14/08/2012

„Madame” – Antoni Libera

Madame Antoniego Libery to dosyć głośna książka. Jeśli ktoś jeszcze jej nie czytał, to na pewno gdzieś, kiedyś o niej słyszał. Ja po raz pierwszy spotkałam ją na półce szkolnej biblioteki, gdy jeszcze chodziłam do gimnazjum. Mimo iż książka kusiła mnie swoją zmysłową okładką, a pani bibliotekarka podczas każdej niemal mojej wizyty w bibliotece życzliwie zachęcała mnie, abym dała szansę tej pozycji, nie zrobiłam tego… Dopiero niedawno zdecydowałam się wreszcie przeczytać Madame i ogromnie żałuję, że tyle czasu zwlekałam.

Akcja powieści rozgrywa się w okresie PRL-u, a jej głównym bohaterem jest osiemnastoletni uczeń klasy maturalnej jednego z warszawskich liceów. Odznacza się on niezwykłą dojrzałością, oczytaniem i inteligencją w porównaniu z rówieśnikami. Sam o sobie mówi, że urodził się za późno, bo wszystko, co ważne miało już miejsce. Gdy w szkole, do której uczęszcza pojawia się nowa dyrektorka, nauczycielka francuskiego, wszyscy uczniowie są nią zafascynowani: ta kobieta zdecydowanie wyróżnia się na tle grona pedagogicznego. Główny bohater szybko obdarza ją głębszym uczuciem, bezgranicznym uwielbieniem i traktuje niczym boginię. Jego obsesja na punkcie Madame jest tak silna, że wszczyna on śledztwo i posuwa się do rozmaitych intryg, by dowiedzieć się jak najwięcej o obiekcie swoich westchnień…

Na pozór mamy tu do czynienia z historią najbardziej banalną z możliwych. Ale, jak powszechnie wiadomo, pozory mogą mylić, a Madame jest najlepszym potwierdzeniem tych słów. Antoni Libera opowiedział bowiem tę historię młodzieńczego zauroczenia w sposób tak dalece niebanalny, jak to tylko możliwe, a fascynacja głównego bohatera powieści błyskawicznie udzieliła się i mnie. Jestem zafascynowana tą powieścią. Jej fabułą, językiem, kreacją bohaterów… Madame nie jest po prostu świetnie napisaną opowieścią o młodzieńczym zauroczeniu. To o wiele, wiele więcej. To artystyczno-literacka ekspozycja przeżyć wewnętrznych zadurzonego w dojrzałej kobiecie, swojej nauczycielce, maturzysty.

Wiele elementów przyczyniło się do tego, że dzieło Libery jest tak niesamowite, ale w pierwszej kolejności wymienić należy poetycką narrację, którą autor hipnotyzuje czytelnika już na samym początku. I ten trans trwa do ostatniej strony. Pisarz przez cały czas posługuje się językiem poetyckim, sugestywnym, kunsztownym. Na dodatek dialogi są misternie skonstruowane i pełne błyskotliwego poczucia humoru. Tak posługiwać się słowem umie tylko mistrz. I Libera udowodnił, że na to miano zasługuje jak mało kto. Autor i stworzony przez niego bohater nieustannie zaskakują czytelnika. W oczy rzuca się tu przede wszystkim ogromne oczytanie i godna pozazdroszczenia erudycja.

Choć głównym wątkiem utworu jest zdecydowanie ten miłosny, to stanowi on jednocześnie pretekst do wprowadzenia innych, również ciekawych i wyśmienicie poprowadzonych. Powieść ta jest bowiem przykładem literatury dygresyjnej. W treść zgrabnie wplecione zostały rozmaite informacje dotyczące literatury, historii i, w szerszym wymiarze, całej kultury. Autor często nawiązuje do różnych utworów literackich (i nie tylko) i prowadzi z nimi polemikę.

