19/02/2012

„Imię róży” – Umberto Eco

O tej książce słyszał chyba każdy. Podobnie zresztą jak o autorze. Ja dość długo zabierałam się do jej przeczytania. Znam Eco przede wszystkim jako autora Dzieła otwartego. I chyba wolę, by tak pozostało. Zdecydowanie nie należę do grona zachwycających się tą powieścią. Ale do rzeczy.

Imię róży opowiada historię pewnego średniowiecznego opactwa i przybliża codzienność żyjących tam mnichów. Jednakże to tylko tło. Rdzeń stanowi bowiem wątek kryminalny. Pewnego dnia w opactwie zamordowany zostaje jeden z mnichów. O pomoc w dotarciu do sprawcy poproszony zostaje Wilhelm z Baskerville – uczony franciszkanin. Przybywa on na miejsce wraz ze swoim uczniem – młodym Adsonem z Melku. Rozpoczyna śledztwo. Jednakże nic tu nie jest proste. Opactwo kryje wiele tajemnic i prowadząc poszukiwania przestępcy trzeba być niezwykle dokładnym i ostrożnym. Ginie coraz więcej osób, a kto zabija – długo, pomimo starań przybyłych, pozostaje zagadką.

Spodziewałam się po tej książce czegoś więcej. Znacznie więcej. Po pierwsze, ze względu na autora, który jest wybitnym człowiekiem i którego ogromnie sobie cenię. Po drugie, ze względu na liczne pozytywne opinie o Imieniu róży, które czytałam w sieci czy słyszałam od znajomych. Tymczasem jestem ogromnie rozczarowana. Dlaczego?

Powieść jest, moim zdaniem, ogromnie płytka, do obrzydzania naciągana i w przeważającej większości śmiertelnie nudna. Fabuła wlecze się niemiłosiernie i trzeba ogromnej siły woli i skupienia, by nie zasnąć podczas lektury. Ciekawe jest może ostatnich sto stron. Tu już zdecydowanie nie trzeba walczyć z sennością. A właściwie dopiero. Aż się wierzyć nie chce, że autorem tej książki jest Umberto Eco.

Pozycja ta ma jednak i zalety, które trzeba wymienić. Język – jak na Eco przystało – jest niezwykły, piękny, kunsztowny, a przy tym generalnie zrozumiały. Bez zbędnego przeintelektualizowania, dzięki czemu w miarę łatwo można przyswoić sobie wiedzę, którą autor dzieli się z czytelnikiem. A tej wiedzy jest w książce sporo. Jeśli tylko komuś starczy sił, by przez nią przebrnąć nie poddając się znudzeniu, z pewnością poczuje się intelektualnie ubogacony – kilku ciekawych rzeczy dowiedzieć się można. Autor przybliża czytelnikowi dość dokładnie realia epoki średniowiecza i czasy inkwizycji.

Obok wiedzy i pięknego języka do zalet utworu można zaliczyć również wątek kryminalny, który jest całkiem, całkiem. Co prawda kto jest winny popełnianych zbrodni, domyśliłam się w połowie powieści, ale ciekawy sam pomysł, a właściwie głównie jego obudowa. Mimo wszystko ciekawie też wątek ten został poprowadzony, chociaż niemalże do szału doprowadzał mnie szereg prób odwrócenia mojej uwagi od popełnianych zbrodni. Zabieg ten przeprowadzony został, moim zdaniem, dosyć nieudolnie i właściwie nie bardzo wiem, czemu miał on służyć.

Kolejna rzecz. Sporo mówi się o niesamowitym i głębokim przesłaniu tej powieści. Ja go nie znalazłam, a wierzcie mi, bardzo chciałam i próbowałam. Tym bardziej że cenię wysoko książki z przesłaniem. Jednak znalazłam jedynie trochę naciąganych życiowych mądrości i kilka fajnych, niewątpliwie godnych uwagi cytatów, które jednak w żaden sposób nie zmieniają mojej ogólnej opinii na temat Imienia róży.

Elementem wartym uwagi, świetnym, wciągającym, który bardzo mi się podobał i do którego nie mam zastrzeżeń, jest zakończenie. Świetne! Zresztą w ogóle całe ostatnie sto stron bardzo przyjemnie było czytać. Szkoda tylko, że o pierwszych sześciuset niekoniecznie mogę to powiedzieć.

Podsumowując. Nazwisko autora i liczne pochlebne opinie sugerowałyby, że książka jest co najmniej wybitna. Tymczasem ja uważam, że mimo kunsztownego języka, sprytnie przemyconych, ciekawych wiadomości historycznych i w miarę interesującego wątku kryminalnego, generalnie jest ona słaba. I powiem coś, co mówię niezwykle rzadko: film jest o wiele lepszy od książki. Nie ma porównania. Film dał mi to, co spodziewałam się otrzymać od powieści.

