11/07/2020

„Pan Ibrahim i kwiaty Koranu” – Éric-Emmanuel Schmitt

Uwielbiam twórczość Schmitta za jej uniwersalność, lekki styl, prosty język i jednocześnie ogromną siłę przekazu. Jego książki są generalnie krótkie, ale przy tym nieprawdopodobnie treściwe. Podejmuje w nich ważne tematy życiowe w niekonwencjonalny sposób, ale zawsze ze smakiem, wyczuciem, delikatnością.

Pan Ibrahim i kwiaty Koranu to powiastka specyficzna. Z jednej strony bardzo „schmittowa” pod względem elementów charakterystycznych dla twórczości autora, a z drugiej lekko kontrowersyjna i na swój sposób inna. Kontrowersyjność, to – przynajmniej dla mnie – coś nowego w przypadku tego pisarza. Do momentami niełatwej tematyki i pewnej dozy niekonwencjonalności w sposobie jej przedstawiania zdążyłam już przywyknąć. Ale szczypta kontrowersji? To coś nowego. Już pierwsze zdanie wprawiło mnie w osłupienie.

„Kiedy skończyłem jedenaście lat, rozbiłem swoją świnkę skarbonkę i poszedłem na dziwki”. [1]

Pomyślałam sobie, że nieźle się zaczyna. Tym razem „grubo” panie Schmitt. A jednak nie powstrzymało mnie to pierwsze zdanie przed dalszą lekturą i całe szczęście! Bo bardziej kontrowersyjnie, już nie będzie, choć zaskakująco i ciekawie, to i owszem. Ale przejdźmy do fabuły.

Paryż, lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Momo – nasz jedenastoletni amator prostytutek, to dzieciak, który nie ma łatwego życia. Jest żydem. Mieszka z ojcem, który jedynie stwarza pozory tego, że wychowuje syna, podczas gdy, tak naprawdę, w ogóle się nim nie interesuje. Matka chłopca porzuciła rodzinę, gdy był on jeszcze mały. Momo jest, więc tak naprawdę dzieckiem ulicy. Jego dzieciństwo powoli się kończy, ale o dorosłości i dojrzałości nie ma zielonego pojęcia, bo brak mu odpowiedniego wzorca. Ale los stawia na jego drodze wiekowego pana Ibrahima – sklepikarza, muzułmanina zwanego w dzielnicy „starym Arabem”. Jest on tak naprawdę jedyną osobą, którą w rzeczywistości obchodzi los chłopca. Między nimi rozwinie się niezwykła przyjaźń, dla której wiek i różnice wyznaniowe nie będą miały znaczenia i, która zaważy na całym życiu chłopca.

Momo potrzebuje miłości i zrozumienia, a także – jak każdy dojrzewający człowiek na pewnym etapie swojego życia – wiary w coś, jakiegoś sensu i celu. O tym w dużej mierze jest ta książka. O poszukiwaniu własnego miejsca w świecie, dojrzewaniu i drodze do szczęścia. O tym, że zawsze możemy odmienić swoje życie, niezależnie od tego w jak trudnym jego punkcie się akurat znajdujemy. Naturalnie, wymaga to często naszej ciężkiej pracy, ale nie jest nieosiągalne, choć niekiedy, potrzebny jest nam również bodziec z zewnątrz w postaci innej osoby; kogoś, kto będzie wsparciem, przewodnikiem i drogowskazem. Dla Momo powiernikiem i mentorem staje się pan Ibrahim, który pewnego dnia zastępuje chłopakowi ojca. Między nimi rodzi się prawdziwa, głęboka przyjaźń i wzajemne zaufanie. Czasami bowiem, obcy człowiek, może stać się nam bliższy i cenniejszy dla nas niż ktokolwiek inny.