Madame stanowi także swego rodzaju dokument epoki. To dlatego, że Libera ukazuje w niej prawdziwy, wielopłaszczyznowy obraz PRL-u. Przedstawia ówczesne realia wiernie, nie stara się niczego ubarwiać ani zatajać. Zdecydowanie obnaża zakłamanie i sposób działania reżimu komunistycznego. Mówi także o złożonej i trudnej sytuacji ówczesnej inteligencji. Robi to jednak tak, że nie pozbawia wspomnianego okresu pewnego uroku, który dla mnie, wychowanej już w czasach popeerelowskich, jest zrozumiały tylko w pewnym stopniu. W tej książce PRL, mimo wszystko, na swój sposób fascynuje i przyciąga.

Można spojrzeć na Madame z jeszcze innej perspektywy – jak na powieść inicjacyjną, czyli mówiącą o dorastaniu. Antoni Libera przedstawia i na swój sposób analizuje tutaj proces dojrzewania. Robi to wnikliwie, poruszając trzy jego aspekty: psychologiczny, moralny oraz społeczny.

Dla mnie jest to wyjątkowa książka. Po prostu arcydzieło. Nie umiem się do niej przyczepić, a nawet gdybym umiała, nie chciałabym tego robić. Jestem urzeczona i zafascynowana powieścią Libery niemal tak mocno, jak jej narrator zauroczony był tytułową bohaterką utworu, a może nawet bardziej. Tej książki się nie czyta. Nią można się tylko delektować, smakować ją powoli. Na pewno nie jest to lektura na jeden wieczór i na pewno Madame nie nadaje się do czytania, dajmy na to, w autobusie. To utwór, z którego wiele można wynieść, do którego chce się wracać.

Zdecydowanie polecam dzieło Antoniego Libery. Ale… Nie wszystkim. Przede wszystkim humanistom, intelektualistom, artystycznym duszom… Bo tę powieść trzeba po prostu poczuć. Trzeba do niej dojrzeć. Na początku napisałam, że żałuję, iż nie przeczytałam jej wcześniej, chociaż miałam okazję. Podtrzymuję to, ale z drugiej strony cieszę się, że tak się stało, bo wiem, że wcześniej pewnie nie zrozumiałabym tej książki. Nie doceniłabym wartości artystycznych, językowych i innych, których odmówić jej nie można. Tutaj autor stawia czytelnikowi pewne wymagania, zmusza do zaangażowania intelektualnego, operuje aluzjami… Aby je w pełni zrozumieć, trzeba dysponować pewną elementarną wiedzą z zakresu choćby literatury europejskiej, ale nie tylko.

Moja ocena: 6/6

09/08/2012

„Na zakręcie” – Nicholas Sparks

O książkach Sparksa już od dłuższego czasu słyszałam same pozytywne opinie, więc chciałam w końcu poznać jego twórczość i wyrobić sobie o niej własne zdanie. Nastawiona byłam raczej pozytywnie. Między innymi z tego względu, iż często Sparksa porównuje się z Picoult, a ja książki tej pani darzę ogromną sympatią. Postanowiłam dać autorowi szansę i tak oto, jakiś czas temu, wzięłam do ręki Na zakręcie. Jak oceniam to pierwsze czytelnicze spotkanie z Nicholasem Sparksem? Gdybym miała jednym słowem określić wrażenie, jakie ta książka na mnie wywarła, byłoby to: rozczarowanie. Trudno mi ją jednak jednoznacznie ocenić jako dobrą bądź złą.

Miles – miejscowy szeryf, wdowiec i ojciec dziewięcioletniego Jonaha – długo nie może się pogodzić z tragiczną śmiercią swojej żony, Missy. Choć od wypadku, w którym zginęła minęło już sporo czasu, nie udało się odnaleźć sprawcy. Miles jest pogrążony w rozpaczy i nadal próbuje dociec prawdy na temat śmierci żony. Mały Jonah ma coraz większe problemy w nauce. Miles poznaje Sarę – nauczycielkę swojego synka. Między dorosłymi powoli kiełkuje uczucie…