Nie zwykłam skreślać autorów, a już na pewno nie autorów światowej sławy, powszechnie uznanych, na podstawie jednej książki. Do takich należy Eco. Imię róży było moim drugim spotkaniem z nim, ale mimo złego wrażenia, jakie na mnie wywarło, na pewno nie ostatnim. Kilka innych jego pozycji już czeka w kolejce.

Moja ocena: 2,5/6

15/02/2012

„Dom duchów” – Isabel Allende

Dom duchów to część trylogii iberoamerykańskiej pisarki Isabel Allende. Powstała jako pierwsza, ale chronologicznie w całym cyklu jest trzecia. Cykl można czytać jednak w dowolnej kolejności.

Tytuł mógłby sugerować, że mamy do czynienia z powieścią fantasy. Jest to jednak wyśmienita saga rodzinna opowiadająca o dziejach rodziny Truebów. Clary, jej córki Blanki oraz wnuczki Alby. To powieść głównie o tych trzech kobietach, aczkolwiek z literaturą kobiecą ma bardzo niewiele wspólnego, właściwie nic. Głównym bohaterem jest Esteban Trueba – mąż Clary, człowiek uparty, porywczy i despotyczny. Pierwotnie jego żoną miała zostać siostra Clary, ale niestety zmarła na krótko przed ślubem. Fabuły nie będę opisywała zbyt szczegółowo. Po pierwsze, nie chcę niczego popsuć tym, którzy zdecydują się tę powieść przeczytać, a po drugie, myślę, że co najmniej część z Was oglądała głośny film o tym samym tytule nakręcony na jej podstawie. Oczywiście książka jest zdecydowanie lepsza!

Jak już wspomniałam, mimo iż głównym bohaterem Domu duchów jest mężczyzna, w tej opowieści „pierwsze skrzypce” grają zdecydowanie trzy pokolenia kobiet. Kobiet silnych, odważnych, pewnych siebie i wiedzących, czego chcą od życia, umiejących walczyć o to, co dla nich ważne i osiągających to. Są zawzięte i nieustępliwe. Bardzo konsekwentne w uczuciach. Mają, kolokwialnie mówiąc, „swój świat i swoje kredki”. Świat piękny, niesamowity i przede wszystkim magiczny. Utwór ubogaca szereg barwnych postaci drugoplanowych, które niejednokrotnie odgrywają znaczącą rolę. Wszyscy bohaterowie oddziałują silnie na emocje czytelnika, dzięki czemu ma się wrażenie, że razem z nimi uczestniczy się we wszystkich opisywanych wydarzeniach.

Allende nie można odmówić talentu prozatorskiego. Stworzyła ona ponadczasową, poruszającą do głębi sagę rodzinną. Magiczną, wielowątkową, intrygującą, tajemniczą. W przepiękny sposób snuje opowieść o rodzinie Truebów. Mówi magicznym językiem o miłości, nienawiści, strachu, pragnieniach, radościach, przebaczaniu, walce, które czają się w sercach bohaterów. Po prostu o rodzinie. Wszystkiemu towarzyszy aura magii i tajemniczości.

Narracja prowadzona jest dwutorowo. Mamy do czynienia z narratorem pierwszoosobowym, którym jest Esteban Trueba i trzecioosobowym – którym jest Alba. To dla mnie minus. Zaznaczam – dla mnie. Autorka świetnie sobie poradziła z „ogarnięciem” dwóch toków narracji i oba prowadzone są rzetelnie. Nie można się właściwie do niczego przyczepić. Po prostu ja nie lubię książek, w których występuje więcej niż jeden narrator.

To niesamowita powieść. Uroku dodaje jej osadzenie fabuły w realiach historycznych. Akcja rozgrywa się na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, z rewolucją chilijską w tle. Bohaterowie uwikłani są w ciekawy i przemyślany sposób w wydarzenia polityczne owych czasów.

Moja ocena: 6/6

08/02/2012

„Cień wiatru” – Carlos Ruiz Zafón

Cień wiatru to książka, o której słyszał już chyba każdy. Światowy bestseller, który przyniósł autorowi wielką sławę i podbił serca wielu czytelników nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Jak w każdym przypadku, tak i w tym zdania są podzielone. Obok wielu zwolenników Cień wiatru ma też przeciwników. Ja należę zdecydowanie do tych pierwszych. Miałam to szczęście, że sięgnęłam po powieść Zafóna, ledwie ukazała się na rynku, zanim jeszcze zdołała wzbudzić powszechną sensację i zrobił się wokół niej szum. Cieszę się, bo dzięki temu nic nie zakłócało mojego odbioru książki. Nie miałam wobec niej żadnych konkretnych oczekiwań czy też uprzedzeń, które towarzyszą zazwyczaj spotkaniom z bestsellerami i które mogłyby w jakimś stopniu wpłynąć na moją ocenę utworu.