Momo początkowo niebywale mnie irytował. Irytujące było jego zachowanie, sposób myślenia, w ogóle cała jego kreacja. Przez pewien czas nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to postać przerysowana i dość sztuczna, a co za tym idzie kompletnie – dla mnie – nieprzekonująca. A już na pewno nie w stylu Schmitta. Dotychczas jego bohaterowie zawsze wydawali mi się autentyczni. Nie zawsze rozumiałam czy popierałam w duchu ich zachowania i wybory, ale nigdy nie sprawiali na mnie wrażenia sztucznych, a czytałam już kilka innych książek tego autora. Na szczęście moje początkowo negatywne odczucia pod adresem Momo, dość szybko się ulotniły.

Pan Ibrahim i kwiaty Koranu to opowieść krótka, piękna i prosta. Napisana lekko, ale przy tym przejmująca. I tak właśnie mi się ją czytało: lekko i z przejęciem. To ogrom treści zawarty w niewielu słowach. Całość zajmuje jakieś sześćdziesiąt stron w małym formacie. To jeden z powodów, dla których uwielbiam twórczość Schmitta. Za każdy razem czytając jego dzieła zastanawiam się, jak to możliwe, żeby w tak niewielu słowach przekazać tak wiele? Niezmiennie jestem pod ogromnym wrażeniem.

Ze stylem Schmitta kojarzą mi się: wyważenie i subtelność. Tutaj też ich nie zabrakło, choć pojawiła się również szczypta kontrowersji, o czym pisałam już wcześniej. Miejscami być może lekko naiwny optymizm i uwierająca rzeczywistość, przedstawiona w sposób nie do końca „schmittowy” nie odbierają jednak książce, jako takiej uroku i nie czynią jej w ogólnym rozrachunku mniej wartościową czy wymowną od innych jego pozycji. Przynajmniej według mnie.

Tak jak w innych swoich książkach, tak i w tej, autor przypomina nam pewne podstawowe i głęboko uniwersalne prawdy życiowe, o których w dzisiejszym, zabieganym świecie tak często zapominamy. To dobra opowiastka na chwilę zatrzymania się i refleksji.

Moja ocena: 4,5/6

_____
[1] Éric-Emmanuel Schmitt, Pan Ibrahim i kwiaty Koranu, tłum. Barbara Grzegorzewska, wyd. Znak 2004, s. 7.

05/07/2020

„Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej” – Sławomir Koper

Dwudziestolecie międzywojenne to epoka, która fascynowała mnie odkąd pamiętam. Zresztą był to najbogatszy chyba okres w dziejach polskiej kultury. To wtedy, po odzyskaniu przez nasz naród długo wyczekiwanej niepodległości i na chwilę przed wybuchem drugiej wojny światowej, niezwykle prężnie rozwijały się literatura, teatr, muzyka. Wtedy tworzyli jedni z najwybitniejszych polskich artystów, o których kolejne pokolenia uczyły się i uczą nadal ze szkolnych podręczników; Nałkowska, Witkacy, Bodo, Ordonówna, siostry Kossakówny, Przybyszewski i wielu innych. Nie trzeba być „specem” żeby kojarzyć te nazwiska. O nich opowiada Sławomir Koper w swojej książce Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej.

Autor wziął na warsztat nie tyle samych reprezentantów ówczesnych elit artystycznych, co całą epokę. Na kartach książki przedstawił, bowiem również konteksty historyczny i społeczno-obyczajowy, dobrze przy tym oddając niepowtarzalny klimat tamtych czasów i ogólne nastroje społeczne. Prywatne życie najgłośniejszych artystów dwudziestolecia to, zatem bez wątpienia motyw przewodni książki, ale nie jedyny.

Życie prywatne elit artystycznych w latach dwudziestych przenikało się w niektórych miejscach ze sferą publiczną. Miejscami takimi były na przykład kawiarnie literackie i kabarety, niemal nieustannie tętniące życiem. O tych bez wątpienia najsłynniejszych i najważniejszych dla polskiej kultury również sporo u Kopra przeczytamy.