Książka ma dwa oddzielnie prowadzone wątki. Pierwszy – romansowy – opowiada o uczuciu rozwijającym się między dwojgiem dorosłych, a także o ich życiu. Wysuwa się on na pierwszy plan. Drugi natomiast – kryminalny – dotyczy śmierci Missy i prowadzony jest przez tajemniczego narratora-zabójcę. Kto nim jest? Trudno będzie Wam zgadnąć. Tego jestem pewna. Wątek pierwszy jest banalny, całkowicie przewidywalny i zwyczajnie nudny. Przeważnie był dla mnie mdły, a do tego momentami musiałam walczyć z sennością. Jednym słowem, klapa. Natomiast zupełnie inaczej prezentuje się wątek kryminalny. Wciąga i trzyma w napięciu od początku do końca. Jest ciekawy, intrygujący, nieprzewidywalny.

Dużym plusem jest język – prosty, niewyszukany, ale nawet ładny. Gdzieniegdzie bardzo sugestywny. Podobało mi się to, jak Sparks pisze o ludzkich uczuciach. W tym jest, moim zdaniem, dosyć dobry – trzeba mu to oddać. Bardzo realistycznie i przejmująco udało mu się opowiedzieć o uczuciach, wątpliwościach i trudnościach związanych ze stratą ukochanej osoby i trudnym procesem powrotu do normalności. Czasami za dużo było w tym wszystkim nieuzasadnionego patosu, ale generalnie jest całkiem, całkiem. Biorąc pod uwagę, że autorem książki jest mężczyzna, to już w ogóle…

Podsumowanie tej powieści nie jest dla mnie łatwe. Można się przy niej wynudzić, jest w dużej mierze banalna i schematyczna, ale pięknie, choć nie bez patosu, mówi o ludzkich uczuciach i problemach. Ma świetnie zbudowany wątek kryminalny i specyficzne zakończenie… I mimo wielu wad nie mogę jej odmówić szczególnego klimatu, który raz po raz daje się wyczuć. Lektura często jest nużąca, ale plusem jest to, że, bądź co bądź, ostatecznie czyta się tę książkę dosyć szybko. Na zakręcie budzi we mnie bardzo ambiwalentne uczucia. Na razie nie skreślam Sparksa, ale ta powieść wcale mi nie pomogła w wyrobieniu sobie o nim zdania. Będę musiała przeczytać co najmniej jeszcze jedną jego pozycję, żeby móc się zdeklarować. Czy polecam Na zakręcie? Ani tak, ani nie. Zdecydujcie sami.

Moja ocena: 3/6

28/07/2012

„Bóg. Życie i twórczość” – Szymon Hołownia

Lubię Szymona Hołownię. Jako publicysta, prezenter telewizyjny, dziennikarz robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ponadto zaimponował mi tym, że nie boi się mówić otwarcie w mediach, iż jest człowiekiem wierzącym. Z moich obserwacji wynika, że dziś dla wielu jest to temat drażliwy… Gdy odkryłam, że pan Hołownia jest również autorem kilku książek, w których porusza kwestie związane z religią katolicką, postanowiłam, że jakąś przeczytam. Tym bardziej że spotkałam się już z wieloma pochlebnymi opiniami na ich temat.

Mój wybór padł na tytuł: Bóg. Życie i twórczość. Dlaczego akurat ten? Bo zapowiadał się na biografię Boga. W każdym razie tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Tego nie mogłam przegapić, choć nie ukrywam, że w pierwszej chwili pomyślałam sobie, iż autor najwyraźniej zbzikował, kolokwialnie mówiąc. No, bo przecież historia zna już całe rzesze takich, którzy mieli podobne zamiary. I co? I właśnie nic. Powstały na przestrzeni dziejów na ten temat niezliczone pisma, książki, książeczki i księgi, których autorzy próbowali poznać, szczegółowo opisać i wytłumaczyć absolut-Boga. Koncepcji tyle, ilu autorów, ale tak naprawdę dalej tkwimy w punkcie wyjścia, a filozofowie i teologowie wciąż mają co robić.

