11/06/2012

„Świadectwo prawdy” – Jodi Picoult

Jodi Picoult to współczesna, amerykańska pisarka, która cieszy się niezwykła popularnością. Jej książki podbijają serca czytelników na całym świecie. Nie tylko ze względu na tematykę, ale i niepowtarzalny styl pisarki. Powieści Picoult oscylują wokół tematów trudnych, kontrowersyjnych, niecodziennych. Jedną z nich jest Świadectwo prawdy. Jest to książka, w której odnajdujemy nie tylko ciekawą historię, ale także taka, która pozwoli nam w pewnym stopniu poszerzyć wiedzę.

O czym jest książka? Pewnego dnia  na farmie należącej do rodziny amiszów znalezione zostają zwłoki maleńkiego chłopca – noworodka. Dziecko zmarło wskutek uduszenia, tak więc wiadomo już, że nie był to bynajmniej nieszczęśliwy wypadek. Ktoś umyślnie chciał się chłopczyka pozbyć. Kto? Dlaczego? Podejrzenia padają na osiemnastoletnią Katie Fisher – córkę właściciela farmy, na której znaleziono zwłoki noworodka. Dziewczyna jednak uparcie twierdzi, że nie urodziła żadnego dziecka. Będzie upierała się przy swoim stanowisku nawet, gdy badania lekarskie wykażą, że niedawno przebyła poród. Obrony dziewczyny podczas procesu sądowego podejmuje się – za namową ciotki – jej daleka krewna, prawniczka. Ellie Hathaway. Wprowadza się ona na farmę amiszów, aby zamieszkać razem z Katie, pilnować jej i opracować linię obrony. To wszystko nie jest takie łatwe. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że Katie kompletnie nie chce współpracować i nieprzerwanie upiera się przy tym, że nie urodziła żadnego dziecka. Po drugie dlatego, że amisze wiodą bardzo surowy, właściwie pierwotny styl życia. Nie znają mediów, czy elektryczności. Najważniejszymi dla nich wartościami są: praca, rodzina, pokora.

Picoult już na wstępie zarobiła u mnie plusa pięknym stylem i umiejętnie wplecionymi w fabułę informacjami o kulturze amiszów, ich obyczajach, sposobach zachowania, codzienności. Dzięki temu czytanie jest przyjemnością z jednej strony i pożytkiem z drugiej. Przyjemnością, bo duża ilość informacji nie powoduje chaosu i nie utrudnia lektury, a wręcz czyni ją ciekawszą. Pożytkiem natomiast dlatego, że możemy ubogacić swoją wiedzę.

Fabuła utworu jest niezwykle porywająca i skomplikowana została przez autorkę do granic możliwości. Tym, którzy obawiają się, czy Picoult nie przegięła z gmatwaniem wątków mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie. Wszystko jest ogromnie poplątane – to fakt. Niemniej jednak nie za bardzo. Subtelnie. Tak, żeby absolutnie nie wprowadzić zamieszania i wrażenia, jakby gmatwało się fabułę „na siłę”. Do końca nie wiemy kto jest winny, choć na zakończenie czeka się z niecierpliwością. Autorka umiejętnie wodzi czytelnika za nos. Prawdę odkrywamy powoli, w napięciu, stopniowo, kartka po kartce, a ostatecznie dowiadujemy się wszystkiego dopiero na ostatniej stronie.

Kompozycja. Tego należałoby się najbardziej obawiać biorąc pod uwagę stopień zagmatwania fabuły i fakt, że cała historia przedstawiona jest z różnych punktów widzenia i obfituje w liczne retrospekcje. Tymczasem jednak Picoult udowodniła, że potrafi „mierzyć siły na zamiary” i również pod względem kompozycyjnym poradziła sobie świetnie. Każdy wątek poprowadzony został tak, jak powinien. Każdemu poświęcona została odpowiednia ilość uwagi, adekwatnie do sytuacji.