Ówczesne elity artystyczne można by pod pewnymi względami śmiało przyrównać do dzisiejszych celebrytów. Sensacje, skandale, romanse, intrygi… Brzmi jakby znajomo – prawda? Dwudziestolecie międzywojenne wcale nie było wolne od podobnych afer. Ludzie zawsze interesowali się życiem swoich idoli. Ci natomiast, często – mniej lub bardziej świadomie – dostarczali opinii publicznej mnóstwo elektryzujących tematów. Koper przywołuje, więc również wybrane z nich i opisuje je.

Książkę czytało mi się bardzo szybko i z wielkim zaciekawieniem. To zbiór różnorodnych smaczków z epoki, ciekawostek i anegdotek, a także licznych fotografii – wszystkich w sepii. Uwielbiam takie klimaty. Znów – jak to już mi się nie raz wcześniej zdarzało – poczułam w sercu ukłucie żalu, że nie było mi dane żyć w tamtych czasach. Ach, jaka szkoda!

Swego czasu, w jakiejś recenzji tej książki, umieszczonej na jednym z internetowych serwisów literackich, przeczytałam, że cała ta publikacja mocno bazuje na nieco sztucznie i na siłę podkręcanej przez autora atmosferze sensacji i skandalu, mając przy tym w sobie, co nieco ze współczesnych portali plotkarskich. Ciekawa to opinia i porównanie, ale zgodzę się z nią tylko po części. Jakkolwiek samo porównanie do portali plotkarskich uważam za świetne i niebywale trafne (sama zresztą w jednym z poprzednich akapitów nawiązałam do współczesnych celebrytów), tak osobiście nie odnajduję w wywodzie autora i jego sposobie ukazania realiów światka artystycznego epoki, znamion sztuczności.

Sławomir Koper posługuje się przystępnym językiem, a cała narracja utrzymana jest w lekko gawędziarskim tonie. Przedstawione w książce informacje i omówione szerzej fakty zostały poddane dość swobodnej i subiektywnej odautorskiej selekcji. Autor ma własny punkt widzenia na pewne kwestie, jednak nie narzuca czytelnikowi swoich ocen, a jedynie snuje domysły, sprytnie wplatając je w opowieść i prowokując czytelnika do myślenia i zajęcia własnego stanowiska wobec nich.

Od początku dało się wyczuć, że Koper ma swój pomysł na to, jak to wszystko ma wyglądać i konsekwentnie realizował go aż do samego końca. Na przykład prawie nigdy nie skupia się wprost na twórczości i biografii konkretnego artysty, a raczej na ogólnej atmosferze panującej wokół danej osoby – aurze ją otaczającej. Oczywiście nie znaczy to, że odniesień do tych dwóch pierwszych w tekście brakuje.

Jednak mimo całego mojego zachwytu nad Życiem prywatnym elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej, nie mogę nie wspomnieć o kilku wadach, które mocno mnie drażniły i wpłynęły w znacznym stopniu na moją ocenę niniejszej publikacji, jako całości. Po pierwsze, strasznie irytowały mnie zamieszczane często i gęsto potrójne wykrzykniki. Panie autorze, czy naprawdę nie lepiej poprzestać na jednym? Lub ewentualnie dorzucić: (sic!)? Mam wrażenie, że to by wyglądało i jakoś tak ładniej, i rzetelniej naukowo zarazem.

Rzetelności naukowej tyczą się również kolejne moje zarzuty. Bardzo nie podobał mi się brak przypisów, tym bardziej, że są miejsca w tekście, które aż się o to proszą. Nie jest to może stricte naukowa książka, ale jednak nosi znamiona takowej. Zresztą nawet, jako pozycja popularnonaukowa utrzymana w gawędziarskim tonie powinna pewne elementy zawierać. Do takich zaliczam przypisy. Na końcu książki znajduje się, co prawda zbiorcza bibliografia wskazująca na publikacje, z których korzystał autor, ale wielokrotnie brakowało mi konkretnych odniesień w tekście. Na domiar złego, autor nie zadbał także do końca o należyte wyodrębnienie przytaczanych cytatów, skutkiem, czego, czasami nie wiedziałam, która część zdania jest powołaniem się na cudzą wypowiedź, a która już odautorskim komentarzem bądź uzupełnieniem dla tejże. Denerwowało mnie to bardzo.

