„Pułapka Dantego” – Arnaud Delalande
Pułapka Dantego to thriller historyczny autorstwa współczesnego francuskiego pisarza. Akcja utworu rozgrywa się w osiemnastowiecznej Wenecji. Pewnego wieczoru w miejscowym teatrze dochodzi do wyjątkowo brutalnego mordu. Wenecki doża zadanie wytropienia zabójcy zleca Pietrowi Viravolcie – niezwykle sprytnemu przestępcy, który w tym celu zostaje zwolniony z więzienia. Prowadzi on śledztwo z dużym zaangażowaniem, ma bowiem własny interes w tym, aby zakończyło się sukcesem. Jednak mimo usilnych starań i sprytu Pietro cały czas pozostaje o krok w tyle za zbrodniarzem i za każdym razem, gdy wydaje się, że zagadka zostanie lada moment rozwikłana, dochodzi do kolejnego morderstwa… Szybko okazuje się, że każde z nich popełniane jest według ściśle określonego porządku. Tajemniczy zabójca wybiera i zabija swoje ofiary zgodnie ze schematem dziewięciu kręgów piekielnych opisanych w pierwszej części Boskiej komedii Dantego.
Pomysł na fabułę wydał mi się wręcz genialny i wiele po tej pozycji oczekiwałam. Z wielką przyjemnością mogę napisać, że Delalande mnie nie zawiódł. Przez moment obawiałam się, czy powieść ta nie okaże się jedynie kiepską parafrazą dzieła florenckiego mistrza. Na szczęście tak się nie stało. Nawiązania do Dantego są w utworze liczne, wyraźne i umiejętnie wplecione w fabułę, która jednak, choć na tych nawiązaniach się opiera, żyje własnym życiem i prezentuje się wyśmienicie. Widać, że autor dogłębnie ją przemyślał.
Jeśli już mowa o aluzjach do dzieła wielkiego średniowiecznego dramaturga, to trzeba powiedzieć, że mogą one momentami być mało czytelne dla osób, którym treść pierwszej części Boskiej komedii jest obca. Co prawda autor Pułapki Dantego często cytuje fragmenty, do których nawiązuje, niemniej bez znajomości pierwowzoru można nie zrozumieć niektórych subtelnych aluzji, przeoczyć je lub odczytać tylko częściowo, a wówczas lektura może co nieco stracić.
Akcja Pułapki Dantego jest wartka, dynamiczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów. Powieść od początku do końca trzyma w napięciu i niesamowicie wciąga. Naznaczona jest również wyraźnie odczuwalną aurą tajemniczości. Do tego dochodzi cała plejada niezwykle barwnych, choć także nieco przerysowanych postaci.
Dodatkowym walorem książki jest fakt, że wyśmienicie oddaje klimat osiemnastowiecznej Wenecji. Opisy tego miasta są tak urocze i sugestywne, że zakochałam się w nim i mam wrażenie, jakbym znała je doskonale, choć jeszcze nigdy tam nie byłam. Autor umiejętnie przekazuje nam też różne ciekawe informacje dotyczące obyczajów mieszkańców osiemnastowiecznej Wenecji i historii tego miasta. Podczas lektury można odnieść wrażenie, że jest się uczestnikiem opisywanych wydarzeń.
Z wielką chęcią dałabym tej powieści maksymalną notę. Niestety nie mogę tego zrobić ze względu na język, który z mojego punktu widzenia jest, najoględniej mówiąc, kiepski. Po pierwsze, bardzo schematyczny, a po drugie, kompletnie niedopracowany. Powiedziałabym, że niekiedy wręcz ociera się o grafomanię. Czyta się przez to momentami dość wolno. Szkoda, bo cała reszta jest po prostu świetna, a przez te niedociągnięcia na płaszczyźnie języka powieść dużo traci. Nie jestem jednak w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy za taki stan rzeczy należy winić autora, tłumacza, czy może osobę odpowiedzialną za korektę w wydawnictwie…
Pułapkę Dantego polecam każdemu, kto ma ochotę na świetny, nieschematyczny kryminał, bo takim właśnie jest ta pozycja, pomimo mankamentów językowych. To książka dobra nie tylko dla fanów thrillerów, ale także dla tych, którzy po ten gatunek sięgają jedynie od czasu do czasu. Myślę, że każdy odnajdzie w niej coś dla siebie.
Moja ocena: 5,5/6
Bardzo lubię powieści obyczajowe, które pozwalają mi przenieść się w odległy zakątek świata i poznać kulturę inną niż europejska. Jedną z książek, które mi to umożliwiły jest Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz Lisy See. Autorka zabiera nas do dziewiętnastowiecznych Chin, gdzie pewnego dnia dwie zupełnie sobie obce, a jednocześnie podobne do siebie dziewczynki – Lilia i Kwiat Śniegu – zostają połączone kontraktem przyjacielskim. Odtąd stają się sobie bardzo bliskie. Mimo iż nie mają zbyt wielu okazji do spotkań, cały czas komunikują się ze sobą za pomocą sekretnego kobiecego pisma, zwanego nu shu. Towarzyszymy im przez całe życie, poznajemy ich smutki, radości oraz jesteśmy świadkami trudnych i pięknych momentów, które stają się udziałem każdej z dziewcząt.
Madame Antoniego Libery to dosyć głośna książka. Jeśli ktoś jeszcze jej nie czytał, to na pewno gdzieś, kiedyś o niej słyszał. Ja po raz pierwszy spotkałam ją na półce szkolnej biblioteki, gdy jeszcze chodziłam do gimnazjum. Mimo iż książka kusiła mnie swoją zmysłową okładką, a pani bibliotekarka podczas każdej niemal mojej wizyty w bibliotece życzliwie zachęcała mnie, abym dała szansę tej pozycji, nie zrobiłam tego… Dopiero niedawno zdecydowałam się wreszcie przeczytać Madame i ogromnie żałuję, że tyle czasu zwlekałam.
O książkach Sparksa już od dłuższego czasu słyszałam same pozytywne opinie, więc chciałam w końcu poznać jego twórczość i wyrobić sobie o niej własne zdanie. Nastawiona byłam raczej pozytywnie. Między innymi z tego względu, iż często Sparksa porównuje się z Picoult, a ja książki tej pani darzę ogromną sympatią. Postanowiłam dać autorowi szansę i tak oto, jakiś czas temu, wzięłam do ręki Na zakręcie. Jak oceniam to pierwsze czytelnicze spotkanie z Nicholasem Sparksem? Gdybym miała jednym słowem określić wrażenie, jakie ta książka na mnie wywarła, byłoby to: rozczarowanie. Trudno mi ją jednak jednoznacznie ocenić jako dobrą bądź złą.
Lubię Szymona Hołownię. Jako publicysta, prezenter telewizyjny, dziennikarz robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ponadto zaimponował mi tym, że nie boi się mówić otwarcie w mediach, iż jest człowiekiem wierzącym. Z moich obserwacji wynika, że dziś dla wielu jest to temat drażliwy… Gdy odkryłam, że pan Hołownia jest również autorem kilku książek, w których porusza kwestie związane z religią katolicką, postanowiłam, że jakąś przeczytam. Tym bardziej że spotkałam się już z wieloma pochlebnymi opiniami na ich temat.