Cała akcja książki jest starannie przemyślana i dopracowana w najdrobniejszym szczególe. Można to zaobserwować już podczas lektury pierwszych stron, a podczas każdej kolejnej to przekonanie tylko się umacnia. Akacja idealnie współgra z treścią i razem tworzą świetną całość. Na dodatek lektura dostarcza wielu emocji – pozytywnych i negatywnych.

Świadectwo prawdy to bardzo wartościowa pozycja podejmująca uniwersalne problemy, które w jakimś stopniu dotykają każdego. W subtelny sposób zmusza do zastanowienie się nad tym co tak naprawdę ma w życiu znaczenie. Przypomina także o tym, jak ogromną wartością jest rodzina. Ile może dać i jak jest cenna. Ta książka to nie tylko niesamowita i świetnie napisana historia, ale także rozważania nad naturą prawdy. To powieść z morałem. Picoult ukazała w niej między innymi czym może się skończyć dążenie do akceptacji wśród otoczenia za wszelką cenę, a także to jak wysoce mylne potrafią być pozory, na których tak często polegamy.

Moja ocena: 5/6

07/06/2012

„Zło” – Jan Guillou

Jan Guillou to pierwszy pisarz skandynawski, z którym się zetknęłam. Po Zło sięgnęłam zaintrygowana opisem, jaki znalazłam na okładce, który głosił, że książka traktuje o przemocy, jakiej doświadcza czternastoletni Erik. Pomyślałam sobie: co o przemocy wobec dzieci może powiedzieć obywatel kraju, który – jak zapewne większość wie – jest szeroko znany na świecie ze swoich bardzo rygorystycznych przepisów dotyczących dzieci? Wszelkie kary cielesne są tam niedozwolone, a rodzic, który da dziecku choćby jednego klapsa może zostać skazany i trafić do więzienia. Postanowiłam sprawdzić, jak Guillou poradził sobie z tym tematem.

Autor zabiera nas do Szwecji. Są to lata sześćdziesiąte dwudziestego wieku, a więc okres, w którym jeszcze nie obowiązywało tam surowe prawo zabraniające fizycznego karania dzieci, bo takie przepisy pojawiły się dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych. Czternastoletni Erik, chłopiec bystry i inteligentny zamiast korzystać z uroków dzieciństwa każdego dnia walczy o przetrwanie. Codziennie po obiedzie czternastolatek jest katowany. Ojciec serwuje mu porządne, wymyślne lanie, takie przez duże „L”. Za co? Powody są różne. Zawsze się jakiś znajdzie. Zapytacie pewnie, gdzie w tym wszystkim matka? Gdy Erik jest bity ona siada do fortepianu i gra. Może ze strachu, może z wygodnictwa, udaje, że nie wie co się dzieje. Pewnego dnia w skutek pewnego wybryku chłopiec zostaje wyrzucony ze szkoły. Wówczas wyjeżdża do szkoły z internatem. Żywi nadzieję, że jego życie odmieni się i będzie wolne od przemocy. Niestety – to dopiero początek jego problemów. Tam bowiem również rządzi pięść. Uczniowie z młodszych klas mają obowiązek podporządkowywania się we wszystkim starszym kolegom, a i bez tego nieustannie zarabiają lanie. Wszystko to dzieje się za wiedzą i przyzwoleniem grona pedagogicznego, którego członkowie zapamiętale udają, że nie widzą ran, siniaków i szwów na ciałach uczniów.

W nowej szkole Erik poznaje Pierre’a. Obaj chłopcy bardzo szybko się zaprzyjaźniają i chcą wspólnie stawić czoło wszechobecnej przemocy. Pierre wierzy w skuteczność rozwiązań intelektualnych i właśnie taką drogę proponuje. Erik natomiast uważa, że najlepszym lekarstwem na przemoc będzie przemoc właśnie. Rozmowy, jakie chłopcy ze sobą prowadzą to głębokie i niezwykle poruszające rozważania dotyczące natury zła.