Kiedyś słyszałam, że Koprowi zarzucono plagiat w związku z niniejszą publikacją. Jednak cała ta afera ledwie obiła mi się o uszy i nigdy jakoś wnikliwie nie zgłębiałam tematu. Dlatego też, nie zamierzam w chwili obecnej zajmować stanowiska w związku ze sprawą. Wiem zdecydowanie za mało, by móc merytorycznie odnieść się do całego zamieszania. Nie zdziwiłabym się jednak, gdyby zarzewiem były tutaj wspomniane przeze mnie w poprzednim akapicie mankamenty.

Zachwyciłam się, ponarzekałam, a więc najwyższy czas na podsumowanie. Mimo pewnych zastrzeżeń Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej, jak najbardziej polecam. Szczególnie miłośnikom historii, kultury i dwudziestolecia międzywojennego. To naprawdę ciekawa i, bez względu na swoje wady, godna uwagi pozycja. Nawet dla laika.

Moja ocena: 4,5/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Trójka e-pik.

24/06/2020

„Okultystyczne korzenie światowej rewolucji” – Michał Krajski

Od dawna już interesuję się religiami, różnymi wierzeniami itp. Toteż, kiedy trafiłam na książkę Michała Krajskiego, Okultystyczne korzenie światowej rewolucji. Ezoteryka w służbie postępu, wiedziałam, że koniecznie muszę ją przeczytać. Autor – z wykształcenia historyk i filozof – skupia się tu szczególnie na ideologii komunistycznej, ukazując jak ogromny wpływ na jej rozwój miała szeroko pojęta tradycja pogańska, okultystyczna i ezoteryczna. Co ma wspólnego komunizm z ezoteryką? Okazuje się, że dużo. W życiu nie przypuszczałabym, że aż tyle.

Całkiem możliwe, że czytając moją recenzję, właśnie pukasz się w czoło. Nie dziwię się. Przyznaję, że sama sięgając po książkę, trochę się obawiałam, iż znajdę w niej mnóstwo szalonych teorii spiskowych i nieznajdujących naukowego podparcia hipotez nawiedzonego fanatyka religijnego. Taką, bowiem łatkę często przypisują Michałowi Krajskiemu jego krytycy. Otóż – nic z tych rzeczy!

„Można powiedzieć, że kiedy mówimy o „ezoterycznych źródłach komunizmu”, dotykamy nie tyle przyczyn komunizmu czy okoliczności im towarzyszących, ile praprzyczyn, bez uwzględnienia których wciąż coś nam będzie umykać. Dopiero w ich świetle widać ezoteryczną naturę komunizmu, z której nie zdawało sobie sprawy nawet wielu komunistów, wierzących, że wyznają ideologię wolną od wszelkich konotacji religijnych”. [1]

Lektura tej książki okazała się być dla mnie ogromnym, pozytywnym zaskoczeniem. Jak już wspomniałam, autor jest z wykształcenia historykiem oraz filozofem i to po prostu widać. Od pierwszych stron szczegółowo i metodycznie zaznajamia czytelnika z tradycją filozoficzną, zaczynając na pitagorejczykach i orfikach, poprzez Platona i jeszcze kilku innych, a na Marksie i Leninie skończywszy. Żadnych teorii spiskowych i niepewnych domniemań. Same fakty i sucha wiedza – historyczna i filozoficzna. Każda informacja została rzetelnie udokumentowana odwołaniem do wiarygodnego źródła historycznego. Jeśli autor powołuje się na inne publikacje naukowe, to nie zapomina o przypisach.