Jak i czy sprawdził się Szymon Hołownia jako „biograf” Boga? Nie mogę na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Skłamałabym mówiąc, że w ogóle sobie nie poradził, ale nie mogę również bez zastrzeżeń powiedzieć, że sobie poradził.

Książka oscyluje wokół najważniejszych aspektów funkcjonowania Boga w świecie. Hołownia poddaje swego rodzaju analizie boże poczynania na przestrzeni dziejów. Od stworzenia świata właściwie aż do czasów współczesnych. Dalej interpretuje je w kontekście ludzkich doświadczeń zdobytych w ciągu wielu stuleci. Dzieli się przy tym z czytelnikiem własnymi refleksjami na dany temat, ukazując swój punkt widzenia. Dalej zaprasza także nas do tego, abyśmy poszukiwali swojej drogi, która pomoże nam odkryć, doświadczyć Boga „na własnej skórze”. Droga ta – zdaniem autora – dla każdego jest inna.

Szymon Hołownia to człowiek niewątpliwie bardzo oczytany. Udowodnił to zamieszczając w swojej książce, pod koniec każdego – najmniejszego nawet – rozdzialiku, liczne odwołania do literatury fachowej, stricte teologicznej, która osobom szczególnie zainteresowanym danym zagadnieniem pozwoli poszerzyć wiedzę na jego temat. Tyle w kwestii zalet.

Czytając nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Hołownia próbuje być momentami śmieszny za wszelką cenę. Tylko jakoś kiepsko mu to wychodzi. Poczucie humoru, jakie przebija z kart książki, jest dość specyficzne i dla mnie mocno naciągane. Niestety. Już bym nawet była skłonna przejść nad tym do porządku dziennego, gdyby nie język i styl, do których też mam spore zastrzeżenia. Autor cały czas posługuje się językiem bardzo nowoczesnym, powiedziałabym, że wręcz typowo młodzieżowym slangiem. Styl jest bardzo „na luzie”. Dla mnie – za bardzo. Czyżby chęć szpanowania? Za dużo w tym ostentacji i sztuczności.

Nie podoba mi się sposób, w jaki Szymon Hołownia opowiada o religii. Permanentne luzactwo w połączeniu z obecnymi niemal na każdym kroku sformułowaniami zaczerpniętymi z fachowej literatury daje w dużej mierze coś, co można nazwać pseudo-intelektualnym bełkotem. Nie przemawia to do mnie. Ja doskonale rozumiem, że autor jest człowiekiem ambitnym i jako osoba wierząca chciał przedstawić ważne dla wielu jemu podobnych kwestie w sposób przystępny dla przeciętnego zjadacza chleba, pozbawiony górnolotnego intelektualizmu. Jednak uważam, że wyszło mu to marnie. Przedobrzył. Bardzo chciał, żeby wyszło prosto, a jednocześnie rzetelnie. Niestety na chęciach się skończyło. Z tego powodu książkę na ogół czyta się topornie. Zdarzają się wyjątkowo fragmenty, kiedy autor przez chwilę nie próbuje być zabawny – i wtedy jest lepiej.

Dostrzegam w tej książce niemal całkowity brak zgodności między formą a treścią. Jedno z drugim niesamowicie mi się gryzie. Podczas czytania strasznie mnie to rozpraszało i irytowało, dlatego książkę męczyłam dość długo. Nie oczekiwałam, że ta pozycja okaże się fachową teologiczną rozprawą. Gdybym miała ochotę na lekturę tego typu, co się czasem zdarza, sięgnęłabym zapewne po jedno z pism Doktorów Kościoła. Niemniej jednak jestem zawiedziona. Liczyłam na nieco więcej profesjonalizmu, nieco więcej wewnętrznej spójności wywodu. Tymczasem autor troszkę tutaj z tym jest na bakier. Spodziewałam się również, że treść będzie nieco bardziej konkretna. Próżne były moje nadzieje. Miało być przystępnie i prosto, a wyszło, zdaje mi się, prostacko i chaotycznie.

