ich życie. Przez lata zmieniają swoje podejście, postawy. Poznajemy także wewnętrzny świat Myszki.

Zalety tej książki to, to co generalnie cenię sobie u Terakowskiej – prosty język zdolność wnikliwej obserwacji i analizy życia, odwaga podejmowania trudnych tematów. Pisarka pięknie przedstawiła wewnętrzny świat małej Myszki i kapitalnie naszkicowała psychikę i emocje jej rodziców. Obawy, lęki, sposób na ucieczkę od problemów. Dzięki talentowi pisarskiemu autorki czytając tą książkę czytelnik ma wielokrotnie okazję do wzruszeń.

Duży atut książki to wszechstronne przedstawienie problematyki dziecka niepełnosprawnego i jego relacji z otoczeniem – tym najbliższym i tym dalszym, a także z sobą samym. Po przeczytaniu Poczwarki każdy z pewnością spojrzy na tę kwestię zupełnie inaczej.

Niestety. Jak zwykle u Terakowskiej sporo rzeczy mnie razi. Jak zwykle nie mogłam się oprzeć wrażeniu, ze wszystko jest „na siłę”. I „na pokaz”, żeby narobić szumu, poruszyć i tyle. A w tej książce razi już wybitnie zwłaszcza zakończenie, które zdecydowanie – jak dla mnie – przyćmiewa wszystkie zalety jakie Poczwarka posiada. Tradycyjnie mam wrażenie, że wszystko jest jakieś naciągane. Naciągane mądrości. Dowodem na to jest właśnie zakończenie. Otóż Myszka umiera i trafia do raju, ale nie takiego normalnego. Takiego gorszego, specjalnego, stworzonego dla upośledzonych dzieci. Jako dziewczynka z downem nie ma wstępu do tego raju dla zdrowych! Ja osobiście tym zakończeniem jestem oburzona!

Terakowskiej mówię nie. To była moja ostatnia przygoda z tą autorką. Zawsze oceniam książki całościowo. Z innym zakończeniem może nawet oceniłabym książkę maksymalnie. Z tym nie. To tylko dowodzi obłudy autorki i – w moim mniemaniu – tego, że wykorzystała swój talent po raz kolejny tylko dla pieniędzy. Cóż. Oceniam za całokształt. Wszystko jest idealne, ale to zakończenie – fatalne!

Moja ocena: 3,5/6

14/01/2012

„Echa” – Danielle Steel

Nie lubię romansów i właściwie po nie nie sięgam. Chyba że romans stanowi wyłącznie jakiś epizod, tło. Przeczytałam kilka książek z tego gatunku i już wiedziałam, że to, kolokwialnie mówiąc, nie moja działka. Dlaczego więc sięgnęłam po Echa? Zapowiadał się nudny wieczór. Szukałam czegoś krótkiego, mało ambitnego dla zabicia czasu. Nic więcej. Opis na okładce brzmiał nawet, nawet. Rozmiar książki też był ok. W związku z powyższym dałam pani Steel szansę z myślą, że w razie czego przecież zawsze mogę rzucić książkę w kąt. Nie rzuciłam.

Oto kilka informacji dotyczących treści. Jest ich dwoje. Ona – Beata, Niemka, młoda i bogata żydówka. On – Antonie, francuski arystokrata, katolik. Zakochali się w sobie. Niestety bliscy obojga byli stanowczo przeciwni temu związkowi. Z kilku powodów. Po pierwsze, były to lata wojny, gdy, jak wiadomo, Niemcy walczyli z Francuzami. Po drugie, trudno było sobie wówczas wyobrazić, żeby żydówka poślubiła katolika i na odwrót. Dla obu rodzin był to mezalians. Młodzi jednak postawili na swoim i na przekór całemu światu byli bardzo szczęśliwi. Niestety, los bywa okrutny.

Książka bardzo mnie wciągnęła. Nie jest to typowe romansidło. W tle rozgrywają się różne ciekawe wydarzenia, o których nie będę pisać. Autorka ilustruje w interesujący sposób rozmaite stany uczuciowe bohaterów, co jest zdecydowanym plusem. Robi to w sposób prosty, a jednocześnie bardzo obrazowy, ciekawy.

W powieści pierwszoplanowa jest miłość we wszystkich swoich wcieleniach. Przede wszystkim – jest tragiczna. Obecny jest także patos, ale – wbrew temu, czego można by się spodziewać po romansie – nie wszechobecny, natrętny i wprowadzony „na siłę”, lecz umiarkowany, rzekłabym: adekwatny do sytuacji.