Książkę ubogacają również różnorodne ryciny i fotografie. I tak na przykład, każdy symbol okultystyczny, do którego autor się odwołuje, zostaje przedstawiony i wyczerpująco omówiony z uwzględnieniem poszczególnych elementów jego symboliki, jak i jego znaczenia w tradycji ezoterycznej, jako takiego. Świetna robota!

Okultystyczne korzenie światowej rewolucji to dla mnie prawdziwa uczta intelektualna. Bardzo interesuję się filozofią (zdawałam nawet ten przedmiot na maturze, jako jedyna osoba z całej szkoły) i mam naprawdę sporą wiedzę z tego zakresu, poszerzaną jeszcze w trakcie studiów polonistycznych, na których filozofia była przedmiotem obowiązkowym. A jednak, dzięki Michałowi Krajskiemu uświadomiłam sobie, jak wiele wciąż nie wiedziałam. To odkrycie mnie zaszokowało i zaskoczyło, ale na plus. Dzięki wnikliwości i rzetelności autora, poznałam nowe oblicze poszczególnych filozofów czy doktryn filozoficznych, którego dotychczas w ogóle nie znałam.

Czy wiedzieliście, że Karol Marks – twórca marksizmu – w młodości fascynował się szatanem i pisywał manifesty satanistyczne? A o tym, że starym, poczciwym pitagorejczykom (tak, tym od twierdzenia Pitagorasa) matematyka miała w założeniu służyć do wyzwolenia się z ciała i umożliwić człowiekowi stanie się bogiem? Albo że… A nie! Dość już tych smaczków…

„Komuniści byli spadkobiercami starożytnych orfików, średniowiecznych herezjarchów, renesansowych różokrzyżowców i oświeceniowych masonów. Przyjęcie materializmu dialektycznego i historycznego, absolutyzacja walki klas, postawienie na terror i rewolucję jako jedyne środki do wyzwolenia ludzkości – wszystko to sprawiło, że stali się oni wyznawcami najbardziej fanatycznej religii w dziejach, której ofiarą padły miliony ludzi”. [2]

Cała ta wiedza znakomicie została osadzona w kontekście historycznym i skonfrontowana z wiedzą, jakiej dostarcza właśnie historia. Michał Krajski napisał książkę naukową, niezwykle rzetelną, wyważoną, ale i konkretną. Stawia w niej śmiałe tezy, ale tylko takie, które da się poprzeć naukowo i udowodnić w oparciu o konkretne źródła. Nie są to w żadnej mierze luźne, wyssane z palca dywagacje religijnego fanatyka, jak się pierwotnie obawiałam. Jest to ogrom wiedzy, ale przekazanej jednocześnie bardzo przystępnym, zrozumiałym językiem. Duża ilość informacji wcale nie przytłacza, bo książkę czyta się jednym tchem, z ogromnym zainteresowaniem. Dawno nie czytałam tak rzetelnej pod względem naukowym i zarazem tak wciągającej, ciekawej książki.

Czego mi zabrakło? A no… Bibliografii! Choć autor sprawnie posługuje się przypisami i pamięta o ich zamieszczaniu, to zabrakło mi na końcu książki zbiorczej bibliografii wszystkich publikacji, z których korzystał. Wyszukiwanie ich po przypisach, jeśli chciałoby się po którąś z nich sięgnąć, jest dość męczące.

Niemniej gorąco polecam lekturę każdemu, kogo interesują poruszane w niniejszej publikacji zagadnienia. Niech nikogo nie przerazi jej naukowość, bo napisana jest – według mnie – całkiem przystępnie, w sposób, który powinien być w pełni zrozumiały, nawet dla osób, które nie są specjalistami w dziedzinie filozofii czy historii, jak autor.