Barcelona, rok 1945. Dziesięcioletni Daniel Sempere udaje się wraz ze swoim ojcem, antykwariuszem do niezwykłego miejsca – na Cmentarz Zapomnianych Książek. Wolno mu zabrać stamtąd jedną, dowolnie wybraną książkę. Chłopak decyduje się na Cień wiatru. Czyta go bardzo szybko i jest zachwycony do tego stopnia, że postanawia konieczne zapoznać się z innymi dziełami autora. Niestety nie jest to wcale proste. Okazuje się, że właściwie nikt o nim nie słyszał. Chłopak jest jednak zdecydowany i szuka uparcie. Szybko okazuje się, że jeszcze komuś zależy na znalezieniu wszystkich dzieł autora Cienia wiatru, ale jedynie po to, aby je zniszczyć. Daniel nie ustaje w poszukiwaniach. Mijają lata, cały czas bardzo wiele się w jego życiu dzieje. Przeżywa mnóstwo ciekawych przygód. Przeżywa także pierwsze miłości, rozczarowania, przyjaźnie, zyskuje pierwszych wrogów, dorasta. Jednakże teraźniejszość niesamowicie splata się z przeszłością, co ani na chwilę nie pozwala mu przerwać poszukiwań i jest niezwykle fascynującym przeżyciem.

Mogłoby się wydawać, że dzieło Zafóna to jakiś tani thriller z książką i wątkiem miłosnym w tle. Nic bardziej mylnego. Fabuła obejmuje bardzo wiele interesujących wątków, jest nieprzewidywalna, zaskakująca, ciekawa, tajemnicza. Skonstruowana po mistrzowsku i dopracowana niemal w każdym szczególe. To powieść wielowątkowa. Zafón rozszerza ją do granic możliwości, ale robi to w taki sposób, że nie powoduje chaosu ani trudności w czytaniu – wywołuje za to jeszcze większą ciekawość. Tak omotać i zahipnotyzować czytelnika pomysłowością potrafi tylko Zafón.

Autor pokazał, że jest mistrzem obrazowania i sugestywności. Do dziś, kiedy zamknę oczy, widzę w wyobraźni wszystko to, co słowami malował na kartach swej powieści ten hiszpański pisarz. Czynił to za pomocą słów prostych, nie górnolotnych, ale dobranych z najwyższą starannością. Opisy są wyważone, dokładne, sugestywne, ale w żadnym wypadku nie przesadnie rozwlekłe, co stanowi skazę twórczości wielu innych pisarzy. Carlos Ruiz Zafón umie bawić się językiem. To cenne.

Zafón udowodnił ponadto, że nie ma sobie równych również w dziedzinie ukazywania stanów emocjonalnych bohaterów i rozbudzania w czytelniku podobnych emocji. Szacunek. Jestem osobą z natury dosyć uczuciową i często podczas czytania towarzyszą mi mniejsze lub większe emocje, niemniej jestem w stanie policzyć na palcach, ile książek przeżyłam aż tak emocjonalnie jak tę. Niewiele.

Kolejnym dowodem na nieprzeciętny talent pisarski Zafóna są bohaterowie. Każdy z nich został wykreowany bardzo dokładnie i sugestywnie. Każdy jest indywidualną postacią. Ma i dobre, i złe cechy, dzięki czemu nie sprawia wrażenia, jakby był z innego świata.

I jeszcze jedno. Ponieważ w powieści wszystko niejako od początku do końca dotyczy książki, nie mogę nie poświęcić temu motywowi kilku słów. Idąc w kierunku daleko posuniętej interpretacji omawianego tu utworu doszłam do wniosku, że można przyjąć, iż autor podejmuje niejako w zawoalowany sposób temat miejsca książki w świecie współczesnym. Zadałam sobie pytanie – czy jest możliwe dziś, aby książka miała aż taki wpływ na życie człowieka? Czy ma jakiś w ogóle? Od czego to zależy? A może od kogo? Na czym polega fenomen książki? Jaka jest rola książki w świecie współczesnym? Pozostawiam te pytania otwarte.

Podsumowując, jest to jeden z niewielu bestsellerów, na których się nie zawiodłam. Polecam go każdemu.