Okazało się, że autor Zła problem przemocy wobec dzieci doskonale zna i rozumie. Udowodnił to na kartach swojej powieści. Jego utwór jest do głębi wstrząsający i przesycony grozą. Wszystko to za sprawą nieprawdopodobnie realistycznych opisów. Nie sądziłam, że można tak szczegółowo, sugestywnie i realistycznie odmalować nie tylko sam akt przemocy, ale także stany emocjonalne z nim związane, jakie mu towarzyszą. To robi wrażenie i sprawia, że człowieka wciska w fotel.

Książka niesamowicie wciąga, chociaż temat delikatnie mówiąc do łatwych nie należy. Moim zadaniem jest to lektura, którą może, a nawet chyba powinien przeczytać każdy. Wiek nie ma znaczenia. Niewątpliwie jednak w pewnych miejscach trzeba mieć mocne nerwy, bo siła oddziaływania fabuły na czytelnika jest ogromna.

„Zrozumieć” naturę przemocy w dużym stopniu pozwala nam perfekcyjne skonstruowany portret psychologiczny głównego bohatera. Poznajemy jego myśli i uczucia związane z tym czego doświadczył, poznajemy punkt widzenia osoby w pewien sposób „oswojonej” z przemocą.

Gdybym miała jakoś jednoznacznie określić książkę w dwóch słowach powiedziałabym, że jest to studium przemocy. Właściwie wszystko w niej dotyczy tego właśnie zagadnienia. Czytając odkrywamy kilka bardzo cennych prawd dotyczących przemocy. Po pierwsze autor udowadnia, że walka z przemocą w pojedynkę to fikcja i prędzej czy później zakończy się ona fiaskiem. Trzeba również pamiętać, że „przemoc rodzi przemoc” i aby ją zwalczyć trzeba ją przerwać. Nie można znajdować dla niej usprawiedliwienia w traumatycznych doświadczeniach z dzieciństwa, bo to do niczego nie doprowadzi. Odnieść tryumf nad prawem siły można tylko, siłą prawa, a pierwszym krokiem w tej walce powinno być zdecydowane i odważne działanie. Bardzo częstą reakcją bowiem jest obojętność i ignorancja, podczas gdy one właśnie, w rzeczywistości stwarzają idealne warunki do rozwoju przemocy.

Zło to niesamowita powieść z przesłaniem obok której po prostu nie można przejść obojętnie, nawet gdyby się bardzo chciało. Po zakończeniu lektury już nic nie będzie wydawać się takie samo, jak wcześniej. Guillou zmusza do zatrzymania się na chwilę i podjęcia refleksji. Nie tylko nad problemem przemocy, ale także nad światem i sobą samym.

Moja ocena: 6/6

28/05/2012

„Córka kata” – Oliver Pötzsch

Wędrujemy do siedemnastowiecznych Niemiec, a konkretniej – do małego bawarskiego miasteczka o nazwie Schongau. To czasy trudne i niezwykle burzliwe. Tym bardziej iż niedawno zakończyła się wojna trzydziestoletnia. Mieszkańcy próbują odbudować to, co zostało zniszczone. W Schongau żyje również miejscowy kat – Jakub Kuisl ze swoją rodziną. Z racji wykonywanego zawodu on i jego najbliżsi spotykają się na każdym niemal kroku z ostracyzmem. Pewnego dnia spokój w miasteczku zakłóca tragedia. Zamordowany zostaje mały chłopiec, na jego ciele wytatuowany jest znak uważany za szatański. Niedługo potem dochodzi do kolejnych okrutnych zabójstw, których ofiarami są dzieci. Tyleż przerażeni, co zbulwersowani mieszkańcy rzucają podejrzenia na Martę Stechlin – miejscową akuszerkę. W Schongau wybucha masowa histeria i rozpoczyna się polowanie na czarownice. Tylko trzy osoby wierzą w to, że kobieta jest niewinna – Jakub Kuisl, jego córka Magdalena oraz Simon, syn miejscowego medyka. Ta trójka będzie się starała dotrzeć do prawdy, prowadząc własne śledztwo. Czy im się uda? I jaka jest prawda?