Moja ocena: 5/6

_____
[1] Michał Krajski, Okultystyczne korzenie światowej rewolucji. Ezoteryka w służbie postępu, wyd. Fronda 2020, s. 14.
[2] Tamże, s. 211.

Książkę otrzymałam do recenzji w ramach współpracy z portalem „Na kanapie”

14/06/2020

„Nostalgia anioła” – Alice Sebold

Susie Salmon – tytułowy anioł – to dziewczynka, która w wieku czternastu lat została brutalnie zgwałcona i zamordowana przez mężczyznę z sąsiedztwa. Gdy ją poznajemy, jest już w niebie i obserwuje stamtąd toczące się dalej na ziemi życie, a w szczególności swoich pogrążonych w rozpaczy bliskich. Przygląda się także poczynaniom policji, która wciąż, bez efektów próbuje odnaleźć jej ciało skrupulatnie ukryte przez oprawcę.

Gdy tylko przeczytałam o Nostalgii anioła, od razu wiedziałam, że chcę ją przeczytać. Kiedyś już czytałam Szczęściarę (zobacz) tej samej autorki i byłam ogromnie ciekawa, jak wyjdzie jej taka powieść. W obu książkach poruszana jest tematyka gwałtu, ale tamta jest autobiograficzną relacją autorki, która rzeczywiście, u progu dorosłości została brutalnie zgwałcona; opowiada o jej traumie i walce przed wymiarem sprawiedliwości o ukaranie winnego. Ta natomiast, jest od początku do końca powieścią. Spodziewałam się, że okaże się książką, co najmniej dobrą i niestety, srogo się zawiodłam.

Choć sam pomysł na fabułę jest bardzo ciekawy, nieoczywisty i daje naprawdę szerokie pole do popisu, to nie od dziś wiadomo, że „jedna jaskółka wiosny nie czyni”. Ze strony na stronę obserwujemy, bowiem, jak potencjał drzemiący w tym pomyśle pozostaje niewykorzystany i w efekcie zmarnowany. Przykro na to patrzeć.

Powieść jest nudna jak flaki z olejem. Od początku do końca brakuje w niej tempa. Akcja wlecze się mozolnie, jakby chciała i nie mogła. Do tego wiele jest w książce momentów, z mojego punktu widzenia, zupełnie zbędnych, w żaden sposób nieuzasadnionych fabularnie. Choć sama w sobie jest króciutka, to ma się wrażenie, że i tak o wiele za długa. Do tego narracja jest strasznie chaotyczna, nieuporządkowana i sprawia wrażenie w ogóle nieprzemyślanej, co tylko potęgowało we mnie poczucie zmęczenia lekturą.

Męczyły mnie także infantylizm i kompletnie irracjonalne zachowanie główniej bohaterki. Ok. Rozumiem, że narratorką powieści jest czternastoletnia dziewczynka, więc nie należy też spodziewać się po niej języka i zachowań bóg wie jak dojrzałych, ale na litość boską! To, co tutaj zaserwowano, to naprawdę tragedia. Najchętniej w tym miejscu podałabym konkretny przykład, ale byłby to dość duży spoiler, więc tego nie zrobię.

Niezwykle przytłaczający był dla mnie również ładunek emocjonalny, jaki niesie ze sobą przedstawiona historia. Szkoda tylko, że uczucia wylewające się z kart książki były równie chaotyczne i mętnie przedstawione jak cała reszta. Tych emocji jest za dużo i nie są należycie wpisane w fabułę. Czytelnik zostaje nimi po prostu nagle zalany i nie bardzo wie, co ma z nimi zrobić i z czym one się do końca wiążą.

Chciałabym powiedzieć też coś jeszcze o zaletach powieści, ale jest to dla mnie dość kłopotliwe. Dostrzegam dwa elementy, o których warto wspomnieć, ale mam wrażenie, że nazwanie ich zaletami, biorąc pod uwagę całokształt, to zbyt szumnie powiedziane. Te elementy nie tyle są wartością dodatnią książki, co jedyną nie budzącą zastrzeżeń. Są to: po pierwsze – opis zbrodni – bardzo plastyczny, szczegółowy, po prostu mocny; a po drugie – sposób przedstawienia różnorodności postaw zajmowanych wobec tragedii i sposobów radzenia sobie z nową sytuacją, ukazany na przykładzie krewnych Susie.