Po tej książce nie należy spodziewać się nie wiadomo czego. Niemniej uważam, że jest ciekawa. Po prostu. Przyjemnie i bardzo szybko się ją czyta. To lektura w sam raz na nudny zimowy wieczór, dla zabicia czasu, gdy właściwie nic wam się nie chce po całym dniu pracy. Daleko do niej harlequinom czy tradycyjnym romansom, gdzie właściwie wszystko sprowadza się do miłości dwójki głównych bohaterów.

Moja ocena: 5/6

07/01/2012

„W ogrodzie pamięci” – Joanna Olczak-Ronikier

Do przeczytania tej książki zabierałam się dosyć długo. Cały czas odkładałam jej przeczytanie na później, aż w końcu zupełnie zapomniałam, że miałam zamiar ją przeczytać. Jakiś czas temu buszując w bibliotece natknęłam się na nią właściwie przez zupełny przypadek i postanowiłam jednak dać jej szansę. Spodziewałam się czegoś przyjemnego, ciekawego, ale książka zdecydowanie przerosła moja oczekiwania. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona.

Bardzo lubię czytać biografie i autobiografie ludzi znanych. Szczególnie pisarzy – mam na tym punkcie obsesję, jak na polonistkę przystało. W ogrodzie pamięci to przede wszystkim opowieść autorki o członkach i historii jej rodziny – o jej prababce, babce i jej rodzeństwie, matce, ojcu, kuzynostwie, ciotkach i wujach. To przepiękna i poruszająca historia. Piękna i tragiczna momentami. Bo to także ogromne świadectwo historii dwudziestowiecznej Europy.

Na kartach tej książki znajdują się liczne wspomnienia o wielu wybitnych ludziach, z którymi obcowali krewni autorki na co dzień. O reprezentantach elity intelektualnej dwudziestego wieku, takich jak choćby: Przybyszewski, z którym matka autorki kiedyś korespondowała, Stefan Żeromski, który w wydawnictwie jej dziadka publikował wiele swoich powieści, a także był serdecznym przyjacielem rodziny Anna Żeromska natomiast i poeta Leopold Staff byli rodzicami chrzestnymi małej Joasi. Są tam też wspomnienia o Marii Dąbrowskiej i wielu innych, których nazwiska kojarzy każdy.

Zazdroszczę autorce takiej rodziny i takiej historii. Choć nie brak tam kart tragicznych. Autorka wywodzi się z rodziny żydowskiej. Opisuje również trudne doświadczenia, z jakimi zmagali się jej krewni ze względu na pochodzenie. Nie pomija także koszmaru holokaustu z czasów drugiej wojny światowej, od którego wielu członków jej rodziny się uratowało.

To książka niesamowita. Napisana prostym językiem, ale piękna i tragiczna. Może właśnie dlatego, że jak mawiają, „życie pisze najlepsze scenariusze”? Tak sądzę. Niemniej jednak nie tylko dlatego. Pani Joanna Olczak-Ronikier ma talent. Wyjątkowy talent pisarski, narracyjny. Dzięki niemu przez moment poczułam się sama członkiem tej niesamowitej rodziny, której losy stopniowo poznawałam. To cenne i niezwykle ubogacające – zwłaszcza dla omawianej przeze mnie pozycji. Jaszcze bardziej wartościową czynią książkę rozmaite ilustracje: stare fotografie, listy pisane dawno temu i inne.

Pewnym mankamentem tej niezwykłej sagi rodzinnej jest to, że momentami opowieść staje się chaotyczna i nieuporządkowana. Zaznaczam momentami. Wówczas trzeba naprawdę wysilić umysł, aby nie pogubić się pod natłokiem dat, imion i nazwisk, bowiem autorka czasem „skacze z kwiatka na kwiatek” najpierw opisując losy jednego członka rodziny, potem nagle innego, po to by po kilku stronach wrócić do tego poprzedniego. Trochę utrudnia to odbiór, choć doskonale rozumiem, że przy tak licznej rodzinie i tak bogatej historii chaos wkrada się czasem siłą rzeczy. Jest to po prostu nieuniknione tak więc chociaż to zdecydowany minus, to jednak przymykam nań do pewnego stopnia oko.

Książka w roku dwutysięcznym drugim otrzymała nagrodę Nike. Zasłużona. Dochodzę do wniosku, że to musi być strasznie trudne – być biografem własnej rodziny.

Moja ocena: 5/6