Trudno mi ocenić tę książkę. Sama w sobie jest dla mnie, jaka jest. Stanowi duże rozczarowanie. Po pierwsze – dlatego, że zupełnie czego innego spodziewałam się po Hołowni. Po drugie – dlatego, że wiele osób (zarówno wierzących, jak i nie) bardzo tę pozycję chwali. Nie chcę twierdzić, że autor jest złym pisarzem. Tym bardziej że to na razie jedyne jego dzieło, z którym się zapoznałam. Może inne są lepsze? Jeszcze nie wiem. Ta w każdym razie do mnie nie przemawia i wynudziłam się przy niej strasznie, choć były też fajne momenty… Należały one jednak do rzadkości.

Moja ocena: 2/6

20/07/2012

„Żegnaj Afryko” – Corinne Hofmann

Już czytając Białą Masajkę byłam niezmiernie ciekawa, jak potoczyły się dalej losy autorki. Uciekła z Kenii, wróciła z córeczką do Szwajcarii i co? Przecież kilka lat wcześniej porzuciła wszystko. Utraciła nawet szwajcarskie obywatelstwo. Nie miała zupełnie nic i czekało ją – po raz kolejny zresztą – rozpoczęcie wszystkiego od zera. Sytuacja patowa i tym trudniejsza, że Corinne musiała zatroszczyć się nie tylko o siebie, ale i o swoją kilkuletnią córkę. Jak udało się jej od nowa ułożyć sobie życie w ojczyźnie? Odpowiedź na te pytania przyniosła książka Żegnaj Afryko.

Sięgnęłam po Żegnaj Afryko bez wahania i nie ukrywam, że miałam w stosunku do niej dość duże oczekiwania. Niestety muszę powiedzieć, że się zawiodłam i to na wielu płaszczyznach.

Nigdy nie liczyłam na to, że Żegnaj Afryko dostarczy mi tyle samo emocji co Biała Masajka, ale mimo wszystko miałam nadzieję, że podczas lektury jakieś emocje towarzyszyć mi będą. Tymczasem kontynuacja bestsellera pani Hofmann nie dostarcza ich wcale. Wynika to z faktu, że o wielu sytuacjach, które były niewątpliwie ciekawe, autorka wspomina jedynie pobieżnie w kilku raptem zdaniach. Szkoda, bo jestem pewna, że gdyby zdecydowała się poświęcić pewnym wątkom nieco więcej uwagi, zamiast traktować je po macoszemu, książka wiele by zyskała.

W kontynuacji Białej Masajki Corinne Hofmann opowiada między innymi o tym, jak wyglądał jej powrót do cywilizacji. Mogłoby się wdawać, że po opuszczeniu buszu powrót do Szwajcarii, gdzie się wychowała, do cywilizacji, nie będzie niczym trudnym. Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że nawet powrót do tego, co znajome może wywołać szok kulturowy, i że do cywilizacji też trzeba się powoli i stopniowo przyzwyczajać, nawet jeżeli już wcześniej żyło się w wysoko rozwiniętym kraju. Sądziłam też, że skoro autorka wyrwała się z Afryki, to będzie chciała zerwać wszelkie więzi łączące ją z tym kontynentem. Tymczasem jest wręcz przeciwnie. Corinne cały czas szuka kontaktu z Afryką, myśli o kraju męża…

Książka nie jest beznadziejna. Jest umiarkowanie ciekawa, czyta się ją jako tako, ale niestety z pierwszą częścią nie ma jej co porównywać. Ma wiele wad, których nie sposób nie zauważyć i dla większości czytelników Białej Masajki będzie z pewnością rozczarowaniem. Bo o ile Biała Masajka ma w sobie „to coś” i powstała z potrzeby serca, spontanicznie (czy jak to nazwać), Żegnaj Afryko jest pozycją napisaną ewidentnie pod publiczkę. Można to zauważyć bez trudu. Ten fakt aż bije po oczach. Książka ma swoje walory, owszem, ale nie podlega dyskusji, że pisana była „na siłę”. To się po prostu wyczuwa podczas czytania, a można także wywnioskować analizując postępowanie autorki…