Moja ocena: 6/6

02/02/2012

„Romans na receptę” – Monika Szwaja

Kiedy słyszę hasło „literatura kobieca”, to z reguły „nóż mi się w kieszeni otwiera”. To dlatego, że większość publikacji tego nurtu wyróżnia się przede wszystkim tandetą – przynajmniej dla mnie. Po Romans na receptę sięgnęłam, gdy leżałam w szpitalu i umierałam z nudów. Nie miałam nic do czytania i wówczas inna pacjentka pożyczyła mi lekturę. Postanowiłam przeczytać. Wiadomo: „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”.

Główną bohaterką jest Eulalia – kobieta po pięćdziesiątce, reporterka telewizyjna. Prywatnie matka dorosłych już bliźniaków posiadająca swój mały domek, samochód i rodzinkę, która dba o to by nie zabrakło jej wrażeń. Był jeszcze mąż, który jednak pewnego dnia poszedł sobie w długą. Pewnego dnia nieco podłamana kobieta prosząc o radę znajomego psychologa otrzymuje zalecenie przeżycia romansu. Ku swojemu własnemu zdumieniu niebawem zakochuje się.

Sięgając po Romans na receptę przygotowałam się na coś w najlepszym razie w marę zjadliwego i przeciętnego. Tymczasem lektura okazała się być bardzo przyjemna. Po pierwsze dlatego, że napisana jest w sposób niezwykle humorystyczny. Duża dawka śmiechu gwarantowana. Szwaja posiada niezwykle lekkie pióro i jest niewątpliwie pomysłowa. Perypetie głównej bohaterki i jej rodzinki zostają najpierw zmyślnie i porządnie poplątane, a potem są stopniowo rozplątywane. Ponadto Szwaja w niesamowity sposób przedstawiła w Romansie na receptę typowo kobiecy sposób myślenia i – co jest sporym atutem – uczyniła to w sposób ciekawy i humorystyczny.

Podsumowując: nie jest to lektura ambitna i nie należy od niej oczekiwać zbyt wiele. Natomiast jest idealna na nudę. Czyta się szybko, lekko i przyjemnie. I można się przy niej nieźle uśmiać, a co za tym idzie zapomnieć na chwilę o szarości dnia codziennego. Dla zabicia czasu lub gdy przyjdzie po prostu chęć przeczytania czegoś lżejszego – serdecznie polecam.

Moja ocena: 4/6

27/01/2012

„Wieża z klocków” – Katarzyna Kotowska

Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co musi czuć kobieta, kiedy dowiaduje się, że nie będzie mogła mieć nigdy własnych dzieci. Tym bardziej jeśli od zawsze tego pragnęła. Z pewnością to straszne uczucie.

Wieża z klocków to króciutki zbiór opowiadań z życia autorki. Opisuje ona tam swój ból, rozgoryczenie spowodowane bezpłodnością i ciągłe pytanie: dlaczego? Gdy już wiadomo, że medycyna nie pomoże, oboje z mężem podejmują decyzję o adopcji. Kotowska krótko i zwięźle, a zarazem bardzo konkretnie przybliża nam wszystkie zawiłości i problemy, z jakimi przychodzi borykać się parom zainteresowanym adopcją podczas procesu adopcyjnego. Dowiadujemy się, przez co muszą przejść potencjalni rodzice – jak to wygląda od strony technicznej i jakie uczucia towarzyszą poszczególnym etapom. Po kilku miesiącach zmagań autorka zostaje wreszcie mamą dwuletniego Piotrusia.

Ta książeczka to przede wszystkim wzruszający zapis rozwijającej się w sercu kobiety miłości do adoptowanego dziecka, przywiązania i troski prawdziwie matczynej, blasków i cieni bycia adopcyjnym rodzicem. Kotowska niczego nie ubarwia. Pokazuje, jak jest. Bez ogródek. Mówi o obawach, trudnościach i smutkach, które są obecne zwłaszcza na początku, ale także o nadziejach i radościach. O prawdziwej, matczynej miłości. Szczere i prosto. Całość „udekorowana” jest uroczymi rysunkami autorstwa małego Piotrusia.

Ilekroć przytrafia mi się coś złego, pytam: dlaczego ja? I zapewne nie jestem w tym pytaniu osamotniona. Do tej pory również za każdym razem, gdy słyszałam, że kogoś dotyka tragedia, cieszyłam się w duchu: dobrze, że to nie ja. Po lekturze Wieży z klocków w takich sytuacjach pojawia się jeszcze pytanie: a dlaczego niby miałabym to nie być ja?

Polecam tę króciutką książeczkę każdemu. Jest bardzo przyjemna, skłania do refleksji i pozwala inaczej spojrzeć na problem bezpłodności czy adopcyjnego rodzicielstwa. Na pewno, pod żadnym pozorem, nie powinien jej pomijać ktoś, kto sam zastanawia się nad adopcją.

Moja ocena: 5/6