„W ogrodzie pamięci” – Joanna Olczak-Ronikier
Do przeczytania tej książki zabierałam się dosyć długo. Cały czas odkładałam jej przeczytanie na później, aż w końcu zupełnie zapomniałam, że miałam zamiar ją przeczytać. Jakiś czas temu buszując w bibliotece natknęłam się na nią właściwie przez zupełny przypadek i postanowiłam jednak dać jej szansę. Spodziewałam się czegoś przyjemnego, ciekawego, ale książka zdecydowanie przerosła moja oczekiwania. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona.
Bardzo lubię czytać biografie i autobiografie ludzi znanych. Szczególnie pisarzy – mam na tym punkcie obsesję, jak na polonistkę przystało. W ogrodzie pamięci to przede wszystkim opowieść autorki o członkach i historii jej rodziny – o jej prababce, babce i jej rodzeństwie, matce, ojcu, kuzynostwie, ciotkach i wujach. To przepiękna i poruszająca historia. Piękna i tragiczna momentami. Bo to także ogromne świadectwo historii dwudziestowiecznej Europy.
Na kartach tej książki znajdują się liczne wspomnienia o wielu wybitnych ludziach, z którymi obcowali krewni autorki na co dzień. O reprezentantach elity intelektualnej dwudziestego wieku, takich jak choćby: Przybyszewski, z którym matka autorki kiedyś korespondowała, Stefan Żeromski, który w wydawnictwie jej dziadka publikował wiele swoich powieści, a także był serdecznym przyjacielem rodziny Anna Żeromska natomiast i poeta Leopold Staff byli rodzicami chrzestnymi małej Joasi. Są tam też wspomnienia o Marii Dąbrowskiej i wielu innych, których nazwiska kojarzy każdy.
Zazdroszczę autorce takiej rodziny i takiej historii. Choć nie brak tam kart tragicznych. Autorka wywodzi się z rodziny żydowskiej. Opisuje również trudne doświadczenia, z jakimi zmagali się jej krewni ze względu na pochodzenie. Nie pomija także koszmaru holokaustu z czasów drugiej wojny światowej, od którego wielu członków jej rodziny się uratowało.
To książka niesamowita. Napisana prostym językiem, ale piękna i tragiczna. Może właśnie dlatego, że jak mawiają, „życie pisze najlepsze scenariusze”? Tak sądzę. Niemniej jednak nie tylko dlatego. Pani Joanna Olczak-Ronikier ma talent. Wyjątkowy talent pisarski, narracyjny. Dzięki niemu przez moment poczułam się sama członkiem tej niesamowitej rodziny, której losy stopniowo poznawałam. To cenne i niezwykle ubogacające – zwłaszcza dla omawianej przeze mnie pozycji. Jaszcze bardziej wartościową czynią książkę rozmaite ilustracje: stare fotografie, listy pisane dawno temu i inne.
Pewnym mankamentem tej niezwykłej sagi rodzinnej jest to, że momentami opowieść staje się chaotyczna i nieuporządkowana. Zaznaczam momentami. Wówczas trzeba naprawdę wysilić umysł, aby nie pogubić się pod natłokiem dat, imion i nazwisk, bowiem autorka czasem „skacze z kwiatka na kwiatek” najpierw opisując losy jednego członka rodziny, potem nagle innego, po to by po kilku stronach wrócić do tego poprzedniego. Trochę utrudnia to odbiór, choć doskonale rozumiem, że przy tak licznej rodzinie i tak bogatej historii chaos wkrada się czasem siłą rzeczy. Jest to po prostu nieuniknione tak więc chociaż to zdecydowany minus, to jednak przymykam nań do pewnego stopnia oko.
Książka w roku dwutysięcznym drugim otrzymała nagrodę Nike. Zasłużona. Dochodzę do wniosku, że to musi być strasznie trudne – być biografem własnej rodziny.
Moja ocena: 5/6
To książka autobiograficzna. Amerykanka Betty Mahmoody jest postacią autentyczną. W latach osiemdziesiątych wyjechała wraz z mężem Irańczykiem i czteroletnią wówczas córeczką do Teheranu. Miały to być rodzinne, dwutygodniowe wakacje. Niestety po przyjeździe na miejsce kobieta dowiedziała się, że mąż nie ma zamiaru wracać do USA. Nie ma też zamiaru pozwolić na powrót żonie i córce, a żona Irańczyka nie ma prawa bez jego pozwolenia wyjechać. I tu zaczął się koszmar. Mężczyzna z dnia na dzień zmienił się z kochającego i czułego męża i ojca w bezwzględnego, despotycznego tyrana, a kobieta wraz z córeczką stała się jego niewolnicą i więźniem we własnym domu.
O tej pozycji słyszałam już mnóstwo razy. Zresztą chyba trudno o kogoś, kto o niej nie słyszał. Niemniej jednak bardzo długo wahałam się, zanim ostatecznie wzięłam Kod Leonarda da Vinci do ręki. Złożyło się na to kilka różnych czynników. W końcu jednak sięgnęłam po tę powieść. Zachęciła mnie ogólnie dobre zdanie o Danie Brownie, fakt, że pozycję tę już od lat rekomendowała mi BiblioNETka, no i jeszcze jedno: miejsce akcji – Paryż. Jednym słowem, moja ślepa miłość do Francji wygrała. I nie żałuję.
Bez sentymentów, to moja już któraś z kolei powieść Segala. Gdy brałam tę książkę do ręki był on już od jakiegoś czasu w gronie moich ulubionych autorów. Już wówczas jego twórczość dość dobrze znałam i wysoko ceniłam, toteż po wyżej wspomniany tytuł sięgnęłam właściwie automatycznie. Opis na tylnej części okładki także brzmiał całkiem zachęcająco.