Zanim sama zapoznałam się z książką, przeczytałam o niej wiele pochlebnych opinii. Mniej więcej wiedziałam więc, czego mogę się spodziewać. Mimo to jednak Córka kata była dla mnie dużym zaskoczeniem. To nie tylko dobry kryminał, ale i fantastyczna powieść historyczno-obyczajowa. Podczas lektury możemy poznać bardzo wiele ciekawych szczegółów dotyczących życia kata. Przyznam się szczerze, że do tej pory miałam na ten temat bardzo płytkie wyobrażenie i teraz aż mi wstyd. Czytając książkę Olivera Pötzscha, w sposób zaskakująco ciekawy i przyjemny poszerzyłam swoją wiedzę. A trzeba zaznaczyć, że w tym względzie autor ma do przekazania bardzo wiele, bo sam jest potomkiem tych, o których pisze, czyli Kuislów – starej bawarskiej rodziny katowskiej.

Pisząc Córkę kata, Pötzsch korzystał ze źródeł historycznych i z rodzinnej historii. Dzięki temu tajniki katowskiej profesji przedstawił z dużym realizmem, mistrzowsko pokazał także realia małego siedemnastowiecznego miasteczka, mentalność ludzi i ich życie codzienne.

Atutem powieści są również bohaterowie – wszyscy zostali nakreśleni bardzo precyzyjnie, są wyraziści, realistyczni, z krwi i kości, a przy tym silnie zindywidualizowani, zróżnicowani pod względem charakterologicznym. Każdy z nich budzi pewną sympatię – nawet kat.

Niestety książka ma również wady, wobec których nie mogę pozostać obojętna. Momentami lektura trochę mi się dłużyła i stawała się nieco nużąca. Fabuła jako całość zdała mi się odrobinę zbyt rozwleczona. Wątek kryminalny jest jednak bez zarzutu – zaskakujący, nieprzewidywalny, tajemniczy, wciągający.

Kompletnie nietrafiony i niejasny jest dla mnie tytuł utworu. Sugeruje on, że to Magdalena Kuisl jest pierwszoplanową i najważniejszą postacią w powieści. Nie powiedziałabym. Chociaż, istotnie, nie można odmówić tej bohaterce wpływu na wydarzenia, to jednak nie jest on wcale największy. Przynajmniej w moim odczuciu.

Dla mnie Córka kata to przede wszystkim wciągający kryminał i interesująca powieść historyczna. Dlatego polecam ją przede wszystkim fanom tych gatunków. Uważam jednak, że nie jest to książka dla czytelników o słabych nerwach. Jak już wspomniałam wcześniej, autor posługuje się bardzo realistycznym, plastycznym obrazowaniem. W utworze znajdziemy wiele drastycznych opisów, co niektórym czytelnikom może nie odpowiadać.

Moja ocena: 4,5/6

21/05/2012

„Ojciec chrzestny” – Mario Puzo

Dziewiętnastowieczny pisarz francuski – Honoré de Balzac powiedział kiedyś, że „za każdą wielką fortuną kryje się zbrodnia”. W drugiej połowie dwudziestego wieku Mario Puzo – amerykański pisarz włoskiego pochodzenia napisał powieść, której mottem uczynił właśnie te słowa, i która stanowi ich swoistą ilustrację. O jakim dziele mowa? Oczywiście o Ojcu chrzestnym. Powieść błyskawicznie osiągnęła status bestsellera, a dziś wielu zalicza ją już do klasyki literatury światowej.

Fabuła opowiada o losach jednej z sześciu działających w Nowym Jorku rodzin mafijnych – wówczas najpotężniejszej. Jest to rodzina Corleone, na której czele stoi don Vito. To właśnie on jest bohaterem tytułowym. Czytając, poznajemy stopniowo historie życia poszczególnych członków klanu, wspólników i ludzi, którzy niegdyś poprosili dona o pomoc.