Podczas lektury Hofmann niejednokrotnie wzbudzała we mnie irytację swoimi poczynaniami. Nie raz i nie dwa odnosiłam wrażenie, że zachwyca się samą sobą, tym, jaka jest wspaniała, jak świetnie sobie poradziła z uporządkowaniem swojego życia, z rozpoczęciem wszystkiego od zera. Niestety, nie oszukujmy się, pani Corinne zdecydowanie najwięcej zawdzięcza w tym wypadku szczęśliwym zbiegom okoliczności, których w jej życiu od powrotu do Szwajcarii było niemało. Nie mówię, że sobie nie zawdzięcza nic, ale zdecydowanie ma kobieta po prostu „więcej szczęścia niż rozumu”. Takie jest moje zdanie.

Książka obok licznych wad ma także dobre strony. Najbardziej spodobał mi się w niej szczegółowo opisany proces powstawania Białej Masajki. Moim zdaniem, to wątek bardzo ciekawy i właściwie jedyny, który nie został potraktowany w Żegnaj Afryko po macoszemu, a tak, jak powinien. Dowiadujemy się ze szczegółami wszystkiego o powstaniu i sukcesie Białej Masajki. Od pierwszej myśli, żeby napisać książkę, do jej światowego sukcesu. Zawsze mnie to interesowało, więc jestem usatysfakcjonowana.

Żegnaj Afryko nie ma w sobie nic szczególnego, ale mimo wszystko wciąga. Jest jednakże również świadectwem tego, iż czasami autorzy powinni poprzestać na pierwszym tomie swojego dzieła, zwłaszcza jeśli okazał się on sukcesem… Nie od dziś wiadomo, że „co za dużo, to niezdrowo” oraz że „lepszy niedosyt niż przesyt”.

Książki nie polecam ani nie odradzam. Jeśli ktoś czytał Biała Masajkę i lektura obudziła w nim ciekawość co do dalszych wydarzeń, to może przeczytać. Najpierw jednak zalecam wyzbycie się wszelkich oczekiwań, co by się przypadkiem gorzko nie rozczarować. To po prostu takie lekkie czytadło. Króciutkie. W sam raz na leniwe, letnie popołudnie.

Moja ocena: 2,5/6

14/07/2012

„Dziwne losy Jane Eyre” – Charlotte Brontë

Nie przepadam za opowieściami o miłości. Jednakże po Dziwne losy Jane Eyre sięgnęłam z ochotą. W końcu to klasyka, a na dodatek powieść obyczajowa, czyli coś, co lubię. Dodatkowo za przeczytaniem książki przemawiał fakt, że wszystkie wydarzenia w niej opisywane rozgrywają się w dziewiętnastowiecznej Anglii. Lubię czytać o tym okresie. Po prostu uwielbiam ten klimat starych dworków, te opisy dawnych obyczajów i konwenansów. Moje oczekiwania były dość wysokie. O tym, czy powieść je spełniła, opowiem za chwilę. Najpierw jednak przybliżę nieco fabułę.

Tytułową bohaterkę utworu poznajemy, gdy jest małą dziewczynką. Osierocona przez rodziców, mieszka w domu swojej ciotki wraz z kuzynostwem. Niestety ciotka Jane nienawidzi jej z całego serca. Jej dzieci także, i notoryczne, za przyzwoleniem matki, dokuczają dziewczynce. Pewnego dnia Jane trafia do szkoły z internatem, która znana jest z niezwykle rygorystycznych zasad. Jak sobie tam poradzi? Tego nie zdradzę. Po ukończeniu szkoły podejmuje pracę u niejakiego pana Rochestera i zostaje guwernantką małej Adelki. Z czasem między główną bohaterką a jej pracodawcą rodzi się uczucie…