Zakończenie? Cóż. Tutaj też jedno wielkie rozczarowanie, jak dla mnie. Ale nie mam już chęci się nad tym rozwodzić. Nostalgii anioła po prostu szczerze nie polecam. Mam wrażenie, że to takie trochę tanie i wyjątkowo niskich lotów powieścidło dla nastolatek z trudnym tematem. Jestem tą książką zmęczona i podwójnie rozczarowana – podwójnie, bo raz, że jest tak kiepska, a dwa że po autorce, która sama niegdyś przeżyła gwałt i potrafiła o swoich przeżyciach opowiedzieć w naprawdę przejmujący, a jednocześnie zgrabny sposób na kartach Szczęściary, nie spodziewałam się tak spektakularnego zmarnowania potencjału fabularnego.

Na podstawie Nostalgii anioła nakręcono też film o tym samym tytule, (reż. Peter Jackson), którego również nie polecam. W moim odczuciu jest on tak samo mdły, nudny i ogólnie kiepski, jak jego literacki pierwowzór.

Moja ocena: 1/6

08/06/2020

„Poza czas i przestrzeń” – Ryszard Kusek

Generalnie nie czytuję poradników. W każdym razie nie takich dotyczących stylu życia, czy rozwoju osobistego. Dlaczego więc zdecydowałam się sięgnąć po Poza czas i przestrzeń, która wpisuje się właśnie w ten obszar gatunkowy? Muszę przyznać, że zadecydował o tym drobiazg. Dowiedziałam się, że autor jest zwolennikiem chrześcijańskiego mindfulness, czyli rodzaju medytacji (zwanej też uważnością), której celem jest (najkrócej mówiąc) skupienie się na tu i teraz, a w szczególności na wszelkiego rodzaju bodźcach doświadczanych w danej chwili.

Prawdę mówiąc, do wszelkich praktyk medytacyjnych podchodzę dość sceptycznie i ze względów religijnych, zawsze starałam trzymać się od podobnych aktywności z daleka. Przyznam się Wam, że od półtora roku walczę z silną depresją. Kilka miesięcy temu, w ramach terapii, trafiłam między innymi na zajęcia z mindfulness właśnie. I choć na pierwszej sesji kipiałam sceptycyzmem, topniał on z tygodnia na tydzień, bo zaczęłam zauważać pozytywny wpływ tych spotkań na mnie. Toteż, kiedy okazało się, że mam możliwość sięgnięcia po książkę Kuska, nie wahałam się ani chwili.

Każdy z nas żyje w jakimś miejscu – w określonej przestrzeni. Wszyscy również jesteśmy uwikłani w czas. Nasze życie i funkcjonowanie w świecie ma określoną długość. Kiedyś się dla nas skończy, a wraz z nim skończy się nasz czas. O czasie i przestrzeni w życiu człowieka traktuje właśnie Poza czas i przestrzeń.

„Żyjemy w światach odchodzących. Jeden przychodzi, drugi odchodzi, jeden świat zastępowany jest przez świat kolejny, inny i zupełnie niepodobny do tego, który minął. Wszystko płynie i nic nie trwa w czasie dłużej niż życie jednego człowieka. Bo to właśnie z życiem jednego człowieka odchodzą te światy niepojęte, które już nigdy nie staną się zrozumiałe. Jedyne, co po nich zostanie, to tęsknota za tamtym powiewem wiatru i zapachem innej rzeczywistości. Z jednego świata wchodzimy w następny, tu zostawiając coś, tam zaś odszukując nową własność. Żyjemy, mimo że wszystko bezustannie umiera”. [1]