Najprościej i najkrócej mówiąc, Ojciec chrzestny to książka o mafii. Tak, to prawda, ale to zdecydowanie za mało powiedziane. Takie określenie to zbyt duże i wręcz niedopuszczalne w tym wypadku uproszczenie. Jest to wspaniała, niezwykle żywa opowieść, która przedstawia mafię od wewnątrz, opisuje dokładnie prawa w niej panujące, zasady i sposób funkcjonowania. Dowiadujemy się także, w czym tkwi jej fenomen, ale o tym za chwilę.

Puzo przedstawia mafię w sposób bardzo złożony. Co zaskakujące, ukazuje również jej ludzki wymiar. Zaskakujące, bo niby jakim cudem mafia może mieć ludzkie oblicze? Mario Puzo wykazał, że owszem – może. W mafii obowiązuje kodeks honorowy, który traktowany jest jak świętość, i do którego przestrzegania zobowiązuje się każdy członek. Najdrobniejsze pogwałcenie tegoż traktowane jest jako zdrada i karane śmiercią. Dla każdego mafioza najważniejszymi wartościami są: honor, szacunek, przyjaźń, uprzejmość, rodzina. Te słowa powtarzają się wielokrotnie na kartach powieści i – paradoksalnie – tak naprawdę wokół nich wszystko się koncentruje. Trzeba zawsze przestrzegać zasad honoru, rodzinę czcić i dbać o nią, a pozostałych członków mafii bezwzględnie szanować – zwłaszcza jej dona. Zostają jeszcze przyjaźń i uprzejmość. Te rozumiane są bardzo specyficznie.

Wszyscy bohaterowie utworu wykreowani zostali bardzo sugestywnie i wnikliwe. Każdy z nich jest inny. Zarówno pod względem charakteru, jak i historii życia. Wszyscy są niezwykle barwni i autentyczni. Stopniowo poznajemy ich coraz głębiej przez pryzmat życiowych doświadczeń i wyborów dokonywanych przez nich zarówno w przeszłości, jak i w teraźniejszości. Dzięki temu zabiegowi mamy możliwość ocenić zachowanie każdej postaci, a nawet je zrozumieć.

Postacią ze wszech miar szczególną, zasługującą bez wątpienia na to, by się jej bliżej przyjrzeć, jest tytułowy ojciec chrzestny. To postać najbardziej żywa i sugestywna ze wszystkich obecnych na kartach utworu. Tajemnicza, zagadkowa, nieprzenikniona. Budzi szacunek i lęk nie tylko u innych bohaterów, ale także u czytelnika. Twórcy powieści należą się owacje na stojąco już choćby tylko za Vita Corleone.

Autorowi niejednokrotnie zarzucano, że w Ojcu chrzestnym gloryfikuje mafię i popiera jej działalność. Mogę śmiało powiedzieć: nic z tych rzeczy. Trzeba jednak przyznać, że książka ma niepowtarzalny i mimo wszystko uroczy klimat, który sprawia, że do mafii odczuwa się nawet pewien rodzaj sympatii.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, to całość została skonstruowana w sposób bardzo specyficzny. Dla przykładu: mnóstwo jest w książce momentów, gdy fabuła przeskakuje z miejsca na miejsce. Najpierw mowa o jednym, potem nagle o czymś innym, na pozór bez związku. Następnie znowu wszystko wraca do normy i znowu jakiś przeskok. Troszkę to irytujące, mimo że autor w końcu doskonale i bez problemu łączy wszystko w spójną i logiczną całość.