Losy Jane są niewątpliwie burzliwe – od początku do końca, ale czy dziwne? Może w pewnym sensie. W każdym razie przymiotnik „burzliwe” zdecydowanie lepiej tu, moim zdaniem, pasuje. Historia Jane to przepiękna, porywająca opowieść o kobiecie doświadczonej przez życie. Wie, czego chce i nie boi się o to walczyć. Ma odwagę dyktować życiu warunki i ma świadomość, że jej szczęście zależy tylko od niej. Panna Eyre to bohaterka niezwykle wyrazista i sugestywna. I choć jej postępowanie niejednokrotnie wydawało mi się głupie czy niezrozumiałe, to jednak obudziła we mnie mimo wszystko jakiś rodzaj sympatii i jej postać żyła w mojej pamięci jeszcze długo po skoczeniu książki.

Postacie drugoplanowe również zasługują na uwagę. Charlotte Brontë stworzyła bowiem całą plejadę niezwykle barwnych i silnie zindywidualizowanych bohaterów. Są oni bardzo wyraziści. Momentami jednak zdawali mi się nieco przejaskrawieni, o nazbyt egzaltowanym sposobie bycia i postępowania.

Uważam, że prawdziwie mistrzowska jest postać pana Rochestera. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej jakikolwiek bohater literacki budził we mnie tak silne i jednocześnie tak skrajnie różne emocje. Dominowały u mnie: irytacja, furia, zniecierpliwienie i strach. Jednym słowem, w stosunku do ukochanego Jane miałam odczucia raczej negatywne, ale muszę przyznać, że stworzony został genialnie.

Nie tylko kreacja bohaterów wzbudza w czytelniku emocje. Ich przyczyną jest również aura tajemniczości spowijająca utwór, mnóstwo zagadkowych spraw, które przez dłuższy czas pozostają niewyjaśnione. Mimo iż właściwie cała historia jest dosyć banalna, to w żadnym wypadku nie nudna. Zdecydowanie wciąga i absolutnie nie brakuje w niej elementów zaskakujących.

Kolejnym atutem powieści są opisy ówczesnych obyczajów i oddanie klimatu minionych już czasów. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o tę kwestię, w żadnym wypadku się nie zawiodłam, autorka w stu procentach spełniła moje oczekiwania. Książka obfituje bowiem w liczne, bardzo drobiazgowe opisy dawnej Anglii – tej, której dziś już nie ma. Są one bardzo sugestywne i, co najważniejsze, w ogóle nie nużą. Wraz z innymi elementami tworzą niepowtarzalny klimat całości.

Jak już wspomniałam, Dziwne losy Jane Eyre to romans. Jednakże zupełnie inny niż te, które zdarzyło mi się czytać do tej pory. Inny tak bardzo, że przez długi czas zastanawiałam się, czy określenie powieści tym mianem na pewno nie jest błędem. Skąd wątpliwości? Na czym ta inność polega? Na tym, że jest to romans, który nie ma nic wspólnego ze współczesnymi powieściami tego gatunku, w których przeważnie większą część stanowią opisy scen erotycznych pomiędzy głównymi bohaterami, od których aż się robi mdło… Co to, to nie. To jest romans, który kojarzy się dobrze. Zachwyca prostotą, subtelnością, wyczuciem smaku w ujęciu miłości. Ta miłość naprawdę, szczerze wzrusza. Chociaż z drugiej strony muszę przyznać, że mimo wszystko trochę za mało było na kartach utworu właśnie namiętności. Miłość została opisana bardzo patetycznie, ale próżno szukać scen, w których bohaterowie otwarcie i równie patetycznie manifestują to uczucie wobec siebie poprzez czyny. Lekki dysonans, jednym słowem.

Książka niewątpliwie świetna i godna uwagi, ale nie należy spodziewać się po niej zbyt wiele. Nie powinno się oczekiwać arcydzieła, bo można się bardzo rozczarować. To po prostu przyjemna i odprężająca lektura, nadająca się w sam raz na leniwe letnie czy też zimowe wieczory.

Moja ocena: 5,5/6