Zestawienie obok siebie zagadnień takich jak: czas, przestrzeń i rozwój osobisty, może sugerować narrację o wydźwięku bardziej filozoficznym. I poniekąd trochę tak jest, ale – co jako pierwsze rzuciło mi się w oczy, – choć autor porusza zagadnienia egzystencjalne, niejednokrotnie przy tym odnosząc się również do teologii i wiary, to jednak czyni to w sposób bardzo przystępny, prostym językiem, który z pewnością będzie zrozumiały dla każdego. Przedstawia swój punkt widzenia niezwykle jasno i klarownie, a jednocześnie dokładnie.

Poza czas i przestrzeń, to pozycja niepozorna, licząca sobie raptem dwieście kilkanaście stron, ale zarazem bardzo treściwa. Odpowiada na wiele ważnych pytań, pozwala się na chwilę zatrzymać i skłania do pogłębionej refleksji nad własnym życiem: własnym czasem i przestrzenią. Nad tym, jaki jest nasz osobisty stosunek do tych dwóch wymiarów i jak je w swoim życiu wykorzystujemy.

„Zawsze jest jakieś „dalej”, jakaś rzeczywistość jeszcze nie odkryta, jakiś uśmiech jeszcze niepodarowany, dłoń jeszcze nieuściśnięta, miłość jeszcze nierozkochana do końca, jutro oczekujące na ciebie”. [2]

Autor pomaga nam spojrzeć na czas i przestrzeń z innej perspektywy, wykazując jednocześnie jak ważne są te aspekty w naszym życiu i jak nasz stosunek do nich przekłada się na to, jacy jesteśmy, co myślimy i odczuwamy. Okazuje się, bowiem, że wiele zależy od naszego indywidualnego podejścia. O wiele więcej, niż często nam się wydaje. To stara się udowodnić autor, jednocześnie zachęcając do konstruktywnego i rozwijającego wykorzystania czasu i przestrzeni. Propozycje, jakie podaje są naprawdę ciekawe i godne uwagi. Oczywiście nie są jedynie słuszne, ale na pewno bardzo inspirujące.

„Jeśli chcesz wygrać, nie noś głowy wyżej od innych, bo nie zauważysz, kiedy podstawią ci nogę. Noś głowę wysoko, lecz tak, byś widział to, co jest na górze i to, co jest na dole, zwłaszcza jeżeli cały czas z tego dołu wychodzisz”. [3]

Przyczepię się jednak trochę do podejścia Ryszarda Kuska. Mam wrażenie, że momentami zbyt dużą wagę przykłada do naszego sposobu myślenia i generalnie siły umysłu. Oczywiście – nasze nastawienie to bardzo ważny element kształtowania siebie i swojej rzeczywistości, ale moim zdaniem, nie jedyny. Tymczasem Ryszard Kusek momentami wykazywał według mnie przesadny optymizm wobec pewnych kwestii. Chcesz być bogaty? Uwierz, że możesz i już! No, nie… To chyba jednak nie do końca działa tak zerojedynkowo, a chwilami odnosiłam wrażenie, że z takiego założenia wychodzi autor.

Mimo pewnych mankamentów tej książki i faktu, że nie ze wszystkimi tezami Ryszarda Kuska się zgadzam, uważam, że to dobra i godna uwagi lektura. Ja dzięki niej uświadomiłam sobie jak wiele moich problemów bierze się ze mnie samej. Jak wiele z nich poniekąd tworzę ja sama, stwarzając dla nich – zupełnie nieświadomie – podatny grunt, poprzez niewłaściwe podejście.

Moja ocena: 4/6

_____
[1] Ryszard Kusek, Poza czas i przestrzeń, wyd. Novae Res 2020, s. 15.
[2] Tamże, s. 41.
[3] Tamże, s. 46.

Książkę otrzymałam do recenzji w ramach współpracy z portalem „Na kanapie”