Wadą, moim zdaniem – drobną wprawdzie, ale jednak – jest przedziwny sposób poprowadzenia niektórych wątków. Mianowicie od tyłu. Kilka razy spotykamy się z taką sytuacją: najpierw poznajemy skutek jakiegoś wydarzenia czy zachowania jakiegoś bohatera, by potem dopiero, za jakiś czas, powrócić do niego i poznać dokładnie przyczyny i przebieg zdarzeń, które doprowadziły w konsekwencji do takiego, a nie innego finału. Zabieg ten często stosuje się w powieściach psychologicznych i ma on niewątpliwie swoje uzasadnienie, ale uważam, że tu autor posługiwał się nim trochę za często i niezbyt zgrabnie.

Akcja jest generalnie bardzo rozbudowana i wielowątkowa. Przez cały czas trzyma w napięciu i nie pozwala się oderwać od książki. Co prawda dosyć trudno mi było przedrzeć się przez wojny gangów, które w pewnym momencie wybijają się na pierwszy plan i pozostają na nim przez jakiś czas, ale się z tym jednak uporałam. Poza tym – wbrew pozorom, nie te gangsterskie potyczki są tu najważniejsze i najciekawsze.

Ojciec chrzestny to klimatyczna, poruszająca opowieść o różnych aspektach władzy. Władzy silnej i bezwzględnej, której symbolem jest mający ją tytułowy bohater. O dążeniu do niej, o jej smaku, o tym, co ze sobą niesie – co daje i czego wymaga w zamian. Po prostu o wszystkim, co oznacza.

W czym tkwiło sedno potęgi Vita Corleone i jego familii? W specyficznie rozumianej przez niego przyjaźni, na którą liczyć mógł każdy. Dosłownie każdy. Pod jednym warunkiem. Jakim? Zachęcam, abyście przekonali się sami, bo warto! Jest to pozycja dla każdego. Ja bardzo długo zastanawiałam się nad jej przeczytaniem. Myślałam, że mafia i gangsterskie porachunki to zupełnie nie dla mnie. Bardzo się myliłam! Mario Puzo pisze językiem tak lekkim i prostym, a zarazem tak sugestywnie, że nie sposób się nie wciągnąć. Silne emocje gwarantowane!

Moja ocena: 5,5/6

15/05/2012

„Niania w Nowym Jorku” – Nicola Kraus, Emma McLaughlin

Niania w Nowym Jorku to opowieść o młodej dziewczynie, która pewnego dnia podejmuje pracę jako opiekunka do dziecka w jednej z bogatych nowojorskich rodzin. Jej pracodawcy – państwo X – są tak zajęci sobą, że w ogóle nie zwracają uwagi na swojego synka. Matka koncentruje się wyłącznie na sprawach takich jak makijaż, ubrania czy im podobne. Ojciec natomiast całe dnie spędza w firmie i poza nią niewiele go obchodzi. Dziecko tych dwojga – czteroletni Grayer – jest dla rodziców kosztownym w utrzymaniu dodatkiem do życia. Generalnie traktują go jak rzecz i poświęcają mu uwagę tylko wtedy, gdy mogą się nim w jakiś sposób pochwalić. Malec całe dnie spędza z nianią. Ona jest przy nim cały czas. Karmi go, ubiera, prowadzi do przedszkola i na dodatkowe zajęcia. Ona także układa go wieczorem do snu.

Do tej książki nastawiona byłam nawet dosyć pozytywnie, zważywszy na to, że uwielbiam dzieci, a zawód niani od zawsze mnie bardzo interesował – także ze względów osobistych. Nie spodziewałam się niczego genialnego, ale miałam nadzieję na dobrą, lub przynajmniej przeciętną, pozycję. Tymczasem bardzo się rozczarowałam. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ta książka stała się światowym bestsellerem. Dla mnie jest to totalna pomyłka i zarazem kolejny dowód, że na ogół na książki noszące miano bestsellerów rzucać się nie warto. To także jeden z tych przypadków, w których – dla mnie – film okazał się o wiele lepszy od książki.

Zamieszczona na okładce nota wydawnicza informuje, że czeka mnie przyjemna i dowcipna lektura. Nie ubawiłam się jednak wcale. Może raz czy dwa uśmiechnęłam się lekko do siebie. I tyle. Nie znajduję tam nic szczególnie dowcipnego i również nie bardzo rozumiem, dlaczego właśnie takim epitetem opatrzono tę książkę. Cały czas miałam nieodparte wrażenie, że wszystkie zabawne sytuacje wprowadzane były na siłę i że pewnym scenom chciano przydać komizmu za wszelką cenę. W tej kwestii totalna klapa.

Sam pomysł napisania tej książki uważam za bardzo dobry. Jednakże ciekawy koncept to nie wszystko, bo żeby wypalił, trzeba mieć określone uzdolnienia, dysponować odpowiednimi środkami do jego realizacji. Autorkom – moim zdaniem – właśnie pewnych predyspozycji tu zabrakło. Przede wszystkim w zakresie języka i stylu, pozostawiają one bowiem wiele do życzenia. Styl jest bardzo chaotyczny, ciężkostrawny, ubogi i co gorsza, śmiertelnie nudny. Czasami też zdawało mi się, że czytam niezbyt uporządkowane urywki z pamiętnika jakiejś dwunastolatki. Sądzę, że przy odrobinie talentu dałoby się napisać to samo o wiele ciekawiej.

Fabuła Niani w Nowym Jorku to fikcja literacka, ale autorki stworzyły ją zainspirowane doświadczeniami, jakich dostarczyła im praca w tym fachu. To duży plus, jeśli autor wie, o czym pisze. Jednak czegoś mi tu brakowało. Sama do końca nie wiem, czego.

Kolejne zastrzeżenie dotyczy postaci. Mianowicie wszyscy bohaterowie – bez wyjątku – są przedstawieni bardzo stereotypowo. Ponadto są bardzo statyczni. Od początku do końca tacy sami. Ta stereotypowość sama w sobie nie jest zła i znajduję nawet dla niej pewne uzasadnienie, ale w tym wydaniu jest zdecydowanie za bardzo ostentacyjna i troszkę tutaj nie pasuje.

Teraz o plusach. Nie mają one większego znaczenia dla całości i pozostają w cieniu wad, jednak warto o nich wspomnieć. Bardzo podobało mi się to, że przed każdym rozdziałem jest cytat zaczerpnięty z jakiegoś innego utworu, który wprowadza nas w pewien sposób w tematykę, jaka ma być w danym rozdziale poruszana. Naprawdę fajny pomysł.

W szerszej perspektywie Niania w Nowym Jorku stanowi niezwykle dosadny portret amerykańskiego społeczeństwa. Pozwala spojrzeć na Amerykę nieco inaczej, niż większość patrzy na nią na co dzień. To niekoniecznie jest raj – jak zdawać by się mogło.

Podoba mi się też to, że autorki mimo wszystko dosyć dokładnie i całkiem przystępnie przedstawiły życie niani. Dzięki temu w książce można się nawet doszukać pewnego przesłania. Może nie zawsze trafi się na taką rodzinkę, jak bohaterka powieści, ale tak czy siak, praca opiekunki do dziecka – zwłaszcza pełnoetatowej – jest niezwykle ciężka i wymagająca. Pod wieloma względami. Dowodów na to na kartach książki znaleźć można niemało. Dlatego wszystkie dziewczyny zastanawiające się nad podjęciem pracy na przykład jako au pair gdzieś za granicą powinny dokładnie się zastanowić, zanim się ostatecznie zdecydują. Bo może się okazać, że wcale nie będzie tak kolorowo. A rodzice zatrudniający nianię dla swoich pociech po lekturze Niani w Nowym Jorku powinni dostrzec, jak wielkim skarbem jest dobra, wypełniająca z zaangażowaniem swoje obowiązki, opiekunka.

Podsumowując. Książka generalnie słaba. Pomysł jest, przesłanie jakieś też nawet na upartego da się znaleźć, ale reszta? Całokształt pozostawia niestety wiele do życzenia.

Moja ocena: 2,5/6